Sound of silence

zorza

„Skąd mi się wzięła potrzeba, żeby tu przyjechać. Zgubić się gdzieś, zahibernować, teraz tylko tego chciałem, spać, długo czytać, nie myśleć zbyt wiele. Marzyłem, żeby mnie nie było przez następne godziny, żeby się wyłączyć, zresetować, pyk i mnie nie ma.” W. Nowicki „Salki”

Wczoraj biegałem po lesie. Wydał mi się dziwnie obcy, albo inaczej – obecny inaczej. I znów, podobnie jak kilka miesięcy temu gdzieś po drodze, miałem wrażenie, że ja się wcale nie poruszam, nigdzie nie przemieszczam, nie biegnę, tylko stoję w miejscu, a las i wszystko wokół porusza się za mnie i rozstępując, umyka do tyłu, rozchodzi, zanika.

Koniec wycieczki i koniec pisania na tej stronie. Nie mam więcej nic do dodania. Inaczej będę się kręcił w kółko ze słowami, podobnie, jak robiłem to przez ostatnie lata z rowerem, jeżdżąc kilka razy do tych samych miejsc, by na koniec i tak znów nie dojechać tam, dokąd dotrzeć zamierzałem.   

Dziękuję wszystkim, co byli tutaj, za ciepłe myśli i słowa otuchy. Strona będzie jeszcze przez jakiś czas funkcjonować, ale powoli będzie zanikać. Może coś zostanie, parę zdjęć, cytatów, dźwięków. Ale ja jestem. Nawet jak mnie nie ma. I może jeszcze trochę pobędę. Postaram odezwać się kiedyś w innej formie. 

„Hello darkness, my old friend, I’ve come to talk with you again (…) and the vision that was planted in my brain, still remains, within the sound of silence.”

 

W stronę ciszy

droga (6)

“Niewielu ludzi lubi przez długi czas podróże. To nieustanne łamanie wszystkich przyzwyczajeń, ten wstrząs zadawany ciągle wszystkim przesądom. Starałem się nie mieć żadnych przesądów i niewiele przyzwyczajeń. Ceniłem sobie rozkoszną głębokość łóżek, ale także i kontakt z gołą ziemią, jej zapach, nierówności każdej cząstki powierzchni świata. Służyły mi najróżnorodniejsze pokarmy – i brytyjska kasza i afrykański kawon. I to właśnie wtedy przekonałem się, jak korzystnie jest być człowiekiem nowym i człowiekiem samotnym, bardzo mało żonatym, bez dzieci, nieomalże bez przodków – Ulissesem mającym swoją Itakę tylko we własnym wnętrzu. Muszę tu wyznać coś, czego nie wyznałem nikomu. Nigdy się nie czułem przynależny w całości do żadnego miejsca.” Marguerite Yourcenar „Pamiętniki Hadriana”

Opowiem dziś Państwu o duchach. Najpierw Polacy. Przyjechali z Vancouver polować na jelenie. Pojawili się nagle. Podjechali pod ławkę, na której siedziałem i po chwili rozmowy wręczyli konserwy, dwa słoiki mielonego mięsa (o zupełnie zjawiskowym smaku), ogromny chleb i trzy dwudziestodolarowe banknoty. Będziesz miał na kawę – rzucili na odchodne. Na kawę wystarczyło, nawet na kilka, plus na śniadanie i na zupę. Talerz ciepłej wody z kawałkiem ziemniaka i marchewki za równowartość mniej więcej pięćdziesięciu polskich złotych i cynamonowe ciasteczko za dwadzieścia, smacznego. 

zupa za 50 zl

Kilka dni później zatrzymuje się przede mną samochód, z którego wysiada mężczyzna i pyta, czy nie chciałbym zanocować pod dachem, wziąć prysznic i dostać porządną kolację. W pierwszej chwili myślałem, że coś źle zrozumiałem, albo że ze zmęczenia mam majaki, bo proszę mi wierzyć, ale minutę wcześniej myślałem dokładnie o tym, jak cudownie byłoby wreszcie się porządnie umyć i chwilę odpocząć.

Miejsce, do którego mnie zaprosił, okazało się być przydrożnym motelem. W pokoju była łazienka, a w niej głęboka wanna. Ostatni raz kąpielą w wannie delektowałem się niemal piętnaście miesięcy temu w Polsce (żeby nie było – czasem kąpałem się w rzece, albo basenie, no i oczywiście, zdarza mi się wziąć prysznic). Na dwie godziny pogrążyłem się w kompletnym, bąbelkowym błogostanie, który przedłużałem dolewaniem gorącej wody.

