Pianology

pampa

„Nie wiem, kto wymyślił to powiedzenie, że „praca uszlachetnia”. Wiem tylko, że zawsze uszlachetniałem się najbardziej wtedy, gdy nic nie miałem do roboty. Zamiast żałować ludzi, którzy muszą tracić najlepsze lata na rozbijanie się za kawałkiem chleba, robi się z tego bohaterstwo. Najchętniej osiedliłbym się na wsi i nic nie robił.” A. Bobkowski

tekst niebawem

Po drugiej stronie lustra

La Pampa (1)

„Jest jedna prawda, która szuka nas, a której my staramy się unikać; prawda, która nie ma dopełnienia: życie każdego z nas kiedyś się skończy. Inne prawdy krążą wokół niej, niczym gwiazdy wokół czarnej dziury” T. Snyder

Dobrze mi tutaj. Być może powinienem mieć wyrzuty sumienia z tego powodu, choćby w stosunku do tych, którzy z jakichkolwiek powodów nie mogą, bądź też po prostu nie podzielają podobnego entuzjazmu i nie doświadczają tego głębokiego, (aczkolwiek chwilowego), balansującego niemalże na krawędzi lekkiej euforii zachłyśnięcia się byciem, nie wiem.

„Odkryłem uśmiech myśli. Nie umiem tego inaczej nazwać. Mam ochotę błaznować sam do siebie, robić głupstwa sam dla siebie, rozsadza mnie jakaś głupia radość i lekkość. Wszystko mi się podoba, wszystko wokoło jest jak muzyka. Chwytane w przelocie nastroje poszczególnych ulic i widoki wiją się wewnątrz mnie jak jakiś roztańczony korowód par, każda w innym stroju. Piję coś wielkimi łykami, czego nie umiem określić. Młodość? Dobrze mi, bo jestem młody i silny; dobrze mi, bo jestem sobą i myślę tak swobodnie, jak nigdy dotąd.” A. Bobkowski „Szkice piórkiem”

Żeby nie było, że nagle i niespodziewanie znalazłem drogę do stanu permanentnej szczęśliwości, bynajmniej. Tym bardziej chłonę wszystko to, co dzieje się wokół mnie, nieudolnie malując w głowie poetycki obraz świata, próbując nie myśleć, że to się kiedyś skończy, że wiecznej idylli, tego stanu bezustannego błogostanu nie będzie. Zniknie i już. Wystarczy lekki podmuch, jeden nieostrożny dotyk i cała ta sielanka rozpadnie się pewnego dnia jak naprędce sklecony domek z kart. Jadę więc i pochłaniam. Z ciągle nurtującym pytaniem: co będzie, co tam będzie? Jakakolwiek ciągłość pomiędzy mną tu i mną tam? Jakiekolwiek współistnienie? Choćby namiastka świadomości?

„Jadąc cichą drogą, zatopiony w jakiejś przedziwnej pełności, czuję specjalnie tę wielką fikcję czasu, nieuchwytność teraźniejszości. W człowieku wszystko jest albo przeszłością, albo przyszłością. Teraz przeżywa się poprzez tamte dwa czasy. Bywają jednak momenty, gdy jest tylko to, co jest – chwile tak krótkie, że nie dające się wyrazić żadną jednostką, a jednak wspaniałe, bo pełne. (…) W takich chwilach czas w ogóle znika, nie ma go.” A. Bobkowski „Szkice piórkiem”

pampa (15)

Niby ten sam dom, niby to samo miejsce. A jednak tym razem nie powitało mnie ujadanie psów, z którymi spałem pod pustym, zaniedbanym domem na środku pampy, tym niemal rozsypującym się budynkiem, zauważonym podczas burzy w świetle piorunów, rozbłyskujących na czarnym, nocnym niebie. Nie natknąłem się na żadne ślady. Chociażby zaschnięte. Oparłem rower o tę samą blaszaną ścianę. Wyjąłem jedzenie. Poczęstowałem przezroczyste zwierzęta. Parówki, ryż, bułki z serem. Jedliśmy ze smakiem. Duży chwytał łapczywie, połykał w całości. Mały przeżuwał, wypluwał, zgarniał z ziemi, zagryzał, wypluwał i patrzył, po czym znów chwytał w zęby i jadł niespiesznie, jakby chciał przedłużyć niewątpliwą przyjemność zapełniania pustego od dawna żołądka.

