Birma. Rozbłyski

 

„Rozbłyski. Nieoczekiwane, pośród najbardziej zwykłej zwyczajności, w dzień taki jak wszystkie, kiedy nuda, lekki niepokój i umiarkowane zainteresowanie budzą się i łączą ze sobą, pojawia się raptowny przebłysk, jedna z tych chwil, kiedy coś –  obraz, zapach, myśl, spojrzenie, wspomnienie, miejsce, nawet jakaś osoba – rozkwita i wszystko na parę minut, na godzinę, zyskuje wspaniałość: rozbłyski. Gdybym mógł wygłaszać podobne kwestie, powiedziałbym, że chodzi o coś takiego: o szukanie, oczekiwanie, wymuszanie owych rozbłysków” M. Caparros „Księżyc. Od nowiu do nowiu”

Zaczęło się z spektakularnie. Birma powitała nas zawrotnym, albo inaczej – zawracającym falstartem, zupełnie nieoczekiwanie zastąpionym popisowym wylotem, przewracającym cały misterny plan naszej marszruty do góry nogami, a jednocześnie przywracającym nadzieję, że przejedziemy więcej niż piętnaście kilometrów i pobędziemy w Mjanmie nieco dłużej niż jeden dzień.   

Z wyrobioną w Tajlandii wizą przekroczyliśmy bezproblemowo granicę, po czym wjechawszy do miasteczka Tachileik udaliśmy się prosto do banku, aby wymienić pieniądze. Powitano nas ukłonami, jeszcze przed wejściem do budynku. Zaczął ochroniarz, po nim otwierająca drzwi pracownica, a następnie kilkoro umundurowanych mężczyzn, ubranych w długie spódnice, niebieskie koszule i rozczłapane klapki japonki. Poddaliśmy się teatralnej rozbiegówce i złożywszy dłonie, dzieliliśmy się głębokimi pochyleniami ciała, wymieniając dyplomatyczne uśmiechy, a jednocześnie próbując dopytać się, czy moglibyśmy nabyć birmańską walutę. Niestety, w banku numer jeden nie było pieniędzy i odesłano nas do drugiego, gdzie prolog wyglądał identycznie, ale wizyta tym razem została zwieńczona sukcesem, uzewnętrznionym wypchaną reklamówką banknotów o nominale dziesięciu tysięcy kyatów (w wymowie – „cziatów” ), wręczonych nam przez uniżenie kłaniającego się mężczyznę.

W znajdującej się nieopodal jadłodajni zjedliśmy posiłek i z pełnym brzuchem, a przy tym w doskonałym nastroju ruszyliśmy na północ. Wiedzieliśmy, że droga z Tachileik może być zamknięta dla turystów. Tak mówił Internet. Ale Internet mówi różne rzeczy, to raz, a dwa – lubię wszystko sprawdzić sam, nawet jeśli wiem, że mogę przy tym nieźle się sparzyć.

Zawrócili nas na piętnastym kilometrze, na drugim punkcie kontrolnym. Z przepraszająco wyglądającą miną, policjant w klapkach japonkach tłumaczył nam łamanym angielskim, że bardzo mu przykro, ale nie może nas przepuścić. Radził wrócić do Tajlandii i tam wyrobić pozwolenie na dalszą podróż, albo pojechać na birmańskie lotnisko w Tachileik i zmienić środek transportu na samolot.

Jechaliśmy tą samą drogą, oglądając ten sam krajobraz, patrząc na te same wymalowane twarze siedzących przy drodze i ciepło pozdrawiających nas osób, ale uśmiechy pogasły, entuzjazm przepadł, siły odeszły, a nogi z trudem naciskały na pedały. Przez kolejne kilkanaście kilometrów w mojej głowie przelewało się mnóstwo myśli, które zlewały się w jedno uczucie. Smutku. Nawet nie złości, żalu, czy zdenerwowania. Najzwyklejszego smutku. I może trochę niezrozumienia. Że dlaczego nie mogę jechać dalej? Kto zabronił? Z jakiego powodu? Kto postawił niewidoczne zasieki i zdecydował za mnie na co mogę patrzeć, a na co nie? Kogo spotkać mi nie wolno i czego nie wolno doświadczyć?