Rankiem dostałem śniadanie. Trzy wielkie jak głowa naleśniki, sześć kawałków boczku, trzy sadzone jajka, góra smażonych ziemniaków, kilka tostów z dżemem i kawa wraz ze słoikiem syropu klonowego. Początkowo myślałem, że nie dam rady tego wszystkiego zjeść, ale zjadłem. Niewiarygodne są ilości jedzenia, jakie człowiek w sobie zmieści po kilkunastu miesiącach pedałowania. Talerze sprzątnięto, dostałem dolewkę kawy, nawet nie zauważyłem kiedy – zapatrzyłem się na mały obrazek wiszący nad stołem, na którym ktoś dopisał: Live very moment, laugh every day, love beyond words.

Chciałem podziękować temu człowiekowi, co mnie do motelu poprzedniego dnia zaprosił, ale nikt go nigdzie nie widział. Ciekawe, bo panie z kuchni w ogóle wydawały się nie wiedzieć, o kogo pytam, co było o tyle dziwne, że przecież ktoś im musiał powiedzieć, że z rana przyjdzie jakiś zarośnięty typ na śniadanie. Mężczyzna zniknął, rozpłynął się. Pozostawił w mojej głowie swoje uśmiechnięte, jasnoniebieskie spojrzenie. I głos jasny, spokojny, ciepły. Jak dłoń, którą podał na przywitanie.

Następnego dnia zaczęło bardzo silnie wiać z południowego zachodu. Chwilami podmuchy były tak silne, że prawie kładły mnie z rowerem na ziemię. Nie miałem siły jechać, zajechałem się, rozpłakałem się. Popłakałem się ze zmęczenia. Stałem i nie mogłem się ruszyć. I zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego wielki Indianin i wciągnął mnie do środka. Dosłownie. Podrzucił do miasta. Prawie sto kilometrów. Tam zanocowałem, a rankiem wiatr zmienił kierunek. Nie jechałem, leciałem. Chciałem dojechać do Steva, tego wielkiego Wodza, który sześć lat temu niemal potrącił mnie na drodze i który dwa lata później radził mi, abym przestał się kręcić w kółko i wreszcie się zatrzymał.

Steve został sam. Jego żona, Opal, zmarła niedawno. Tak mi powiedzieli w sklepie, gdzie pytałem o dokładny adres. Podjechałem pod dom, oparłem rower o ścianę i podszedłem pod drzwi. Spod zadaszonego okna zwisał mały kamyk. W ciszy. Było tak cicho, że aż zaszurałem na drewnianych schodach, bo się przestraszyłem, że świat się zatrzymał. Nie zapukałem. Nie wiem dlaczego. Napisałem na kartce kilka słów i wetknąłem je w zamknięte drzwi.

Tego samego dnia spotkałem rudego liska. Zobaczyłem go z oddali, przystanąłem. Patrzyłem na niego a on na mnie i nagle zaczął podchodzić. Wydawało mi się, że przyciągam go wzrokiem, że ciągnę go spojrzeniem w swoją stronę, niby na niewidzialnym sznurku wzajemnego zaciekawienia. Przytuptał pod rower i trącił mnie noskiem. Potem obwąchał sakwę, odszedł na bok, usiadł i patrzył. Aż w końcu niedaleko zatrzymał się samochód, wyszła z niego kobieta i wymachując wielkim aparatem przepłoszyła liska. Uciekł do lasu.

– To twoja maskotka, jeździsz z lisem? – zapytała znienacka, jak już wymieniliśmy standardowe skąd, dokąd, dlaczego, good for you, absolutely, have a good one.

– Nie, to był duch. – odpowiedziałem.

Robi się coraz zimniej. Robi się coraz ciszej. Jeszcze trochę, jeszcze ciut i już. Zostało mi niewiele ponad tysiąc kilometrów do przejechania. I nie wiem, co potem. Ciągle myślę, co zrobić z kamykiem, co go ciągnę od Ziemi Ognistej. Podarowałbym go liskowi, ale co mu z takiego kamienia. Może podaruję go światu? Ale na świecie mnóstwo kamieni. Po co światu jeszcze jeden kamień? Może podaruję go ciszy. W ciszę wrzucę, wetknę, upuszczę. Cisza wszystko przyjmie. Bez żadnych zbędnych słów, bez tłumaczeń.