Zdrzemnąłem się w ich budzie; tej samej, w której piętnaście miesięcy temu rozstawiłem namiot, po czym wstałem, zebrałem rzeczy, wsiadłem na rower i odjechałem. Zaszeleściły konary drzew. Zatrzymałem się i odwróciłem. Przymknąłem oczy. Wytężałem wzrok, ale niczego nie było. Kropka przy kałuży zniknęła. Uśmiechnąłem się. Ktoś je zabrał. Wrócił i zabrał. Albo zatrzymał się, tak jak kiedyś ja i przygarnął. Mają dom. Biegają w ogródku. Są przytulane i głaskane. Nikt w nich nie rzuca kamieniami. Nie bije, nie przegania. Ktoś je zabrał ze sobą i nakarmił, jak pani Romina, która pomaga psom z ulicy, a u której mogłem się na chwilę zatrzymać i odpocząć. Wciąż spotykam dobrych ludzi. Tyle życzliwości i uśmiechu, mnóstwo ciepłych słów. To może jednak nie mam racji, myśląc, że nie zasłużyłem? Ale jeśli tak, to czym? No czym?

Żegnamy się z Rominą pod jej pięknie i ze smakiem urządzonym domem. Jakiś smutek w oczach, że się jedzie, ale przecież w inny sposób teraz nie można, nie da się. Zresztą, nie chce się. No i wybrało się tak, a nie inaczej. Świadomie. I nie ma sensu rzucać w nikogo kamieniem, bo teraz jest droga, a kiedyś, jak się zechce, to może kiedyś będzie i dom. Drewniany, z kominkiem i bujanym fotelem do czytania książek.

„Każdy wędrowiec, choć wybrał swój los i nie zamieniłby do na inny, ma taką chwilę, kiedy przechodząc przez wieś o zmierzchu i widząc przez okno izbę, gdzie rodzina zasiada do stołu w kręgu lampy, odczuwa strach przed przyszłością żal za przeszłością i niepewność, czy wybrał właściwie. Wtedy chciałby rzucić w szybę kamieniem. Na pozór po to, by zniszczyć obraz, który uważa za głupi i niedorzeczny. A naprawdę po to, żeby dodać sobie odwagi. Nie wie, że jednocześnie ktoś obserwuje go z głębi domu. Ktoś, kto widząc włóczęgę, zazdrości mu wędrówki, bo sam siedzi przez całe życie w tej samej izbie, ciepłej i przytulnej, ale za to w bezruchu i nudzie. I ten ktoś ma ochotę wyjść przed dom i rzucić w wędrowca kamieniem. Pozornie z oburzenia na niemoralne, bo bezpłodne życie włóczęgi, a naprawdę z zawiści i zemsty za swoją nudę. Dwa mijające się w locie kamienie – więc po co nimi rzucać? Lepiej niech każdy schowa swój kamień do swojej kieszeni. Po co wymieniać jeden kamień na inny?” Mrożek

Z uśmiechem na ustach i wiatrem w plecy, jedziemy. Jeszcze trochę pociągniemy, popatrzymy, pomyślimy. Może z tego coś powstanie, a może i nic. Niechby chociaż ten uśmiech pozostał. I to słońce, co je ciągnę ze sobą. I żeby wszystko było takie proste, jak w teledysku Shakiry. Jadąc z Tobą, spacerując, będąc, tańcząc, chłonąc wszystko wokół. Dopóki jest. Dopóki się jest.

