Sleep inside

vida eterna

„Cieszę się, że nie będę żył za sto lat. Zaręczam Ci, że to zupełnie nie będzie dla nas. My jesteśmy jeszcze bardzo dziewiętnastowieczni. To się kończy. Jeszcze trochę, a pokolenie zapomni o możliwości takiej mentalności jak nasza. Takiego istnienia. Ale może tam zostawimy jakiś ślad, obojętne kto, Ty czy kto inny. Może zostanie żywego coś, czego dziś nie znamy. Może właśnie jakieś westchnienie, które obudzi w innym niż nasz tłumie życie inne niż to, które zapanuje. I odezwie się coś, czego myśmy nie potrafili sprowadzić na ziemię. Sny.” Zygmunt Mycielski

Jestem już w Meksyku, trzynastym kraju na trasie obecnej wędrówki, ale cofnijmy się nieco w czasie i przestrzeni i powróćmy do Panamy – „kraju naszych marzeń,  gdzie wszystko jest inne i o wiele większe”, jak określił ten fragment ziemi Miś, jeden z bohaterów historyjki Janosza pt. „Ach, jak cudowna jest Panama”. Mnie, pewnie już do końca życia kraj ten będzie się kojarzyć z archipelagiem wysp Bocas del Toro i osobą polskiego księdza Józka (http://www.misjapanama.pl), gdzie kilkanaście miesięcy wcześniej pisałem kolejne rozdziały książki „Sen Powrotu”.

jozek biskup i piotr

Tym razem na Bocas spędziłem zaledwie parę dni. Kilka dni odpoczynku w bezpiecznym i życzliwym środowisku, pełnym dobrego jedzenia, ciepłych słów i do tego na rajskiej wyspie, otoczonej spokojnym morzem – czegóż więcej można oczekiwać do pełni szczęścia? Niemniej jednak, podobnie jak poprzednim razem, tak i teraz nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnej niekomplementarności. Nie piszę tutaj oczywiście o samej rezydencji biskupa, w którego domu mieszkałem wraz z księdzem Józkiem, ale o samej wyspie i miasteczku. Nie mogłem przestać odczuwać nieokreślonego niedopasowania, braku harmonii pomiędzy tym, co było we mnie a pomiędzy całą dookolną, dostrzegalą i jednocześnie, chcąc nie chcąc, zbyt intensywnie doznawaną mnogością różnorakich, fizycznych bodźców. Na tę wyspę nie powinno się przyjeżdżać z własną samotnością. Nawet, jeśli z zakamarków ciągle wynurzają się rude koty, aby ją złagodzić.

la gata

A potem kolejne kraje. Pomimo nieprawdopodobnie rozwiniętych możliwości komunikacyjnych (niemalże wszyscy spotykani przeze mnie ludzie, nawet w najbardziej „zapadłych” wioskach używają smartfonów, nie mówiąc już o wystających z najróżniejszych, rachitycznych konstrukcji antenach satelitarnych) to na poziomie poznawczym nic się nie zmieniło a może nawet jest jeszcze gorzej, niż przed rozpowszechnieniem telewizji i internetu.

W każdym kraju ostrzegają mnie przed następnym. W Peru radzili nie wjeżdżać do Kolumbii, w Kolumbii ostrzegali przed Panamą, w Panamie przed Kostaryką, że przemytnicy, że policja skorumpowana, że gangi grasują, że młodzież napada, w Kostaryce napędzali strachu, opowiadając o „niezmiernie niebezpiecznej” Nikaragui, w Nikaragui łapali się za głowę, jak mówiłem, że jadę do Hondurasu i Salwadoru, w Salwadorze straszyli Gwatemalą, a Gwatemalczycy żegnali mnie znakiem krzyża, kiedy dowiadywali się, że jadę do Meksyku.

Jadę i jadę, w otoczeniu duchów i Jezusów, zatrzymując się czasem zdziwiony przed takimi kuriozami jak: sprzedaż opon „Święty Jan Paweł II”, sklep mięsny „Jezus Maria”, obuwniczy „Któż jak Bóg”, kawiarnia „Święte Serce Jezusa”, jadę wśród tych ostentacyjnych emblematów domniemanej, choć mocno wątpliwej religijności, jadę ciągle upominany, ostrzegany a spotykani ludzie niezmiennie są dobrzy. Czy mnie to dziwi? Nie, w ogóle mnie to nie dziwi.