Live very moment, laugh every day, love beyond words. Żyj każdą chwilą, uśmiechaj się co dzień, kochaj ponad słowa. W ciszy łatwiej. Podobnie jak we śnie. Może w podróży też? W końcu podróżowanie to trochę jak szukanie baśni, czyż nie? 

Wingbeats

a bird

„Kot zatrzymuje czas. Zatrzymuje go w sobie. Dlatego ciągle tak się spina, zakłębia i skupia. Ciężko pracuje, żeby ten czas zatrzymać. Pracuje przez całe życie. Kot jest słaby, delikatny. Łatwo choruje, łatwo go zabić. Musi się starać, żeby dożyć takiego wieku. I nie starzeje się. Wierz mi, kolego. (…) Ale to nie wszystko. Najciekawsze jest to, że taki kot nie tylko w sobie zatrzymuje czas, ale też wokół siebie. Co na to powiesz? Dlatego lubię tego kota i dbam o niego. Bo we mnie też nie płynie czas. Jesteśmy tak samo zdrowi, tak samo spokojni i tak samo czekamy.” M. Płaza „Skoruń”

Wkręciłem się w noc późną, wietrzną, zaciągniętą chmurami, bez gwiazd i księżyca, zupełnie ciemną, zagarniającą wszystko wokół. Jechałem powoli, wypatrując w mocnym świetle latarki jakiegoś miejsca na nocleg, które byłoby czymś odrobinę więcej niż płytkim rowem, czy fragmentem łąki na skraju bardzo gęstego lasu. Kanada to nie Meksyk, czy Kolumbia. Nie wystarczy podjechać pod jakikolwiek dom, albo pod stację benzynową i zapytać o zgodę na rozbicie namiotu. Po pierwsze, zarówno domy, jak i stacje pojawiają się coraz rzadziej, a po drugie, nawet jak mam tyle szczęścia, że przed zapadnięciem zmroku wypatrzę jakieś budynki, to wcale nie mam gwarancji, że ktoś pozwoli mi przy nich zanocować. Sprawę załatwiłaby kasa. Co sto kilometrów są albo motele, albo kampingi, albo jedno i drugie. Tyle, że mnie na te miejsca pod dachem po prostu nie stać. Kilka dni temu mijałem jeden motel z promocją – cena od 160 dolarów. Oczywiście, można coś trafić i za sześćdziesiąt, ale kwota ta dokładnie pięciokrotnie przekracza mój pozostały na Kanadę dzienny budżet.

okazja

Ostatecznie, nocleg na porośniętej gęstą trawą ziemi wcale nie jest najgorszy. Tyle, że spanie w rowie często kończy się nocną, albo poranną wizytą misia. Nie bardzo wiadomo jak się wtedy zachować. Mam spreja, ale wszyscy dokoła tłumaczą, że jak miś będzie głodny, to i tak mnie zje i żaden sprej mi nie pomoże. Ani Muminki, dopowiadam wtedy sam sobie i jadę dalej, z nadzieją, że moje niemal pozbawione tłuszczu ciało nie będzie w żaden sposób atrakcyjne dla choćby najbardziej wygłodzonego i zdesperowanego misia.

Jechałem więc nocą, wypatrując jakichś budynków, bo tego dnia wtłoczyłem w siebie zupełnie nieprawdopodobną ilość kilokalorii i po pierwsze, byłem bardziej tłusty niż zazwyczaj, a po drugie, kupiłem na drogę całkiem sporo jedzenia, którym wolałbym się mimo wszystko z misiem nie dzielić.

Budynki pojawiły się na ziemi, ale równie dobrze mógłbym napisać, że nagle spadły z nieba. Tak mi się zresztą wydawało. Że nagle i niespodziewanie spadły, jakby ktoś je zrzucił prosto pod moje nogi. Przez okna sączyło się żółtawe światło. Podjechałem bliżej. Wyszedł do mnie starszy, białobrody mężczyzna. – Żaden problem, możesz rozbić się gdzie zechcesz, ale najpierw zapraszam do środka, wypijemy, zapalimy, pogadamy trochę. Oczywiście jeśli masz ochotę. – odpowiedział na moją prośbę o nocleg. Święty Mikołaj, pomyślałem, jego też ktoś z nieba zrzucił mi pod nogi.