Wędrówki pamięci

wędrówki pamięci (5)

„Nikomu ze zwykłych śmiertelników nie dane jest wypatrzyć pokrętne rysunki czasu przyszłego ani tego, że ścieżkom, które wydają się równoległe, sądzone jest w jakimś miejscu się skrzyżować.” Bułat Okudżawa

Co one czują? Co one… myślą? Te wszystkie zwierzęta, co tak blisko podchodzą… Guanaco, pancerniki, lisy, strusie, koty, wieloryby, psy. Ostatnio mnóstwo psów. Może niektórzy z Państwa pamiętają. Niemalże dwa lata temu pisałem, że przez całą drogę w Argentynie towarzyszyły mi psy. Ciągle. Są. Nic się nie zmieniło. Mnóstwo bezpańskich psów. I ten ich bezdenny smutek w oczach. Ta tęsknota. I dzika radość, kiedy zawiesi się na nich wzrok. Jak się zagwiżdże. Zatrzyma przy nich. Najpierw wstają i chcą uciekać. Zadziwione zatrzymują się, że nie rzuca się kamieniem, nie przepędza, nie odgania. Stoją i patrzą. W końcu zamerdają ogonem i podchodzą. Powoli, ostrożnie, nieufnie. Delikatnie poliżą wyciągniętą dłoń. Poczują dłoń na karku i koniec. Już nie odejdą. Położą się obok i jeszcze mocniej patrzą. Jakby od zawsze były. I są. Pozostają.

Wstaję, zbieram się, przecież nie mogę tak leżeć pół dnia pod tą brudną ścianą, choć dobrze mi tutaj. Que fiaca! Rozleniwiony składam rzeczy, pakuję znalezione przy drodze trampki. Zazwyczaj leży jeden but. Całkiem często. Duże, małe, damskie, męskie, na lato i zimę, ale w zasadzie zawsze leży jeden. Pierwszy raz w życiu znalazłem dwa. Mają dziurawe podeszwy, ale co tam. Numer dobry i szerokie czuby, tak jak lubię. I zobaczyłem je właśnie w dniu, kiedy pomyślałem, że nie mam lżejszego obuwia na zmianę, a robi się coraz cieplej. Jakby ktoś te trampki podłożył. Jakbym je sobie wymyślił. Tak jak panią Cecylię i jej męża i jedenaście kotów w domu, który przypomina igloo i nawet tę rybę na obiad, kiedy poprzedniego dnia jadłem trochę nadpsute parówki i rozmyślałem, co bym zjadł, gdybym tylko mógł wybrać. I spotykam w sklepie La Anonima (taka argentyńska Biedronka) panią Cecylię, która zadaje mi dokładnie takie pytanie: „gdybyś mógł wybrać, co chciałbyś zjeść?” Ryba z frytkami, a na deser racuchy. I żarcia do sakwy tyle, że wystarczy na trzy dni. I dla mnie i dla psów.

Las Grutas

Dojadamy resztki, trzeba się zbierać. Popycham rower po piasku, idą za mną, potem biegną, kiedy siadam na rower, a w końcu gubię je po drodze. I sam już nie wiem, czy nadal gdzieś pędzą; po pampie, po ulicy, w rowie, czy wracają, czy zostają tam, gdzie padły, bo nie miały już siły biec, czy w ogóle były. Może znów wszystko sobie wyobraziłem. Wyśniłem. Sny przeżywane dla tych, co sami snów nie mają. Jakie psy? Jaka ryba? Jakie trampki? Przecież to wszystko już było. Ile razy jeszcze? I dokąd teraz? Nawet kierunku nie znam, choć droga niby ta sama. I wcale nie pusta. Przestrzeń, po której unosi mnie wiatr. Najbanalniejsze myśli i odczucia, wyświechtane, wytarte, o których wydaje mi się, że nie warto po raz enty tu pisać. Jak u Szestowa: „Albo doświadczenia wewnętrzne, nawet najprostsze, są tak święte, że sama natura stoi zazdrośnie na ich straży; albo tak nędzne, że nie warto odsłaniać ich przed innymi.”