Może to tylko odwzajemnianie uśmiechów jakimi wszystkich witam, może to tylko chwilowe przysłonięcie ich prawdziwego, straszliwego i podłego charakteru, którego jednakże ani nie widzę, ani nie odczuwam. Jadę w lejącym się z nieba żarze, w ogłuszającym hałasie, brudzie, silnym wietrze, pedałuję po często pozbawionych pobocza drogach, pełnych niespodzianek w postaci nie zawsze wyraźnie oznaczonych „hopków” (reduktorów) albo dziur, w których schowałaby się połowa mojego roweru, śpię w rowach, rozbijam namiot gdzie popadnie, jadę przez podobno jedne z najbardziej niebezpiecznych krajów świata, ale ze strony ludzi nic złego mi się nie przytrafia.

Odkąd wyjechałem z Panamy nie doświadczyłem ani agresji, czy choćby namiastki niechęci, nie usłyszałem ani jednego złego słowa. Wręcz przeciwnie. Ciągle jestem czymś obdarowywany. Najczęściej jedzeniem: owocem („Co? Chcesz tylko jednego arbuza? A to masz tutaj dwa, smacznego”), jakimś lokalnym specjałem do spróbowania (wciąż pamiętam smak przepysznych salwadorskich pupus, podawanych z całym słoikiem surówki z kapusty), czy kostką paneli (bryłą nieoczyszczonego cukru trzcinowego, o której nie raz już pisywałem).

Okazało się, że panela to nie tylko nieodłączny składnik kuchni kolumbijskiej, ale można ją kupić w zasadzie w całej Ameryce Łacińskiej, łącznie z Meksykiem, gdzie znana jest pod nazwą piloncillo, albo panocha. Sam proces jej przygotowania, przynajmniej w teorii, wydaje się bardzo prosty. Wyciśnięty sok z trzciny gotuje się przez kilka godzin do momentu, kiedy uzyska on konsystencję miodu, po czym gęsty płyn wylewa się do odpowiednich form i czeka aż cukier zastygnie i zamieni się w twardą bryłę. Choć dzisiaj produkcja paneli staje się w coraz większym stopniu procesem przemysłowym i można ją zakupić w każdym supermarkecie, to nadal wiele osób zajmuje się jej wytwarzaniem w warunkach domowych.

 

A Meksyk? Jest. Pełen kotów, jakżeby inaczej. Nawet jeśli z pozoru nie tych samych, to wystarczy spojrzeć im głębiej w oczy, aby przez odsłonięte na moment szczeliny dostrzec to, co na co dzień skrywa się przed nami pod cienką warstewką świadomości czasu i przestrzeni.

Do miasteczka, w którym mieszka Rigoberto dojechałem niemalże w samo południe. Bramę, przez którą chciała uciec mała ruda kotka rozpoznałem w zasadzie od razu. I podwórko, na którym stał mój namiot. I cały dom, w którym w zasadzie wszystko się zaczęło. W którym rozpoczął się sen. Sen powrotu. Choć ciągle niedokończony, niedośniony, kiedyś tam zamarzony, a potem przeżywany, przebywany, przekształcany, to jednocześnie zupełnie już przecież zaśniony, rozmyty, zapomniany.

Bo nie ma już rudej la gata. Nie było jej nawet wtedy, kiedy pisałem poprzednią książkę; ba, nie było jej już w tym śnie dwa tygodnie po mojej wizycie w domu Rigoberto. La gatę, małą rudą kotkę, „która rozkosznie pomrukiwała na ramieniu, prężąc przy tym chude ciałko i wpijając małe pazurki w moją i tak już lekko podrapną skórę” zagryzł pies. Może chciał się tylko pobawić, może wcale nie chciał jej skrzywdzić, a że miał wielką szczękę, jak to pit bull, to pacnął raz i już.

rigoberto

Rigoberto mnie poznał. Chciał, żebym został dłużej, ale jakoś nie byłem w nastroju. Posiedziałem z nim przy stole, posłuchałem opowieści o tym, jak prąd go kopnął w łazience, o nastoletnich ciążach bezobiawiowych, o maści dobrej na wszystko, przytaknąłem, że szkoda, że on nie może pojechać ze mną w drogę, ale jak wygra w totolotka, to przyjedzie do Polski, zjadłem trochę owoców, popatrzyłem na te same meble, sprzęty, obrazy, które pamiętałem sprzed trzech niemalże lat aż w końcu przygnieciony całym nadmiarem wspomnień wstałem z krzesła, podziękowałem za wszystko i ruszyłem dalej, cicho, spokojnie, na północ, „w ciche dni improwizacji”, po nagiej drodze, na której pousychały wszelkie dawne namiętności. Zostało nagie życie.