Słowa unosiły się nad stołem, wzlatywały, opadały i gasły, dym je zasnuwał, zakrywał i chował gdzieś wśród panującego na stole rozgardiaszu. Papiery, puszki, rachunki, pety, kawałki szkła, drewna, metalowe ramki, a w jednej z nich – fotografia białobrodego z młodą kobietą. Jasna, słoneczna, radosna. Jak poruszająca się wraz ze słowami twarz mężczyzny i jego ciepłe, spokojne spojrzenie.

Koty wyszły dopiero po pewnym czasie. Najpierw rude, a potem wielka, czarno biała kocica. – Dziwne, że przyszła, powiedział James, nigdy nie pokazuje się obcym. Wyciągnąłem rękę, podeszła, otarła się, a potem wskoczyła mi na kolana. Dała się dotknąć raz, a potem uciekła i nie wyszła więcej. Czas się zatrzymał, a my w nim.

Rankiem obudził mnie śpiew ptaka. Niby dzwonek. Nasłuchiwałem chwilę, ale dźwięk wtopił się w ciszę i więcej się nie powtórzył. Pożegnałem białobrodego. Ruszyłem dalej, nasłuchując. Ptak na niebie ciszą się unosił, wzbijał wysoko, w chmurach niknął. Zniknął.

Purnamadah

salvino i piotr

„Bo ja mogę pozwolić sobie na ten luksus, żeby być opuszczony, choć ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą nieskończoności i wieczności, a Nieskończoność i Wieczność chyba gustują w takich ludziach jak ja.” B. Hrabal

Od dawna myślałem, aby tam pojechać. Czułem wewnętrzną potrzebę pojechania w tamto miejsce, gdzie cztery lata temu upadłem i gdzie z powodu złamanego kolana musiałem przerwać podróż. Podświadomie chyba chciałem odnaleźć jakiś pozostawiony ślad, dostrzec coś, czego wcześniej nie zauważyłem, co przeoczyłem, a kto wie, czy nawet nie myślałem, aby przeżyć wszystko od nowa, doświadczyć raz jeszcze, łącznie z bólem, powrotem i z całym, zdecydownie zbyt ciężkim bagażem kolejnych dni, które dopiero miały nastąpić, a co do których czułem jedynie niechęć, złość, smutek, a może nawet i wstręt, jakby wcale nie należały do mnie, ale zaplątały się gdzieś wśród obcych, niezrozumiałych przeznaczeń, jakbym niechcący przechwycił czyjeś, zupełnie nieprzystające do mojego życie, pełne nie do końca uświadamianych, niechcianych drogowskazów, wśród których z początku zupełnie nie mogłem się odnaleźć.

Ale dni nadeszły, świat nawet nie drgnął, a ja nie przestałem kręcić się w kółko, pozostając w niemalże tej samej scenografii, z tym samym scenariuszem w rękach, w którym podobne chwile się zdarzają, ludzie zamieniają i którego jedynie koniec jest nad wyraz oczywisty, choć trudno jeszcze powiedzieć, w jakich okolicznościach nastąpi, podobnie jak gdzie i kiedy opadnie kurtyna.

Biblioteka była zamknięta, a na placyku, w miejscu gdzie kilka lat wcześniej zapatrzyłem się na wymachującego kijem mężczyznę i upadłem, stał rowerzysta. Patrzył na mnie dziwnie znajomym wzrokiem i choć wydaje się to niedorzeczne, przyszło mi do głowy, że to ta sama postać. Nie podszedłem, nie przywitałem się, nie sprawdziłem. Ale im więcej o nim myślę tym pewniejszy jestem, że to był on, ten sam. Czekał na mnie. Nie musiałem podchodzić, nie musiałem nic mówić, nie musiałem niczego udowadniać. Nikomu, a już najmniej samemu sobie. Przyjechałem, a on tam był. Zamknąłem oczy i zabrałem go ze sobą.  

A potem pojechałem do Carnation. Stanąłem pod monopolowym, pod tym samym, z którego wyszli Kapitan Kurczak i Nick Salvino – dwaj mężczyźni, którzy cztery lata wcześniej próbowali mnie przekonać, abym nie jechał do Fall City. Sklep był zamknięty. Zrobiem zdjęcie, usiadłem na ziemi, oparłem się o ścianę i czekałem. Było gorąco i wietrznie, zupełnie inaczej, niż owej jesieni, kiedy w gęstej mgle owijałem się w parkowe pajęczyny. Zasnąłem. Obudził mnie jakiś menel. Tak myślałem, że się znają. Wskazał mi kierunek i dodał, że to jakieś trzy mile za miastem. Na ulotce sprzed lat był adres, ale celowo go nie spisałem. Wiedziałem, że jak mam trafić, to i tak trafię.