Odnajduję lekko przygniecioną trawę i rozbijam się dokładnie w tym samym miejscu, co przed miesiącami. A potem wieczór i noc i szepty w powietrzu. I wcale nie jest tak, że wszystko zdarza się tylko raz; i deszcz i słowo i krajobraz. Że „za codziennym migotaniem nie słychać muzyki utraty.” Jest dokładnie tak jak było. Tutaj nic się tutaj nie zmieniło. Się jest. Jest się. Jest.

„Piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy się z niczym – ani z muzyką, ani z poezją. Nie czuje się potrzeby wykołatania z siebie żadnych uczuć, czy wzruszeń, tęsknoty lub marzeń. Tu za jednym zamachem można się oduczyć tej „słowiańskiej tęskliwości”, niebieskookiej, łanowo-równinno-zbożowej. Tutaj piękno jest.

Jest cisza, każdy odgłos jest wyraźny, w nic nieoprawny. Nad łąkami wiszą mgły, trawa lśni, a wokoło piętrzą się olbrzymie masywy gór. Przenika to do duszy prostą drogą i zachwyca spokojnie, bezpośrednio. Patrząc na to, wydaje mi się, że jakaś starsza, mądra i piękna kobieta mówi i opowiada niskim i równym głosem, a każde jej słowo jest pełne, przeżyte i odczute do końca. A kiedy indziej wydaje mi się znowu, że jest to wspaniała, zwarta i prosta nowela nastrojów, jak nowele Bunina lub K. Mansfield, gdzie nic się nie dzieje, a równocześnie już tyle stało się, gdzie strony nie są pisane od lewej ku prawej, lecz w głąb, w głąb bez dna. (…) Zamieniam się w jakiś instrument i daję na sobie grać. Nie ma w tym żadnej egzaltacji – jest to taki sam tusz duszy, jak tusz ciała i odczuwam tę samą przyjemność. Przy jednym i drugim tuszu tak wspaniale i soczyście czuje się życie. (…) Nieraz przez całe życie człowiek chce siebie wygrać dla siebie – i nie może. To loteria, na której pada mało wygranych. Najstraszniejsze jest chyba ciągłe mijanie się z samym sobą, ciągłe czekanie na tę największą wygraną, jaką w życiu każdego człowieka jest na pewno wygranie siebie dla siebie. Bo tylko od tej chwili człowiek taki może być prawdziwą wygraną także dla innych.” Andrzej Bobkowski „Szkice Piórkiem”

A na koniec: video z poprzedniej wycieczki do Kolumbii, do której jeszcze parę chwil. Do przeczytania.

W kolumbijskim rowie from piotr strzezysz on Vimeo.

Chwile oderwane

droga

„Być może kiedyś rozpoczynająca się dopiero ogólnoświatowa cywilizacja wyzwoli się ze swej techniczno-naukowo-przemysłowej postaci, która dziś bez reszty określa pobyt człowieka w świecie. Nie zrobi tego sama z siebie i bez niczyjej pomocy – lecz opierając się na gotowości człowieka do podjęcia wyzwania, które zawsze, słyszane, czy nie, apeluje do nierozstrzygniętego jeszcze ludzkiego losu” Heidegger

To zacznijmy raz jeszcze… Trzynastego lipca, samolot linii Aerolineas Argentinas relacji Rzym-Buenos Aires, o piątej nad ranem lokalnego czasu wylądował na lotnisku Ezeiza Ministro Pistarini. Czekał mnie jeszcze jeden lot, ze stolicy Argentyny do znajdującego się na Ziemi Ognistej miasteczka Ushuaia. Upewniwszy się gdzie znajduje się właściwy terminal, minąłem punkty odbioru bagażu i po chwili czekałem w kolejce do okienka kontroli paszportowej. Zdziwiło mnie trochę to, że przede mną stały tylko cztery osoby. Z samolotu wychodziłem prawie ostatni, niemożliwe, żeby wszyscy zostali już odprawieni. Wrócę i zapytam co z bagażem, pomyślałem. W Warszawie, ani tym bardziej w samolocie, nikt nic nie mówił, że muszę odebrać rzeczy i nadać je ponownie (jak to bywa podczas przesiadek w Stanach Zjednoczonych), ale nie zaszkodzi się upewnić.

