Le Vent Nous Portera

Santa Fe (2)

„Podarowałeś mi opowieść, napisaną trudnym do rozszyfrowania pismem, opowieść, która wpiła się w moje życie i nadal w nim istnieje, żyje, dalej się rozwija. (…) Zagubiłam się w niej, jeszcze teraz, po latach, gubię się w niej, w tym, co się stało moim życiem. Nie znajduję wyjścia, nie znajduję też drogi w głąb. Nieustannie odnajduję się w nowych, nieznanych mi dotąd miejscach.” E. Rynell

Wróciłem, pobłąkam się trochę wokół. „Jestem tutaj i nie mam nic do powiedzenia (…) I to jest poezja, jakiej potrzebuję. Ta przestrzeń czasu jest zorganizowana. Nie musimy się bać tej ciszy. Możemy ją polubić.” John Cage

Pokój, łóżko, cztery ściany. „Dom. Życie. Pudło skrzypcowe – wichry na strunach grają (…) – witają, mijają, żegnają. Na dnie dźwiękami syconych, wonnych muzyka skrzypiec – mieszkam – oddycham, żywię się tonami” E. Zegadłowicz

„Załóżmy, że proza jest tą formą języka, która muzyce jest najdalsza, ale już w popisie krasomówczym, w układzie dźwięcznych okresów usłyszymy brzmienie muzyczne, które mocniej i mocniej zaznacza się w mowie poetyckiej, w budowie wiersza, w rymie, aż w końcu muzyczność rozwija się tak potężnie, że mowa milknie i wszystko staje się muzyką” S. Kierkegaard

Tout disparaîtra mais, Le vent nous portera

Pewnego dnia wiatr znów mnie uniesie. Jak tylko odbiję się od ziemi, dam znać.

Sen Powrotu

„Nie oskarżam się w sposób prostacki, bijąc się w piersi. (…) Mnożę odcienie i dygresje, przystosowuję swą mowę do słuchacza, naprowadzam go, żeby mnie prześcignął. Mieszam to, co mnie dotyczy i to, co odnosi się do innych. Biorę wspólne rysy, doświadczenia, których doznaliśmy razem, słabości, które podzielamy, konwenans człowieka dzisiejszego wreszcie, grasującego we mnie i w innych. Z tego klecę portret wszystkich i nikogo. Słowem, klecę maskę, dość podobną do masek karnawałowych, wiernych i uproszczonych zarazem, na widok których powiada się: proszę, tego już spotkałem. Kiedy portret jest skończony, jak w dzisiejszy wieczór, pokazuję go ze strapieniem: niestety, taki jestem.” A. Camus Upadek

cropped-Sen-powrotu.jpg

Chciałbym poinformować wszystkich zainteresowanych, że na stronie wydawnictwa Bezdroża można już kupić moją nową książkę pt. „Sen powrotu”. Książka powstała na kanwie mojego poprzedniego wyjazdu, ale miałbym trudności z napisaniem, o czym właściwie ona jest, co przedstawia, czego dotyczy. To znaczy, oczywiście wiem, o czym jest dla mnie. Miałem przecież pewne intencje, obrazy i najróżniejsze myśli w głowie, które z mniej bądź bardziej racjonalnych względów domagały się przelania na papier. Najprościej byłoby napisać, że Sen Powrotu to bajka o podróży. I o szukaniu baśni. Bo czymże są podróże, jeśli nie ciągłym poszukiwaniem baśni?

Chciałbym nadmienić, że tym razem prawie zupełnie zrezygnowałem z dodawania tak zwanych „informacji kontekstowych”, opisujących zwyczaje, kulturę, czy jakiekolwiek cechy charakterystyczne odwiedzanych przeze mnie krajów, regionów, czy miast. W przypadku pisania „Powidoków” wydawało mi się, że te „dodatkowe” informacje wzbogacą lekturę, tym bardziej, że brak tego typu treści był częstym zarzutem osób czytających „Makaron w sakwach”, w której to książce w zasadzie przedstawiłem jedynie trud samej drogi, bycie w drodze, albo inaczej – moją intencją i zamierzeniem było coś podobnego przedstawić.