Błądziłem godzinę, a może dwie, na tyle długo, aby w końcu dać sobie spokój, a jednak ciągle szukałem. A jednocześnie, im bliżej byłem tego spotkania, a byłem przecież już bardzo blisko, tym częściej zadawałem sobie pytanie „po co”? Spotkam go i co? Co mu powiem? Coś w rodzaju: „A wie pan, że cztery lata temu po naszym spotkaniu złamałem kolanową rzepkę w Fall City? Pamięta Pan, jak razem z przyjacielem próbowaliście mnie przekonać, abym tam nie jechał? A wie Pan, że często myślałem, co by się stało gdybym rzeczywiście poszedł za Waszą radą i pojechał inną drogą? Że często patrzyłem na nasze zdjęcie, na którym jestem ja, Nick i Pan i że próbowałem wejść w Pańskie oczy? Dosłownie. A wie Pan, tak naprawdę, właściwie po to tutaj przyjechałem. Chciałem wejść w Pańskie oczy. Nie da się? Jak to nie, przecież właśnie to robię.

Błądziłem i błądziłem i nie mogłem trafić. Raz ktoś powiedział, że to dwa domy dalej, raz, że bliżej, raz, że zielony, potem, że niebieski, że kawałek od drogi i nie widać go z ulicy. I właściwie już zrezygnowałem i jechałem z powrotem do miasteczka, ale nagle zobaczyłem wąską drogę idącą w las, a przed nią dwie skrzynki pocztowe i nie wiedzieć dlaczego, byłem pewien, że to tam. A kiedy po kilkudziesięciu metrach z lasu wyłonił się drewniany człowiek w kapeluszu i buda dla psa z lalką w środku, to już nie miałem wątpliwości.

kapelusz

Nick Salvino poznał mnie od razu, ale wydawał się jakiś spłoszony. Kapitan Kurczak wyszedł z domu chwilę po nim. Spojrzał na mnie raz, potem drugi, dłużej, bardziej przeciągle i coś zamruczał pod nosem. Na moment spuścił wzrok, a potem spojrzał raz jeszcze. Zaszumiały liście. Coś poruszyło się w budzie. Zamknąłem oczy i wskoczyłem. Prosto w rozszerzone źrenice siwobrodego Kapitana Kurczaka. A jak otworzyłem, to już go nie było. Został w środku. We mnie.

– Zmęczony jest – powiedział nagle Nick Salvino. – Daj mu spokój, niech sobie odpocznie, a my chodźmy pograć w podkowy.  

Za moment poznałem kolegów i dostałem żelazo do ręki. Przeciągnąłem wizytę, pobyłem trochę, wygrałem dwa browary i garść trawy. Kurczak nie wrócił, już nie wróci, można spać spokojnie. Nocą rozbiłem się w pustym obozowisku bezdomnych. Rankiem poznałem papugę. Wetknąłem w nią dwa pióra, co upadły na ziemię. A potem pojechałem na spotkanie z Mary i Martinem, obchodzić swoje czterdzieste czwarte urodziny.

Rodzina, którą poznałem w Nogales, zaprosiła mnie na obiad. Dużo uśmiechu, mnóstwo ciepła, morze za oknem, ocean wspomnień, gdzie ja to wszystko upchnę, kiedy pozamieniam w słowa, czy kiedykolwiek się odwdzięczę? Jakaś lawina dobrych spotkań z ludźmi na koniec mojego pobytu w Stanach. Brian, Melani z mężem, Beth i Ray… Jeszcze tego samego dnia zaproszenie na kolację od obcego człowieka, przypadkiem spotkanego na ulicy i urodzinowa świeczka do zdmuchnięcia.

Jedno życzenie – żebym stał się lepszy dla innych, żebym stał się lepszym człowiekiem. Wtedy i świat będzie lepszy i wszystko wokół też. I żeby zacząć dawać, więcej dawać, mniej brać, a najlepiej niczego już nie brać, odmawiać. Albo wziąć i samemu rozdać, przecież mam wszystko, wystarczy. Rower, słońce, niebo nad głową, jedzenie, sprawne nogi. Nawet miłość ze mną jedzie. A jak miłość jest, to wszystko jest. Takie słowo, ważne, może nawet najważniejsze, a na pewno wielkie. A jednak. Jedzie, unosi się, otula mnie, do snu kołysze, dotyka, szepce, pieści. Nieskończoność.   

