Teraz to jest teraz

quebrada-de-humahuaca-2

„Jakim bogactwem języków jest postać drugiego człowieka. Trzeba tylko starać się je dostrzec i odczytać. Nastawieni na to, że inna osoba komunikuje nam coś tylko mówionym lub pisanym słowem, nie zastanawiamy się, że jest to tylko jeden ze sposobów przekazu, których w rzeczywistości jest o wiele więcej. Bo przecież wszystko mówi: wyraz twarzy i oczu, gesty rąk i ruchy ciała, fale, które ono wysyła, ubiór i sposób, w jaki on jest noszony. (…) Technika, ograniczając międzyludzki kontakt do elektronicznego znaku, zuboża i tłumi ten różnorodny, pozasłowny język, jakim będąc w bezpośredniej bliskości, obok siebie, razem, komunikujemy się bezustannie, nawet nie mając tego świadomości. W dodatku ten język bezsłowny, język wyrazu twarzy i najdrobniejszych gestów, jest dużo bardziej szczery i prawdziwy niż ten mówiony, czy pisany, bo trudniej w nim nałgać, ukryć fałsz i zakłamanie.” R. Kapuściński „Podróże z Herodotem”

– Czemu siedzisz smutny – pyta mnie Daniel – trapi cię coś? – Nie, dlaczego, odpowiedziałem szczerze zdziwiony, bo choć może rzeczywiście byłem trochę nieswój, to nie sądziłem, że obcy skądinąd człowiek może tak łatwo to zauważyć. – No przecież widzę, że myślisz o czymś, milczysz od pięciu minut. – Od pięciu minut? – powtórzyłem jeszcze bardziej zdziwiony i dopiłem zimną, wystygłą już kawę. – Nie wiem, zamyśliłem się, ale w zasadzie nie myślałem o niczym, to znaczy, nie myślałem o niczym szczególnym, ot tak, puste myśli błądziły gdzieś po głowie. – Puste myśli? Nie ma pustych myśli. To gdzie byłeś? – zapytał ponownie, utkwiwszy we mnie swoje łagodne spojrzenie. – Gdzie byłem? Nigdzie, nigdzie nie byłem. Tutaj jestem. – O, gdybyś był tutaj, to byś był tutaj, ale ciebie tutaj nie ma.

Chciałem coś powiedzieć, zaprzeczyć, zaprotestować, że jak to? Przecież siedzimy razem od dwóch godzin, zjedliśmy kolację, trochę porozmawialiśmy, trochę pomilczeliśmy, może rzeczywiście nie byłem zbyt rozmowny, ale przecież jestem zmęczony i nagle zrobiło się bardzo późno, nie przywykłem do jadania kolacji, do tego aż tak obfitej, przed północą, no i prawdę mówiąc, jestem już mocno śpiący, i zapewne milczałem przez te ostatnie pięć minut, bo rzeczywiście intenstywnie myślałem o czymś, choć tak naprawdę, dokladnie nie pamiętam o czym, i chciałem to wszystko głośno powiedzieć, a może nawet i powiedziałem, ale tylko w sobie, albo powiedziałbym za moment, tyle, że zamiast moich słów nad stołem wybrzmiał ciepły głos mężczyzny:

– No nic, ja idę spać, a ty posiedź sobie jeszcze, oczywiście, jeśli chcesz, przecież niczego nie musisz. Jak masz ochotę, to zostań tu jeszcze chwilę, chwileczkę. Jutro już cię nie będzie, a i dziś prawie ciebie nie ma. Pobądź tu trochę, ten stół nie lubi samotności. Zostaw mu odrobinę swojej obecności. Stół jest od tego, żeby słowa nad sobą unosić, a nie milczenie. On będzie pamiętał, przechowa twój ślad, wszystkie ślady nosi, każdy dotyk, choćby najdelikatniejszy. Spójrz na jego blat, ile tam historii wypisanych, ile na nim rysek, zadrapań, wklęśnięć, odcisków palców i rąk. Pobądź z nim przez chwilę, a jak już dziś nie masz siły, to zostaw mu swój ślad jutro przy śniadaniu.

Wyjechałem już z Argentyny, dziś nocuję w boliwijskiej, nadgranicznej miejscowości Villazon. Przez ostatnie dwa dni jechałem pod bardzo silnie wiejący z północy wiatr. Do południa jeszcze jako tako dawało się jechać, ale od szesnastej wiało tak, że rozpędzałem się do sześciu kilometrów na godzinę. Być może powinienem był ruszać skoro świt, ale od piątku, w prowincji Jujuy, w większości miasteczek paradowały korowody mieszkańców, hucznie obchodząc święto seniora de coś tam. Oglądałem więc do południa kolorowe i głośne parady, a pedałowanie zaczynałem po obiedzie. W kurzu, pyle i powietrzu wypełnionym drobinami piasku. I ten przeciwny wiatr. Jakby chciał mnie zatrzymać, albo zawrócić. Ale do kogo, po co? Coś przegapiłem? Coś mi umknęło? Za mało zostawiłem siebie? Wydaje mi się, że aż nadto, ale może znów coś mi się wydaje.