Przy pisaniu „Powidoków” często korzystałem z twórczości innych autorów. Cytowałem, bądź parafrazowałem treści, które w bardziej „naukowy” sposób przedstawiały pewne zdarzenia, bądź opisywane przeze mnie sytuacje. Starałem się wymienić wszystkie źródła w bibliografii, niemniej jednak, pewna rzecz mi umknęła. Przeglądając jakiś czas temu Powidoki”, natknąłem się na zdanie: „Sparaliżowana, zbyt nasycona odmiennymi i konkurencyjnymi przekazami tożsamość nie miała ani chwili wytchnienia, a przy tym nie mogła odwołać się do pewności doświadczenia”. W mojej książce, zdanie to nie jest napisane w cudzysłowie, a powinno być, gdyż w zasadzie jest prawie identyczne z fragmentem tekstu Wojciecha Burszty pt „Tożsamość narracyjna w dobie ekranu”. Co więcej, pozycja ta nie została przeze mnie wymieniona w bibliografii. Rzecz przeoczyłem i jest mi z tym bardzo głupio, gdyż absolutnie nie chciałem się podpierać cytatem w sposób „nieujawniony”, autora cenię i publicznie tutaj przepraszam, jak również wszystkie inne osoby, które tym fragmentem mogłem wprowadzić w błąd.

W przypadku „Snu powrotu” starałem się podobnego lapsusu nie popełnić, choć oczywiście również korzystałem z dorobku innych autorów. Na pewno da się łatwo wyłapać nawiązania do książek tych z pisarzy, których sam lubię i których twórczość jest mi bliska, wymieniając choćby Myśliwskiego, Mrożka, Bieńczyka, czy Maraiego.

Książkę zacząłem pisać będąc w drodze i zakończyłem ją, również przebywając poza domem. Dziękuję Andrzejowi za udostępnienie mi spokojnego miejsca w Poznaniu, księdzu Józkowi za możliwość przebywania na Bocas del Toro, Michałowi i jego żonie Zaidzie za gościnę w Panamie, Ani za ogromną dla mnie cierpliwość i ciepło, Sylwii za porady, cenne uwagi i nazywanie tego, na co sam nie mogłem znaleźć słowa, Agnieszce za korektę i wreszcie mojej mamie – za wszystko.

I Tobie też, bo przecież bez Ciebie, ani sama podróż, ani tym bardziej ta książka, która się z tamtej podróży zrodziła, nigdy by się nie wyśniła.

Wszystkim chętnym do zapoznania się ze „Snem powrotu” życzę zaczytania.

sen powrotu

Together

pp

„I w ogóle muzyka to straszna rzecz. Co to jest? Nie rozumiem. Co to jest muzyka? Co ona robi? I po co robi to, co robi? Podobno muzyka działa uszlachetniająco na duszę. To bzdury! Nieprawda. Działa strasznie, strasznie działa. Mówię o sobie. Lecz wcale nie uszlachetniająco. Nie działa na duszę ani uszlachetniająco, ani poniżająco, lecz drażniąco. Jak to panu powiedzieć… Muzyka zmusza mnie do zapomnienia o sobie, o swoim istotnym położeniu. Przenosi mnie w jakiś inne, nie moje położenie. Pod wpływem muzyki wydaje mi się, że czuję to, czego właściwie nie czuję, że rozumiem to, czego nie rozumiem, że mogę to, czego nie mogę. (…) Muzyka, od razu bezpośrednio przenosi mnie w stan ducha w jakim znajdował się ten, kto ją komponował. Zespalam się z nim duchowo i razem z nim przenoszę się z jednego stanu w inny.” Lew Tołstoj „Sonata Kreutzerowska”

Wycieczka powoli dobiega końca. Jeszcze kilka oddechów i niebawem zmienię miejsce, a i czas również nieznacznie się zakrzywi. Może to dziwne, a może właśnie zupełnie naturalne, ale im bliżej zakończenia kolejnego fragmentu tej drogi (która przecież zupełnie nie wiadomo dokąd doprowadzi, co w rzeczy samej czyni ją jeszcze bardziej pociągającą), tym większy spokój. I coraz pełniejsza cisza. Bo przecież tak naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic – aż do końca.

Jechałem nocą i podśpiewywałem sobie pod nosem. Coś mało zrozumiałego, stworzonego na jeden wieczór, z melodią podszeptaną przez wiatr i pył. Byłem już zmęczony całodziennym pedałowaniem, ale w plecy ciągle silnie wiało, chciałem więc jeszcze trochę pounosić się w ciemnościach i dopiero za godzinę, albo dwie zatrzymać przy jakiejś stacji benzynowej, albo punkcie poboru opłat za korzystanie z kolumbijskiej drogi.