Caje Sukarije

rozbitek

„Po co otwarłem oczy, zalewa mnie świat kształtów i barw, fala za falą, kształt za kształtem, barwa za barwą, wydany na łup, jadowitych zieleni, zimnych błękitów, intensywnych żółtych słońc, jaskrawych czerwonych homarów, jestem nienasycony.” Tadeusz Różewicz

Jechałem przez park a w powietrzu, gdzieś na granicy milczenia i niewyraźnego, delikatnego szeptu unosił się poszum cicho szeleszczących liści, szmer subtelnych dźwięków, słyszalnych wyraźniej gdzieś tam w środku, we mnie. Dokoła rozrastały się drzewa, spoglądały na mnie, łypiąc niewidocznymi oczyma pochowanymi wśród poskręcanych, pomarszczonych korą konarów. Patrzyłem na nie ze wzrokiem utkwionym przed sobą i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę wcale się nie poruszam, ale że to same drzewa przesuwają się za mnie, a ja stoję nieruchomo, stoję w tym samym miejscu co przed laty, a tylko dookolny krajobraz i niebo przemieszczają się gdzieś na boki, umykają za moją postać tam, skąd pochodzę, skąd przyszedłem i jedyne co mogę zrobić, to stać nieruchomo, patrzeć i czekać, aż wszystko przepłynie i nie zostanie nic więcej nade mną poza pustym, czystym, jasnym niebem, w którym rozpłynę się kiedyś, roztopię i stając się na powrót jego częścią, zgasnę, zapomnę, zamrę.

Zasnąłem wśród sekwoi, w ciszy lasu, w ciemności nocy i spokoju myśli, które na chwilę mogą zastąpić rozciągniętą przez czas jakiś czyjąś nieobecność. Rankiem przyszedł strażnik, młody, wyrozumiały, trochę niepewny co ma ze mną zrobić, bo myślał, że to żul, że bezdomny jakiś się zaplątał, w sekwoje obrósł i zagubił gdzieś w trawie, a okazało się, że nie do końca, że niekoniecznie, choć w zasadzie niewielka przecież różnica pomiędzy mną a tymi wszystkimi rozbitkami, co tylu ich spotykam po drodze.

Bo proszę Państwa, spieszę nadmienić, że (z nielicznymi wyjątkami, kiedy zajeżdżam w gościnę do polsko-amerykańskich rodzin, które poznałem trzy lata temu, jak choćby rodzina Marty) biorą mnie tutaj za bezdomnego, takiego zawodowego, nie podrobionego, jakim sam sobie się jawię, co to ani domu nie ma, ani pracy, ani perspektyw życiowych na zmianę, na inny świat, na lepsze miejsce pod niebem. W zasadzie nie miałbym z tym większego problemu, niech sobie ludzie myślą, co chcą, tyle, że ten wizerunek bezdomnego, ta mniej lub bardziej świadomie wymalowana na czole rozbitkowa wlepka ma swoje reperkusje w praktyce.

Kiedy wieczorami szukam miejsca na nocleg, najczęściej przeganiają mnie zwrotem przypominającym polskie „spieprzaj dziadu” (choć zdarza się usłyszeć bardziej rozbudowane i wysublimowane wypowiedzi typu: „Nie denerwuj mojego pieska, bo go nie utrzymam i będzie jatka”). Przyznam uczciwie, że początkowo trochę mi to przeszkadzało, bo po roku spędzonym w krajach, gdzie rozbijanie się na dziko nie stanowi większego probemu, gdzie nie tylko nie jest się przeganianym, ale najczęściej jest się zapraszanym pod dach na wspólne spędzanie czasu, to zdążyłem się już odzwyczaić, że może być inaczej i niekoniecznie wszyscy są tak otwarci, bezpośredni i najzwyczajniej w świecie mili i gościnni jak większość spotykanych osób w krajach latynoskich.

