Carretera Marginal de la Selva

paisaje-2

„Masz chorobę Świętego Wita. Mają ją tacy, co nie mogą usiedzieć na miejscu, tacy którzy ciągle tańczą.” Mario Vargas Llosa Wojna końca świata

Tak naprawdę zielono, a przy tym tak naprawdę ciepło i owocowo zrobiło się dopiero przed La Merced. Najpierw pojawiła się granadilla, czyli po polsku – męczennica. Cała droga upstrzona pomarańczowymi bombkami pysznych owoców. Co zakręt, co kilometr – kolejny stragan. Granadilla ma zupełnie fantastyczny smak – zjada się ciągnący, soczysty, glutowaty środek, wraz z pestkami. A potem nowa dolina i następna i cała masa jeszcze dziwniejszych owoców. Pacay, który z zewnątrz wygląda jak zmutowana fasola, a w środku kryje gąbczasty, słodki miąższ, przypominający cukrową watę. Aguaje, po którym podobno rosną piersi, a nadmiar może powodować zmianę orientację seksualnej. Chirimoya, tuna, pepino, by wymienić tylko niektóre, czy przypominające po przekrojeniu jajka owoce mamey, które zrywaliśmy prosto z drzew. Podobnie jak mango i kokosy.

Kokosy kupowaliśmy też czasem przy ulicy, zatrzymując się w uroczo urządzonych maleńkich zajazdach, gdzie za równowartość niewiele ponad jednego złotego mogliśmy odpocząć przed południowym, palącym słońcem i rozkoszować się ożywczym, kokosowym sokiem.

cocoCo ciekawe, owoce, które kupowaliśmy dajmy na to przed Villa Rica, sto kilometrów dalej były już nie tylko nieosiągalne, ale często w ogóle nieznane. Podobnie jak z niektórymi gatunkami kaw, słodkimi przetworami, czy marmoladą z owoców aguaymanto. Stoiska i kramy z marmoladą, obok kokosowych i kawowych nalewek widzieliśmy tylko przez kilkanaście kilometrów, w okolicach miejscowości Huasahuasi. Kupiliśmy dwa słoiki i niestety, otworzyliśmy je dopiero wieczorem, dla spróbowania, kiedy byliśmy już kilkadziesiąt kilometrów dalej i prawie tysiąc metrów niżej. Piszę niestety, bowiem smak tych przetworów był zupełnie wyjątkowy, nieporównywalny z niczym. Gdybyśmy wiedzieli, że tych marmolad nigdzie więcej już nie dostaniemy, wrócilibyśmy po nie do Huasahuasi i wypchali nimi sakwy, kiedy jeszcze byliśmy tam stosunkowo blisko.

aguaymanto

A przecież już od dawna powinniśmy się byli nauczyć, że jak coś jest w jednym miejscu, to nie znaczy, że w będzie też w następnym. Jak przez pół godziny mijamy kilkanaście straganów z rozstawionym miodem, (a my akurat nie potrzebujemy, bo mamy jeszcze pół słoika), to możemy prawie na pewno założyć, że jutro go nigdzie nie będzie, a zamiast miodu będziemy mijać stragany z czymś zupełnie innym: mango, ananasami, papają, kokosem, serem, nalewkami, albo odtrutkami na ukąszenia węży. I rację ma pani, przy której stoisku przystajemy i kupujemy kilo mango, kiedy mówi do nas, aby wziąć więcej, bo tam dalej już nie sprzedają. I nie ważne, że mango mogłoby rosnąć, bo to zaledwie po drugiej stronie góry – klimat ten sam, gleba ta sama, ale z jakichś względów mango już nie ma.

Ta „specjalizacja”, czy może raczej „uniformizacja” jest tutaj wielopłaszczyznowa i dotyczy nie tylko oferowanej żywności, ale przenika wiele innych form życia społecznego. Kiedy w miasteczku szukamy szewca, znajdziemy go na jednej, jedynej ulicy wraz z dziesięcioma innymi szewcami. Kiedy chcemy naprawić rower – wszystkie warsztaty mieszczą się obok siebie. Chcemy kupić jajka – wysyłają nas na bazarek, gdzie kilkanaście osób sprzedaje dokładnie ten sam towar. Idziemy na obiad, a trzy znajdujące się obok siebie restauracje wypisały na tablicy identyczne menu (pomijając, że zazwyczaj oferują one ten sam „rosołowo-ryżowo-kurzy” zestaw, dostępny przez cały dzień – na śniadanie, obiad i kolację). Nie ma mowy o jakichś wywrotowych działaniach, próbach wyłamania porządku, pojawienia się z owocami pod pachą tam, gdzie akurat sprzedają warzywa.

Wjeżdżamy do Villa Rica. Wreszcie można poczuć, dosłownie i w przenośni, że Peru to jeden ze światowych potentatów, jeśli chodzi o uprawę kawy. Co ciekawe, Peruwiańczycy w kawie nie gustują. A jeśli już, to piją lurę przypominającą wodę o lekkim kawowym posmaku. Jadąc przez ten kraj trudno znaleźć miejsca, gdzie można się napić porządnie zaparzonej kawy. Okolice Villa Rica przełamują ten schemat, ale nawet tutaj wcale nie tak łatwo znaleźć dobrą kawiarnię. Kupujemy kilka opakowań aromatycznego proszku (kawa rozpuszczalna jest tutaj całkiem dobra) wraz z dwiema kawowymi nalewkami i jedziemy dalej, w stronę Puerto Bermudez.

carretera-marginal-ruta-pe-05n-1Gdybym wiedział, że przez następne dni droga będzie przypominała albo górski, kamienisty szlak, bądź to gliniasto-piaszczysty trakt, to przy całym zachwycie nad pięknem i malowniczością okolic czy też perspektywie niezapomnianych wrażeń i spotkań z przegościnnymi ludźmi, chyba jednak wybrałbym opcję numer jeden, czyli nieciekawą, brudną i wietrzną autostradę prowadzącą wzdłuż pacyficznego wybrzeża z Limy do Trujilllo. Tyle, że wtedy nie poznałbym ani Panchito, ani Jose, ani gromady dzieci z Las Flores, nie poznałbym smaku marmolady z aguaymanto, nie wiedział, jak się je pacay, nie zjeżdżał na glinianej ślizgawce w drodze na nocną kąpiel do rzeki, nie usłyszał opowieści o boa terrestre i loro machaco, nie jadł pysznych serów, chleba z rodzynkami i nie pił porządnie zaparzonej kawy przez mieszkającego w Peru Brazylijczyka z Manaus. No i nade wszystko, nie byłbym tutaj z Tobą.