Przejeżdżaliśmy obok lotniska, kiedy usłyszałem głos Fidrygałki, sugerującej zajechać. Najpierw odmówiłem, ale za chwilę pomyślałem, że skoro jesteśmy tak blisko, to może nie zaszkodzi sprawdzić. Nie bardzo wiedziałem, co mielibyśmy sprawdzić, ale coś pchnęło nas w dobrą stronę.  

Lotnisko wyglądało jak zaniedbany dworzec autobusowy, bądź kolejowy. Podjechaliśmy bliżej i od tego momentu świat skondensował i zagęścił zdarzenia tak silnie, że kiedy myślę o pierwszej dobie spędzonej w Birmie wydaje mi się, że w ciągu dwudziestu czterech godzin upchnął się w niej co najmniej tydzień. Nie, nie wydaje mi się. Naprawdę w jedną dobę świat wcisnął tydzień zdarzeń.

Za niewielkie pieniądze kupiliśmy (a właściwie ja kupiłem, włączając wypisywanie danych osobowych do komputera, przelew i drukowanie) dwa bilety na lot do Mandalay linią Myanmar Airlines, choć na niemal pustej hali lotniska walczyła o nas jeszcze konkurencja – KBZ i Yangon Airlines. Panowie z obsługi nie tylko pomogli spakować rowery w przyniesione ze śmietnika kartony, ale nie policzyli nic za nadbagaż (a mieliśmy razem szesnaście pakunków), dodając na koniec, już po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia, że „zapraszają ponownie i dziękują, że skorzystaliśmy z ich linii”. 

Czternastu pasażerów trwającego godzinę lotu obsługiwało pięć stewardess, co kwadrans donosząc jedzenie i picie. W Mandalay dwaj mężczyźni przynieśli na ramionach nasze rowery i kilka godzin później jechaliśmy nocą przez ruchliwe miasto szukając miejsca do spania. W Birmie z noclegami jest problem. Po pierwsze, nocowanie na dziko, bądź na czyimś podwórku jest nielegalne, po drugie – hotele mają kilkakrotnie wyższe ceny dla białych turystów. Wszechwiedzący internet nie podpowiedział jednak o istnieniu małej luki w systemie – buddyjskie świątynie.  

Birma zupełnie nas oszołomiła. Zapachami, obrazami, smakami. Pysznym, różnorodnym jedzeniem, przy którym tajska kuchnia wydaje się jedynie mdłą wariacją na temat kurczaka, doprawionej chemicznymi ulepszaczami zupy z mięsnymi kulkami, słodkim szaszłykiem i ostrej papryczki. Birmańczycy niemal nie używają cukru i pijają na śniadanie przepyszną, zmieszaną ze skondensowanym mlekiem herbatą, której smak znam z Indii (zwanej tutaj La Phat Yay), a jedzenie podają w miseczkach, z których można nałożyć sobie tyle, ile się chce, a jak coś smakuje, to zaraz dołożą. 

Oszałamiają jednak przede wszystkim ludzie. Ich ciekawość, ich uniżoność, ich gościnność, ich zażenowanie, że nie mogą nas przyjąć pod dach, nie mogą po prostu ugościć, zaoferować kawałka pustej przestrzeni, na której nocą moglibyśmy rozłożyć namiot i poczuć się bezpieczni. Ich uśmiechy, ich spojrzenia. Ich istnienie, ledwo naszkicowane, bo przecież na moment jedynie, na chwilę. Ile jeszcze tych osób w tej podróży? 

I znów nie rozumiemy języka. Jeszcze bardziej nawet niż w Tajlandii, bo tutaj otoczeni jesteśmy przez wykrętasy, których nie potrafimy odczytać i możemy się jedynie domyślać, co oznaczają. I ludzi w zasadzie też nie rozumiemy. Nie znamy języka, patrzymy po sobie, na siebie, za siebie, obok siebie, „oczami na siebie, rękami po niebie”, pytamy jak żyć, oni pytają, co tu robimy i po co. Bo na pewno pytają. 

Jedziemy dalej, na południe, w stronę granicy z Tajlandią. Stęsknione koty biegają między domami, ptaki unoszą się nad ziemią, niebo niebieskie z wędrującym po nim słońcem przygniata nas upałem. Może stąd ta tęsknica. Za czym? Za tym samym. Od zawsze. Za niewyrażalnym. Za tym, co po drugiej stronie. „Samotnego chętnie całuje. W usta”.

Do przeczytania.