Lepiej więc nie pytać, nie zbliżać się, nie podchodzić, po prostu sprawę olać, dać sobie spokój z pytaniami i znaleźć w miarę dobre, osłonięte miejsce, a jak jest więcej namiotów, to gdzieś w pobliżu rozłożyć swoje graty i spać. W nocy nikt nie przyjdzie, nikogo nie obchodzi kolejny rozbitek, najczęściej nieszkodliwy wariat, po którym jednak nie wiadomo czego można się spodziewać, jak się zachować, gdy znienacka zapyta, czy nie widzieliśmy gdzieś jego tygryska (jak to miało miejsce pewnego wieczora, kiedy o północy do mojego namiotu zajrzał poszukujący swojego pluszaka Johny).

W zasadzie to jest mi to na rękę, że bezdomnych traktuje się tutaj jak powietrze, jakby stanowili część krajobrazu, który co prawda nieco szpeci, ale nie rozplenia się zbytnio, nie rozrasta jak niechciane chwasty, nie przeszkadza, nie drażni. Ot, nie udało się, za mało ktoś się starał, a nawet jeśli się natrudził, to nic z tego nie wyszło, zabrakło farta, a może i czegoś jeszcze. Nie ma co się nad rozbitkiem użalać, biadolić, zastanawiać. Ważne, że mnie się udało, że ja mam dobrze, że jest samochód, dom i kilka kredytowych kart w portfelu. Trzeba biec, póki można, dopóki zdrowie, siły i okoliczności sprzyjają, na boki nie oglądać, nie spoglądać za siebie, bo widać przecież, co się może przytrafić kiedy się biec przestanie. Rowerem się będzie jeździć, w namiocie spać, w najlepszym razie pies się przypałęta, to się go nakarmi i przygarnie. Z psem zawsze łatwiej, jakoś raźniej, co by nie mówić i nie pomyśleć, to zawsze jakiś związek jest, jakaś intymna więź, czasem głębsza niż z niejednym człowiekiem.

Nie, nie mam pretensji o nic do nikogo. Nawet trochę tych, co mnie przeganiają ze swoich podwórek rozumiem. Bo na pierwszy rzut oka rzeczywiście wyglądam jak ci wszyscy rozbitkowie. Mam rower, śpię w namiocie, jeżdżę bez kasku i nie posiadam profesjonalnych, oczojebnych kolarskich koszulek, nie mam kultowego siodełka Brooksa, ani jeszcze bardziej kultowego roweru Surly. Ciągnę ze sobą siaty, torby i plastykowe butelki, zbieram z drogi monety, w Mcdonaldzie kupuję jedynie kawę, by następnie do pustego kubka nalać coś musującego, myję się w darmowych toaletach, w bibliotece nie wypożyczam książek tylko ładuję elektronikę i korzystam z darmowego wifi, często mówię do siebie i dużo się uśmiecham. A potem jadę na jeżyny.

Wielkie, słodkie, zawieszone nisko nad ziemią, bujnie obrodzone na ciągnących się kilometrami kolczastych chwastach. Zajadam się nimi od miesiąca, wkładając je prosto w usta, na język, na podniebienie i rozlewa się we mnie ciemnokrwiste słońce i niebieskie niebo, pod którymi rosły i tak obrodziły, że wybieram tylko największe, najsłodsze, najsoczystsze, jedząc łapczywie, zachłannie, zaborczo nawet.

Czy wiedzą Państwo, że istnieje oddzielna nauka o jeżynach, zwana batologią? Jak mówi wikipedia, służy ona „zrozumieniu bardzo złożonego zróżnicowania jeżyn na poziomie genetycznym i morfologicznym”. Proszę Państwa, jeśli wśród czytających trafił się jakiś batolog, to spieszę donieść, że nie mam pojęcia na ile te kalifornijskie i oregońskie jeżyny są zróżnicowane genetycznie i morfologicznie (swoją drogą, czy to nie piękne poświęcić swoje życie zawodowe, a może i prywatne i piąć się po szczeblach batologicznej kariery, niczym sunąca w słońcu gąsienica po kolczastych, jeżynowych pnączach?), ale są one najsmaczniejszymi, najsłodszymi i najsoczystszymi jakie w życiu jadłem. Ech, gdybym tak mógł podzielić się teraz z każdym. Ale nie da się. Nie da się podzielić jeżynami. I znów ta myśl – czy w ogóle czymkolwiek można się podzielić?

