Jagódki

droga

„Chciałbym przemykać z cienia w cień twoim śladem, dotrzeć tak daleko jak ty i nie dać się złapać” J.M. Coetzee

 

Zostawiłem namiot. Na chodniku, obok smukłej, wysokiej latarni i równie smukłego, szklanego wieżowca, otoczonego kolorowymi, szeleszczącymi na wietrze, płóciennymi domkami. Nie, nie zgubiłem, celowo zostawiłem. Prawdę mówiąc, to żegnałem się z nim od co najmniej trzech lat, jeżdżąc z dwoma namiotami, czekając aż dziesięciolatek wreszcie zdechnie, ale on, chociaż stary i zniszczony, z nadłamanymi, posklejanymi tejpem masztami, pełen połatanych dziur i najprzeróżniejszych plam, za nic nie chciał się rozpaść; nadal chronił mnie przed deszczem, kamuflował się w trawie, barykadował przed mrówkami i owadami, spał ze mną, jadł, śnił a może i oddychał, i w tym wspólnym trwaniu wszystko ufnie przyjmował – wiatr, ciszę, krzyk, śmiech i łzy, zapierając się całym sobą, żeby tylko nie odejść, żeby zostać.

Nie wiem kto go znalazł, kto go podniósł, kto rozłożył, nowe meble umieścił, kto w nim zasnął zasłuchany w szeleszczące ściany, kto suwak rankiem rozsunął, na świat głowę wystawił, rozbudzone sny wypuścił. Może nikt. Może chociaż wiatr. I kilka kropel deszczu.

Dzień się kurczy powoli, słońca ubywa, jego jaskrawości, blasku i mocy. Tylko przestrzeń niezmiennie zawłaszczająco wielka, zagarniająca. Te ogromne domy, w których się niemal gubię, te kilkunastopasmowe drogi, po których jadę, dopóki mnie policja nie zawróci, te wypełnione po brzegi sklepy, te monstrualnie rozłożyste ludzkie kształty – wszystkiego tu w zbytku, w nadmiarze. A jednak dobrze się w tym czuję, bezpiecznie, swodobnie oddycham, prawie obojętnieję na to, co dzieje się dokoła. Chwilami przystaję i wracam do tego, co było, zadziwiony, urzeczony. I pytam sam siebie, czy rzeczywiście to wszystko się wydarzyło?

Naprawdę spotkałem Nicole i Marka, który za darmo wyremontował mój rower? Spałem u Roba, z którym na kosmicznie wyglądającej terenówce skakałem po muldach na wyścigowym torze, by wieczorem sunąć po miasteczku w zabytkowej limuzynie? Jadłem obiad z Andrzejem w kasynie, gdzie za kilka dolarów serwowano dania z kilkunastu kuchni świata? I czy ja naprawdę skąpałem się z Tobą w deszczu? Takim lichym, trochę nieśmiałym, bylejakim. Świat rozmył się na chwilę, zatrzymany w uścisku ciepłej dłoni, niby w drewnianej szkatułce, przechowującej zapomniane sny.

Otwieram wieko, a w środku dojrzałe jagody. Jak przed laty, jak wtedy, jak kiedyś. Wysypuję je na dłoń, wkładam je w Ciebie, zgniatam na wargach językiem. Smakują lasem, mchem, słońcem i rześkim powietrzem. Są miękkie i ciepłe. Jak Twoja dłoń, jak Twoje usta. Zamykam oczy i wsłuchuję się w ciszę. Usta pląsają w jagodowym tańcu, lekkie krople bezgłośnie spływają po policzkach, łaskoczą.

„Wiatr na chwilę zlepił się z deszczem w jedną miękką toń, zmieściłem się w niej, rozpłynąłem”. M. Płaza „Skoruń”

 M. Płaza

Lecieli żurauli

mac

„Incydent jest po prostu tym, co opada łagodnie niczym liść na dywan życia. Lekka, umykająca fałda w tkaninie dnia, coś, co ledwie warte jest zapisania” R.Barthes

Jestem w Stanach. Tęskniłem za Stanami. Od dawna już czekałem. Trudno powiedzieć dlaczego. A jednak nie myliłem się. Ledwo przekroczyłem granicę, od razu poczułem się jak u siebie. Zaledwie kilkaset metrów różnicy. Ktoś szedł chodnikiem z dalmatyńczykiem. Podjechałem i zapytałem o drogę. Rzuciłem okiem na psa. Wyglądał jakby się uśmiechał. Zadowolone, dobrze odżywione czarno-białe ciapki na czystym, rozłożystym tle soczystego od zieleni parku. I ta cisza i pustka na ulicach tego samego miasta, przedzielonego niewidoczną linią oddzielającą jakby obce sobie światy, odmienne mentalności. A przecież niebo to samo i słońce jednakowe na nim.