W Quiaca pożegnałem ostatniego argentyńskiego psa. Podbiegł do mnie przed miasteczkiem i zamerdał ogonem. Zatrzymałem się na moment, zagwizdałem, pogłaskałem i już. Oswojony. Dotrzymywał mi kroku przez następną godzinę, drepcząc obok kiedy robiłem zakupy i leżąc pod stołem, kiedy korzystałem z internetu. Wszedł ze mną do apteki, a potem położył się pod kołem przy piekarni. Patrzył tak przeraźliwie smutno. Nawet jak głaskałem, nawet kiedy połknął na raz wszystkie parówki. Argentyna jest nie tylko krajem tanga, Maradony, Franciszka, pięknych kobiet, fantastycznych krajobrazów, przereklamowanej wołowiny i zbitych do nieprzytomności kotletów, które wchodzą między zęby i nijak się mają do polskich schabowych, nie mówiąc o bitkach, czy mielonych mojej mamy. Pomimo niesamowitej gościnności i ciepła, jakiego doświadczyłem w czasie ostatnich tygodni podróży, Argentyna pozostanie dla mnie krajem psów o smutnych oczach. Psów, w które rzuca się kamieniami, rozjeżdża na drogach i przywiązuje sznurem do wbitego w piasek drąga na pustyni.

Zjadłem ostatnią argentyńską bułkę, którą nazywają tutaj chlebem i pojechałem w stronę granicy. Przy moście obejrzałem się, ale psa przy mnie nie było. Nawet nie zauważyłem, kiedy odszedł.

Zameldowałem się w hostelu, który oferuje pozbawione okien nory za równowartość trzech dolarów i poszedłem coś zjeść. Wreszcie dobre, solidne, zdrowe i tanie jedzenie. Wreszcie dobra kawa i zupa na obiad. Gęsta zupa z komosy z pływającym w niej kawałkiem wielkiej kości, cała wypełniona warzywami. Na drugie pieczone ziemniaki z kurczakiem, sałatką i pomidorem, deser i napój, wszystko za równowartość niecałych dwóch dolarów. Przy hostelu, uśmiechnięta kobieta sprzedaje naleśniki z miodem, dojrzałe banany i pomarańcze za jedną piątą tego, co w Argentynie. I mango i ananasy na bazarze. I gotowana kukurydza, soczewica, marchewka, orzechy, rodzynki i płatki owsiane na wagę. I gniazdka normalne w ścianie, a nie jakieś argentyńskie wynalazki. I lekki, ale jakże swojski rozpiździel na ulicy, gwar, kolory, zapachy i nawet psów jakby mniej.

Po południu rozpętuje się burza i leje przez kolejne długie godziny. Sprawdzałem niedawno prognozę pogody i rzeczywiście nadawali opady, ale jak z kimś o tym rozmawiałem, to jednogłośnie wszyscy powtarzali, że to jakiś żart, bo padać zacznie dopiero w grudniu. No i proszę. A tu niespodzianka. Dziś leje i według prognozy ma lać przez kilka kolejnych dni. I niech ktoś jeszcze powie, że klimat się nie zmienia.

Leżę w norze na łóżku i patrzę w wyjątkowo czysty sufit. To ta sama nora, w której nocowałem kilkanaście miesięcy wcześniej. Też leżałem na łóżku i patrzyłem w sufit, doskonale to pamiętam. Myślałem wtedy o drodze, która mi jeszcze pozostała, myślami byłem gdzieś w przyszłości, która miała być jakaś, o okazała się nieco inna. Teraz leżę na tym samym łóżku i znów gdzieś błądzę, choć tym razem wektor myśli obraca się w drugą stronę. Na nowo wszystko przeżywam, jakbym szukał klucza do zrozumienia. Ale czego? Życia?

„W szkołach, owszem, można się nauczyć tabliczki mnożenia, też potrzebna, jak to mówią, ale nie życia. Można łeb se napchać tym i tamtym i prawie wszystko umieć, a nie umieć żyć. Bo życie, żeby tak powiedzieć, to nie tylko życie. Niby że ty jesteś, a ono i tak leci. Gorzej, lepiej, z góry, czy pod górę, ale leci. Urodziłeś się, umrzesz i niby że życie. (…) O nie bracie. A nawet, żeby tak powiedzieć, gówno prawda. Życie to tak samo fach, jak każdy inny. A kto wie, czy nie najtrudniejszy z wszystkich fachów. Bo taki doktor czy inżynier ile się musi uczyć? Czy choćby profesor? Pięć, dziesięć lat, niechby i dwadzieścia. Dyplom mu dadzą i już umie. A życia ile się trzeba uczyć? Nie ma na to lat. I nie ma dyplomów. Możesz być nawet prorok z brodą, a możesz nic nie umieć. Bo wszystko od człowieka zależy, czy ma dar, czy nie. Niektórzy, gdyby i dwa razy żyli, nic by się nie nauczyli. A niektórym i wieczności byłoby za mało.” W. Myśliwski „Kamień na kamieniu”

Wcale nie tak łatwo być tu i teraz. Choć mimo wszystko, jestem prawie pewien, że przez ostatnie tygodnie często mi się to udawało. Byłem dokładnie tam, gdzie byłem. Z ludźmi, psami, sobą i duchami. I z Tobą. Wtedy przecież nie mogłem. A może nie potrafiłem. A teraz? Teraz to jest teraz.