Jakże inny wydaje mi się teraz ten kraj od tego, jaki pamiętałem sprzed dwóch lat. A przecież on się nie zmienił. A może jednak? Tak jak i ja, tak i ten świat, po którym płynę, pijany piracki statek, który po drodze zagarnął pasażera, zmienił się trochę, czy może po prostu nieco zestarzał? Płyniemy na gapę, trzymając się za ręce, falując na wietrze, bujając na falach, które gdzieś pod nami statek nam kołyszą. Bo „Świat jest jeno wiekuistą huśtawką; wszystkie rzeczy huśtają się na niej bez przerwy, ziemia, skały Kaukazu, piramidy Egiptu. Stałość nawet nie jest niczym innym, jak bardzo powolnym chwianiem”. Jutro pohuśtamy się dalej.

„Kiedy tańczę, tańczę; kiedy śpię, śpię, […] a wędruję, aby wędrować” Montaigne.

Cząstki elementarne

gata

„W podróży doświadcza tego, co w życiu najbardziej dramatyczne – przemijania. Z jednej strony jest tęsknota, metafizyczna tęsknota, jednak jest gdzieś, ale jako tęsknota. Z drugiej strony jest przywiązanie do materialności. Te dwa pierwiastki ze sobą zmagają się i walczą, także w tym, co Herbert widzi i czego doświadcza. Pokusa ducha, pokusa ciała. Świadomość trwałości, wieczności różnych rzeczy, Sassetta, który zostanie kiedy wszystko przeminie, a z drugiej strony świadomość, że wszystko zniweczeje, że zostaną tylko cząstki elementarne. Rzucony po pascalowsku między dwie otchłanie, między dwie przepaści. Z jednej strony nieskończona małość, a z drugiej nieskończona wielkość. No i to podróżowanie, być może, jest próbą zadzierzgnięcia więzi kompromisu pomiędzy tymi dwiema rzeczami, które są i w świecie i człowieku.” Prof. Zbigniew Mikołejko. (fragment audycji Programu 2 Polskiego Radia poświęconej Zbigniewowi Herbertowi)

Ciepły, męski głos dobiegał gdzieś od strony ulicy. Spojrzałem na Fidrygałkę. Stanęliśmy na moment bez ruchu pośrodku przestronnego, oświetlonego jedną żarówką pokoju drewnianego domu, do którego pół godziny wcześniej przyprowadził nas spotkany w dżungli mężczyzna. Odmalowywany na przeciwległej ścianie teatr krzątających się cieni, obramowany przez pozbawioną szyb okiennicę wyglądałby zajmująco w najbanalniejszej scenografii, a co dopiero w naturalnym amfiteatrze ciemnej, amazońskiej dżungli, gdzie kilkanaście rodzin wycięło fragment lasu aby w jego miejsce założy małą osadę.

Ktoś podszedł pod uchylone drzwi i raz jeszcze pozdrowił nas miękkim głosem. Nie był to właściciel domu, gdyż ten pożegnał się już z nami i wyjechał do pobliskiego miasteczka. Najchętniej zignorowalibyśmy intruza i jak najszybciej schowali się w namiocie, naprędce rozstawionym dla ochrony przed kąsającą inwazją latających krwiopijców, ale niespodziewany gość nie dał nam czasu do namysłu, gdyż po prostu bezceremonialnie wszedł do środka.

  • Witajcie w San Pedro de Pinchanaz! Jestem Panchito, przyszedłem się przywitać. Jose powiedział, że przyjechali do nas gringo na rowerach i żebym sprawdził, czy czegoś nie potrzebują. Niczego nie potrzebujecie? Tylko wodę? A tak, woda jest, tutaj zaraz kran za ulicą, woda dobra, pić można i umyć się też, ale wykąpać to lepiej w rzece, o tam, za domem. Jakie to cudowne was tutaj ugościć! Na długo przyjechaliście? Tylko na jeden dzień? To chciało się wam tyle jechać do nas, żeby tylko na jedną noc zostać? Oj, szkoda, myślałem, że dłużej pobędziecie, bo chciałem was na ryby jutro zaprosić. To może jak będzie wracać? Nie wiecie kiedy? Nie tą drogą? Jak to nie tą drogą, przecież nie ma innej! Musicie tędy wracać, inaczej nie wrócicie, zgubicie się. Nie wiecie kiedy? Za dwa lata? Pewnie, że może być za dwa lata, może być i za trzy, ryby będą i za dziesięć, no, chyba, że rzeka wyschnie, bo coraz rzadziej pada, a przecież pora deszczowa. Z czego tu żyjemy? No, z czego, no, z tego no, no właściwie to z niczego. Jam mam trochę pola, uprawiamy kawę, w Villa Rica skupują. Mleko jest, owce są, drzewo na dom i kamienie, ryby w rzece pływają, mówię wam, żebyście nigdzie nie jechali jutro, tylko posiedzieli tu z nami trochę. A do Pucallpa to jeszcze zdążycie dojechać, a tam dalej droga podła, trzydzieści lat już budują i budują. Mówią, że mają w przyszłym roku skończyć, ale gdzie tam skończą, jak tutaj jeszcze nawet nie zaczęli. Zakopiecie się tam w błocie, węże was pokąsają. Loro Machaco was dorwie i nigdzie już nie pojedziecie. A jak jest po polsku dziękuję? To ja wam dziękuję, że przyjechaliście tutaj do nas.

W dniu odjazdu, od Panchito i jego kolegów dostaliśmy dwa, pełne orzeźwiającego płynu kokosy, po czym ruszyliśmy dalej, drogą zwaną jako Carretera Marginal de la Selva, czy też Ruta Nacional PE-5. Kiedy dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy w Limie nad kubkiem kawy i przesuwaliśmy z Fidrygałką palcem po mapie, zastanawiając się, czy ruszyć do Pucallpy, ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy, jak odmienna jest ta część Peru od ciągnącego się na zachodzie kraju pacyficznego wybrzeża. I jakże inna od zagnieżdżonego w naszych głowach wyobrażenia, wyrysowanego poprzez historie zasłyszane od spotkanego w Limie, mieszkającego prawie dziesięć lat w Peru Polaka.