Zdrowie wróciło razem z kotami. Jeszcze w Meksyku, całkiem daleko od granicy. Pewnej nocy rozbijałem się na pustyni i usłyszałem miauknięcie. Za chwilę podbiegł mały kotek, rudy, nie inaczej. Zjedliśmy makaron, parówki wcześniej zjadły psy. Najpierw jeden, potem drugi, potem trzeci. Było ich więcej, ale w pewnym momencie przestaje się je widzieć. Patrzy się na nie, ale się nie widzi. Bo jak się widzi, to wtedy boli, fizycznie boli. Nie wykarmię wszystkich psów na świecie, nie zabiorę ich ze sobą, nie przygarnę nawet jednego.

A potem więcej kotów. Najpierw rankiem u indianina Josego Cruz Partida, co zaprosił mnie do domu na kawę, potem w domu Mary, Emily, Nicolle. Te wszystkie śliczne domy, w których jestem zaledwie przygodnym cieniem, te kolorowe ściany wypełnione kotami i zapachami, od których kręci mi się w głowie. Ci ludzie, przecież obcy, a jednak tak niezmiernie gościnni, ciepli i serdeczni. Jak tu się nie uśmiechać, kiedy się człowiek pośród nich unosi i jak nie smucić, kiedy się od nich odchodzi.

I ciągle to pytanie, co ja po sobie pozostawiam? Jakie zamieszanie muszę wprowadzać w te ich uporządkowane zazwyczaj życia, kiedy mówię, że mam niewiele więcej, niż rower, sakwy i parę ciuchów, kiedy opowiadam o wolnym czasie, o wietrze i niebieskim niebie, kiedy podczas prezentacji stwierdzam, że mój czas w zasadzie się zatrzymał i wydaje mi się, że wcale nie byłem tutaj ponad trzy lata temu, tylko zaledwie przedwczoraj i że wszystko to, co wtedy było we mnie, pozostało niezmienione, jednakie, równie przestrzenne, jak te wypełnione przedmiotami kolorowe domy, do których za moment wszyscy powrócą, a w nich czeka już stęskniony pies, można go pogłaskać i przytulić, a potem wyjść na spacer, pobiegać wspólnie pod rozgwieżdżonym niebem, potarzać się w trawie, czy na piasku, pościgać, kto pierwszy wróci. Kto pierwszy do drzwi dobiegnie. Wejdzie zdyszany do domu. Choć dom to przecież po obu stronach drzwi może być.

skauci

Jest gorąco. Czterdzieści cztery stopnie w cieniu. Tydzień temu w Phoenix było pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Przez kilka dni temperatura w dzień nie spadała poniżej czterdziestu ośmiu stopni. W nocy ochładzało się do trzydziestu trzech. Pedałowanie w takiej temperaturze przypomina trochę jazdę na dużej wysokości. Nie można się rozpędzić, bo ciało momentalnie jakby się napina, puchnie, puls przyspiesza, serce wali jak szalone i trzeba zwolnić, bo inaczej odnosi się wrażenie, że cała cielesna powłoka za moment wybuchnie i rozpadnie się jak mydlana bańka.

ciepło

Ale jestem w Stanach. Klimatyzowane maki zastąpiły samotnie stojące, zielone plastykowe wygódki, w których mogłem przeczekać najgorętsze godziny na meksykańskiej pustyni. Nic się nie zmieniło. Siedzę przy tym samym stoliku co trzy lata temu, wypatrując przez okno tego samego mężczyzny, w którego czapce dojechałem do Patagonii. Może spotkam go dziś na pustyni?

Zaraz ruszam, nad drogą latają żurawie. Przyleciały za mną i czekają. Ktoś powie, że tutaj nie ma żurawi? Jak to nie ma, skoro są, przecież je widzę. Nawet nie muszę za bardzo w niebo się wpatrywać. Właściwie w ogóle nie muszę nigdzie patrzeć. Czuję je, jak unoszą się nad drogą, kołują nad moją głową. Lecimy na północ. Znów mam skrzydła, jest mi dobrze, może i Tobie również, przecież nie może być inaczej. Tyle ciepła wokół, tyle spojrzeń w sobie, tyle mnie gdzieś po drodze, i „tyle jeszcze minut do końca, tyle dnia przed nami, i tyle jeszcze światła przed zimą”.