„Ale jaki jest sens tej nagości? Olbrzymia niewiedza ogarnia Cię w tej ciszy, potężna i kołysząca. Ale jednak cisza i wypoczynek są tutaj. Są istotne. Jak przeczucia wiecznej ciszy, wiecznego wypoczynku i wiecznej nieświadomości.” Jarosław Iwaszkiewcz „Dzienniki 1956-1963”

Sonnerie de Sainte Geneviève

guatemala antigua (6)

„Jaka sztuka jest sztuką całkiem? Jaka sztuka jest pierwotna, przedjęzykowa? Jaka sztuka rozdziera się na powierzchni, krwawi i sama się przenika, przenika ciała poszczególne i sztuczne skóry zbiorowych upiorów niczym papierowe konwencje? To muzyka.” Pascal Quignard

Przychodzi codziennie, mniej więcej o tej samej porze, by przez kilka godzin stać pośrodku niewielkiego, zgęstniałego od nadmiaru życia placu. Pośród roznoszących się zewsząd zapachów, wśród wznoszonych w niemiłosiernie rozgrzanym powietrzu wrzasków i nawoływań, na tle przenikających się cieni tych, co biegają tu i tam, nie wiedząc gdzie i po co – stoi nieporadnie, w dziwacznym rozkroku, obwieszony kilkunastoma plecakami, z których jeden, największy, co chwilę zsuwa mu się z barków i opada na ziemię. Zarzuca go z powrotem, po czym przestępując z nogi na nogę ponownie zastyga na dwie, może trzy minuty i czeka.

Nic nie mówi, nie zaprasza, nie demonstruje, nikogo nie zagaduje – stoi i błądzi wzrokiem po przechodzących niemalże po nim sylwetkach. Nikt się nie zatrzymuje, nikt nie zwalnia, o nic nie zapyta, nikomu niepotrzebne te zbyt wielkie, zbyt jaskrawoczerwone, dosyć cudaczne, w zasadzie niemodne i niepraktyczne już plecaki, na które i tak większości przechodzących osób najzwyczajniej w świecie nie stać, a gdyby nawet, to za taki plecak można by przecież kupić stojącą nieopodal taczkę fasoli, albo plastykowe krzesło, albo worek ryżu, nie mówiąc już o całej masie innych przydatnych drobiazgów, roznoszoych na przepoconych ramieniach, plecach, brzuchach i barkach rozochoconych przedpołudniowym rozgardiaszem handlarzy, z całym ich nadmiarem wyćwiczonych i roztańczonych desperackim tańcem gestów.

Czasem do mężczyzny podchodzi mała dziewczynka. Biega na bosaka i bawi się wystającymi z plecaków paskami i sznurkami. Ugina się rozhuśtana pociągnięciami dziecka przygarbiona postać, przechyla niby smagana wiatrem, aż w końcu duży plecak zsuwa się na ziemię i słychać donośny, karcący głos mężczyzny. Dziewczynka nieruchomieje, zapina dłonie za plecami i wypinając lekko wydęty brzuszek, zadziera głowę i patrzy. Coś mówi, ale jej słowa giną w bazarowym zgiełku. Po chwili dziecko odchodzi, a mężczyzna na nowo przyjmuje swoją spowitą nieokreślonością i milczeniem pozę.

W tym jego niczym niezmąconym trwaniu jest coś nieodwracalnego, jakaś konieczność, która wymyka się racjonalności, nieubłagalność losu, kres. W jego postaci nie ma niczego co zdradzałoby zniecierpliwienie, zmęczenie, rezygnację, choćby odrobionę smutku, nic. Tkwi sam w oku ciszy pośrodku rozlewającego się zewsząd hałasu, jak niezgrabna pacynka, z której ktoś poucinał sznurki, fragment od dawna zakończonego przedstawienia, niemy krzyk tych, co inaczej nie potrafią, ale i tak próbują, tyle, że do tego tańca żadna muzyka nie przygrywa, nie słychać żałobnych pieśni, nie maszerują barwne orszaki, wszystko tonie w morzu obojętności.

Cisza i wrzask, światło i ciemność, inercja i ruch. W tych krajach nie ma półtonów. Jak jest brudno – to jak na wysypisku śmieci, jak czysto – to prawie sterylnie i nawet ja muszę założyć świeżą koszulkę, żeby dostąpić zaszczytu wejścia na teren centrum handlowego. Jak jest biednie, to aż ściska w środku, jak bogato – to prawdziwie po pańsku, z przepychem, wytwornie i z rozmachem.