Nie zdążyłem dojść do punktu informacyjnego, kiedy na wypełnionej walizkami i pudłami taśmie transmisyjnej zauważyłem oblepiony zieloną taśmą wór. Przecież to moja sakwa, przemknęło mi przez myśl. Podszedłem bliżej i chwyciłem ciężkawy tobołek. Tak, to była moja sakwa, wraz ze śpiworem. Idę po wózek i czekam na rower. Przy powoli przesuwającej się taśmie pozostaje coraz mniej osób, ale z zasłoniętej gumowymi czarnymi paskami dziury nie wynurza się wyczekiwane tekturowe pudło.

W końcu zostaję sam. Idę do punktu informacyjnego i pytam, czy na lotnisku znajduje się oddzielny punkt odbioru bagażu ponadwymiarowego. Nie ma. Wracam pod taśmę. Patrzę w dziurę, wychodzą z niej pozostałe walizki, po które zapewne nikt już nigdy się nie zgłosi. Być może są to bagaże osób, które stały przede mną w kolejce do okienek kontroli paszportowej i osoby te nie zostały poinformowane o konieczności odbioru rzeczy i nadania ich po raz kolejny.

W końcu gumowy podest zatrzymuje się. Nie ma roweru. Jestem zmęczony, chce mi się spać i mózg nie rozbudził się jeszcze po przydługim locie. Idę reklamować. Uprzejmy służbista sprawdza w systemie. Nic nie ma. Nie wie. Mówi, że wygląda na to, że rower przyleciał. Ale pudła nie ma. Pytam, czy można się gdzieś upewnić, kogoś zapytać, gdzie szukać osób wyładowujących bagaże z danego rejsu. Mężczyzna podobnie miłym głosem tłumaczy, że takich informacji nie udziela i że skoro roweru nie ma, to pewnie został w Rzymie i że doleci następnego dnia. Pytam skąd wie, że doleci, skoro go nie widzi w systemie i kto owego dnia przerzuci za mnie rower z jednego terminalu na drugi. Mężczyzna mówi, że się zrobi. Patrzę na niego podejrzliwie. Nie, on jednak nie jest uprzejmy, on jest wyuczony. Ma wyuczony, uprzejmy ton, ale z podkrążonych oczu emanuje ogromne zmęczenie i zniechęcenie.

Jestem zły. Jestem zły, bo właśnie zaczyna się typowe latynoskie manana i to idiotyczne, absolutne pogodzenie się z losem, brak możliwości wpływania na zastaną rzeczywistość. Ale zaraz, przecież to Argentyna. Ktoś mi musi pomóc. Znajduję drugi punkt reklamacyjny, ale w nim twierdzą dokładnie to samo. Wracam na taśmę, patrzę na leżące na niej walizki. Podchodzę do czarnej dziury, odchylam gumowe paski, może pudło utknęło gdzieś w tunelu? Ciemno, wieje, nic nie widać. Siadam na nieruchomej taśmie i wyciągam z kieszeni wymiętą, niemalże zupełnie rozkruszoną kromkę chleba. Wgryzam się w gumowaty miękisz, przeżuwam powoli, próbuję coś postanowić. Do odlotu mam cztery godziny. Może jeszcze spróbuję coś zrobić, ale co?