Według owego człowieka, (notabene zakochanego w kraju potomków Inków) oprowadzającego to tu to tam grupy turystów, powinniśmy być przygotowani na próby kradzieży, akty agresji, wyłudzania pieniędzy (podobno mieliśmy płacić haracze na drodze za „ochronę”, czy też samo „pozwolenie” przejechania danego odcinka) i generalnie na brak gościnności i nieskrywaną niechęć w stosunku do gringo. Miało być niebezpiecznie, niepewnie, bezprawnie, bardzo dziko i mokro.

A jak było? Pomijając jedno zdarzenie z naćpanymi Indianami w dżungli, którzy zachowywali się dosyć agresywnie, od dawna już w swoich wędrówkach nie spotkałem tak gościnnych, ciepłych ludzi. Ludzi, którzy najzupełniej szczerze cieszyli się mogąc nas przyjąć pod swój dach, którzy poświęcali nam swój czas, obdarowywali owocami; ludzi, dla których, podobnie jak dla nas, były to spotkania wyjątkowe, wartościowe i ważne. Ludzi, z którymi na moment zetknął nas los. Na chwilę. 

I chociaż w prawie każdej wiosce powtarzano, abyśmy innym nie ufali, choć ostrzegano nas abyśmy uważali na drodze i broń boże nie jeździli nocą, to nawet kiedy utknęliśmy kilka razy w dżungli po zapadnięciu zmroku, czuliśmy się tam bezpiecznie. Bo jak tu dawać wiarę czyimś ostrzeżeniom i radom, skoro każdego dnia spotykaliśmy się z tak serdecznym przyjęciem? Jak wierzyć w absurdalnie brzmiące historie zasłyszane od Polaka o próbach wyłudzania pieniędzy, konieczności płacenia haraczy, czy zwykłego przekupstwa, kiedy nic podobnego nie zdarzyło się ani nam, ani innym spotkanym rowerzystom? Jak tu nie wierzyć w człowieka, skoro pewnego dnia ktoś podjeżdża do nas i zwraca zagubiony po drodze namiot i karimatę?

Kiedy wracaliśmy do namiotu po kąpieli w rzece, gdzie bez krępacji, wśród cykających owadów i w świetle latarki pluskaliśmy się z całą rodziną, kiedy zasypialiśmy na piętrze domu komunalnego, do którego kuśtykający pan przez godzinę szukał klucza, kiedy jedliśmy kawał sera, za który nie chciano wziąć pieniędzy, kiedy za darmo częstowano nas owocami, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, ponownie nie mogłem oprzeć się wrażeniu komplementarności. Jakby jakaś część mnie od dawna już tam była, zasiedziała się w amazońskiej dżungli, do której nigdy wcześniej nic mnie przecież nie ciągnęło i odnajdywała się wśród tych obcych, a jakże gościnnych ludzi, a jednocześnie jakbym tę cząstkę samego siebie tam zostawiał, zupełnie świadomie, pośród zaplątywanych spojrzeń, wyłapywanych słów, kocich pomrukiwań, zapachu miękkiego futra, niewidocznych śladów pozostawianych gdzieś na wietrze, gdzieś tam, gdzieś tu.

I tak, ja przeminę, ty przeminiesz, może rzeczywiście zostaną same cząstki elementarne. Ale teraz jestem, jeszcze jestem. Jestem tu. I jest we mnie ciągle to dziwne pragnienie, ta tęsknota za czymś, czego być może w ogóle nie ma, co napędza i wprawia mnie w ruch, co pcha, ciągnie za sobą, obraca. I poddaję się temu, bo uwielbiam ten stan, kiedy czasem coś wrzuca mnie tam, gdzie wszystko dźwięczy osobliwie. A na koniec popchnie tam, skąd przyszedłem, skąd się wziąłem. Swoją drogą, czy tam też będą koty?

„Ktoś, kto się nam wymyka, jest siłą rzeczy zupełnie inny od tego, kto nas ściga”. Dobranoc.

Road Song

peru-3

„Chciałem zrozumieć coś przez pejzaż, a nie przez podręczniki szkolne.” Zbigniew Herbert

Carlos Velasquez Rios podszedł do nas, kiedy już zwinęliśmy namiot i prawie byliśmy gotowi do drogi. Wysoki, szczupły mężczyzna, ubrany w ciemne spodnie i wykrochmaloną niebieską koszulę kręcił się w pobliżu od dobrych kilku minut. – Jak się cieszę, że przyjechaliście do mojego miasteczka, jestem naprawdę dumny, takie szczęście mnie spotkało, szkoda, że nie widziałem was wczoraj, zaprosiłbym do domu na kolację. No tak, przyjechaliście przed północą, to rzeczywiście ja już spałem, a dziś coś wstać nie mogłem, głowa mnie trochę boli, wypiliśmy z kolegami, a człowiek w tym wieku takiej głowy już nie ma, jak za młodu. Z Polski jesteście? Ooooo, to tam dobrzy piłkarze, Lato, Boniek, a teraz Lewandowski. Kiedyś przegraliśmy z wami na mundialu, pięć do jednego, ale to była porażka, prawie żałoba narodowa w kraju, takie baty nam złoiliście. Do dziś się nie podnieśliśmy i ostatni raz na mundialu to Peru było w 1982 roku. Może teraz się uda, bóg da, to w grupie razem nie będziemy, a jak będziemy, to może się odegramy!

Patrzymy z Fidrygałką na skacowanego mężczyznę, jak od dziesięciu minut nie przestaje mówić, zerkamy na jego coraz bardziej spocone czoło, na przebierające w powietrzu, spracowane, pomarszczone dłonie, patrzymy w półprzymknięte oczy, robimy sobie zdjęcie, o które Carlos sam poprosił, wymieniamy telefonami. – Zapisz mój telefon koniecznie. 959630313. Mam ziemię, dużo ziemi, ale nie mam pieniędzy. Można by tam coś posadzić, albo i hotel wybudować, ziemia do samego morza, plaża jest, słońca dostatek, turyści to lubią, taki hotel blisko morza, to dopiero byłoby coś! Ale nie mam pieniędzy, no nie mam… A ty nie chciałbyś zainwestować? Nie interesuje Was to? Dlaczego? A może znasz kogoś, kto by chciał? To daj mój numer, ja pracować lubię, sił mi jeszcze na lata wystarczy, jestem potomkiem Inków, słyszeliście o Inkach? No, to wiecie, o czym mówię. Ja się pracy nie boję i jestem dobrym człowiekiem, całe życie trzy zasady stosuję, powiem wam w keczua, a teraz po hiszpańsku, wiecie jak to będzie, nie wiecie? Nie zazdrość, nie kradnij i wierz w boga. Tyle wystarczy, więcej nie trzeba, no, może jeszcze trochę pieniędzy i można mieć raj na ziemi, dałbyś może dziesięć soli, co?