Oderwać się od ziemi

Christian Asuh

„Aż do nastania nocy towarzyszy mi uczucie, że żyję życiem podobnym do życia tych ulic. Za dnia są pełne wrzawy, która nic nie znaczy; nocą wypełnia je brak wrzawy, która nic nie znaczy. Ja zaś za dnia jestem niczym, nocą zaś jestem sobą.” F. Pessoa

Lubię noc, zawsze lubiłem, od dziecka. Może dlatego, bo mniej mnie było widać, a może dlatego, bo jednocześnie sam mniej widziałem z rzeczy, których nie chciałem oglądać. I ten spokój i stopniowe zanikanie przedmiotów, ubywanie kształtów, konturów, wyraźnych granic, z jednoczesnym zagęszczaniem materii, wyostrzaniem uśpionych w ciągu dnia zmysłów, skupianie uwagi na pojedynczym dźwięku, błysku światła, na jednej, zazwyczaj zupełnie nieistotnej myśli, ale rozrastającej się w ciemnościach do monstrualnie niepokojących rozmiarów i pędzącej na oślep wśród przytłaczających obrazów w szalonym toku mimowolnych skojarzeń.

Nie mogę ostatnio spać, zasypiam bardzo późno, nagle wyrywany z płytkiego snu przez stanowczo zbyt wcześnie i zbyt gwałtownie rozbudzone miasto. Za dużo myśli w tej ciszy, której nie zakłócają żadne kocie pomruki. Nawet koguty piać przestały. Ta cisza w nocy ma w sobie coś z oczekiwania. Może na deszcz, który chwilami wydaje mi się, że pada, choć z nieba nie kapnęła ani jedna kropla. „Duchowa noc to jednak nie tylko śmierć i rozkład. To także obietnica nowego poranka”.

Sypiam pod dachem, inaczej na razie nie bardzo mogę. Wróciło zapalenie zatok i ciągnie się od ponad miesiąca. Łyknąłem dwa antybiotyki, poleżałem trochę w Guadalajara, potem w Mazatlan. W końcu ruszyłem i jadę, a raczej toczę się jak żółw, bo wolna, nieskrępowana i co najważniejsze – uśmiechnięta jazda ciągle zdaje się czekać gdzieś za kolejnym zakrętem.

Mam szczęście do ludzi – goszczą mnie często i wylewnie, ale chcąc nie chcąc, muszę czasem zatrzymać się w jakimś hostelu. Jadę więc od czystego pokoju z oknem, do dusznej nory z wymrożonym od klimatyzacji wnętrzem i powoli sunę ku kolejnemu przeznaczeniu. Proszę Państwa, bardzo możliwe, że ta wycieczka zakończy się nieco wcześniej, niż przypuszczałem. Zapewne duchy (choć od dawna już wydają mi się nieobecne) mają w tym jakiś ukryty cel, ale ja go na razie dostrzec nie potrafię.

Tak, wiem, że powtarzam już to, co się przecież wydarzyło, że w pewnym sensie było to nawet moim zamierzeniem – Uroboros, przejechać to samo, przeżyć to samo, zobaczyć, doświadczyć, odczuć i wrócić do punktu, z którego zacząłem. Wędrówka przecież jest anamnezą. Zapętlić wszystko, oszukać przeznaczenie, a jeśli będzie trzeba – nawet zmienić nieco koniec, czy też powinienem napisać – początek.

Cała ta droga być może właśnie się kończy, może nawet należałoby ją zakończyć samemu, przecież kiedyś i tak będzie trzeba, więc nie lepiej zrobić to teraz? Przecież nikt nie powiedział, że cokolwiek muszę. Ja sam zresztą niczego nie mówiłem. Zamiast dojechać tam, mogę dojechać tu. Nawet Passacaglia rozwijająca się „niespiesznie z czterech dźwięków, zamyślona, zaświatowa, osobna, zrodzona z jakiegoś studziennego bezczasu” kiedyś się kończy. Na jednym dźwięku.

Nie da się zatrzymać życia. Nie można cofnąć czasu. Trzeba żyć. Nawet jak śnić, to tu i teraz być. A ja uparcie wbrew wszystkiemu usiłuję gdzieś odlecieć. A przecież i tak my wszyscy „u końca tej podróży, wraz z ostatnimi dźwiękami Passacaglii, zupełnie oderwiemy się od ziemi”.

A jednak korci mnie, aby sprawdzić i zobaczyć, czy nie uda oderwać się wcześniej. Odlecieć przed końcem drogi, aby silniej poczuć, aby lepiej widzieć, aby mocniej być. Oczywiście, że tam, przecież od dziecka mieszkam we śnie. Dobranoc.