Z ubikacji wychodzi mężczyzna i kobieta. Podchodzą, pytają, co tak siedzę. Mówię, że rower nie doleciał i na wszelki wypadek pytam, czy nie ma tutaj innego miejsca do odbioru roweru. Mówią, że nie. Zaglądamy jeszcze raz do tunelu. Nie ma nic. Oni również nie wiedzą, gdzie mógłbym dowiedzieć się, kto wyładowywał samolot z Rzymu. No hay drama, manana. Dramatu nie ma, doleci jutro. Powtarzam głośno „no aj drama” i idę do ubikacji.

Wychodzę po chwili i widzę wpatrzone we mnie rozpromienione spojrzenie przesympatycznie skądinąd wyglądającej pary. W pierwszej chwili nie do końca rozumiem, co do mnie mówią. „Twój rower jest na ziemi, leży na ziemi”. Podchodzę we wskazane miejsce. Rzeczywiście. W ogóle nie było go widać, dopiero po wejściu na taśmę. Pudło przewróciło się z prowadnicy i upadło.

buenos aires

No hay drama. Ile razy już to słyszałem. Pedałuję dopiero trzy tygodnie, a wydaje mi się, że jestem tu od przynajmniej dwóch miesięcy. Jakże inna jest ta Patagonia od tej, jaką pamiętam sprzed piętnastu miesięcy. Gościnna, ciepła, bezpieczna. Nikt nie odmawia na prośbę o rozbicie namiotu, a co kilka dni trafia się nocleg pod dachem. Nie, nie nocuję w hostelach, nie stać mnie na nie. Namiot wystarcza, choć noce zimne, a rankiem mróz. Ale mam puchowy śpiwór fidrygałki, wełnianą czapkę, cztery pary ciepłych rękawiczek i grube skarpety. Może nos trochę marznie, dłonie czasem, palce, ale to wszystko jest nieistotne. Albo inaczej – przestaje być istotne jak tylko człowiek znajdzie się w ciepłym miejscu. A te jakby mi ktoś podstawiał czasem.

Noc, kolejny podjazd, chcę dokręcić jeszcze trochę kilometrów, ostatnia górka myślę sobie i rozbiję się pod krzakiem. A tutaj dwie góry soli, obok spycharka, przyczepa z pracującymi w niej dwoma chłopcami, którzy zapraszają na pizzę i piwo, a następnego dnia towarzyszą mi na swoich rowerach przez prawie pięćdziesiąt kilometrów. Albo granica, gdzie dostaję cały ciepły pokój dla siebie. I kuchenkę, na której mogę przygotować kolację, zagotować jajka i ryż na kolejny dzień na drogę.

Gościna w domu Diego i Natalii w Comodoro Rivadavia, gdzie zaproszeni przez nich znajomi przygotowali najlepszą pizzę, jaką w życiu jadłem. Pizza barbecue. A może to tylko moje upośledzone kubki smakowe po ciągłym spożywaniu makaronu z parówkami tak zareagowały? Może ta pizza wcale nie była taka dobra? To może i ta gościnność też przesadzona? To ciepło, które mnie otula, też wcale nie mam go w nadmiarze? I wszechobecne duchy? Cienie tych, którzy byli tu przede mną, ta unosząca się energia osób, jak tego Duńczyka w casa de ciclistas, pedałującego przez cztery lata po świecie?

casa de ciclistas

A więc może wcale nie jest tak rozkosznie? Tylko z powodu zimna, wiatru i tych setek pustych kilometrów reaguję entuzjastycznie na każdy najmniejszy przejaw czułości, na najlichszy, najdrobniejszy uśmiech, na zawieszone na mnie choćby na moment spojrzenie?

Jadę i zamykam oczy. Unosi mnie wiatr, otula wieczór. Przychodzi lisek. Siada nieopodal. Nie ucieka. Spotykam go niemal w tym samym miejscu, co piętnaście miesięcy wcześniej pancernika. Rozmawiamy. Pytam, czy zna pancernika. Oczywiście, że zna, są sąsiadami, ale pancerniki teraz śpią. I samotne liski szukają partnerów do rozmowy. Bo to zawsze jednak z kimś raźniej, przyjemniej. Nawet tak przez chwilę porozmawiać. I od razu cieplej się robi. I uśmiech sam przychodzi. Szczególnie wieczorami. Duchy latają nad nami, jak jaskółki przed deszczem, nisko, nie wyżej jak metr nad pochyloną od wiatru trawą. Niemalże ocierają się o nas. 