Pytanie, zupełnie niespodziewanie wplecione w hiszpański słowotok, wpełzło najpierw pod moje spojrzenie, utkwione na powiększającej się, ciemnej plamie potu na koszuli, a potem rozpłynęło się w palącym coraz mocniej słońcu, więc w pierwszej chwili wydawało mi się, że się przesłyszałem. Patrzyłem na mężczyznę zadziwiony. Dajcie dziesięć soli. Prosto z jego oczu dotarło wreszcie do ucha. Słońce prażyło mocno, zamknęło wszystkie usta. Zamocowaliśmy sakwy i ruszyliśmy do Limy.

Owej nocy spaliśmy pod zamkniętym stadionem. Podobnie jak w Boliwii, niektóre piłkarskie boiska w peruwiańskich wioskach wyglądają jakby je ktoś wkleił w krajobraz. Czyste, schludne, z krzykliwie zieloną, przystrzyżoną trawą i niewielką trybuną, kontrastują z szarymi budynkami, opasanymi trzcinowo-gliniastymi, kilkumetrowej wysokości ogrodzeniami. Jaki jest sens budowania czegoś, z czego się potem nie korzysta, nie wiem, ale zapewne ma to jakiś głębszy sens, który podczas porannego śniadania i krótkiej wizyty w maleńkim miasteczku czasami trudno dostrzec.

stadion

Podobnie ciężko zrozumieć, dlaczego w tym pięknym kraju jest tak brudno. Zupełnie nie do mnie argumentacja w stylu, że jest to częścią peruwiańskiej „natury” i że tak po prostu jest i tak ma być. Oczywiście, niczego nie próbuję tutaj nikomu wyperswadować, zmieniać i tłumaczyć, że ma być inaczej, bo ja sobie tego życzę. Jestem tu gościem i muszę się dostosować. Chcę tylko zaznaczyć, że dla mnie syf pozostaje syfem, czy jest on „naturalny”, czy też nie i uważam, że ten syf wygląda ohydnie, cuchnie i zaburza moje i tak w sumie niezbyt rozbudowane poczucie estetyki.

Być może jest to kwestia „charakteru narodowego”. Jedni śmiecą, inni piją. Ciekawie w tej kwestii wypowiada się Antoni Kępiński, który wysuwa interesujące wnioski odnośnie charakteru społeczeństwa polskiego: „Czy istnieje charakter narodowy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z biologicznego punktu widzenia istnienie charakteru narodowego jest możliwe. Warunki środowiskowe (wśród których, jeśli idzie o człowieka, niemałą rolę odgrywają warunki natury kulturowej) układają się w ten sposób, że pewne cechy charakteru są korzystne, a inne niekorzystne. Ludzie obdarzeni korzystnymi cechami charakteru mają większą szansę przetrwania i zostawienia potomstwa, niż ci, którzy cech tych nie wykazują.

Zbiór cech genetycznych danej populacji będzie się więc w ciągu pokoleń zmieniał w kierunku przewagi ilościowej cech korzystnych dla danego środowiska. W ten sposób będzie się on różnił od zbiorów cech genetycznych populacji żyjących w innych warunkach środowiskowych.
Prócz cech wrodzonych w formowaniu się hipotetycznego charakteru narodowego odgrywałyby rolą cechy nabyte, uwarunkowane tzw. dziedziczeniem społecznym, a więc panującymi w danym środowisku modelami zachowania się.

Stosując jedną z typologii psychiatrycznych, można by globalnie określić społeczeństwo polskie jako charakteryzujące się przewagą cech histerycznych i psychastenicznych. Cechy histeryczne najlepiej reprezentuje polski szlagon. Cechy te o chęć imponowania otoczeniu, efekciarstwo bez poczucia obowiązku, polskie „zastaw się, a postaw się”, fantazja granicząca z pseudologia phantastica, uczucia burzliwe, choć płytkie, łatwo i szybko przechodzące z jednej skrajności w drugą. Natomiast cechy psychasteniczne najlepiej oddaje postać polskiego kmiotka. To człowiek cichy, pokornego serca, niskiego o sobie mniemania, pracowity i obowiązkowy, unikający zwady, chętnie by on skrył się pod ziemią, by nikomu nie zawadzać.

W pewnej mierze oba przeciwstawne typy osobowości dopełniają się tak, że społeczeństwo złożone z takich ludzi może egzystować; jedni sejmikują, drudzy pracują. Zniknął szlachcic i znika chłop polski, ale pewne formy zachowania się przetrwały; nadal spotyka się szlachecką fanfaronadę i kmiecą pilność. Oba opisane, na pierwszy rzut oka przeciwstawne, typy łączy jedna ważna cecha. Dla jednych i drugich naczelnym pytaniem życia jest: „Co inni o mnie pomyślą?” Histeryk stara się zdobyć aprobatą otoczenia błyszczeniem, fanfaronadą, „brylowaniem”, a psychastenik – cichą obowiązkowością.” Antoni Kępiński „Rytm życia

Ta ostatnia cecha, odnośnie odczuwania presji ogółu i podporządkowywania się opiniom naszego najbliższego otoczenia nie wydaje się niczym charakterystycznym dla polskiego społeczeństwa, gdyż już kilka wieków temu podobnie wypowiadał się choćby Pascal: „„Nie zadowalamy się życiem, jakie mamy w sobie i we własnej naszej istocie: chcemy żyć w pojęciu drugich życiem urojonym i silimy się dlatego na pokaz”. Podobnie Rousseau, o którego „Emilu” pisze Tzvetan Todorov w swojej fascynującej książce „Ogród niedoskonały”: „Nie wystarczy powiedzieć: to moja wola – bowiem nasze pragnienia nie poddają się woli, lecz naszym wewnętrznym, nieuświadomionym siłom. Nie wybieramy w sposób wolny tych, których kochamy. Rousseau proponuje, by owe nieuświadomione siły zwalczać za pomocą odpowiedniej metody, którą w Emilu nazwie „wychowaniem negatywnym”. Polega ono w przybliżeniu na tym, by umożliwić dziecku poznanie własnych gustów, chroniąc je przed ocenami innych ludzi. (…) Byłby to więc „człowiek naturalny”, któremu społeczeństwo nie jest wszakże obce. Emil musiałby bowiem nauczyć się nie tyle unikania społeczeństwa, ile tego, jak nie poddawać się utartym opiniom i błahym konwencjom. Powinien unikać postępowania zgodnego ze zmieniającymi się nieustannie aktualnymi normami i troski o to, jak oceni go tłum (owego „co powiedzą inni”)”. Tzvetan Todorov „Ogród niedoskonały”