Wyprzedził mnie zbyt blisko, prawie zahaczył o sakwę i rozhuśtał melodię w głowie. Pewnie pijany, pomyślałem. Patrzyłem jeszcze przez chwilę za czerwonym, oddalającym się czerwonym punktem, który w pewnym momencie jakby przygasł, by w sekundę później rozbłysnąć intensywnym, białym snopem światła przedniego reflektora. Motocykl jechał prosto na mnie. Na głowie miałem latarkę, do której poprzedniego dnia włożyłem nowe baterie. Świeciła silnie, niewiele słabiej od lampy zbliżającego się jednośladu. Zrobiło się bardzo jasno, niemalże oślepiająco. Rozlewająca się biała plama ściągała mnie do siebie, do środka. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że jeśli w nią uderzę, to absolutnie nic się nie stanie, a jeśli nawet coś poczuję, to najwyżej ciepły dotyk czegoś, co wydawało mi się, że istniało, ale tak naprawdę stanowiło zaledwie dalszy ciąg rozhuśtanej już na dobre melodii, która wraz z tą dookolną, zagarniającą mnie jasnością rozpryśnie się bez śladu, jak wielka, przezroczysta, mydlana bańka, tańcząca w powietrzu dopóty, dopóki czyjaś dłoń jej nie rozerwie najdelikatniejszym choćby dotykiem.

W ostatniej chwili odbiłem na bok. Jednocześnie usłyszałem kilkakrotnie powtórzone słowo: „kasa”. Zgasiłem czołówkę, nacisnąłem na pedały i ruszyłem przed siebie środkiem drogi. Nie musiałem się oglądać, słyszałem, że się zbliża. Prawie zrównał się ze mną, kiedy dobiegło mnie głośne: „stój ty chu…u jeb…ny, zatrzymaj się!” Gwałtownie zahamowałem, kątem oka widząc wyciągniętą rękę jednego z dwóch, siedzących na motocyklu mężczyzn. Zacząłem jechać w drugą stronę. Za chwilę, warkoczący pojazd znów się ze mną zrównał i sytuacja się powtórzyła, choć tym razem mężczyźnie prawie udało się mnie chwycić. Grube łapsko musnęło moją koszulkę.

Dziwna sprawa, ale wcale nie czułem strachu. Jakby to wszystko działo się gdzieś poza mną. Jakbym wcale w tym zajściu nie uczestniczył, a jeśli już, to odbywało się ono w innej, równoległej rzeczywistości, co do której byłem najzupełniej pewien, że nic mi w niej nie grozi i nic złego stać mi się nie może. Czy stało się to za sprawą dziesiątek spotkań z nieprawdopodobnie gościnnymi Kolumbijczykami, że zupełnie zagubiłem zdrowy rozsądek i instynkt samozachowawczy, czy było to coś innego? Nie wiem.

Odwróciłem się. Nadjeżdżał samochód. Ambulans z włączonym na dachu kogutem. Stałem na środku drogi. Motocykl też chyba stanął. Kilka metrów ode mnie. Bardziej poczułem, niż zobaczyłem, że ktoś biegnie w moją stronę. Wskoczyłem na siodełko, ruszyłem prosto w stronę ambulansu. Samochód przyhamował. Podjechałem bliżej, okno uchyliło się, wytłumaczyłem, co się dzieje. Kierowca pytał, czy dzwonić na policję. Powiedziałem, że nie, ale czy nie mógłby mnie teraz zabrać do miasta. Nie miał miejsca w środku, powiedział, że będzie jechał za mną. Ruszyłem do San Onofre. Dziesięć kilometrów pedałowania w dziwnym bezczasie, z ciągle rozbrzmiewającą w mojej głowie wieczorną melodią, którą zczytywałem z rozświetlonej przede mną dziurawej drogi.

Rozbiłem się za zamkniętą już o tej porze stacją benzynową, zapytawszy o pozwolnie przygarbionego ochroniarza. Rozstawiałem namiot z lekkim cieniem nieufności, który momentalnie przygasł, kiedy tylko rozłożyłem się w środku na karimacie.