A w tej całej intensywności doznań, w tej pozbawionej półtonów rozpiętości odczuć i wrażeń, w tym zmieniającym się barwnym kalejdoskopie postaci i krajobrazów – często wydaje mi się, że się nie poruszam, że stoję obładowany sam nie wiem czym, że próbuję coś sprzedać, albo coś ofiarować tym, co pewnie i tak niczego nie potrzebują, że stoję sam nieruchomo w oku ciszy albo, jak pisał Noteboom – w oku cyklonu.

gato (1)

I że tego wszystkiego, czego doświadczyłem nie było, a nawet jeśli kiedyś naprawdę się wydarzyło, to już i tak od dawna tego nie ma, podobnie jak nie ma rudej salwadorskiej kotki, co ją jechałem zobaczyć, ale nie zdążyłem, bo miesiąc temu rozjechał ją samochód. I nie ma ani kotki ani Oskara, z którego żartów znów chciałem się pośmiać do rozkupu, ale też nie zdążyłem. Przyjechałem dzień po pogrzebie. Nie wiedziałem, nie było znaków ostrzegawczych, nie było przejścia, żadnych półtonów – był piękny, słoneczny dzień, uśmiech na twarzy, ciepły wiatr pchał mnie na zachód, a wieczorem smutek i żal.

Rodzina mnie poznała, nawet Rafinerię pamiętali. Rozstawiłem namiot w tym samym miejscu co przed trzema laty. Dzieci podrosły, ktoś przygarnął nowego kotka, wdrapał mi się na kolana, zjadłem z nim trochę ryżu, nawet nie zauważyłem, kiedy zasnął. Wziąłem go do namiotu, zrobiłem wygodne posłanie. Kotek spał, pomrukiwał i ufnie wyciągał pazurki. Rankiem koguty piały jak nawiedzone.

Ruszyłem dalej, po południu lunął deszcz. Jechałem w palącym słońcu i nagle zaczęło lać; zachłannie, łapczywie i chwilę potem – równie nagle pojawiło się słońce, bez zapowiedzi, bez chociaż jednego, najłagodniejszego półtonu.

lluvia

Wielki Tydzień w Gwatemali. Z pompą, mocno, głośno, namacalnie, z wyszukanym gestem. Wielki Tydzień wcale nie taki smutny, daleki od refleksji, silnie roztańczony w dziwnym, święto-obrazoburczym tańcu, do którego przygrywa odnaleziona nagle orkiestra.

desfile

Pośród upstrzonych kwietnymi dywanami ulic rozbrzmiewają kyrieelejsony, na barkach curochos krążą figury świętych, a wśród nich przeciskają się handlarze. Największy popyt na okulary przeciwsłoneczne i kapelusze. Z ogromnymi różańcami i drewnianymi krzyżami wygrywa wszystko – dmuchane baloniki, wata cukrowa, statywy do selfi, lody, nawet zwykłe hamburgery.

W końcu jest lato i są wakacje, zresztą większość spacerowiczów nie wygląda, jakby przyjechała tutaj w poszukiwaniu duchowych uniesień. Procesja przechodzi, kwiaty zdeptane, a to, co jeszcze zostało na drodze za moment sprzątną zastępy sunących za procesją zamiataczy. Przeszli. Można strzelić kolejne slefi, wrócić do stolika i otworzyć następną puszkę piwa. Powracają śmiechy, które na dobrą sprawę, w ogóle nie umilkły, zastygły jedynie na moment, zasnute dymem z kadzideł, którego zapach wciąż unosi się nad brukowanymi ulicami.kadzidlo

Nadchodzi noc, biją dzwony. Robi się chłodniej, w przerzedzonej przestrzeni dźwięki nabierają intensywności. Ulicami ciągną korowody wiernych. Migoczą płomienie świec, pomarańczowieją twarze, cały świat wokół się porusza. Wypełniający ulicę pochód unosi się nad ziemią w fantasmagorycznym tańcu, pęcznieje i rozlewa się pełzającymi po ścianach smugami cieni. „W płomieniu przestrzeń się porusza, czas się szamocze. Wszystko drga, kiedy drga światło”. Pobłyskują postacie, potęgują półtony, cisza współgra z gromkim dżwiękiem. Huczą trąby, dudnią bębny, biją dzwony.