Unan

perro-1

„Właściwie powinno ludziom wystarczyć, gdy się wymienia czyjeś nazwisko, bo przecież żeby się dowiedzieć, kim naprawdę jest, potrzeba całego życia, gdyż bycie teraz to nie to samo, co bycie przedtem lub potem, ale panują inne zwyczaje, pytają więc, kim są twoi rodzice, gdzie się urodziłeś, ile masz lat i wydaje im się, że dzięki temu wiedzą więcej, a może nawet wszystko.” J. Saramago „Baltazar i Blimunda”

Ostatnio coraz częściej mnie spisują. Zazwyczaj w miejskim parku, albo gdzieś przy drodze. Nie żeby mi to jakoś wyjątkowo przeszkadzało, bynajmniej. Chcą, niech spisują, niczego na mnie nie mają, no i najwidoczniej musi to być dla nich opłacalne, skoro już się fatygują i przerywają własną sjestę. Będzie na asado, geseosę, albo inną bebidę – dobre wino u Chińczyka już za piętnaście peso (co stanowi równowartość czterech złotych), oczywiście po pracy. W sumie to nawet ich rozumiem, w okolicy absolutnie nie dzieje się nic takiego, co wymagałoby jakiejkolwiek interwencji. Przyjechał gringo, dziwna sprawa, przecież prawie nikt do nas nie zagląda. Co innego Cafayate, czy Salta, albo chociaż takie San Lorenzo, ale tutaj? Poza pomnikiem upamiętniającym przegraną wojnę o Falklandy niczego interesującego nie mamy, a i pomnik w sumie też nijaki, brudny, pomazany, syf dokoła, farba schodzi, psy paskudzą, lepiej niech go żaden przyjezdny nie ogląda, bo wstyd.

Podjeżdżają cicho, niemalże ukradkiem, zatrzymują się i patrzą, w czym bardzo przypominają te wszystkie bezdomne psy, z tą różnicą, że stróże prawa są o wiele mniej cierpliwi, szczególnie, jeśli na nich w ogóle nie spojrzę i nonszalancko udaję, że niczego nie widzę.

Podchodzą więc na tyle blisko, że nie sposób już dłużej udawać, a po upewnieniu się, że gringo abla i można z nim jako tako się dogadać, następuje bardzo przewidywalny i w swej powtarzalności nieco nurzący zestaw pytań skąd, dokąd, po co, dlaczego, choć zdarza się, że stróże się wysilą i zainteresują czymś więcej, niż tylko moją proweniencją i powodami, dla których zamiast popijać espresso w Cafayate lub zwiedzać okoliczne winiarnie, siedzę na brudnej ziemi i w psim towarzystwie zajadam pasztet z czymś, co tutaj nazywają chlebem, a co jest wypełnioną powietrzem, niemiłosiernie kruszącą się wczorajszą bułką.

Ostatnio zapytali mnie o dom. Gdzie mieszkam. Po chwili wahania odpowiedziałem, że w Polsce, co właściwie nie do końca jest prawdą, bo w ciągu ostatnich kilku lat więcej czasu spędzam gdzie indziej, pomieszkując trochę tu, a trochę tam. Stróże kiwnęli głowami, ale chcieliby się jeszcze dowiedzieć, gdzie mieszkam w Argentynie. Odpowiedziawszy pytaniem na pytanie i upewniwszy się, czy aby na pewno pytają mnie o adres w Argentynie mówię, że przecież nie mam tutaj domu, a sypiam zazwyczaj w namiocie. A dziś gdzie będę spał? Nie mam pojęcia, nie wiem. A gdzie wczoraj spałem? Też nie pamiętam, gdzieś przy drodze.

Oddają mi paszport i coś tam jeszcze skrobią w notesie. Myślę sobie, czy zaraz nie wlepią mi mandatu za włóczęgostwo, ale nie, nic się nie dzieje. Psy już dawno uciekły, może mają awersję na mundur, na pewno źle znoszą gwałtowne ruchy, ale wrócą, przydrepczą z powrotem, jak tylko stróże odjadą. Pojawią się cicho, położą obok, zamerdają ogonem, dostaną resztki chleba i parówki. A co tam, wieczorem kupię sobie drugie, porównując do argentyńskich cen żywności, parówki tutaj dość tanie, za cztery złote dostanę sześć sztuk różowych kiełbasek.

Mało tego jedzenia, psy zjadłyby drugie tyle, a pewnie i dużo więcej. No i wszystkich nie wykarmię. Jak przyjdą dwa, to jeszcze. Wystarczy i dla mnie i dla nich. Ale jak później nadbiegnie jeszcze z dziesięć? Może lepiej w ogóle niczego nie rzucać, udawać jak ze stróżami, że nie widzę, że niczego nie ma, że nic i nikt nie patrzy na mnie tymi przeraźliwie smutnymi oczami, w których zamknął się cały pieski świat.

Rozkładam się na karimacie, patrzę w niebo. Filip Springer, w swojej książce „13 pięter” cytuje kilkanaście osób, które poproszone są o zdefiniowanie domu. „Zuza: Dziecko, koty, książki. W dowolnej kolejności. (…) Darek: No, ja musiałem to sobie wszystko pozmieniać, bo zawsze myślałem, że dom to jest rodzina. Ale teraz już tak nie jest. To są po prostu bliskie osoby. Gdziekolwiek, byle były bliskie. (…) Iza: Nauczyłam się, że przestrzeń jest tak naprawdę nieważna. Że ja nie muszę być do niej przywiązana. Wystarczy, że mi będzie w niej dobrze. Wtedy będzie dom. Ostatnio tak miałam w górach w Peru. (…) Marta Tittenbrun: – Ta równowaga, że nikt mnie nie wyrzuci. Przyjemność codziennych powrotów. I jeszcze to, że chce mi się używać podkładek pod kubki.”