The Bluebird of Happiness

limites

„Pisanie jest żmudnym, systematycznym, codziennym siedzeniem nad białą kartką papieru, która albo chce się zapełnić albo nie chce. Ale nawet jak się nie chce zapełnić nawet jednym zdaniem, to siedzenie nad białą kartką jest bardzo istotną sprawą. Nawet jak człowiek jest bezradny wobec tej kartki, to jest to jakaś bezradność owocująca. Że z tej bezradności coś wynika. Bo przecież praca nad książką, jest pracą nad sobą.” Wiesław Myśliwski

Od kilku dni próbuję coś napisać. I nic. Nie ma słów. Wiesław Myśliwski w jednym z wywiadów powiedział, że podczas procesu pisania „materia musi wydać swój głos, że trzeba usłyszeć jej głos.” Podobnie u Maraiego: „Na próżno wiesz, co chcesz powiedzieć: literacki początek jest jakąś praczynnością, prawie niezależną od naszego rozumu i zamiaru. Człowiek słyszy jakiś głos, widzi jakieś światło i naraz zaczyna dźwięczeć fraza. Uspokajasz się i czujesz, że „coś się stało, tak, teraz już jest dobrze”. Ale niekiedy nie słyszysz tego głosu, nie widzisz żadnego światła, rozpaczliwie dopasowujesz słowa, szukasz tego tajemniczego rytmu, który wprawia w ruch całość, doprowadza prąd do zdania. Wysilasz się, kreślisz esy-floresy, a zdanie pozostaje głuche.  Pisania nie można zacząć na siłę. Coś tu jest niezbędne, jak w każdym akcie stwarzania. Co?… Prawdopodobnie Duch Święty.” (S. Marai „Niebo i Ziemia”)

Otóż tym razem żaden Duch mnie nie nawiedził, żaden głos się nie odezwał, żadne światło  nie rozbłysło. A nie chcę grafomanić w kółko o tym samym. Że ludzie niezmiernie gościnni, że wciąż jadę obdarowywany, że jadam dużo owoców, że pijam dobrą kawę, że słońce, że ciepło, że podpatrujemy się z kotami, że się ciągle jest. Ale gdzie się jest? Niby tu, a na dobrą sprawę ciągle gdzie indziej. W tej quasi-rzeczywistości, w której unoszę się być może za długo i kto wie, czy nie należałoby wreszcie osiąść na ziemi. Zacząć „normalnie żyć”, jak mi niedawno ktoś powiedział. Ale co to właściwie znaczy „normalnie żyć”?

Ostatni tydzień spędziłem w tak zwanej casa de ciclistas – miejscu, w którym osoby podróżujące rowerem mogą się zatrzymać, odpocząć, zebrać siły przed dalszą drogą. Spałem na łóżku, mogłem skorzystać z kuchenki, prysznica, posłuchać świata w opowieściach tych, z którymi na moment zetknął mnie los. Świata, który niezmiennie, brew wszystkiemu o czym się słyszy w mediach, czyta, dowiaduje – jawi się pełen piękna i dobra. Oczy tego świata, nawet kiedy są smutne uśmiechają się. Są jasne i spokojne, mieszka w nich droga, nad którą kołyszą się ptaki, unoszone ciepłym wiatrem. Wystarczy się zatrzymać i głęboko spojrzeć w oczy. Przecież wszystko widać. Nie potrzeba żadnych słów.

„Na skraju dwu światów: jednego, z którego wyrasta i który przerasta największym wysiłkiem swego ducha, i drugiego, do którego się zbliża w najcenniejszych swych wytworach, stoi człowiek, w żadnym z nich naprawdę nie będąc „w domu”. Ta rzeczywistość dopiero odsłania mu perspektywy na zupełnie nowe wymiary bytu, ale w tym nowym, przeczuwanym świecie znajduje moce równie mu obce, jak świat, z którego pochodzi, i znacznie bardziej go przerastające niż to wszystko, do czego on dorosnąć potrafi. W tym jego szczególna rola na świecie, a zarazem ostateczne źródło jego tragicznej, samotnej walki, jego wielu przegranych i jego nielicznych, a prawie nigdy nie rozstrzygających zwycięstw (…).” R. Ingarden