„Muzyka szybuje swobodnie w napowietrznym tańcu. Jak gdydy pozbawiona ziemskich ciężarów, eteryczna, podlegała tylko prawom przez siebie ustanowionym. Wyjmuje nas z czasu, oddając na dłuższą chwilę iluzji trwania. (…) Wyjątkowo  przejmująco potrafi ona wyrazić odczucie zanikania, ubywania (…) To muzyka opuszczenia i straty, niewysłowionego bólu i tęsknoty Ale i – finalnie – światła nadziei.” Kwintesencje. Pasaże barokowe” Dariusz Czaja

Treny

rio

„Niezbywalną cechę poezji uważnej stanowi uwaga wobec rzeczy. Dzięki takiemu typowi poezji możliwy jest powrót ducha ludzkiego do świata” Zofia Król „Powrót do świata”

Dochodziło południe. Siedziałem w cieniu pod supermarketem i zajadłem chleb z masłem orzechowym. Zaszalałem, nadszarpnąłem dzienny budżet i za cenę trzech chlebopodobnych, gumowatych substancji kupiłem smaczne, kostarykańskie, piernikowe pieczywo, zwane pod nazwą pan bon. Można je kupić na ulicy, szczególnie teraz, podczas Wielkiego Postu. Receptura tego chleba, co ciekawe, przybyła do Kostaryki wraz z jamajskimi imigrantami – potomkami pracujących na karaibskich plantacjach afrykańskich niewolników, którzy to z kolei przejęli ją od Anglików. Pan bon (zwany również pambon) jest słodki, cały wypełniony rodzynkami i doskonale komponuje się z orzechowym masłem.

Tak więc siedziałem sobie leniwie, w zbawczym cieniu, pod czujnym okiem stojącego nieopodal umundurowanego służbisty, pilnującego niemalże pustego, ogromnego parkingu. Ochroniarz miał na mnie oko, bo podpadłem mu godzinę wcześniej, kiedy próbowałem dość nonszalancko zbyć jego uwagę o konieczności zakrycia górnej części ciała (ciekawe, że nic nie mówił o dolnej, chociaż miałem na sobie jedynie mocno kuse spodenki) w przypadku przybywania na terenie przyległym do supermarketu, jak i (jakże by inaczej) w środku budynku. Zanim w ogóle go zauważyłem, zdążyłem już rozłożyć karimatę, rozstawić na niej cały zestaw śniadaniowy, po czym zdjąć koszulkę, zmienić spodenki, założyć klapki kuboty i usiąść w kucki z zamiarem rozpoczęcia konsumpcji.

Wgryzłem się w kanapkę, kiedy kątem oka dostrzegłem zbliżającą się postać. Doskonale wiedziałem, a jakim celu podchodzi. Mój nagi tors działa na wszystkich mundurowych jak przeciwpożarowy alarm i nie ma znaczenia, czy siedzę pod supermarketem, czy dojeżdżam do punktu kontrolnego na niemalże pustej drodze, czy korzystam z bankomatu, stojącego przy pozbawionej klientów stacji benzynowej. Zawsze niewiadomoskąd wyskoczy okutany w kilkuwarstwowy mundur służbista i wymachując giwerą będzie tłumaczył siejącemu straszliwe zgorszenie gringo żeby się ubrał, bo to nie plaża (dobrze, że chociaż na plaży gringo może dostąpić tej wyjątkowej łaski paradowania w samych slipkach, bo tubylcy zazwyczaj kapią się w koszulkach i w długich szortach).

Ignorowanie przyzwyczajonych do utrzymywania pozycji stojącej rozgorączkowanych i spoconych mundurowych czasami skutkuje, szczególnie, jeśli spotykam ich na drodze i wystarczy mocniej nacisnąć na pedały i odjechać. Do gringo nie strzelają. W omawianym przypadku jednak nie miałem ani zamiaru ani ochoty przenosić się w inne miejsce, musiałem więc cierpliwie poczekać i znieść cały hiszpański, bazarowy monolog.

Początkowo udawałem, że nic nie rozumiem, ale ochroniarz miał tak rozbudowany zestaw pozawerbalnych gestów, że chcąc nie chcąc, koszulkę założyłem. Kiedy z pełnym brzuchem zastanawiałem się, czy nie mam ochoty zjeść jeszcze jednej kromki chleba, zauważyłem szczupłego, wyglądającego na obcokrajowca mężczyznę, idącego powoli w stronę jednego z dwóch pozostawionych na placu samochodów. Metr za nim młody chłopiec, najwyżej piętnastoletni, popychał wypełnione zakupami dwa sklepowe wózki. Szło mu topornie. Kółka zahaczały o nierówną powierzchnię, spowalniały drogę, klinowały się w maleńkich szczelinach betonowego placu.