„Zaufaj tylko warg splotom, bełkotom niezrozumiałym, gestom w próżni zawisłym, niedoskonałym.” Coś było obok mnie. Coś tam było. Wtedy, gdy brudne mózgi próbowały zrobić mi krzywdę na drodze. Kiedy zasypiałem, poczułem fizycznie tę obecność. I ten spokój, że nie ma się czego obawiać. Coś jedzie ze mną. Cały czas, nawet jak zdarza mi się o tym zapomnieć, to i tak jedzie. Tej nocy pozwoliło się dotknąć. Położyło się obok, okryło mnie delikatnie, owiało, w ciepły sen zabrało. A potem melodię zagrało.

La Guajira

la guajira (6)

„- Czy mama jest szczęśliwa? – Co takiego? – Pytam, czy mama jest szczęśliwa? Co w tym dziwnego? – To bardzo niedyskretne pytanie. – To wstyd być szczęśliwym? – Nie, chyba nie… – No, to znaczy, że mama nie jest szczęśliwa. Bo mama się wstydzi. Każdy się wstydzi być nieszczęśliwym. To tak jak nieodrobić zadania, albo mieć pryszcza. Wszyscy, którzy nie są szczęśliwi, czują się winni, jak przestępcy. Być szczęśliwym to prawo i obowiązek ludzi wyzwolonych w naszej epoce.” S. Mrożek „Tango”

– Naprawdę są tam żółwie? Te olbrzymie? Tak sobie po prostu spacerują po plaży?

– A są, pewnie, że są i spacerują, co się dziwisz? Mnóstwo ich jest. A teraz tym bardziej, bo pełnia się zbliża i wychodzą do księżyca. Wyciągają głowy w niebo i patrzą. Po co to robią? A skąd ja mam wiedzieć? Widocznie tak im się podoba i już. Możesz podejść, poklepać, zdjęcie zrobić, co zechcesz. A do Nazareth lepiej nie jedź. Tam nic ciekawego nie ma, ludzie nieprzyjemni, z wodą problem, gorąco jak w piecu, a wieje tak, że cię zdmuchnie z drogi wraz z rowerem. Ruszaj do El Cabo, prześpisz się u mojego szwagra, dostaniesz langustę na kolację, pooglądasz sobie żółwie i poleżysz na plaży. Woda ciepła, a morze tak spokojne, że wygląda jak jezioro.

Langusty nigdy nie próbowałem, na plaży od dawna nie leżałem, silnego, niesprzyjającego wiatru miałem już szczerze dosyć, ale w rzeczy samej tym, co najbardziej skłoniło mnie do odwiedzenia El Cabo, była roztaczana przez Elvisa perspektywa zobaczenia wielkich, morskich żółwi.

Sześćdziesięcioletni Elvis mieszka w departamencie La Guajira, w maleńkiej wiosce, znajdującej się niedaleko posiadającego własną nazwę skrzyżowania Quatro Vias. Na co dzień pracuje w kopalni węgla, a w weekendy dorabia jako dostawca koziego mięsa. Jest rodowitym indianinem z plemienia Wayuu. Ma szesnaścioro dzieci i pięć żon, z których najmłodsza ma siedemnaście lat. Mieszka tylko z jedną, bo jak mówi: „jakby mieszkał ze wszystkimi, to by sobie oczy wydrapały, takie są o siebie zazdrosne”.

Siedzimy przy stoliku comedora i pijemy wenezuelskie piwo Polar, z niedźwiedziem polarnym na etykiecie. Ja dopiero trzecie, Elvis dwunaste (sądząc po ilosci butelek na stole). Właścicielka restauracji sprzedaje też benzynę. W pobliżu granicy, handel sprowadzanym z Wenezueli żółtawym płynem stanowi utrzymanie większości mieszkańców zakurzonych, smaganych wiatrem miasteczek.

gasolina (2)

Sześć tysięcy kolumbijskich peso za galon, czyli, przeliczając na nasze, około dwa złote za litr (cena „normalna” w innych częściach kraju, to mniej więcej siedem i pół tysiąca za galon, czyli około dwa pięćdziesiąt za litr). Nie ma się co dziwić, że wszystkie stacje benzynowe kolumbijskich korpo w przygranicznych departamentach poupadały i straszą nieczynnymi automatami i opuszczonymi budynkami.

gasolina (3)

