Mental Meltdown

pared

„Są chwile, kiedy najlepiej zadowolić się tym, co się ma, żeby przypadkiem nie stracić wszystkiego” J. Saramago „Podwojenie”

– Najlepiej, jak od razu pojedziecie na posterunek. Tam wam pomogą, w tej okolicy lepiej się nie rozbijajcie. Czy niebezpiecznie? Nie, bynajmniej, raczej bezpiecznie, ale nigdy nic nie wiadomo. Zresztą spójrzcie na niebo, burza idzie, jak tutaj namiot rozstawicie, to was w nocy zaleje, popłyniecie z prądem prosto do wybrzeża, będziecie potem z morza wyławiać rowery. Idźcie na posterunek, tam wam coś znajdą, to blisko, zaraz obok parku.

Na dwóch kierujących ruchem policjantów natknęliśmy się przy pierwszych zabudowaniach San Jose. Słońce zaszło kwadrans wcześniej, co znaczyło, że za kilka, najwyżej kilkanaście kolejnych minut, nagle ograbiony z kolorów świat pogrąży się w ciemnościach naprędce nadciągającej nocy. Należało jak najszybciej znaleźć miejsce do spania, kiedy jeszcze można było wyróżnić jakieś kształty, czy choćby zarysy zadaszonych budynków – fragmentów rozpoczętych, ale zarzuconych architektonicznych zamierzeń. Gdyby nie dwaj stojący na środku drogi służbiści, zapewne rozstawilibyśmy namiot przed miastem, przy drodze, wybierając najbliższy i w miarę czysty kawałek klepiska, który dawałby namiastkę ciepła i odrobinę ochrony przed mniej lub bardziej uświadamianymi zagrożeniami nocy. Tym razem jednak, być może z obawy przed nadciągającą nawałnicą, a może po prostu z pozaracjonalnych, intuicyjnych pobudek, które wplatając się w motywującą, decyzyjną sieć często wybawiają człowieka z opresji, przystaliśmy na posterunkową propozycję i za moment staliśmy przed policyjnym parkingiem, szczelnie wypełnionym kilkunastoma koreańskimi jednośladami.

Lekka konsternacja, kręcenie nosem na wskazany przez nas stojący nieopodal, wyglądający na opuszczony budynek, ale możemy rozbić się pod ścianą komisariatu, dwa metry od chodnika, zaraz przy wściekle rozświetlonej latarni. Cóż, trudno, przynajmniej będzie bezpiecznie, mówimy do siebie na głos i zaczynamy rozkładać rzeczy. Z pobliskiej restauracji wychodzi kilka osób i zbliża się w naszą stronę.

– Niee no, chyba nie będziecie tutaj spać, zwariowaliście? – wyrzuca z siebie niska, krępa, lekko wstawiona kobieta, której uśmiech przesłania całą twarz. – Chodźcie do mnie, mam puste mieszkanie. Chyba, że się boicie? Nie bójcie się, mnie tu znają, zna mnie pan, co? – zwraca się do stojącego obok mężyczny, który potakująco kiwa głową. – No widzicie, znają mnie, policja też mnie zna, zapytajcie tego tutaj, co stoi przy motocyklu, nie ma się czego bać, a tutaj to co to za spanie, jesteście nienormalni, że się tu rozbijacie, okradną was, zaraz jak zaśniecie. Że posterunek obok? I co z tego, w nocy was nie przypilnują, sami śpią, nic nie robią, chodźcie do mnie, miejsca wystarczy dla wszystkich, dach jest, mocny dach, z dobrej balchy, nie zmoczy was. Idziecie? O, to świetnie, jak mi miło, nawet nie wiecie, jak się cieszę, jaką przyjemność mi sprawiacie, że mogę was ugościć.

Podjąwszy spontaniczną decyzję, co wbrew obiegowej opinii wcale nie jest takie proste, szczególnie jeśli decyzję podejmuje się w towarzystwie i staje się ona wiążąca dla obojga, a co w rzeczy samej zdarzyło się po raz drugi tego wieczoru, ruszyliśmy za kobietą, która nie przestawała mówić, pytać, zagadywać, dotykać, pokazywać, tłumaczyć, dziwić się, a przy tym wszystkim rozrastać i rozszerzać w coraz mocniej wypełniającym jej twarz uśmiechu. Być może nawet zaczęliśmy żałować, że w ogóle daliśmy się namówić na to nagłe i niespodziewane zaproszenie, głównie z racji kończącego się właśnie długiego, męczącego dnia, kiedy jedyne o czym człowiek marzy, to odrobina intymności i może ciut więcej niż odrobina jakiejkolwiek jadalnej substancji, którą dla świętego spokoju żołądka i innych wymagających otrzymywania pokarmu organów można się odpowiednio zapchać i w poczuciu błogiego zapełnienia i zaspokojenia spokojnie zasnąć.