Mężczyzna raz po raz odwracał się i mówił coś głośno, ale na tyle niewyraźnie, że niczego nie mogłem zrozumieć. Dzielił ich może metr od samochodu, kiedy jeden wózek przewrócił się. Dziura w ziemi była większa i chłopiec chyba nawet ją zauważył, a na pewno poczuł, że jedno kółko wpadło do środka i zaklinowało się, ale zamiast wypchnąć wózek, pchnął go do przodu i cała jego zawartość za moment znalazła się na ziemi.

Coś się stłukło, coś rozlało, jedna butelka potoczyła się pod samochód. Pośród rezonujących po całym placu krzyków niezmiernie rozemocjonowanego mężczyzny, ciemnoskóry chłopiec naprędce zgarniał porozrzucane rzeczy i wkładał je do otwartego bagażnika. Tych rzeczy było mnóstwo, zbieranie trwało dobre dwie minuty. Jego biała koszula cała lśniła potem, a choć nie mogłem wyraźnie dostrzec samej twarzy, to raz po raz widziałem białka chłopięcych oczu. Ogromnych, rozszerzonych oczu, cały czas błądzących na boki, rozglądających się, wypatrujących, ciągle szukających rzeczy, które już od dawna zostały znalezione, podniesione, wpakowane, przymknięte klapą bagażnika i których już nigdy więcej nie trzeba będzie pchać w nieporęcznych, o wiele za ciężkich, za bardzo wypełnionych wózkach, gdzieś poza wciąż rezonujący plac, gdzieś poza niewidoczne drzwi, z hukiem zatrzaśnięte przez odjeżdżającego do swojego świata mężczyznę.

Te wielkie, rozszerzone źrenice. Patrzą i na mnie, jak jadę, jak jem, jak piję, jak siedzę, jak czekam, jak wychodzę z zakupami, jak rozstawiam namiot na podwórku. Siedzą na gankach swoich maleńkich domków, aż w końcu podchodzą i patrzą. Nic nie mówią a i tak je słyszę. Nawet wolę, jak milczą, bo kiedy mówią, to nic nie rozumiem. Zawsze za murem, jak w panamskim hostelu Luna’s Castle, gdzie po jednej stronie w ciasnych klitkach wegetują ci, którym akurat przyszło się w nich urodzić, a po drugiej siedzą wysocy, niebieskoocy, weseli, dobrze odżywieni gringo i zajadając pierniki z orzechowym masłem oglądają na kolorowej ścianie niemy film z innego życia, cudzego świata, który nigdy nie był i zapewne, nawet po części, nigdy nie będzie ich udziałem.

dos mundos

I choć kiedyś myślałem, że te światy czasem się spotykają, to im więcej się włóczę, coraz częściej wydaje mi się, żę nie spotykają się nigdy. Podglądają się, przypatrują się sobie, ale nie widzą dokładnie. Nie spotykają się nawet wtedy, jak ktoś z nieprawdopodobnym ciepłem, bezinteresownie zaoferuje dach nad głową, posiłek, albo po prostu pozdrowi. Mówimy do siebie, uśmiechamy się, jemy z jednego talerza, głaszczemy pomiałkujące rude koty, ale ten mur pozostaje. Wystarczy się dobrze przyjrzeć, a potem przymknąć oczy, albo najlepiej w ogóle je zamknąć. Wtedy lepiej widać.

nicaragua

I choć Eckhart naucza, że „na poziomie głębszym niż wszelka fizyczna powierzchowność, niż wszelka odrębność form, stanowimy jedność ze wszystkim, co jest”, to przecież mój świat nigdy nie będzie Twoim światem.

Mijam kolejny kraj, nade mną krążą ptaki. Pojawiły się w Panamie, dojeżdżam do Salwadoru, a one ciągle są, dokładnie te same. Wczoraj znów je widziałem, nie wiem, co o tym myśleć. Patrzę na nie, jak kołują, jak się kręcą nad moją głową, czuję na sobie ich spojrzenia.