Nie tak łatwo poznać „własne gusta”. Ale czy w podróży nie jest o to nieco łatwiej? Może ten fizyczny dystans i pewnego rodzaju zawieszenie pomiędzy tym, co znamy, a tą nową rzeczywistością, w której na moment jesteśmy, pozwala na swobodniejsze zachowywanie się i na większą naturalność, bowiem jesteśmy mniej uwikłani w jakieś zachowawcze schematy i role (choć być może to tylko złudzenie). Tak, jakbyśmy będąc gdzie indziej posiedli nagle większą autonomię, większą świadomość odnośnie tego, co robimy i czego potrzebujemy, czego szukamy. I nieważne jest tutaj to, czy cokolwiek odnajdziemy. Jest to równie nieistotne, jest doszukiwanie się odpowiedzi na pytania, które zahaczają o byt, o poznanie. Podobnie, jak wystarczy samo zadawanie pytań, w podróży wystarczy samo szukanie, bez konieczności odnalezienia czegokolwiek. A kto wie, czy podróż nie jest właśnie bardziej określona przez to, czego się w niej zrozumieć, dostrzec i doświadczyć nie udaje. Czy to właśnie ten brak, ta nieobecność czegoś, nie stanowi właśnie o jej pięknie. I nie ma potrzeby się wstydzić i pisać z przykrością, że się nie udało, jak mówiła o podróżach Herberta Zofia Król w audycji polskiego radia:

„Podróżuje się zawsze samemu ze światem. (…) Bo to jest rodzaj przymusu, który po prostu ciągnie nas, żeby opuścić to miejsce, w którym jestem i pójść zupełnie gdzie indziej. Trudno tutaj mówić o tym po co. Herbert po prostu potrzebował jakiegoś kontaktu nowego, podejrzewam, potrzebował jakiegoś nowego zmysłu, jakiejś nowej uważności skierowanej na pewne rzeczy i tego szukał. Wydaje mi się, że to nie jest pragnienie pozytywne, to nie chodzi o to, że chcę podróżować. To chodzi o to, że nie mogę już wytrzymać tego braku świeżości patrzenia i próbuję coś zobaczyć nowego. To jest zawsze jakiś wysiłek zmysłów, przede wszystkim oka. Są takie momenty, kiedy Herbert z przykrością i ze wstydem pisze, że mu się nie udało, że jego wzrok się bezmyślnie ślizgał po kamieniach, a jego śmieciarska pasja szczegółów nic nie daje i w tych fragmentach pokazuje nam się jako słaby człowiek, który gdzieś jedzie i czegoś szuka, ale nie może tego znaleźć.”

Może to słabość pcha człowieka w świat, może to jego strach przed „normalnym” życiem. Cokolwiek wybierzemy, niech to będzie nasz wybór, jak słowa Kory z „Dziennika północy” Archibalda Cronina: „proste, szczere i podobnie jak ruchy jej ciała, niewymuszone, doskonale naturalne”. „Ludzkie życie jest niczym niedoskonały ogród”, pisze wspominany wcześniej Todorov. Gdziekolwiek będziemy, dbajmy o niego, żeby rozkwitł.

On the wing again

droga-2

„Bo przecież w naturze są tylko widoki, a obraz trzeba wykreować i stworzyć. Można opisać temat, kolory, ale nie można opisać wrażenia. (…) Każdy ma swój zachód słońca i nikt mnie swoim nie przekona.” Wiesław Ochman

Kiedy trzy lata temu jechałem przez Peru, byłem niemalże pewien, że więcej do tego kraju nie przyjadę. I cóż. Życie układa własne scenariusze.

Granica w Desaguadero. Hałas, krzyki, nawoływania, pył i kupki gnoju, pokryte feerią barw i najróżniejszych zapachów, począwszy od przyjemnej woni liści koki, a skończywszy na przesyconym zjełczałym tłuszczem aromacie świńskich skórek i salcipapy, czyli pływających w majonezie fragmentów parówki z frytkami. Mrowie przeciskających się we wszystkie strony ludzi na dość szerokiej ulicy, a jednak nie na tyle przestronnej, aby dać choć namiastkę intymności. Pchane bądź ciągnięte wózki wypełnione workami, puszkami, plastykowymi krzesłami, materacami, tekturowymi pudłami ukrywającymi jakieś cywilizacyjne badziewie, za którym ktoś cały dzień ugania się w pocie czoła, naiwnie myśląc, że te upragnione przedmioty iluzorycznego zbytku i wygody w cudowny sposób odmienią jego życie.

Granica. Koślawe linie kryjące w środku naród, tę „imaginacyjną wspólnotę”, ten dziwny twór, przez większość uważany za „substancjalny, realny, homogeniczny, łatwo odróżnialny, głęboko zakorzeniony w historii bytów społecznych, zdolnych do kolektywnego działania.” Nigdy nie rozumiałem celowości i sensowności granic, podobnie jak nigdy nie docierał do mnie imperatyw podporządkowywania się konwencjom i kultywowania pewnych narodowych tradycji z racji takiego, a nie innego miejsca urodzenia i dorastania, a nie z racji wyboru. „Prawdziwym miejscem urodzenia jest to, w którym się po raz pierwszy rozumnie spojrzało na siebie. Moimi pierwszymi ojczyznami były książki, w mniejszym stopniu szkoły.” Pamiętniki Hadriana

A więc znów literatura. Nawet w podróży trudno od niej uciec. A może nawet i więcej – szczególnie w podróży słowo niezwykle silnie do mnie przemawia. Jakby ruch, nowo poznani ludzie, przestrzenne krajobrazy i zmiana miejsca naddawały do tej czytanej, wyobrażeniowej rzeczywistości pewną substancjalną tkankę, która wtapia się w fikcyjne historie i niezauważalnie staje się ich częścią do tego stopnia, że czasem trudno odróżnić, czy odczytuję słowa i patrzę na dookolny świat, czy też widzę słowa, a staram się odczytywać świat. Jakby literatura stawała się podróżą, a podróż – dobrą literaturą. Banalne i naiwne? Ale niech państwo zajrzą do wstępu książki Ryszarda Koziołka pt. „Dobrze się myśli literaturą”: „Literatura nauczyła nas pragnąć czegoś „innego”, wychodzić poza krąg codziennych przyzwyczajeń, poza rytuał wyznaczany bądź przez konwencję życia wspólnoty, bądź po prostu przez potrzeby ciała, które każe nam jeść, spać i tak dalej.”