Sleep inside

vida eterna

„Cieszę się, że nie będę żył za sto lat. Zaręczam Ci, że to zupełnie nie będzie dla nas. My jesteśmy jeszcze bardzo dziewiętnastowieczni. To się kończy. Jeszcze trochę, a pokolenie zapomni o możliwości takiej mentalności jak nasza. Takiego istnienia. Ale może tam zostawimy jakiś ślad, obojętne kto, Ty czy kto inny. Może zostanie żywego coś, czego dziś nie znamy. Może właśnie jakieś westchnienie, które obudzi w innym niż nasz tłumie życie inne niż to, które zapanuje. I odezwie się coś, czego myśmy nie potrafili sprowadzić na ziemię. Sny.” Zygmunt Mycielski

Jestem już w Meksyku, trzynastym kraju na trasie obecnej wędrówki, ale cofnijmy się nieco w czasie i przestrzeni i powróćmy do Panamy – „kraju naszych marzeń,  gdzie wszystko jest inne i o wiele większe”, jak określił ten fragment ziemi Miś, jeden z bohaterów historyjki Janosza pt. „Ach, jak cudowna jest Panama”. Mnie, pewnie już do końca życia kraj ten będzie się kojarzyć z archipelagiem wysp Bocas del Toro i osobą polskiego księdza Józka (http://www.misjapanama.pl), gdzie kilkanaście miesięcy wcześniej pisałem kolejne rozdziały książki „Sen Powrotu”.

jozek biskup i piotr

Tym razem na Bocas spędziłem zaledwie parę dni. Kilka dni odpoczynku w bezpiecznym i życzliwym środowisku, pełnym dobrego jedzenia, ciepłych słów i do tego na rajskiej wyspie, otoczonej spokojnym morzem – czegóż więcej można oczekiwać do pełni szczęścia? Niemniej jednak, podobnie jak poprzednim razem, tak i teraz nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnej niekomplementarności. Nie piszę tutaj oczywiście o samej rezydencji biskupa, w którego domu mieszkałem wraz z księdzem Józkiem, ale o samej wyspie i miasteczku. Nie mogłem przestać odczuwać nieokreślonego niedopasowania, braku harmonii pomiędzy tym, co było we mnie a pomiędzy całą dookolną, dostrzegalą i jednocześnie, chcąc nie chcąc, zbyt intensywnie doznawaną mnogością różnorakich, fizycznych bodźców. Na tę wyspę nie powinno się przyjeżdżać z własną samotnością. Nawet, jeśli z zakamarków ciągle wynurzają się rude koty, aby ją złagodzić.

la gata

A potem kolejne kraje. Pomimo nieprawdopodobnie rozwiniętych możliwości komunikacyjnych (niemalże wszyscy spotykani przeze mnie ludzie, nawet w najbardziej „zapadłych” wioskach używają smartfonów, nie mówiąc już o wystających z najróżniejszych, rachitycznych konstrukcji antenach satelitarnych) to na poziomie poznawczym nic się nie zmieniło a może nawet jest jeszcze gorzej, niż przed rozpowszechnieniem telewizji i internetu.

W każdym kraju ostrzegają mnie przed następnym. W Peru radzili nie wjeżdżać do Kolumbii, w Kolumbii ostrzegali przed Panamą, w Panamie przed Kostaryką, że przemytnicy, że policja skorumpowana, że gangi grasują, że młodzież napada, w Kostaryce napędzali strachu, opowiadając o „niezmiernie niebezpiecznej” Nikaragui, w Nikaragui łapali się za głowę, jak mówiłem, że jadę do Hondurasu i Salwadoru, w Salwadorze straszyli Gwatemalą, a Gwatemalczycy żegnali mnie znakiem krzyża, kiedy dowiadywali się, że jadę do Meksyku.

Jadę i jadę, w otoczeniu duchów i Jezusów, zatrzymując się czasem zdziwiony przed takimi kuriozami jak: sprzedaż opon „Święty Jan Paweł II”, sklep mięsny „Jezus Maria”, obuwniczy „Któż jak Bóg”, kawiarnia „Święte Serce Jezusa”, jadę wśród tych ostentacyjnych emblematów domniemanej, choć mocno wątpliwej religijności, jadę ciągle upominany, ostrzegany a spotykani ludzie niezmiennie są dobrzy. Czy mnie to dziwi? Nie, w ogóle mnie to nie dziwi.

Może to tylko odwzajemnianie uśmiechów jakimi wszystkich witam, może to tylko chwilowe przysłonięcie ich prawdziwego, straszliwego i podłego charakteru, którego jednakże ani nie widzę, ani nie odczuwam. Jadę w lejącym się z nieba żarze, w ogłuszającym hałasie, brudzie, silnym wietrze, pedałuję po często pozbawionych pobocza drogach, pełnych niespodzianek w postaci nie zawsze wyraźnie oznaczonych „hopków” (reduktorów) albo dziur, w których schowałaby się połowa mojego roweru, śpię w rowach, rozbijam namiot gdzie popadnie, jadę przez podobno jedne z najbardziej niebezpiecznych krajów świata, ale ze strony ludzi nic złego mi się nie przytrafia.