Nadciąga wieczór, na niebie pojawił się Wielki Wóz. Przewrócony, stoi do góry nogami, chowa się szybko. Ale coraz więcej go będzie. Gwiazdy tańczą, gra muzyka. Pośrodku nocy, pośrodku ciszy, słyszę Cię. Pośrodku marzeń, pośrodku snu, kręcę się w kółko. Gdzieś pośród ciepłych słów, wracam tam, wracam tu.

pajaros

„Człowieka zawsze dręczyła myśl, że nie jest na tym świecie wyłącznie po to, by korzystać, oraz że rodzić się, zaludniać i gasnąć nie jest jego jedynym przeznaczeniem. Istnieje w nas zatem jakaś skłonność, która stoi w sprzeczności z naszym pozornym celem i ze wszystkimi właściwościami pomagającymi nam do tego celu się przybliżać. Właściwości te, wszystkie przystosowane dla naszego pożytku, współbrzmią ze sobą, by nam służyć, by prowadzić nas ku większemu pożytkowi, a ich jedynym centrum jesteśmy my sami. Opisana właśnie skłonność, wprost przeciwnie, popycha nas poza nas samych, nadaje nam ruch, którego celem nie jest wcale nasz pożytek i zdaje się unosić nas ku jakiemuś centrum nieznanemu, niewidocznemu, niemającemu żadnych analogii z codziennym życiem i zwyczajnymi sprawami” Benjamin Constant de Rebecque

Nie dojechać nigdy

nie dojechac nigdy (2)

Latem ubiegłego roku dostałem maila, z którego wynikało, że nieznany mi wcześniej Bartosz Lisek chce zmontować o mnie film. W przypadku wyrażenia zgody, miałyby to być nagrane ze mną rozmowy, włączając dialogi z moją mamą, przeplatane nagrywanymi przeze mnie materiałami  z różnych wyjazdów. Do listu dołączone były linki, na których mogłem zobaczyć inne bartkowe produkcje, m.in film o Argentynie.

Follow Your Way – Argentina from Iść Swoją Drogą on Vimeo.

Podesłane filmy spodobały mi się. Spodobały mi się bardzo. Spotkałem się z autorem i zaczęło się. Kolejne dwa krótkie tygodnie wypełnione rozmowami, ciszą, światłami, powtórzeniami, jeżdżeniem do Trąbek, spacerami po lasie i po mieście, a wszystko w typowej, przedwyjazdowej krzątaninie.

Po siedmiu miesiącach pracy powstał film. W imieniu organizatora spotkań podróżniczych Kolosy (www.kolosy.pl), jak i Bartosza Liska zapraszam na premierę „Nie dojechać nigdy”, która będzie miała miejsce w hali Gdynia Arena, w niedzielę, dwunastego marca, na zakończenie kolosowej imprezy, mniej więcej o godzinie 18.00.

 

bóg nie lubi karnawału

carnaval (3)

Odgrywali, że żyją, po to, by naprawdę żyć; w pewnej chwili przekraczali niepostrzeżenie granicę i naprawdę żyli, porzucali pantomimę, śpiewali gromko sto lat, szurali butami po parkiecie, po walcach pozostawały koliste smugi.” Marek Bieńczyk „Jabłko Olgi, stopy Dawida”

Do Campo de la Cruz wjechaliśmy już po zmroku. Błąkaliśmy się pośród skąpo oświetlonych uliczek, niepewnie, niezdarnie, wyczuwając wlepione w nas niezliczone, niewidoczne pary oczu, odprowadzające nas od rozhuśtanego hamaka do otwartej bramy, od skrzypiącej ławki do ciemnego ogrodu, między kolejnymi wypełnionymi coraz silniejszym gwarem podwórkami, na których właśnie powoli pęczniało życie, wybudzane chłodniejszym, wieczornym powietrzem.

Czuliśmy się nieswojo, To znaczy, ja na pewno czułem się nieswojo, ale Fidrygałka chyba też. Godzinę wcześniej, kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę przy drodze, zastanawiając się, czy nie byłoby to dobre miejsce na rozbicie namiotu, na naszych oczach samochód rozjechał psa. W sumie nic strasznego się nie stało i, prawdę mówiąc, nic szczególnego. Mniej lub bardziej świeże plamy po rozjechanych psach to typowy obrazek latynoskich dróg, więc w zasadzie nawet sam widok całego zdarzenia nie powinien był nas zbytnio poruszyć.