Moje dwie poprzednie książki zrodziły się z tęsknoty. „Powidoki” wyrosły z tęsknoty za drogą, „Sen Powrotu” z tęsknoty za człowiekiem. Powoli kiełkują nowe myśli, chwilowo przyduszone nadmiarem wrażeń, ciepłym przesytem gościnności, dobrych słów, przepięknego krajobrazu, spokoju i nieprawdopodobnie kojącego uczucia, że robi się coś, co jest dokładnie tym, co się chce, czy też chciałoby się robić; uczucia celebrowania chwili dla samej chwili, rozkoszy rześkich poranków w namiocie i zasypiania pod rozgwieżdżonym niebem, ufnie, spokojnie, w zamarzeniu, niby w domu, gdzie ktoś w ciemności trzyma mnie za rękę, przytula, całuje na dobranoc i sny dobre sprasza na wspólne pomieszkanie.

I jeszcze Springer: „Nie wiem, po co tu jestem. Czasami trzeba po prostu ruszyć do źródła, mimo że rzeka już zupełnie wyschła.”

Turning wheels

noc

„Nawet głupi namiot ma w sobie coś z „własnego domu”. Zresztą to wszystko, co mam ze sobą, jest dla mnie jakby żywe. Można by to nazwać smakiem sprzętu.” A. Bobkowski

Ciągle zapraszany, niezmiennie obdarowywany, przesuwam się powoli w fizycznej przestrzeni, po omacku, zanurzony we wszystkim niby w gęstej mgle. Bez głębszego celu i zapewne bez większego sensu, z nieodmiennym, szczerym zadziwieniem oddaję się tym ciepłym, przyjaznym zaistnieniom. Wciąż spotykam aż nieprawdopodobnie życzliwych ludzi, opiekuńczych, gościnnych. Jest ich tak wiele, że zaczyna mnie to zawstydzać. Mężczyzna na drodze, który dał mi wielki bochen chleba i nie chciał za niego żadnych pieniędzy, profesor Luisi w Taco Ralo, który zaprosił mnie na kolację, a potem zaprowadził na kąpiel w termalnych źródłach, no i Marco, którego niebywałej gościnności i szczodrości miałem okazję  doświadczyć już po raz drugi…

Familia de Marcos

I jak w tej sytuacji mam nie mieć wypaczonego obrazu świata, przejaskrawionego i być może kłamliwego. Obrazu, czy też może wizji, której świadomość budzi we mnie myśl, że świat jest dobry. Że ludzie są dobrzy. I że ja mam w tym postrzeganiu swój niemały współudział. Bowiem świat ten współtworzę i kreuję każdego dnia, w każdej chwili. Otwierając się na człowieka, na jego inność, na jego wielokulturowość, mając czas na rozmowę z nim, okazując chęć zrozumienia i swoje zainteresowanie. Nawet jeśli zaledwie wyczarowuję coś, czego tak naprawdę nie ma, to nie mam zamiaru tego zmieniać. Dobrze mi tu. Dobrze mi na tej drodze. Koła się kręcą, niebo migocze od gwiazd. W głowie kalejdoskop barw. Ciepłych, jasnych, radosnych. Wkładam dłoń do kieszeni. Kamyk szepce słowa letnie. Słońce grzeje, wiatr mnie niesie. „Lecą liście, szumi w lesie, wiatr z obłoków warkocz plecie. I tego trzymać się trzeba”. 

Sprzedawca czasu

pampa

„Ile godzin dziennie traci każdy mieszkaniec miasta na pójście do pracy i powrót z pracy? Pod ziemią dudni metro, w którym ludzie cisną się i pchają i potrącają jadąc długie kwadranse w smrodzie i zaduchu. Potem na dworcach to samo, w pociągach podmiejskich to samo. Wracają do domów, w których z wyjątkiem mebli, a najczęściej tylko kilku drobiazgów osobistych nic nie jest ich. Wstają rano i pędzą do pracy, z która najczęściej nic ich nie wiąże, w którą nie wkładają ani cząstki z siebie. A nad wszystkim rozpościera się popielaty welon anonimowości.” A. Bobkowski

Gabriel zaczepił mnie pod stacją benzynową. Wysiadł z zaparkowanego niemalże obok mnie samochodu, podszedł bliżej i od razu zapytał, czy nie chciałbym go odwiedzić. A przy okazji poznać kilkoro innych rowerzystów. Mężczyzna wyglądał bardzo sympatycznie, nie wzbudził we mnie żadnego podejrzenia, czy choćby cienia nieufności, ale z wyrysowanej przede mną słowami kuszącej oferty wygodnego łóżka i dobrego jedzenia niestety nie skorzystałem. Było już późno, ciemno, czułem się dość mocno zmęczony i nie zamierzałem tego dnia przejechać ani kilometra więcej, tym bardziej, że od proponowanej kolacji dzieliło mnie ich jeszcze ponad pięćdziesiąt. Gabriel zaproponował zatem, że spróbujemy upchnąć rower do samochodu, ale bagażnik był za mały, a samochód za czysty. Umówiliśmy się, że przyjadę następnego dnia, na obiad.

general pico (10)