Odkąd wyjechałem z Panamy nie doświadczyłem ani agresji, czy choćby namiastki niechęci, nie usłyszałem ani jednego złego słowa. Wręcz przeciwnie. Ciągle jestem czymś obdarowywany. Najczęściej jedzeniem: owocem („Co? Chcesz tylko jednego arbuza? A to masz tutaj dwa, smacznego”), jakimś lokalnym specjałem do spróbowania (wciąż pamiętam smak przepysznych salwadorskich pupus, podawanych z całym słoikiem surówki z kapusty), czy kostką paneli (bryłą nieoczyszczonego cukru trzcinowego, o której nie raz już pisywałem).

Okazało się, że panela to nie tylko nieodłączny składnik kuchni kolumbijskiej, ale można ją kupić w zasadzie w całej Ameryce Łacińskiej, łącznie z Meksykiem, gdzie znana jest pod nazwą piloncillo, albo panocha. Sam proces jej przygotowania, przynajmniej w teorii, wydaje się bardzo prosty. Wyciśnięty sok z trzciny gotuje się przez kilka godzin do momentu, kiedy uzyska on konsystencję miodu, po czym gęsty płyn wylewa się do odpowiednich form i czeka aż cukier zastygnie i zamieni się w twardą bryłę. Choć dzisiaj produkcja paneli staje się w coraz większym stopniu procesem przemysłowym i można ją zakupić w każdym supermarkecie, to nadal wiele osób zajmuje się jej wytwarzaniem w warunkach domowych.

 

A Meksyk? Jest. Pełen kotów, jakżeby inaczej. Nawet jeśli z pozoru nie tych samych, to wystarczy spojrzeć im głębiej w oczy, aby przez odsłonięte na moment szczeliny dostrzec to, co na co dzień skrywa się przed nami pod cienką warstewką świadomości czasu i przestrzeni.

Do miasteczka, w którym mieszka Rigoberto dojechałem niemalże w samo południe. Bramę, przez którą chciała uciec mała ruda kotka rozpoznałem w zasadzie od razu. I podwórko, na którym stał mój namiot. I cały dom, w którym w zasadzie wszystko się zaczęło. W którym rozpoczął się sen. Sen powrotu. Choć ciągle niedokończony, niedośniony, kiedyś tam zamarzony, a potem przeżywany, przebywany, przekształcany, to jednocześnie zupełnie już przecież zaśniony, rozmyty, zapomniany.

Bo nie ma już rudej la gata. Nie było jej nawet wtedy, kiedy pisałem poprzednią książkę; ba, nie było jej już w tym śnie dwa tygodnie po mojej wizycie w domu Rigoberto. La gatę, małą rudą kotkę, „która rozkosznie pomrukiwała na ramieniu, prężąc przy tym chude ciałko i wpijając małe pazurki w moją i tak już lekko podrapną skórę” zagryzł pies. Może chciał się tylko pobawić, może wcale nie chciał jej skrzywdzić, a że miał wielką szczękę, jak to pit bull, to pacnął raz i już.

rigoberto

Rigoberto mnie poznał. Chciał, żebym został dłużej, ale jakoś nie byłem w nastroju. Posiedziałem z nim przy stole, posłuchałem opowieści o tym, jak prąd go kopnął w łazience, o nastoletnich ciążach bezobiawowych, o maści dobrej na wszystko, przytaknąłem, że szkoda, że on nie może pojechać ze mną w drogę, ale jak wygra w totolotka, to przyjedzie do Polski, zjadłem trochę owoców, popatrzyłem na te same meble, sprzęty, obrazy, które pamiętałem sprzed trzech niemalże lat aż w końcu przygnieciony całym nadmiarem wspomnień wstałem z krzesła, podziękowałem za wszystko i ruszyłem dalej, cicho, spokojnie, na północ, „w ciche dni improwizacji”, po nagiej drodze, na której pousychały wszelkie dawne namiętności. Zostało nagie życie.