Elvis dopytuje się o europejskie kobiety, czy to prawda, że w ogóle nie mają bioder i piersi, że noszą krótkie włosy i że z tyłu nie można odróżnić, czy to dziewczyna, czy chłopak. Bo niedawno spotkał jakiegoś Niemca i tamten mu tak naopowiadał i jeśli to prawda, to on mi bardzo współczuje i radzi znaleźć jakąś pannę w El Cabo, co ma szeroką d… i wygląda jak kobieta, albo najlepiej dwie, dać rodzinie na zakup ośmiu kóz (a może i sześć wystarczy, bo nieurodzaj jest) i zacząć robić dzieci, bo to już najwyższy czas, a w ogóle to wstyd, że tyle lat żyję i jeszcze się żadnych nie dorobiłem i najwyraźniej coś ze mną jest nie tak i on wypije za mnie kolejne piwo, żebym przemyślał, co mówił i wziął to sobie do serca i wcielił w życie, póki jeszcze nie jest za późno.

Wizyta w El Cabo bynajmniej nie zachęciła mnie do założenia tam rodziny i zmiany trybu życia na osiadły. Żółwi oczywiście nie było. Uściślając – nie było żółwi na plaży. Był jeden, ale prawie martwy, leżący do góry łapami w czymś wyglądającym jak wielki, okrągły kosz (a co było oponą od ciężarówki). Przewiązany sznurem, od kilku dni pozostawiony bez wody i jedzenia. Czekający na pośrednika, który zabierze go do miasta i, jak dobrze pójdzie, to sprzeda za równowartość około pięciuset złotych.

tortuga (1)

Żeby było ciekawiej, spałem dosłownie metr obok tego przykrytego plastikowym wiekiem stworzenia. Rozstawiłem namiot w „hotelu” należącym do szwagra Elvisa (który to „hotel” był pozbawioną wody i elektryczności, wysypaną piaskiem trójścienną szopą) i zastanawiałem się przed zaśnięciem, co wydaje z siebie takie dziwne dźwięki, przypominające głośne, niemalże ludzkie westchnienia.

tortuga (2)

W El Cabo nie padało od czterech lat. Większości ludziom brakuje wody. Kogo stać, raz na dwa tygodnie kupuje tysiąc litrów za równowartość pięćdziesięciu złotych. Do picia, gotowania, zmywania, prania, mycia, dla zwierząt. Cały dzień jest bardzo ciepło, dzieci biegają nago, dorośli też niewiele mają na sobie, przynajmniej prać zbyt często nie trzeba.

W sąsiedniej wiosce jest studnia, ale woda w niej nie jest najczystsza. Podobnie brudna jest w zasadzie cała okolica. Śmierdząca, zaśmiecona, pokryta foliowymi torebkami, które zawisają na kaktusowych kolcach, albo osiadają w korytach wyschniętych rzek.

Uribia

Zatrzymuję się na moment, tłumacząc podbiegającym co chwilę dzieciom, że nie mogę wszystkim zostawić po dwa tysiące na oranżadę, ale chyba nie rozumieją. Nie wyglądają na bardzo zabiedzone. Jedno podbiegło z lizakiem, drugie z miską, w której pałaszowało rybę, a trzecie z butelką coli. Nabrałem strasznej ochoty na tę colę, nawet byłbym skłonny ją kupić, ale wtedy wydałoby się, że gringo jednak ma pieniądze, którymi nie chce się podzielić z całą wioską i pewnie dostałbym więcej, niż tylko jednym kamieniem w plecy na odchodne.

W palącym popołudniowym słońcu jadę więc dalej, wracam na salar, przeszła mi ochota na dalsze zwiedzanie La Guajira, na „mucia cultura”, jak często zdarzało mi się słyszeć po drodze. Że tam dużo kultury będzie. Do Uribia docieram późną nocą. Jestem zmęczony, ale chcę jeszcze przejechać czterdzieści kilometrów, dzielące mnie od Quatro Vias. Potrzebuję kawy, mam straszną ochotę na kawę, idiotycznie upieram się, że znajdę kogoś, kto mi ją o tej porze dnia sprzeda. Szanse są prawie żadne. Tinto, mała czarna, podawana jest do posiłków rano, po południu raczej już nie. I nie działa tłumaczenie, że jeśli można zagotować wodę na rozpalonym właśnie palenisku, to przecież wystarczy wsypać do kubka łyżkę proszku i wyjdzie z tego czarny, ciepły napój. I że mogę zapłacić nawet za cały termos, ale nie… Nie ma. Nie da się. Oczywiście mogłem rozłożyć rzeczy i zagotować wodę i sam przygotować sobie kawę, ale byłoby to czasochłonne, było już późno, a ja chciałem jak najszybciej dotrzeć do Quatro Vias i położyć sie spać w pustostanie, w którym nocowałem kilka dni wcześniej.