W General Pico spędziłem dwa długie dni. Na rozmowach, na ciągłym objadaniu się, na wzajemnym inspirowaniu. Poznałem kilkanaście osób, dla których okazałem się dziwnym, obcojęzycznym tworem, wesołą marionetką kreującą własne wyobrażeniowe światy. Może nie powinienem się przed tym bronić, negować, zaprzeczać, ale tak, potwierdzić i dobitnie podkreślić, że właśnie jestem taką pacynką, której czasem wydaje się, że jest człowiekiem i zdarza jej się żyć w sposób, jaki jest udziałem większości w miarę trzeźwo i rozsądnie myślących ludzi. A kiedy jeszcze peluquero, fryzjer, który jeździ rowerem z rodziną, ciągnąc za sobą przyczepkę z narzędziami i układając na głowach fryzury w zamian za nocleg i jedzenie, więc kiedy jeszcze peluquero zapytał mnie, czy nie mógłbym mu oddać, albo sprzedać trochę swojego wolnego czasu, to już zupełnie przestałem udawać i odegrałem kukiełkowe przedstawienie, zaśpiewałem melodię dla tych, co nie mogą zasnąć, wyciągnąłem z kapelusza opowieści i przeżyte bajki tak jak umiałem, tak wyrecytowałem.

I jak tu nie wierzyć w czary, kiedy wyjeżdżając za General Pico w towarzystwie kolarskiej obstawy przypomniałem sobie, że przecież nie zaszyłem worka na maszty od namiotu i zaraz je wszystkie pogubię, a kolarze tak gnają i gnają i zaraz mi odjadą, ale gdzieś pod koniec owej myśli, kiedy już prawie wyblakła, gdzieś się zapodziała, w tym samym momencie na poboczu drogi zobaczyłem wymięty kawałek materiału. Krzyknąłem, wszyscy się zatrzymali, a ja podniosłem z ziemi dobry, mocny, idealnie pasujący do mojego namiotu worek.

Jak tu nie wierzyć w czary, kiedy jechałem i myślałem, że zapomniałem o kupnie pieczywa i został mi jeden kawałek sera, ale zaraz za zakrętem myśli spotkałem pierwszego w Argentynie ulicznego sprzedawcę chleba, który to chleb był nieprawdopodobnie ciepły, świeży i chrupiący i od pierwszego kęsa otworzył mi zaskrzypiałe drzwi do dziecięcych obrazów z podstawówki, kiedy to na długiej przerwie pędziliśmy na drugą stronę ulicy do piekarni i za sto złotych z wizerunkiem Waryńskiego kupowaliśmy gorącą, całkiem dużą i przedziwnie ciężką ćwiartkę chleba i formowaliśmy z niej gumowe kulki, by na koniec zajadać nieprzyzwoicie smaczną, chrupiącą, brązową, podpaloną skórkę?

Jak nie ufać w to, że można tworzyć własne światy, kiedy wszystko wokół wydaje się być takie ciepłe, bliskie, delikatne? Nawet te niechętne klaksony przejeżdżających ciężarówek zupełnie nie przeszkadzają. Niech trąbią, w sumie mają rację. Co z tego, że znaki są, żeby na rowerzystów uważać? Drogi wąskie, miejsca za wiele nie ma, mnie o wiele łatwiej z drogi do rowu zjechać, niż kierowcy ponad dwudziestotonowego monstrum zmienić kilkanaście biegów, jak już pomyli mu się pedał i zamiast gazu, niechcący wciśnie pedał hamulca.

Obchodzę stare miejsca, rozbijam się pod murami, rankiem niezmiennie podchodzą zabiedzone psy. Psy o niesamowicie ludzko smutnych oczach. Kładą się obok, patrzą i wyczekują. Wystarczy na nie spojrzeć, tyle im wystarczy i od razu obdarzają zaufaniem, podchodzą, łaszą się, merdają ogonem. Jem z nimi śniadanie, a potem je zostawiam. Biegną ze mną jakiś czas, potem gdzieś zostają. Jadę dalej, jakby nigdy nich nie było. Ale były przecież. Przez moment były.

Spoglądam na wszystko wokół i ciągle zastanawiam się, ile to jeszcze będzie trwać. „Gdzieś w drodze jest czas dmuchawców i marzeń, gdzieś w drodze jest czas odpoczynku”. Dziś ostatnia noc w Cordobie. U Maxa, Natalii i jej siostry. Zjemy pyszną kolację, napijemy się piwa, a potem zagrzebiemy w ciepłej pościeli.

Cordoba

Jakże inna jest ta Argentyna, jakże odmienna wydaje mi się od tej, przez którą jechałem prawie dwa lata temu. I jak tu nie wierzyć, że to my kreujemy to, co widzimy, że ten świat wokół jest taki, jaki go sobie stworzymy. Że nie widzimy rzeczy jakimi są, ale takimi, jacy sami jesteśmy.

„Człowiek to sposób bycia, który ustanawia w sobie ciągle otwarty wymiar, niemożliwy do wyznaczenia raz na zawsze, lecz nieograniczenie przemierzalny; przechodzi z tej strony siebie (…) ku milczącemu horyzontowi wszystkiego, co dane w piaszczystej rozciągłości niemyślenia.” M. Foucault

Jak niewiele tutaj potrzeba do szczęścia. Garść słów, spojrzenie drugiego człowieka. Ciepły posiłek, kubek gorącej kawy na śniadanie, lekki wiatr, gwiazdy nad głową – wszystko da się zamknąć w jednym zdaniu, w dłoni, pod półprzymkniętą powieką, albo w wymiętej kieszeni podniszczonej kurtki. Choć czy to i tak nie aż nazbyt wiele?