Tyle, że ten pies miał właściciela. Miał kogoś, do kogo zapewne był przywiązany bardziej, niż do kogokolwiek innego na świecie. A po całym „zdarzeniu” właściciel po prostu podszedł do drgającego jeszcze ciała, wziął je za ogon, wrzucił do rowu i otrzepując dłonie, odszedł. Zrobił to tak szybko i jednocześnie tak naturalnie, jakby w swoim życiu nie robił niczego innego, tylko spacerował wzdłuż drogi i wrzucał do rowu rozjechane na swoich oczach psy.

W Campo de la Cruz pachniało pieczonymi ziemniakami i mięsem. Nad ziemią unosił się posmak czegoś nieuchwytnego, czegoś stamtąd, coś przepełniało powietrze, a ja ciągle nie mogłem przestać myśleć o tym psie. Nie mogłem pozbyć się jego utkwionego we mnie spojrzenia, ciągle żywego, przechwyconego może minutę przed tym, kiedy jeszcze wszystko, a potem chyba już nic. I nie wiem, jak jechałem, jak oboje jechaliśmy w tych ciemnościach, strzepując z siebie zawieszony przed oczyma obraz, który kiedy wreszcie opadł, przemienił się w pochyloną, rozgadaną postać siwej staruszki. Babcia zaprosiła nas do siebie, do domu.

Rankiem zaczął się karnawał, czy też może inaczej – rozpoczął się jego czterodniowy koniec. – Bóg nie lubi karnawału – mówi spotkany na placu kilkuletni chłopiec. – Nie lubi i już – dodaje, kiedy pytam, dlaczego. – To co wtedy robi? – nie daję za wygraną i ciągnę temat. – Jak to co? Śpi. Ale i tak wszystko widzi. Babcia mi powiedziała. Że bóg nawet jak śpi, to widzi, bo ma troje oczu. I tym trzecim okiem to wszystko widzi, wszyściutko, nawet jak śpi.

Może i nam przydałoby się takie trzecie oko. Przydałoby się, aby lepiej widzieć to, czego nie widać. Choćby takie gesty, jak ten w Juan de Acosta, kiedy obcy ludzie przynieśli nam śniadanie, kiedy myśleliśmy, że przyszli nas przegonić z naszej noclegowni. Albo kiedy właściciel hotelu Malibu (którego ceny za pokój przekraczały nasz dwutygodniowy budżet) zaoferował nam całe piętro obiektu, kiedy pięć minut wcześniej nawet nie odezwaliśmy się na rzucone spod bramy „chodźcie do mnie”, bo go głowy nam nie przyszło, że mężczyzna nie będzie chciał wziąć od nas pieniędzy.

malibu hotel

Nie mówiąc już o dwóch, mocno podejrzanie wyglądających kobietach w Barranquilli, które też początkowo bezczelnie i nonszalancko zignorowaliśmy, a bez których za nic nie znaleźlibyśmy w miarę ekonomicznego noclegu, bo jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby jednak na czas karnawału zarezerwować pokój przynajmniej miesiąc wcześniej.

No i na koniec dziewczyna z panamskiego Luna’s Castle, która łamiąc regulamin pozwoliła mi zostać na noc w przepełnionym hostalu, nie chcąc ode mnie żadnych pieniędzy. W tym samym miejscu, w którym piętnaście miesięcy wcześniej kończyłem pisanie książki „Sen powrotu”. O nic nie prosiłem. Kiedy usłyszałem, „przepraszam, ale nie ma wolnych miejsc”, pomyślałem, że dziewczyna po prostu dorzuci „miłego wieczoru” i zajmie się ustawioną przed recepcją kilkuosobową kolejką penitentów. Poprosiła, abym poczekał, po czym zaprowadziła mnie do przestronnego pokoju wskazując wolną „dziuplę”. Znałem to miejsce. Leżałem tam godzinami, wypatrując słów w suficie. Komary kąsały jak zawsze.

Rozłożyłem namiot, otworzyłem myśli. Poplątane, jak zawsze, a może i jeszcze bardziej. Bo znów jadę sam. Pożyczyłem skrzydła, na razie są mi zbędne, a przy tym bagaż trochę lżejszy będzie. Fidrygałka odleciała w chmury, a ja zostałem tu, na ziemi. Chociaż w sumie ziemia, chmury, co za różnica? Zamykam oczy i nadal widzę. To znaczy, że i ja mam trzecie oko? Może każdy z nas ma. Zawsze otwarte. Zawsze czujne. Nawet jak śpimy. A może wtedy jeszcze więcej widzi? Do zobaczenia.

„A zanim usłyszysz, to dobrze posłuchaj. Zobaczyłeś, nie spiesz się, aż wyraźniej zobaczysz”. W Myśliwski.