I kiedy właściwie zrezygnowałem już z dalszych poszukiwań, podszedł do mnie mężczyzna i po krótkiej wymianie zdań (skąd, dokąd, po co, a, tinto byś się napił, ale nie ma?) zaciągnął mnie pod swój dom i poprosił, abym poczekał chwilę, po czym wrócił po kwadransie z pełnym kawy termosem, który podarował mi na drogę.

Uribia (2)

Strasznie chciałem się jakoś odwdzięczyć i zostawiłem mu swoje buty. Całkiem dobre adidasy, całe, niedziurawe. Przymierzył je przy mnie. Pasowały jak ulał. Ja mam sandały. A jak się rozpadną, bo niewiele im już brakuje, to w sakwach są jeszcze klapki kubota. Do wiosny wystarczą. Przecież zaraz wracam do domu. Ale jeszcze trochę drogi. Parę noclegów w namiocie. Trochę przestrzeni i powietrza. Spotkań różnych… Jeszcze trochę kolumbijskiego słońca. Może zasadzę je w sobie. A może już rośnie? I kiedy wrócę, to każdy, kto tylko będzie miał ochotę, podejdzie i się poczęstuje. Słońcem o smaku kolumbijskiej kawy. Smacznego :)

cafe y arepa

Deklaracja nieśmiertelności

Mompox (2)

„Bo im więcej pragniesz, tym więcej tworzysz sobie ograniczeń. Pragniesz czegoś do tego stopnia, że nie myślisz o niczym innym, nie robisz niczego innego, stajesz się niewolnikiem swojego pragnienia. Kiedy będziesz bardziej dojrzały, doroślejszy, zaczniesz zdawać sobie z tego sprawę… Śmieje się.
…i zaczniesz śmiać się ze swoich obecnych pragnień, jak i z tych wcześniejszych, zobaczysz, że one do niczego nie służą, że są równie ulotne, jak samo życie. Wtedy nauczysz się z nich rezygnować, pozbywać się ich. Nawet z ostatniego pragnienia, które jest udziałem wszystkich ludzi – z marzenia o długowieczności.” Terzani Tiziano

Chociaż słońce schowało się już za rozłożyste liście ciągnących się wzdłuż drogi olejowców, upał ani na trochę nie zelżał. Od czasu kiedy zjechałem z gór, codziennie pedałuję w kleistej, gęstej i wilgotnej masie czegoś, co wydaje się posiadać zwartość sprężystej bryły, którą wtłaczam w siebie, a następnie wypycham poprzez zadziwiająco dobrze znoszący ten wysiłek i tak już nieźle rozregulowany układ oddechowy. Nieznacznie chłodniejsze powietrze daje się odczuć dopiero nad ranem, na moment przed gwałtownie rozpoczynającym się krótkim świtem, pełnym donośnych, pobudzonych odgłosów nawołujących się zewsząd energicznych jeszcze stworzeń. Towarzysząca mi właściwie przez cały dzień myśl o ożywczym i przynoszącym odrobinę ulgi świcie, rozrasta się szczególnie wieczorem, kiedy oczy wypatrują już miejsca na nocleg, a dyskomfort w zmęczonych nogach powoli przemienia się w najzwyklejszy ból.