Pisząc o pastelach Twardocha, Maja Wołosiewicz nadmienia, że malarz „próbuje ocalić od zapomnienia nie tylko materialne przedmioty żyjące własnym, cichym życiem, nie tylko baśniowe, dziecięce światy, niezrealizowane marzenia, ale także to, co najlepsze w naszych sercach – miłość, delikatność i uważność na drugiego człowieka.”

Być może w podróży jest o to łatwiej. Prościej jest znaleźć wyjście poza granice życia, do jakiego zostaliśmy przyzwyczajeni, pozbyć się determinującej siły uwarunkowań, kształtujących nasze ja. Bo niby wszystko wygląda inaczej. W drodze tak wiele jest przecież ofiarowane – do oglądania, smakowania, podglądania – ale bez przymusu posiadania, bez konieczności pozostania, bez podpisywania aktu notarialnego. Jeśli coś mi się nie podoba, zostawiam to i już. Przechodzę. Ludzie to nie drzewa. Mogą osiąść tam, gdzie chcą. Zabrać ze sobą dom.

Ktoś niedawno zadał mi pytanie: „Czy istota bycia w podróży nie jest bardziej określona przez to gdzie nas nie ma, niż przez to gdzie jesteśmy?” I jeszcze: „Być może jest tak, że podroż nie istnieje, a podróżowanie to tylko zabranie własnego domu na krótki spacer?”

Sandor Marai kiedyś napisał, że człowiek potrzebuje dziewięciu miesięcy aby przyjść na świat i czasem dziewięćdziesięciu lat, aby zrozumieć coś z życia. Ale co zrobić, jeśli jest się pacynką, kukiełką udającą kogoś, kim się wcale nie jest? W świecie dwojga Ludzieńków, jakaś marionetka kiedyś podpowie, stary Sprzedawca Czasu, albo wychudzony Kataryniarz, co ciągle gra dla tych, co nie mogą zasnąć. Dobranoc.

Po drugiej stronie lustra

La Pampa (1)

„Jest jedna prawda, która szuka nas, a której my staramy się unikać; prawda, która nie ma dopełnienia: życie każdego z nas kiedyś się skończy. Inne prawdy krążą wokół niej, niczym gwiazdy wokół czarnej dziury” T. Snyder

Dobrze mi tutaj. Być może powinienem mieć wyrzuty sumienia z tego powodu, choćby w stosunku do tych, którzy z jakichkolwiek powodów nie mogą, bądź też po prostu nie podzielają podobnego entuzjazmu i nie doświadczają tego głębokiego, (aczkolwiek chwilowego), balansującego niemalże na krawędzi lekkiej euforii zachłyśnięcia się byciem, nie wiem.

„Odkryłem uśmiech myśli. Nie umiem tego inaczej nazwać. Mam ochotę błaznować sam do siebie, robić głupstwa sam dla siebie, rozsadza mnie jakaś głupia radość i lekkość. Wszystko mi się podoba, wszystko wokoło jest jak muzyka. Chwytane w przelocie nastroje poszczególnych ulic i widoki wiją się wewnątrz mnie jak jakiś roztańczony korowód par, każda w innym stroju. Piję coś wielkimi łykami, czego nie umiem określić. Młodość? Dobrze mi, bo jestem młody i silny; dobrze mi, bo jestem sobą i myślę tak swobodnie, jak nigdy dotąd.” A. Bobkowski „Szkice piórkiem”

Żeby nie było, że nagle i niespodziewanie znalazłem drogę do stanu permanentnej szczęśliwości, bynajmniej. Tym bardziej chłonę wszystko to, co dzieje się wokół mnie, nieudolnie malując w głowie poetycki obraz świata, próbując nie myśleć, że to się kiedyś skończy, że wiecznej idylli, tego stanu bezustannego błogostanu nie będzie. Zniknie i już. Wystarczy lekki podmuch, jeden nieostrożny dotyk i cała ta sielanka rozpadnie się pewnego dnia jak naprędce sklecony domek z kart. Jadę więc i pochłaniam. Z ciągle nurtującym pytaniem: co będzie, co tam będzie? Jakakolwiek ciągłość pomiędzy mną tu i mną tam? Jakiekolwiek współistnienie? Choćby namiastka świadomości?

„Jadąc cichą drogą, zatopiony w jakiejś przedziwnej pełności, czuję specjalnie tę wielką fikcję czasu, nieuchwytność teraźniejszości. W człowieku wszystko jest albo przeszłością, albo przyszłością. Teraz przeżywa się poprzez tamte dwa czasy. Bywają jednak momenty, gdy jest tylko to, co jest – chwile tak krótkie, że nie dające się wyrazić żadną jednostką, a jednak wspaniałe, bo pełne. (…) W takich chwilach czas w ogóle znika, nie ma go.” A. Bobkowski „Szkice piórkiem”

pampa (15)

Niby ten sam dom, niby to samo miejsce. A jednak tym razem nie powitało mnie ujadanie psów, z którymi spałem pod pustym, zaniedbanym domem na środku pampy, tym niemal rozsypującym się budynkiem, zauważonym podczas burzy w świetle piorunów, rozbłyskujących na czarnym, nocnym niebie. Nie natknąłem się na żadne ślady. Chociażby zaschnięte. Oparłem rower o tę samą blaszaną ścianę. Wyjąłem jedzenie. Poczęstowałem przezroczyste zwierzęta. Parówki, ryż, bułki z serem. Jedliśmy ze smakiem. Duży chwytał łapczywie, połykał w całości. Mały przeżuwał, wypluwał, zgarniał z ziemi, zagryzał, wypluwał i patrzył, po czym znów chwytał w zęby i jadł niespiesznie, jakby chciał przedłużyć niewątpliwą przyjemność zapełniania pustego od dawna żołądka.