Jadę na północ, obrazy przelewają się we mnie, oddalają, a może rzeczywiście wcale nie jadę, nigdzie się nie unoszę, ani z wiatrem, ani z samym sobą, tylko stoję w miejscu, a świat ucieka na południe przed nadciągającą gdzieś tam hen z północy zimą? Ale do zimy jeszcze daleko, w głowie pstrokate myśli, wzdłuż drogi jeżyny, po niebie kołują ptaki. Unoszą się nade mną, wirują w rytm wygrywanych na trąbce dźwięków. Stoję pośrodku i patrzę jak w moją stronę przybliżają się drzewa, jak podchodzą i szepcą, zapraszają do tańca. Oddaję im się i czuję, jak mnie dotykają, głaszczą, jak mną obracają, przyciągają i nęcą, aż w końcu zawłaszczają i biorą, wciągają mnie do tańca, coraz szybciej kręcą. Tańczę.

Jagódki

droga

„Chciałbym przemykać z cienia w cień twoim śladem, dotrzeć tak daleko jak ty i nie dać się złapać” J.M. Coetzee

 

Zostawiłem namiot. Na chodniku, obok smukłej, wysokiej latarni i równie smukłego, szklanego wieżowca, otoczonego kolorowymi, szeleszczącymi na wietrze, płóciennymi domkami. Nie, nie zgubiłem, celowo zostawiłem. Prawdę mówiąc, to żegnałem się z nim od co najmniej trzech lat, jeżdżąc z dwoma namiotami, czekając aż dziesięciolatek wreszcie zdechnie, ale on, chociaż stary i zniszczony, z nadłamanymi, posklejanymi tejpem masztami, pełen połatanych dziur i najprzeróżniejszych plam, za nic nie chciał się rozpaść; nadal chronił mnie przed deszczem, kamuflował się w trawie, barykadował przed mrówkami i owadami, spał ze mną, jadł, śnił a może i oddychał, i w tym wspólnym trwaniu wszystko ufnie przyjmował – wiatr, ciszę, krzyk, śmiech i łzy, zapierając się całym sobą, żeby tylko nie odejść, żeby zostać.

Nie wiem kto go znalazł, kto go podniósł, kto rozłożył, nowe meble umieścił, kto w nim zasnął zasłuchany w szeleszczące ściany, kto suwak rankiem rozsunął, na świat głowę wystawił, rozbudzone sny wypuścił. Może nikt. Może chociaż wiatr. I kilka kropel deszczu.

Dzień się kurczy powoli, słońca ubywa, jego jaskrawości, blasku i mocy. Tylko przestrzeń niezmiennie zawłaszczająco wielka, zagarniająca. Te ogromne domy, w których się niemal gubię, te kilkunastopasmowe drogi, po których jadę, dopóki mnie policja nie zawróci, te wypełnione po brzegi sklepy, te monstrualnie rozłożyste ludzkie kształty – wszystkiego tu w zbytku, w nadmiarze. A jednak dobrze się w tym czuję, bezpiecznie, swodobnie oddycham, prawie obojętnieję na to, co dzieje się dokoła. Chwilami przystaję i wracam do tego, co było, zadziwiony, urzeczony. I pytam sam siebie, czy rzeczywiście to wszystko się wydarzyło?

Naprawdę spotkałem Nicole i Marka, który za darmo wyremontował mój rower? Spałem u Roba, z którym na kosmicznie wyglądającej terenówce skakałem po muldach na wyścigowym torze, by wieczorem sunąć po miasteczku w zabytkowej limuzynie? Jadłem obiad z Andrzejem w kasynie, gdzie za kilka dolarów serwowano dania z kilkunastu kuchni świata? I czy ja naprawdę skąpałem się z Tobą w deszczu? Takim lichym, trochę nieśmiałym, bylejakim. Świat rozmył się na chwilę, zatrzymany w uścisku ciepłej dłoni, niby w drewnianej szkatułce, przechowującej zapomniane sny.

Otwieram wieko, a w środku dojrzałe jagody. Jak przed laty, jak wtedy, jak kiedyś. Wysypuję je na dłoń, wkładam je w Ciebie, zgniatam na wargach językiem. Smakują lasem, mchem, słońcem i rześkim powietrzem. Są miękkie i ciepłe. Jak Twoja dłoń, jak Twoje usta. Zamykam oczy i wsłuchuję się w ciszę. Usta pląsają w jagodowym tańcu, lekkie krople bezgłośnie spływają po policzkach, łaskoczą.

„Wiatr na chwilę zlepił się z deszczem w jedną miękką toń, zmieściłem się w niej, rozpłynąłem”. M. Płaza „Skoruń”

 M. Płaza