Miałem przed sobą nie więcej niż pół godziny światła. Dojeżdżałem do kolejnej wioski. Na drodze nie było żadnego znaku, ale usłyszałem muzykę. Rozlewające się, mocne dźwięki z rozkręconych do końca, dudniących głośników. Trwał karnawał. Ostanie dwa dni, spędzane w barach, ogródkach, ulicach, wśród znajomych, rodziny, przyjaciół, przy śpiewie, piciu, rozpasaniu, roztańczeniu i roześmianiu. Nie wiedzieć dlaczego, uparcie odmawiałem pojechania do Barranquilli, gdzie podobno kolumbijski karnawał jest obchodzony najwystawniej, najhuczniej, najwyraźniej, najgoręcej. Zamiast tego, kilka chwil w ciągu dnia w maleńkich wioskach. Zabawa z żółwiopodobnym żabuti, (nazywanym tutaj morrocoy, a którego najchętniej zabrałbym ze sobą), potem z dziewczynkami, a potem z dziadkiem, który co chwilę łapał mnie za kolano. Może nie było najgoręcej, ani najwyraźniej, ani tym bardziej najwystawniej, ale była salsa, rumba, piwo, tańce, stroje i całe ciało w mące, wysypanej na mnie z torebki, która na opakowaniu miała napisane: „Śnieg karnawałowy”.

I taki jeszcze trochę biały, mokry od potu i już mocno zmęczony dniem jechałem, kiedy usłyszałem te dźwięki, a zaraz potem zobaczyłem pogrzeb. Cmentarz znajdował się niecałe sto metrów od głównej drogi. Około setka osób stojących wokół grobu. Ten kontrast pomiędzy tymi ciasno ściśniętymi ludźmi a wesołą, dochodzącą zaraz zza drzew muzyką był tak uderzający, że zatrzymałem się, zsiadłem z roweru i jak zahipnotyzowany przyglądałem się tracącej kolory ludzkiej plamie. Dźwięki były na tyle intensywne, że przy grobie na pewno nie było słychać niczego innego, poza skoczną melodią i hałasami wydobywającymi się z wydzierających się nieopodal, rozochoconych, ochrypłych męskich gardeł.

W zapadającym zmroku patrzyłem, jak prawie już niewyróżniające się z tła pochylone sylwetki odchodzą w stronę dźwięków. Chociaż świat dokoła wypełniała muzyka, byłem pewien, że wszyscy odchodzą w ciszy. Że nic nie mówią. Że może nawet w ogóle nie słyszą tych nachalnie zagarniających przestrzeń odgłosów. Że głośna muzyka, śpiewy i tańce gdzieś są, ale tak naprawdę unoszą się poza – poza tymi ludźmi, poza tą chwilą i tym miejscem. Że są i jednocześnie wcale ich tam nie ma.

Zrobiło się ciemno, a ja ciągle stałem przy drodze. Chociaż nie mogłem już niczego zobaczyć, to wyobraźnia nadal kreśliła w głowie obrazy. Jakby wcale nie nastała noc, ale w najlepsze trwał sobie dzień. Usiadłem i patrzyłem. W pewnej chwili i ja przestałem słyszeć. Gdzieś uleciałem. Zagubiłem z wieczornym rytmem, odpłynąłem, zasnąłem.

Doskonała iluzja warta jest tyle, co rzeczywistość, a może jest więcej warta”, mówi Piotr Korczak w dokumencie Marcina Koszałki. Na końcu filmu, w śnieżnej scenerii odchodzi w dal. W „Spirali” Zanussiego, główny bohater, tyle, że już po tamtej stronie, również zanika gdzieś w bezkresnej bieli, „odmaszerowuje w stronę gór [i] wywołuje w sobie obraz pośmiertnego powidoku – jak światło odbija nam się pod powiekami i trwa w eterycznej, zanikającej postaci na krótko po jego zgaszeniu, tak i życie być może w pierwszych chwilach po zgonie tli się na zasadzie szoku percepcyjnego, odbitym refleksem mamiąc zdezorientowany umysł. A wtedy, „choć czas mu minął, nie wierzy. Drogę wypatrzył, idzie pod górę…’” W. Kuczok

Wszystko może się przytrafić

p

„Najtrudniej jest przeżyć następne pięć minut. Życie to jest następne pięć minut. Najczęściej trzeba coś przełożyć z miejsca na miejsce, a potem z powrotem na to samo miejsce. Wstać, usiąść, pójść, zareagować. A jednak nie ma innego życia jak tylko następne pięć minut. Reszta to wyobraźnia” Mrożek