Następnego dnia podchodzi do mnie wielki samiec uchatki. Spotykamy się na skarpie, na którą ten wielki, nieporadny na ziemi stwór nie miał właściwie żadnych szans i możliwości się wspiąć. Skarpa miała dobrych kilka metrów wysokości i nawet mnie, istocie obdarzonej sprawniejszymi członkami w celu poruszania się po ziemi, trudno było się po niej wdrapać.

uchatka

Samiec uchatki patagońskiej (tak, to te same, co gwałcą pingwiny) podszedł bliżej i poruszał łbem, jakby mówił coś do mnie w swoim języku. A potem ociężałym krokiem oddalił się. Patrzyłem za nim dobre kilkanaście minut, aż stał się małą kropką na tle ciemniejącego krajobrazu. No hay drama, pomyślałem i ruszyłem dalej. Na północ. Jeszcze trochę. A mi manera, despelucado, en una bici que me lleva a todos lados. Tak, jak zechcę, rozczochrany, na rowerze, który zabierze mnie wszędzie… Do przeczytania. 

Patagonia 2016 from piotr strzezysz on Vimeo.

Sleep

camina (11)

„Ludziom wydaje się, że życie jest tak krótkie, iż trzeba w nim zmieścić jak najwięcej. Dla mnie najwięcej dzieje się wtedy, kiedy nic się nie dzieje. Jeden dzień tutaj jest naprawdę kawałkiem życia. Co wart jest dzień, w którym ani przez chwilę nie można pomyśleć lub móc całkiem nie myśleć.” A. Bobkowski

Ziemię Ognistą zostawiłem za sobą. Po kotach spotkanych przy przystani nie pozostał żaden ślad. Znów jadę tymi samymi ścieżkami, co niegdyś. Odnajduję własne kroki ukryte pod cienką warstwą błota. Obchodzę te same zmurszałe kamienie i chowam się przed wiatrem w jednakowo pustych szopach. Pod deską pozostała puszka, zabiorę ją ze sobą. Przekręcony pieniek, na którym jadłem makaron. Odciśnięty bieżnik tego samego buta. Jakbym był tutaj nie dawniej niż wczoraj. A może w ogóle się stąd nie ruszałem? Może ciągle tu jestem? Zdrzemnąłem się na drewnianym łóżku, śniłem o powrocie, a potem obudził mnie wiatr. Podniosłem się, wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem znajomy już kształt. Odciśnięty w brunatno-niebieskiej poświacie niemalże zastygniętej w bezruchu rzeczywistości, wypełniającej pogrążony w półmroku krajobraz.

A potem jadę. Wiatr ciągle w plecy. Czuję na sobie ich dotyk. Jakby mnie niosły. Te przezroczyste kształty. Tyle ich wokół. Jadę i słucham i patrzę. Dobrze mi tutaj. Sens? Nie, już nie szukam żadnych sensów. Życie, zwykłe życie jest najważniejsze. Są ludzie, którzy jadąc pociągiem, stają w oknie i patrz wstecz. Że niby inaczej, to wieje i może coś wpaść do oka. I jak zobaczą coś ciekawego, to się jeszcze przez pół godziny wychylają i nie widzą tego, co nadleciało, mignęło i znikło. Bobkowski

Niby niczego tutaj nie ma. Spokój, pustka, cisza, przez większą część dnia ciemność. Ale jak bardzo ta rzeczywistość, w której niby nic się nie dzieje, nie wydarza, jak bardzo nabiera intensywności. Tam, gdzie podobno niczego już nie ma, być może pozostanie jedynie sama ciemność. I cisza. A więc jednak coś. „Dlaczego istnieje raczej coś, niż nic?” 