Czytając ten wstęp nie mogłem pozbyć się wrażenia, że podobne treści już kiedyś gdzieś widziałem, choćby u profesora Sławka, tyle, że w odniesieniu do podróży. On też pisał o uprawomocnieniu emocji, o szukaniu tej sfery życia, która wymyka się racjonalnemu postrzeganiu, o doświadczaniu czegoś, co Piotr Paziński nazwał „olśnieniem metafizycznym” i o czym tak pięknie mówił w radiowej audycji Dwukropek: „Są takie chwile niesamowitych energetycznych olśnień czy punktów, w których naprawdę dziwimy się światu i próbujemy się w naszym zadziwieniu rozeznać, czasem poprzez długie lata. To czasem tylko kilka sekund niezwykłego napięcia, które jednak może się przełożyć na całą naszą twórczość lub życie.” Czyż nie po to właśnie ruszamy się z domu? Poza te peryferie życia, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni? Czyż nie po to zostawiamy to, co znane, a czasem nawet to, co kochane? Podróżować, żeby zadziwić się światem i starać się w tym zadziwieniu, jak w bajkowej rzeczywistości jak najdłużej pozostać.

Wracając do wstępu książki pana Koziołka: pozwolę sobie nieznacznie sparafrazować jego tekst i zastąpić w nim słowa „literatura”, czy „lektura” słowem „podróż”: „Podróż zasiewa w nas coś, czego w nas nie ma, z czym się nie rodzimy, czego nawet nie przejmujemy przez zwyczaje życia rodzinnego i nagle rodzi się podróżnik. Nie jest to istota odwrócona od rzeczywistości ku podróży, ale ktoś, kto dzięki podróżowaniu nadaje życiu intensywność, przestaje traktować życie jako coś zwykłego, co się po prostu przydarza, jak każdej żyjącej istocie. (…) Podróż uczy nas nie przegapiać świata, nie pozwalać mu uchodzić naszej uwadze i znikać w procesie niszczącego przemijania. (…) Gdy podróżuję, mojemu poczuciu adekwatności towarzyszy odkrywanie różnicy. Dopiero dzięki podróży mogę zdać sobie sprawę z niewypowiedzianej resztki, którą jestem. Inaczej mówiąc, w przeciwieństwie do podróży, moje życie jest nie-do-przeczytania. (…) Deklarując pożytki podróżowania dla życia i myślenia, widzę je w nagłej estetyzacji sensu. To epifania podróży, kiedy pojedyncze życie, w swoim rozproszeniu i przypadkowości, zyskuje pojmowalny i podziwiany kształt oraz znaczenie. Nie tylko podróż dostarcza nam sensu. Tylko ona dowodzi jednak, że wszystko jest godne znaczenia, czyli że wszystko zasługuje na łaskę nazwania: pojedynczy człowiek, zwierzę, rzecz, to, co im się przydarza. Żaden inny dyskurs sensu nie jest zainteresowany kompletnością pojedynczego istnienia, zwłaszcza tego bez znaczenia w historii.”

Podróżowanie jako czytająca, a jednocześnie pisząca się książka. Podróżowanie jako wiersz, jako słowny gest, odnoszący się do emocji, które najczęściej są poza zrozumieniem, poza sensem, a może nawet i poza istnieniem. Przecież tak naprawdę sam nie wiem dlaczego robię to, co robię. Po co ja tutaj jestem. Nie wiem. Jadę i jest mi dobrze. To przecież i tak bardzo wiele. Staram się nie myśleć po co. Staram się w tym być. Chcieć mniej. Choć pewnie i tak chcę za wiele. „Czasem większość rzeczy zamienia się w chaotyczne dążenie do czegoś, o czym nie do końca wiadomo, czy istnieje”. T. Jansson

Ale ja jestem. Istnieję, nawet jeśli tylko dla samego siebie. Jeszcze jestem. I Ty jesteś. W zadziwieniu, zamyśleniu, między słowem, znakiem, gestem, jeszcze jesteś.

Anatomia niepokoju

Memory wanderings from piotr strzezysz on Vimeo.

Pewien włóczęga, którego kiedyś spotkałem, najlepiej opisał wewnętrzny przymus wędrowania: „To tak, jakby drogą ciągnęły mnie wody przypływu i odpływu. Jestem jak rybitwa popielata. Wiesz, ten piękny biały ptak, co lata z bieguna północnego na południowy i z powrotem”. Bruce Chatwin

Czasem to się zdarza, niezbyt często, z każdym tekstem rzadziej. Czyta się czyjeś słowa jak własne. Jakby ktoś pisał za mnie, czy też o mnie, albo jedno i drugie. Może w ogóle po to się czyta. Aby znaleźć potwierdzenie własnych myśli, które ktoś za nas lepiej potrafił wyrazić słowami. Bardzo możliwe, że sam już tylko po to czytam. Podobnie mam zresztą, kiedy jadę. Szczególnie teraz. Przecież jadę niby tą samą drogą. I szukam jakby tego samego. Tego samego trochę inaczej.

Taras Prochaśko w książce “W gazetach tego nie napiszą” opisuje pracownię pewnego Feliksa: “Cała przestrzeń jego pracowni wypełniona była tysiącami rysunków i fotografii jednego i tego samego drzewa. Okazało się, że w ciągu piętnastu lat – dzień w dzień – Feliks rysuje i fotografuje swoje ulubione i już tak bliskie drzewo na brzegu jeziora. Czy to normalne? – zastanawiałem się, jednocześnie myśląc o wolności przymusu, przymusie wolności, nieskończonej nieruchomości zmienności, o niepowtarzalności niezmiennego”

I jeszcze: “Najwięcej niepowtarzalności można znaleźć i poczuć w tym, co wydaje się podobne i niezmienne. W porach roku, w stadiach dnia, w kolorze trawy, w przejrzystości wody, w kamieniach na brzegu rzeki, w najulubieńszych szczegółach anatomicznych… A co dopiero mówić o różnych dziwactwach rozmaitych ludzi, kiedy każdego człowieka można traktować jako wiarygodny punkt, przez który przebiega oś normy. Inna sprawa, że wszystkie te punkty potrzebują współistnieć we wspólnym chaosie własnych osi.”