Zdrzemnąłem się w ich budzie; tej samej, w której piętnaście miesięcy temu rozstawiłem namiot, po czym wstałem, zebrałem rzeczy, wsiadłem na rower i odjechałem. Zaszeleściły konary drzew. Zatrzymałem się i odwróciłem. Przymknąłem oczy. Wytężałem wzrok, ale niczego nie było. Kropka przy kałuży zniknęła. Uśmiechnąłem się. Ktoś je zabrał. Wrócił i zabrał. Albo zatrzymał się, tak jak kiedyś ja i przygarnął. Mają dom. Biegają w ogródku. Są przytulane i głaskane. Nikt w nich nie rzuca kamieniami. Nie bije, nie przegania. Ktoś je zabrał ze sobą i nakarmił, jak pani Romina, która pomaga psom z ulicy, a u której mogłem się na chwilę zatrzymać i odpocząć. Wciąż spotykam dobrych ludzi. Tyle życzliwości i uśmiechu, mnóstwo ciepłych słów. To może jednak nie mam racji, myśląc, że nie zasłużyłem? Ale jeśli tak, to czym? No czym?

Żegnamy się z Rominą pod jej pięknie i ze smakiem urządzonym domem. Jakiś smutek w oczach, że się jedzie, ale przecież w inny sposób teraz nie można, nie da się. Zresztą, nie chce się. No i wybrało się tak, a nie inaczej. Świadomie. I nie ma sensu rzucać w nikogo kamieniem, bo teraz jest droga, a kiedyś, jak się zechce, to może kiedyś będzie i dom. Drewniany, z kominkiem i bujanym fotelem do czytania książek.

„Każdy wędrowiec, choć wybrał swój los i nie zamieniłby do na inny, ma taką chwilę, kiedy przechodząc przez wieś o zmierzchu i widząc przez okno izbę, gdzie rodzina zasiada do stołu w kręgu lampy, odczuwa strach przed przyszłością żal za przeszłością i niepewność, czy wybrał właściwie. Wtedy chciałby rzucić w szybę kamieniem. Na pozór po to, by zniszczyć obraz, który uważa za głupi i niedorzeczny. A naprawdę po to, żeby dodać sobie odwagi. Nie wie, że jednocześnie ktoś obserwuje go z głębi domu. Ktoś, kto widząc włóczęgę, zazdrości mu wędrówki, bo sam siedzi przez całe życie w tej samej izbie, ciepłej i przytulnej, ale za to w bezruchu i nudzie. I ten ktoś ma ochotę wyjść przed dom i rzucić w wędrowca kamieniem. Pozornie z oburzenia na niemoralne, bo bezpłodne życie włóczęgi, a naprawdę z zawiści i zemsty za swoją nudę. Dwa mijające się w locie kamienie – więc po co nimi rzucać? Lepiej niech każdy schowa swój kamień do swojej kieszeni. Po co wymieniać jeden kamień na inny?” Mrożek

Z uśmiechem na ustach i wiatrem w plecy, jedziemy. Jeszcze trochę pociągniemy, popatrzymy, pomyślimy. Może z tego coś powstanie, a może i nic. Niechby chociaż ten uśmiech pozostał. I to słońce, co je ciągnę ze sobą. I żeby wszystko było takie proste, jak w teledysku Shakiry. Jadąc z Tobą, spacerując, będąc, tańcząc, chłonąc wszystko wokół. Dopóki jest. Dopóki się jest.

Wędrówki pamięci

wędrówki pamięci (5)

„Nikomu ze zwykłych śmiertelników nie dane jest wypatrzyć pokrętne rysunki czasu przyszłego ani tego, że ścieżkom, które wydają się równoległe, sądzone jest w jakimś miejscu się skrzyżować.” Bułat Okudżawa

Co one czują? Co one… myślą? Te wszystkie zwierzęta, co tak blisko podchodzą… Guanaco, pancerniki, lisy, strusie, koty, wieloryby, psy. Ostatnio mnóstwo psów. Może niektórzy z Państwa pamiętają. Niemalże dwa lata temu pisałem, że przez całą drogę w Argentynie towarzyszyły mi psy. Ciągle. Są. Nic się nie zmieniło. Mnóstwo bezpańskich psów. I ten ich bezdenny smutek w oczach. Ta tęsknota. I dzika radość, kiedy zawiesi się na nich wzrok. Jak się zagwiżdże. Zatrzyma przy nich. Najpierw wstają i chcą uciekać. Zadziwione zatrzymują się, że nie rzuca się kamieniem, nie przepędza, nie odgania. Stoją i patrzą. W końcu zamerdają ogonem i podchodzą. Powoli, ostrożnie, nieufnie. Delikatnie poliżą wyciągniętą dłoń. Poczują dłoń na karku i koniec. Już nie odejdą. Położą się obok i jeszcze mocniej patrzą. Jakby od zawsze były. I są. Pozostają.