Niebo już pociemniało i tylko nad górami, w stronę słońca, było jeszcze popielatobłękitne. Wiał wiatr. Siedziałem na rozgrzanym kamieniu, patrzyłem w niebo głaskany gorącym wiatrem (…) Znowu nic nie myślałem. Czułem tylko, jak intensywność życia wzmogła się we mnie do ostateczności. Czułem swoją młodość, przeżyłem ją w tych kilku chwilach (…). Złapałem życie, na moment, ale wyraźnie. To było wspaniałe. W nocy ustał wiatr.

GoGo pinguin

dreams (2)

„Cóż mają począć ludzie, dla których ziemia i niebo jest za mało i nie mogą żyć, jeśli nie oczekują innego nieba i innej ziemi? Dla których ich własne życie, takie jakie jest, pozostaje snem, zasłoną, ciemnym lustrem i nie mogą pogodzić się z tym, że nigdy nie pojmą, czym było naprawdę” Cz. Miłosz

Pamiętają Państwo historyjkę o zaczarowanym kamyku, rzuconym do wody ostatniego dnia pewnej rowerowej wycieczki? Co z zaklętą w sobie historią miał pływać w cieśninie Magellana dokoła Ziemi Ognistej? Aż do końca świata? Otóż, proszę Państwa, kamyk już nie pływa. Leży teraz grzecznie w kieszeni mojej puchowej kurtki. Skąd się tam wziął? Z plaży. Zabrałem go z zimnego, kamienistego brzegu, gdzie leżał wśród tysięcy innych szarych kamyków czekających i marzących o tym, aby ktoś je podniósł, schował do przytulnej kieszeni i ogrzał ciepłem własnej dłoni.

Miałem sen. Przyśniło mi się tamto miejsce. Było zimno, pochmurno, wietrznie i wcale nie wiosennie. Po plaży chodził pingwin. Taki nieduży, zamyślony. Miał coś w dziobie. Mały kamyk. Pobiegłem w stronę ptaka i chyba nawet coś krzyknąłem. Pingwin zatrzepotał skrzydłami, jakby chciał się wznieść ponad ziemię, ale zamiast tego zachybotał się niezgrabnie, pochylił czarno-białe ciało i śmiesznie kiwając boczkami ruszył szybko w stronę morza. Krzyknąłem raz jeszcze. Pac, coś małego upadło na ziemię. Pingwin wskoczył do wody i zniknął pod wzbierającą falą, a ja podszedłem bliżej. To było to samo miejsce. Spuściłem wzrok. To był ten sam kamyk. Schyliłem się, aby go podnieść i wrzucić z powrotem do morza, ale nie mogłem w żaden sposób go poruszyć. Uklęknąłem, próbowałem podważyć, pchnąć, przesunąć, w końcu wstałem i kopnąłem lekko, ale kamyk nie drgnął nawet.

Wiatr przybrał na sile. Siąpił mroźny deszcz. Za plecami usłyszałem ptasie głosy. Spojrzałem za siebie. „Przezroczyste drzewo pełne ptaków przelotnych, O niebieskim poranku, chłodnym, bo jeszcze śnieg w górach”

Wróciłem po kamyk. Zabieram go z powrotem. Dokąd? Do domu. Zwinąć tę poplątaną nitkę drogi. Pogmatwaną, poszarpaną. Może jej koniec był gdzieś pośrodku i niezauważalnie go przeoczyłem? A może trzeba będzie jechać z powrotem na Alaskę? Kto powiedział, że zawsze trzeba iść do przodu? A więc tym razem popróbuję pojechać do tyłu. Nie wierzę w linearność czasu. Przed nami wielka przestrzeń, za nami często raj. A jak już dojedziemy, to się upijemy. Pod niebieskim niebem, na zielonej łące. Tam czeka szczęście. Tam czeka dar.

„Dzień taki szczęśliwy.
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kapryfolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle.” Cz. Miłosz