„Ale jaki jest sens tej nagości? Olbrzymia niewiedza ogarnia Cię w tej ciszy, potężna i kołysząca. Ale jednak cisza i wypoczynek są tutaj. Są istotne. Jak przeczucia wiecznej ciszy, wiecznego wypoczynku i wiecznej nieświadomości.” Jarosław Iwaszkiewcz „Dzienniki 1956-1963”

Sonnerie de Sainte Geneviève

guatemala antigua (6)

„Jaka sztuka jest sztuką całkiem? Jaka sztuka jest pierwotna, przedjęzykowa? Jaka sztuka rozdziera się na powierzchni, krwawi i sama się przenika, przenika ciała poszczególne i sztuczne skóry zbiorowych upiorów niczym papierowe konwencje? To muzyka.” Pascal Quignard

Przychodzi codziennie, mniej więcej o tej samej porze, by przez kilka godzin stać pośrodku niewielkiego, zgęstniałego od nadmiaru życia placu. Pośród roznoszących się zewsząd zapachów, wśród wznoszonych w niemiłosiernie rozgrzanym powietrzu wrzasków i nawoływań, na tle przenikających się cieni tych, co biegają tu i tam, nie wiedząc gdzie i po co – stoi nieporadnie, w dziwacznym rozkroku, obwieszony kilkunastoma plecakami, z których jeden, największy, co chwilę zsuwa mu się z barków i opada na ziemię. Zarzuca go z powrotem, po czym przestępując z nogi na nogę ponownie zastyga na dwie, może trzy minuty i czeka.

Nic nie mówi, nie zaprasza, nie demonstruje, nikogo nie zagaduje – stoi i błądzi wzrokiem po przechodzących niemalże po nim sylwetkach. Nikt się nie zatrzymuje, nikt nie zwalnia, o nic nie zapyta, nikomu niepotrzebne te zbyt wielkie, zbyt jaskrawoczerwone, dosyć cudaczne, w zasadzie niemodne i niepraktyczne już plecaki, na które i tak większości przechodzących osób najzwyczajniej w świecie nie stać, a gdyby nawet, to za taki plecak można by przecież kupić stojącą nieopodal taczkę fasoli, albo plastykowe krzesło, albo worek ryżu, nie mówiąc już o całej masie innych przydatnych drobiazgów, roznoszoych na przepoconych ramieniach, plecach, brzuchach i barkach rozochoconych przedpołudniowym rozgardiaszem handlarzy, z całym ich nadmiarem wyćwiczonych i roztańczonych desperackim tańcem gestów.

Czasem do mężczyzny podchodzi mała dziewczynka. Biega na bosaka i bawi się wystającymi z plecaków paskami i sznurkami. Ugina się rozhuśtana pociągnięciami dziecka przygarbiona postać, przechyla niby smagana wiatrem, aż w końcu duży plecak zsuwa się na ziemię i słychać donośny, karcący głos mężczyzny. Dziewczynka nieruchomieje, zapina dłonie za plecami i wypinając lekko wydęty brzuszek, zadziera głowę i patrzy. Coś mówi, ale jej słowa giną w bazarowym zgiełku. Po chwili dziecko odchodzi, a mężczyzna na nowo przyjmuje swoją spowitą nieokreślonością i milczeniem pozę.

W tym jego niczym niezmąconym trwaniu jest coś nieodwracalnego, jakaś konieczność, która wymyka się racjonalności, nieubłagalność losu, kres. W jego postaci nie ma niczego co zdradzałoby zniecierpliwienie, zmęczenie, rezygnację, choćby odrobionę smutku, nic. Tkwi sam w oku ciszy pośrodku rozlewającego się zewsząd hałasu, jak niezgrabna pacynka, z której ktoś poucinał sznurki, fragment od dawna zakończonego przedstawienia, niemy krzyk tych, co inaczej nie potrafią, ale i tak próbują, tyle, że do tego tańca żadna muzyka nie przygrywa, nie słychać żałobnych pieśni, nie maszerują barwne orszaki, wszystko tonie w morzu obojętności.

Cisza i wrzask, światło i ciemność, inercja i ruch. W tych krajach nie ma półtonów. Jak jest brudno – to jak na wysypisku śmieci, jak czysto – to prawie sterylnie i nawet ja muszę założyć świeżą koszulkę, żeby dostąpić zaszczytu wejścia na teren centrum handlowego. Jak jest biednie, to aż ściska w środku, jak bogato – to prawdziwie po pańsku, z przepychem, wytwornie i z rozmachem.