Wstaję, zbieram się, przecież nie mogę tak leżeć pół dnia pod tą brudną ścianą, choć dobrze mi tutaj. Que fiaca! Rozleniwiony składam rzeczy, pakuję znalezione przy drodze trampki. Zazwyczaj leży jeden but. Całkiem często. Duże, małe, damskie, męskie, na lato i zimę, ale w zasadzie zawsze leży jeden. Pierwszy raz w życiu znalazłem dwa. Mają dziurawe podeszwy, ale co tam. Numer dobry i szerokie czuby, tak jak lubię. I zobaczyłem je właśnie w dniu, kiedy pomyślałem, że nie mam lżejszego obuwia na zmianę, a robi się coraz cieplej. Jakby ktoś te trampki podłożył. Jakbym je sobie wymyślił. Tak jak panią Cecylię i jej męża i jedenaście kotów w domu, który przypomina igloo i nawet tę rybę na obiad, kiedy poprzedniego dnia jadłem trochę nadpsute parówki i rozmyślałem, co bym zjadł, gdybym tylko mógł wybrać. I spotykam w sklepie La Anonima (taka argentyńska Biedronka) panią Cecylię, która zadaje mi dokładnie takie pytanie: „gdybyś mógł wybrać, co chciałbyś zjeść?” Ryba z frytkami, a na deser racuchy. I żarcia do sakwy tyle, że wystarczy na trzy dni. I dla mnie i dla psów.

Las Grutas

Dojadamy resztki, trzeba się zbierać. Popycham rower po piasku, idą za mną, potem biegną, kiedy siadam na rower, a w końcu gubię je po drodze. I sam już nie wiem, czy nadal gdzieś pędzą; po pampie, po ulicy, w rowie, czy wracają, czy zostają tam, gdzie padły, bo nie miały już siły biec, czy w ogóle były. Może znów wszystko sobie wyobraziłem. Wyśniłem. Sny przeżywane dla tych, co sami snów nie mają. Jakie psy? Jaka ryba? Jakie trampki? Przecież to wszystko już było. Ile razy jeszcze? I dokąd teraz? Nawet kierunku nie znam, choć droga niby ta sama. I wcale nie pusta. Przestrzeń, po której unosi mnie wiatr. Najbanalniejsze myśli i odczucia, wyświechtane, wytarte, o których wydaje mi się, że nie warto po raz enty tu pisać. Jak u Szestowa: „Albo doświadczenia wewnętrzne, nawet najprostsze, są tak święte, że sama natura stoi zazdrośnie na ich straży; albo tak nędzne, że nie warto odsłaniać ich przed innymi.”

Odnajduję lekko przygniecioną trawę i rozbijam się dokładnie w tym samym miejscu, co przed miesiącami. A potem wieczór i noc i szepty w powietrzu. I wcale nie jest tak, że wszystko zdarza się tylko raz; i deszcz i słowo i krajobraz. Że „za codziennym migotaniem nie słychać muzyki utraty.” Jest dokładnie tak jak było. Tutaj nic się tutaj nie zmieniło. Się jest. Jest się. Jest.

„Piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy się z niczym – ani z muzyką, ani z poezją. Nie czuje się potrzeby wykołatania z siebie żadnych uczuć, czy wzruszeń, tęsknoty lub marzeń. Tu za jednym zamachem można się oduczyć tej „słowiańskiej tęskliwości”, niebieskookiej, łanowo-równinno-zbożowej. Tutaj piękno jest.

Jest cisza, każdy odgłos jest wyraźny, w nic nieoprawny. Nad łąkami wiszą mgły, trawa lśni, a wokoło piętrzą się olbrzymie masywy gór. Przenika to do duszy prostą drogą i zachwyca spokojnie, bezpośrednio. Patrząc na to, wydaje mi się, że jakaś starsza, mądra i piękna kobieta mówi i opowiada niskim i równym głosem, a każde jej słowo jest pełne, przeżyte i odczute do końca. A kiedy indziej wydaje mi się znowu, że jest to wspaniała, zwarta i prosta nowela nastrojów, jak nowele Bunina lub K. Mansfield, gdzie nic się nie dzieje, a równocześnie już tyle stało się, gdzie strony nie są pisane od lewej ku prawej, lecz w głąb, w głąb bez dna. (…) Zamieniam się w jakiś instrument i daję na sobie grać. Nie ma w tym żadnej egzaltacji – jest to taki sam tusz duszy, jak tusz ciała i odczuwam tę samą przyjemność. Przy jednym i drugim tuszu tak wspaniale i soczyście czuje się życie. (…) Nieraz przez całe życie człowiek chce siebie wygrać dla siebie – i nie może. To loteria, na której pada mało wygranych. Najstraszniejsze jest chyba ciągłe mijanie się z samym sobą, ciągłe czekanie na tę największą wygraną, jaką w życiu każdego człowieka jest na pewno wygranie siebie dla siebie. Bo tylko od tej chwili człowiek taki może być prawdziwą wygraną także dla innych.” Andrzej Bobkowski „Szkice Piórkiem”

A na koniec: video z poprzedniej wycieczki do Kolumbii, do której jeszcze parę chwil. Do przeczytania.

W kolumbijskim rowie from piotr strzezysz on Vimeo.