Słowo się jednak rzekło i trudno byłoby się teraz wycofać i wracać pod posterunek. Skupiając na sobie uwagę niezmiernie zadziwionych przechodniów, szliśmy przez miasteczko w dziwnym korowodzie, co chwilę zagarniając za sobą kolejnych „krewnych”, których cieniste kształty wyłaniały się z ciemnych zaułków by towarzyszyć nam niemalże pod same drzwi naszej noclegowni.

Dom, który miał być pusty, zapełniał swoją obecnością bujający się w hamaku mężczyzna, ale to było bez znaczenia, tym bardziej, że ów mężczyzna, zajęty oglądaniem jakiegoś telewizyjnego badziewia, nie zwrócił na nas najmniejszej uwagi. Ważne było to, że mieliśmy w miarę przytulne, ciepłe i, co najważniejsze, suche miejsce do spania. A kiedy jeszcze okazało się, że możemy podałdować elektronikę, a nawet skorzystać z kuchenki i zaparzyć sobie kawę – byliśmy absolutnie ukontentowani i szybko zabraliśmy się za rozstawienie namiotu.

nocleg

Pół godziny później siedzieliśmy przy stoliku restauracji. Sami. Kobieta, która przez całą drogę niemal kipiała energią, zaraz po wejściu do domu i oprowadzeniu nas po jego pomieszczeniach (łazienka, nawiasem mówiąc, nie miała dachu i prysznic braliśmy stojąc w misce i opłukując się strugami deszczu) padła na łóżko i zasnęła.

– Naprawdę poszliście do tej kobiety? I jeszcze zostawiliście u niej wszystkie swoje rzeczy? – zapytał z troską w głosie właściciel restauracji, który wcześniej był świadkiem naszej rozmowy i który to też zapewnił, że kobietę ową zna. – To jest bardzo zła osoba, niebezpieczna, do tego nie stąd, przyjezdna, no i widzieliście, że podpita była. Chodźcie ze mną, bo policjant chce z wami porozmawiać. Niezmiernie zadziwieni podeszliśmy do stojącego nieopodal radiowozu i wysłuchaliśmy dość przydługiego monologu o tym, że to, co zrobiliśmy, jest nierozważne, że policja nie bierze odpowiedzialności za to, jeśli coś nam się stanie i że najlepiej byłoby, gdybyśmy zabrali wszystkie rzeczy i wrócili pod posterunek.

Nie do końca rozumiałem, dlaczego tego wszystkiego, jeśli to w ogóle była prawda i rzeczywiście było się czego obawiać, nie powiedziano nam wcześniej. Tym bardziej, że pouczający nas policjant widział, jak i z kim odchodzimy, podobnie jak stojący obok właściciel restauracji. – Zostaniemy u tej pani – odpowiedziałem. – Nic nam nie będzie, pani zresztą już śpi. – Jak chcecie, ale żeby nie było, że was nie ostrzegałem.

Wróciliśmy do pozostawionej na stole kolacji i prawie ją kończyliśmy, kiedy do stołu dosiadła się nasza gospodyni. – A, wiedziałam, że tutaj was znajdę! – wyrzuciła z siebie rozpostarłszy się w plastykowym fotelu. – Mogę się poczęstować? – i nie czekając na odpowiedź zanurzyła palce w pozostałych na talerzu resztkach. Na zewnątrz rozpadało się tak, że prawie nie było widać znajdującego się naprzeciwko posterunku.

– Tak wracać nie możemy – powiedziała kobieta, kiedy już wyczyściła oba talerze. – Poczekajcie chwilę – dodała i wybiegła na zewnątrz. Po chwili przed budynkiem zatrzymał się policyjny radiowóz. Usłyszeliśmy gromkie „chodźcie, chodźcie” i za moment, na sygnale, jechaliśmy przez skąpane w strugach deszczu miasto do domu.

– A co to, od czego oni tu są! – odpowiedziała kobieta na nasze pełne pytań spojrzenia, jak jej się udało namówić policjantów na podwózkę. – Niech wiedzą, gdzie śpicie, jak chcą, niech wejdą i niech sobie obejrzą! – dorzuciła na pożegnanie. Trzasnęliśmy drzwiami i wbiegliśmy do środka.

Miało być strasznie, a było bardzo miło. Miało być głośno i zajmująco, a było zacisznie, niemal domowo. Rankiem dobra kawa i ciepłe słowa na drogę. Drogę znów pełną owoców. Banany, pitaja, (czy też pitahaya) rambutan, nazywany w Ekwadorze achotillo, guaba, mango i jeszcze więcej bananów, które często dostajemy za darmo, bo przecież „dwóch się nie sprzedaje”.