A w tej całej intensywności doznań, w tej pozbawionej półtonów rozpiętości odczuć i wrażeń, w tym zmieniającym się barwnym kalejdoskopie postaci i krajobrazów – często wydaje mi się, że się nie poruszam, że stoję obładowany sam nie wiem czym, że próbuję coś sprzedać, albo coś ofiarować tym, co pewnie i tak niczego nie potrzebują, że stoję sam nieruchomo w oku ciszy albo, jak pisał Noteboom – w oku cyklonu.

gato (1)

I że tego wszystkiego, czego doświadczyłem nie było, a nawet jeśli kiedyś naprawdę się wydarzyło, to już i tak od dawna tego nie ma, podobnie jak nie ma rudej salwadorskiej kotki, co ją jechałem zobaczyć, ale nie zdążyłem, bo miesiąc temu rozjechał ją samochód. I nie ma ani kotki ani Oskara, z którego żartów znów chciałem się pośmiać do rozkupu, ale też nie zdążyłem. Przyjechałem dzień po pogrzebie. Nie wiedziałem, nie było znaków ostrzegawczych, nie było przejścia, żadnych półtonów – był piękny, słoneczny dzień, uśmiech na twarzy, ciepły wiatr pchał mnie na zachód, a wieczorem smutek i żal.

Rodzina mnie poznała, nawet Rafinerię pamiętali. Rozstawiłem namiot w tym samym miejscu co przed trzema laty. Dzieci podrosły, ktoś przygarnął nowego kotka, wdrapał mi się na kolana, zjadłem z nim trochę ryżu, nawet nie zauważyłem, kiedy zasnął. Wziąłem go do namiotu, zrobiłem wygodne posłanie. Kotek spał, pomrukiwał i ufnie wyciągał pazurki. Rankiem koguty piały jak nawiedzone.

Ruszyłem dalej, po południu lunął deszcz. Jechałem w palącym słońcu i nagle zaczęło lać; zachłannie, łapczywie i chwilę potem – równie nagle pojawiło się słońce, bez zapowiedzi, bez chociaż jednego, najłagodniejszego półtonu.

lluvia

Wielki Tydzień w Gwatemali. Z pompą, mocno, głośno, namacalnie, z wyszukanym gestem. Wielki Tydzień wcale nie taki smutny, daleki od refleksji, silnie roztańczony w dziwnym, święto-obrazoburczym tańcu, do którego przygrywa odnaleziona nagle orkiestra.

desfile

Pośród upstrzonych kwietnymi dywanami ulic rozbrzmiewają kyrieelejsony, na barkach curochos krążą figury świętych, a wśród nich przeciskają się handlarze. Największy popyt na okulary przeciwsłoneczne i kapelusze. Z ogromnymi różańcami i drewnianymi krzyżami wygrywa wszystko – dmuchane baloniki, wata cukrowa, statywy do selfi, lody, nawet zwykłe hamburgery.

W końcu jest lato i są wakacje, zresztą większość spacerowiczów nie wygląda, jakby przyjechała tutaj w poszukiwaniu duchowych uniesień. Procesja przechodzi, kwiaty zdeptane, a to, co jeszcze zostało na drodze za moment sprzątną zastępy sunących za procesją zamiataczy. Przeszli. Można strzelić kolejne selfi, wrócić do stolika i otworzyć następną puszkę piwa. Powracają śmiechy, które na dobrą sprawę, w ogóle nie umilkły, zastygły jedynie na moment, zasnute dymem z kadzideł, którego zapach wciąż unosi się nad brukowanymi ulicami.kadzidlo

Nadchodzi noc, biją dzwony. Robi się chłodniej, w przerzedzonej przestrzeni dźwięki nabierają intensywności. Ulicami ciągną korowody wiernych. Migoczą płomienie świec, pomarańczowieją twarze, cały świat wokół się porusza. Wypełniający ulicę pochód unosi się nad ziemią w fantasmagorycznym tańcu, pęcznieje i rozlewa się pełzającymi po ścianach smugami cieni. „W płomieniu przestrzeń się porusza, czas się szamocze. Wszystko drga, kiedy drga światło”. Pobłyskują postacie, potęgują półtony, cisza współgra z gromkim dżwiękiem. Huczą trąby, dudnią bębny, biją dzwony.

„Muzyka szybuje swobodnie w napowietrznym tańcu. Jak gdyby pozbawiona ziemskich ciężarów, eteryczna, podlegała tylko prawom przez siebie ustanowionym. Wyjmuje nas z czasu, oddając na dłuższą chwilę iluzji trwania. (…) Wyjątkowo  przejmująco potrafi ona wyrazić odczucie zanikania, ubywania (…) To muzyka opuszczenia i straty, niewysłowionego bólu i tęsknoty Ale i – finalnie – światła nadziei.” Kwintesencje. Pasaże barokowe” Dariusz Czaja