Bywają takie dni, kiedy człowiek chce się ukryć nawet przed samym sobą. Zwinąć się w kłębek i zakryć pod ciemną zasłoną nieprzezroczystości, pod miękkim całunem nieprzejrzystości, choćby chwilowej nieobecności. Zamknąć oczy, zasłuchać się w ciszy, w której znoszone, nadużywane na co dzień zmysły oddają w nadmiarze to, co zazwyczaj stępiają. Nic nie poradzę na to, że często nie potrafię komunikować się z ludźmi. Że zamykam się w sobie. Że uciekam. Że nie rozumiem dlaczego jest tak, a nie inaczej i że nie potrafię zawsze i dla każdego być obecnością. Że czasem po prostu mnie nie ma.

Kiedy się przypatruję memu życiu jestem przerażony znajdując je niekształtnym. Egzystencja bohaterów, jak z opowieści wynika jest prosta, zmierza wprost do celu jak strzała. I przeważnie ludzie lubią streszczać swoje życie w jednej formule. Czasem w przechwałce, albo skardze, prawie zawsze we wzajemnym oskarżeniu. Ich pamięć fabrykuje im usłużnie egzystencję wytłumaczalną i jasną. Moje życie ma mniej wyraźne kontury. Jak się często zdarza, to czym nie byłem, być może określa je z większą ścisłością. (…) Owszem, dostrzegam w tej różnorodności, w tym nieporządku obecność osoby, ale jej kształt wydaje się prawie zawsze wyznaczony przez nacisk okoliczności, jej rysy mącą się jak obraz odbity w wodzie. Nie należę do tych, którzy mówią, że ich czyny nie są do nich podobne. Muszą być podobne, skoro są moją jedyną miarą i jedynym sposobem wrysowania się w pamięć ludzi, a nawet w moją własną pamięć. Skoro być może właśnie niemożliwość dalszego wyrażania siebie i zmieniania przez działanie, stanowi różnicę pomiędzy stanem umarłego i stanem żyjącego,. Ale między mną i tymi czynami, z których jestem uczyniony jest jakiś nieokreślony rozziew, czego dowodem, że ustawicznie czuję potrzebę ważenia i tłumaczenia, zdawania z nich sprawy samemu sobie. (…) Niekiedy moje życie wydaje mi się banalne do tego stopnia, że nie tylko nie warte opisania, ale nawet i dłuższej kontemplacji. Wcale nie ważniejsze nawet dla mnie, niż życie byle przechodnia. (…) Umysł ludzki wzdraga się przed przyjęciem siebie z rąk przypadku, przed uznaniem się tylko za przemijający przedmiot zbiegów okoliczności, którymi nie kieruje żaden bóg, a zwłaszcza, nie on sam” M. Yourcenar „Pamiętniki Hadriana”

Od kilku dni pomieszkuję w La Paz. Jest głośno, niemalże hucznie, barwnie, kolorowo, tłoczno, a zarazem przestrzennie, choć jest to przestrzeń męcząca, dławiąca. A pośród rozciągniętych konturów tej rozpasanej rzeczywistości, gdzieś tam wreszcie postać Twoja. Wychylam się cicho, podsłuchuję i patrzę. Kiedyś wyjdę cały, nagi, dotykalny. Przecież inaczej nie potrafię.Zawiruję głośno, okręcę, otulę, poniosę ze sobą. Jak wiatr porywisty. Jak wiatr obecny. Jak ja.

Podpatrywanie gwiazd

tormenta

„Część każdego życia i to nawet każdego życia bardzo mało godnego oglądania upływa na poszukiwaniu racji istnienia, punktów wyjścia, źródeł. Właśnie moja bezsilność w ich wykrywaniu kazała mi się czasem skłaniać ku wytłumaczeniom magicznym, szukać w majaczeniach okultyzmu tego, czego mi prosty rozsądek nie dawał. Kiedy wszystkie skomplikowane rachunki okazują się fałszywe, kiedy sami filozofowie nic już nie mają nam do powiedzenia, wolno przecież zwrócić się do przypadkowego szczebiotania ptaków, albo do dalekiej przeciwwagi gwiazd. (…) M. Yourcenar „Pamiętniki Hadriana”

– Tutaj się lepiej nie rozbijaj, bo jeszcze spokój zagłuszysz. Kogo? No tej kobiety, co leży niedaleko, widzisz przecież, że krzyż jest i tabliczka. Nie zauważyłeś? Ech, wy młodzi. Oczy macie, a nie widzicie. To tak, jak i ona, też nieuważna była. Chociaż kto wie, kogo winić za to, co się stało. Trzy lata temu. Nauczycielka ze szkoły, do domu wracała, rozjechała ją ciężarówka. I tyle z życia. Swoje zmarnowała i jeszcze tego kierowcy, co ją rozjechał. Mówił, że trąbił, nie zdążył wyhamować, prosto pod koła mu weszła. A jak płakał, jak żałował, wołał, że widział, ale nic nie mógł zrobić. Pierwsza przy niej byłam, wszystko słyszałam, sama ją z drogi ściągałam. A ona może i zabić się chciała, kto ją tam wie. Zawsze trochę dziwaczna była. Fju bździu w głowie. Tylko tego kierowcy żal. No i dzieci, bo potem przez miesiąc lekcji nie było komu prowadzić. Trzeba było im zajęcia szukać na całe dnie. Co tak głową kiwasz, jakbyś rozumiał i tak nic nie rozumiesz. Idź i rozbij się pod szpitalem, tam jest dużo miejsca, a tutaj już lepiej nie mąć, spokoju nikomu nie zagłuszaj.

W towarzystwie trzech nieznośnie ujadających psów rozbiłem się posłusznie pod zaniedbanym budynkiem, który jak większość ziemiopodobnych konstrukcji stawianych w boliwijskich wioskach wydawał się być niezamieszkany i trudno byłoby określić, czy w ogóle kiedykolwiek mieszkali w nim jacyś ludzie, czy też w trakcie budowy nie zaniechano nagle jego ukończenia i nie pozostawiono go samemu sobie, w rozciągniętej przestrzeni wiatru i piasku, który kiedyś wypełni te gliniane ściany i przysypie wszystko wokół, niepozostawiając żadnych widocznych z ziemi śladów.