Ile razy słyszałem już to pytanie: „Po co?” W najróżniejszych krajach, kontekstach, konfiguracjach. Krótkie zdanie wypowiadane z lekkim podziwem, nutką zazdrości, odrobiną zadziwienia, wyczuwalnego współczucia, czy też najzwyczajniejszej pobłażliwości, jeśli nie kpiny i pogardy. „Po co?” I choć czasem wysilam się i próbuję znaleźć jakąś satysfakcjonującą mojego rozmówcę odpowiedź, to na dobrą sprawę, zawsze kłamię i zwodzę, bo prawda (jeśli w ogóle w tym przypadku można o niej mówić) jest od zawsze ta sama: „nie wiem”. Czasem myślę, że „po nic”, ale taka odpowiedź nie ma sensu; do tego, wśród potencjalnego odbiory wywołuje (co oczywiście nie jest moją intencją) wrażenie bycia ignorowanym i zbywanym. Niech więc pozostanie „nie wiem”.

Jedzie się, najczęściej stojąc w miejscu, szuka się, chociaż zazwyczaj bez szukania, podświadomie, gdzieś poza nawiasem myśli, z nadzieją, że nawet jeśli rzeczywiście się za czymś goni, to nigdy niczego się nie znajdzie. Bo przecież wtedy przestało by się jechać. A jechać się chce. Jeszcze.

A więc czy ta podróż wreszcie się zaczęła, czy też nie? Kilometry niby przejechane. Bogota za plecami, albo przed oczami, wystarczy przecież tylko się odwrócić. Przymknąć oczy. Chłonąć wiatr. Wieczorem rozłożyć na gorącej ziemi i zasnąć. Rankiem zbudzić się wraz z zaglądającymi do namiotu promieniami słońca, zjeść śniadanie, wsiąść na rower i jechać. Trochę jeszcze.

A więc są pytania, dużo pytań, codziennie. Bo i spotkań dużo. Kolumbijczycy są bardzo gościnni, a przy tym ciekawi, w rozmowie bezpośredni i szczerzy. Nie wystarczy powiedzieć „nie wiem”. Trzeba się wysilić. To dobrze, że pytają. Pytania pobudzają do refleksji. Kierują na ważne kwestie, fundamentalne dla życia, o których się na co dzień nie myśli. Bo nie ma czasu. Jest czas na pracę, na dojazdy do biura, szkoły, na domową krzątaninę, na sprzątanie, na zakupy, na serial w telewizji, na pranie, zmywanie, wizytę z koleżanką w barze. Czasami wystarczy czasu na kino, teatr, czy niedzielną mszę, albo spacer do parku. I kiedy w ten napięty grafik wcisnąć czas na myślenie? Nie na nicnierobienie. Ale na zastanawianie się nad sensem tego właśnie dnia? Spędzić chwilę na rozmyślaniu nad sobą, nad życiem, nad jego celami, wartościami, własną drogą? Kto z czytających poświęcił ostatnio choćby godzinę na to? Co ja piszę godzinę, choćby kwadrans? Kto zastanawiał się nad tym, co teraz robi w swoim życiu? Czy to jest właśnie jego miejce? Gdzie teraz jest? Dokąd zmierza? No i najważniejsze. Po co?

Niektórzy filozofowie, jak Emerson, czy Thoreau twierdzą, że wszystko to, co postrzegamy, jest tylko projekcją tego, co już w nas jest. Że w podobny sposób, w jaki tworzymy światy wyobrażeniowe przeczytane w książkach, wizualizujemy otaczającą nas rzeczywistość. A najodleglejsze brzegi, do których odkrycia tak daleko i z entuzjazmem się zapuszczamy, możemy odnaleźć jedynie w sobie.

W dokumencie Marcela Łozińskiego pod tytułem „Wszystko może się przytrafić”, sześcioletni wówczas Tomek biega po parku i zadaje pytania przygodnie spotkanym ludziom. Pytania ważne. O szczęście, o rodzinę, o życie, a nawet o śmierć. Jadąc przez Kolumbię rowerem, czuję się trochę jak taki starszy pan z dokumentu Łozińskiego, którego spotkane pod domem dziecko pyta (kiedy już pomogłem odrobić zadanie domowe z angielskiego):

  • A gdyby mógł się pan jeszcze raz urodzić, to znów by przyjechał rowerem do Kolumbii?

Być może. W innym życiu, też udałbym się do położonej na uboczu kolumbijskiej Cimitarry i zajadając przepyszne arepy na śniadanie, śmiał się przez bite trzy godziny i czuł się tak po prostu szczęśliwy. Przecież wszystko się może przytrafić.