Znów jesteśmy w górach, za chwilę Kolumbia. Nie wiem jak Fidrygałka, ale ja już nie mogę się doczekać. I nawet nie wiem czego. Niczego. Ale i tak nie mogę się doczekać. Przecież już tam byłem, do tego dwa razy, więc czego można oczekiwać? Może właśnie tego – dokładnie tego samego. Mózg się topi od gorąca, jedziemy w góry, żeby się trochę schłodzić. Do przeczytania.

Peru. The land that is not

casa

„Pusta szosa, poranna mgiełka i zupełna cisza. W delikatnych oparach nad polami tańczyły skowronki, uwieszone w powietrzu jak gdyby na cieniutkiej nitce. Słychać szum skrzydeł przelatujących nisko wron, a daleko przed nami przeskoczył przez drogę królik. (…) Jadąc cichą drogą, zatopiony w jakiejś przedziwnej pełności, czuję specjalnie tę wielką fikcję czasu, nieuchwytność teraźniejszości. W człowieku wszystko jest albo przeszłością, albo przyszłością. Teraz przeżywa się poprzez tamte dwa czasy. Bywają jednak momenty, gdy jest tylko to, co jest – chwile tak krótkie, że nie dające się wyrazić żadną jednostką, a jednak wspaniałe, bo pełne. Jedynie poczucie zupełnej pełności pozwala na uchwycenie tego teraz. Ale w takich chwilach czas w ogóle znika, nie ma go. I może właśnie ta bezczasowość, to zupełne oderwanie się od matematycznego charakteru czasu, wypełnia nas obydwoje czymś zupełnie nieokreślonym, czymś bardzo, bardzo bogatym.” Andrzej Bobkowski „Szkice piórkiem”

Po dziesięciu tygodniach od czasu przekroczenia poprzedniej granicy, wjechaliśmy do kolejnego kraju. Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, niemalże zniknęły wszechobecne w Peru, smrodzące i opętańczo hałaśliwe motoriksze, spotulniały biegające za rowerami cwaniakowate łydkowce, zamilkły piejące dwadzieścia cztery godziny na dobę koguty, wypełniły się dziury w drodze, zniwelowały progi zwalniające (często w ogóle nieoznaczone) i nareszcie można kupić całkiem dobrze zaparzoną kawę, której to Peruwiańczycy, jak już kiedyś wspominałem, właściwie nie pijają.

„Indianie w dżungli to piją to świństwo, ale my nie”, usłyszeliśmy kiedyś od szefa posterunku policji, jak już rozstawiliśmy namiot pod znajdującą się nieopodal policyjnej kwatery szopą. „A tak właściwie to nie wiem, czemu nie pijamy”, odpowiedział, kiedy usłyszał, że my kawą raczymy się w ciągu dnia częściej niż on wodą. „Wszyscy mówią, że niezdrowa, a przecież naturalna jest. O, wiozą kakao”, dorzucił, wskazując na przejeżdżającą ciężarówkę. „Wywożą za granicę. Do Niemiec i do Holandii, podobnie jak owoce. Banany, ananasy, mango. Owoców też za wiele nie jadamy, właściwie to nie wiem dlaczego, chyba najeść się za bardzo nimi nie da. Da się? A wy dużo jecie? No tak, wystarczy na was spojrzeć. A tymi rowerami, jak tak jedziecie, to się nie męczycie?

Tak więc, wjechaliśmy do Ekwadoru. Zupełnie niespodziewanie zmienił się repertuar zadawanych nam pytań. Spotykanych osób nie interesuje już to, czy się nie męczymy (najczęściej słyszane w Peru pytanie to „No se cansa?”), dlaczego nie spala nas słońce („No se quema?”), co jemy („Se llena?”) i za ile dni, oczywiście tą samą drogą, będziemy wracać do Polski (której to nazwę, jakkolwiek wyraźnie byśmy jej nie wymawiali, przekręcają potakując głową w geście quasi zrozumienia na „Kolonia” albo „Kolumbia”). Nagle ludzie przestali nas pytać, dlaczego jeszcze nie mamy dzieci. Skoro bowiem jesteśmy tacy starzy (zdecydowanie bardziej krzywo spoglądają na mnie), to powinniśmy mieć już przynajmniej parę.

Różnice w sferze semantycznej widać także na przykładzie udzialanych nam odpowiedzi. Okazuje się, że w języku hiszpańskim również można budować całe zdania i nie ciągnąć konwersacji w oparciu o powtarzane do znudzenia „eeeEE” – wymawianego z intonacją wznoszącą, mocno przeciągając ostatnie „E”. A jeśli się czegoś nie wie, to się mówi, że się nie wie, zamiast wprowadzać w błąd i tłumaczyć, że została nam godzina jazdy do miasteczka, kiedy w rzeczywistości pedałowaliśmy jeszcze dwa dni.