A jednak był to szpital i mieszkali w nim ludzie, ale o tym przekonałem się dopiero nad ranem. Dostałem kawę do śniadania, butelkę wody na drogę i woreczek liści koki, bo narzekałem na ból brzucha. Kilka dni wcześniej dopadło i mnie – żołądek zupełnie się rozstroił. Czy stało się za sprawą wody, którą pijam właściwie z każdego źródła niezdatną, niefiltrowaną, licząc na to, że skoro tubylcom nie szkodzi, to i ja przeżyję, czy może zjadłem coś nieodpowiedniego, trudno powiedzieć. Najprawdopodobniej jednak nie była to woda, a kakao, wypite na śniadanie jako przystawka do suszonego mięsa lamy. Nie wiem, co mi odbiło pić kakao, tym bardziej, że widziałem, że użyte do niego mleko nie było zagotowane, a jedynie nieznacznie podgrzane. Zjedzony kilka godzin później tłusty rosół przesądził sprawę. Dwa dni wyjęte z życiorysu. Nie byłem w stanie nawet stanąć, do łazienki chodziłem na czworakach. Trzymało mnie kilkanaście godzin.

Przeżuwając liście koki i nie pijąc więcej boliwijskiego kakałka, dotoczyłem się do La Paz. Droga z Potosi piękna, choć trudna. Częste podjazdy i zjazdy do kolejnej doliny, smrodzące ciężarówki (na czym oni tutaj jeżdżą?) a wszystko na wysokości mniej więcej czterech tysięcy metrów nad poziomem morza.

p

I psy. Jeszcze bardziej zabiedzone od tych, które spotykałem w Argentynie. Tyle, że boliwijskie psy nie podchodzą ze smutnymi oczami i nie przystają kilka metrów obok, nie oczekują cierpliwie na jakikolwiek ludzki gest, który można by przechwycić jak rzucony niedbale ochłap mięsa i zaczepić na nim choćby chwilową wierność i prawdziwe, psie przywiązanie. Boliwijskie bestie rzucają się od razu pod koła, biegną wzdłuż drogi szczerząc kły, warcząc, szczekając, próbując sięgnąć do poruszającej się miarowo łydki, albo choćby capnąć wypchaną, wyzywająco czerwoną sakwę. Cóż zrobić, trzeba się zatrzymać i psy odstraszyć, albo zacząć z nimi rozmawiać. Nie słowami oczywiście, słowa nie mają tu nic do rzeczy. Te psy są psychotyczne, więc trzeba jak z psychicznymi. Żadnego rzucania kamieniami, bo bestia odgryzie się na następnym przejeżdżającym rowerzyście, szczególnie na tym, który nie będzie zaznajomiony z właściwymi metodami postępowania i nie daj boże, zacznie jeszcze uciekać. Próby ucieczki tylko bardziej rozjuszą i rozochocą te szczekające stwory. Trzeba się zatrzymać i w oczy spojrzeć, zobaczyć, co tam w środku siedzi. Wymienić się energią. Wysłać ciepły bodziec i poczekać.

Pozawerbalne sposoby oddziaływania są prawdopodobnie filogenetycznie i ontogenetycznie starsze od manulanych i werbalnych, one decydują o zasadniczym kierunku ruchu w otaczającym świecie społecznym, o tym, czy można się do źródła sygnału zbliżyć, czy trzeba uciekać lub z nim walczyć. A. Kępiński

I nagle świat się otwiera. Sam z siebie, niezauważalnie. Przed samym La Paz skręciłem w stronę widocznego z głównej drogi ośnieżonego masywu. Coś mnie tam przyciągnęło, zupełnie wyraźnie czułem lekkie popychanie, jakby się przestrzeń nieznacznie rozszerzała i zapraszała mnie do środka, do siebie. Po kilkunastu minutach zatrzymałem się na jednym ze wzniesień. Wokół mnie panowała nieprawdopodobna wręcz cisza. Widoczne w oddali zabudowania La Paz wydawały się tak nienaturalne, świecące w słońcu śmieszne, niepotrzebne nikomu punkciki, do których zbliżały się bezgłośnie przesuwające się samochody.

Rozłożyłem karimatę i mrużąc oczy patrzyłem w niebo. Im dłużej się w nie wpatrywałem, tym bardziej zmieniało barwy, jaśniało, a potem ciemniało, geometryczne, kolorowe wzorki lądowały pod powiekami odgrywając kalejdoskopowy spektakl dla jednego widza. Ale był ktoś jeszcze. Kobieta. Zauważyłem ją dopiero po pewnym czasie, a właściwie usłyszałem, jak z głośnym okrzykiem ciskała kamienie w stronę wypasających na sąsiednim wzgórzu owiec.

abuela

Nie wiem, czy mnie widziała, ale chyba tak. Może to nawet do mnie tak krzyczała, a nie do owiec i tymi ciskanymi za pomocą długiego sznurka kamieniami próbowała do siebie przywołać, albo chociaż coś mi powiedzieć, przekazać, zwrócić uwagę.

Nie mogłem przestać się w nią wpatrywać. Siedziała na szczycie wzgórza, na tle pokrytych lodowcem gór i ciskała kamieniami. Tak naprawdę, to chciałem wstać i sam podejść do niej i coś powiedzieć, albo zapytać, ale równocześnie wydawało mi się, że lepiej będzie w ogóle się nie poruszać, że właściwie to i tak komunikujemy się ze sobą poprzez myśli, które można przecież wypełnić jakimikolwiek słowami; takimi, jakimi się chce i żaden język świata nie będzie stanowił w tym absolutnie żadnej przeszkody.

Kiedy w końcu wstałem i złożyłem karimatę z zamiarem ruszenia w dalszą drogę, coś zaświstało w powietrzu. Odwróciłem się i zobaczyłem poruszający się piasek, kilka metrów ode mnie. Fragment ziemi uniósł się nieznacznie i nieprawdopodobnie szybko wirując wokół własnej osi przesuwał się w moją stronę. Metr po metrze wysmukły, nieledwie odcinający się od dookolnej przestrzeni fragment zgęstniałej materii zbliżał się powoli, a kiedy był już naprawdę blisko, nagle oderwał się od ziemi i zdecydowanym ruchem przeszedł wprost przeze mnie. A potem uniósł wysoko, świsnął jeszcze wyraźniej i w końcu rozprysnął się z głuchym trzaskiem, niby pęknięta, ogromna mydlana bańka.

Może tak to wygląda na koniec. Lekko porusza się ziemia, budzi się wiatr i pośród obudzonych nagle dźwięków jakiś smukły, falujący, przezroczysty kształt zabiera nas ze sobą, unosi gdzieś wysoko, do gwiazd, a potem wszystko znika. I zostaje po nas cisza i jakiś obraz w niej, powidok, fragment czegoś, co się tu pozostawiło. Miło pomyśleć, że jednak piękna, na które może kiedyś ktoś przypadkiem spojrzy niekoniecznie samymi oczami.