Odnośnie innego postrzegania zjawisk, nazwijmy je czasowo-przestrzennych, chciałbym zwrócić uwagę na niejednoznacze określanie przez Peruwiańczyków słów blisko, daleko, prawo, lewo, czy też góra, dół. Tak naprawdę, nie miałbym z tym żadnego problemu, cóż mi do tego, że dla kogoś góra jest dołem, a dół górą, gdyby nie to, że ta semantyczna nieokreśloność stosowana jest w praktyce. Naprawdę, niewiele rzeczy na drodze może bardziej sfrustrować niż widok znaku „ostry zjazd”, po którym rozpoczyna się kilkukilometrowy, stromy podjazd.    

zjazdopodjaz

Zmiana zaszła również na płaszczyźnie gastronomicznej. Pojawiły się nowe owoce – pitahaya (przepyszna, bardzo soczysta, przypominająca nieco w smaku granadillę, tyle, że niestety, bardzo droga) i guaba (zwana też guama lub inga), która wygląda jak zmutowana fasola, a w środku kryje ciemne, otoczone jadalnym, białawym, soczystym i bardzo słodkim wato-podobnym kożuszkiem.

Nie samymi owocami człowiek jednak żyje i dobrze czasem zjeść coś „treściwszego”, jak mawia moja mama (nawiasem mówiąc, u mnie w domu od dziecka powtarzano, że owoce to nie jest jedzenie). W Peru, przy całym jego nieprawdopodobnym bogactwie uprawianych cudów natury, niezmiennie natykaliśmy się na do znudzenia powtarzalne, bardzo monotonne menu. Być może, jak zauważył jeden z moich znajomych, jest to efekt „płytszej” modernizacji tego kraju, szczególnie w porównaniu z Ekwadorem, nie mówiąc o Chile, czy Argentynie. W podobnym tonie pisze Anna Wieczorkiewicz w swojej książce „Apetyt turysty”.

„Każdy wiedział, które pokarmy są dozwolone, a które nieczyste; wiedział też, że to nie on decyduje o tym, jak się będzie odżywiać. Istniały reguły uwzględniające tabu, zalecające pewne rytuały i określające, co może być jedzone, w jaki sposób, kiedy i przez kogo. Niewiele tu miejsca dla indywidualnych gustów kulinarnych. Zmysł smaku niewątpliwie istniał, ale sąd smaku wydawany był przez społeczność rozumianą jako pewien byt zbiorowy. Dziś sąd ów jest sprawą indywidualną. „De gustibus non est disputandum” – powtarzamy dziś za klasykami, w przekonaniu, że gusty opierają się na jednostkowych, osobistych doznaniach, a nie na tym, co wszystkim ludziom wspólne (chociaż po chwili zastanowienia musimy przyznać, że sąd nasz w dalszym ciągu jest jednak uwarunkowany kulturowo i odniesiony do przyjętego w naszym społeczeństwie systemu znaczeń).”

Być może więc to monotonne menu ma niewiele wspólnego z kulinarnymi upodobaniami, ale jest na tyle uwarunkowane kulturowo, że tak jak Peruwiańczykom trudno wyobrazić sobie, że na śniadanie można zjeść bułkę z serem i pomidorem, tak podobnie i nam ciężko zrozumieć, że każdego poranka można ze smakiem wciągać rosół i górę ryżu z kawałkiem kurczaka. Nie dajmy się zwieść propagandzie wysławiającej sławetne cziczarony, cewicze czy inne peruwiańskie quasi-specjały. Caldo, czyli rosół, zwane najczęściej rosołkiem (caldito), jest proszę Państwa w Peru potrawą narodową. Serwowany każdego dnia, właściwie o każdej porze, a przynajmniej na śniadanie, obiad i kolację, w akompaniamencie pływających łapek, zazwyczaj z rozgotowanym makaronem, pośród którego pławi się wielkie kurze jajo, caldo stanowi nieodłączny składnik peruwiańskiej kuchni, będąc jednocześnie wyczekiwanym przez wygłodzonych zmotoryzowanych charakterystycznym elementem przydrożnego, peruwiańskiego krajobrazu. 

rosol

Nie, żebyśmy coś mieli do rosołu, bynajmniej, gorący rosołek z wielkimi okami jest zdrowy i pożywny, a pamiętam, że w dzieciństwie często wlewano go we mnie, kiedy chorowałem (bądź symulowałem, ale to w sumie na jedno wychodzi). Niemniej jednak na śniadanie oboje z Fidrygałką zdecydowanie przedkładamy inne menu ponad caldo, za którym zresztą żadne z nas nie przepada. W Ekwadorze wreszcie możemy kupić o niebo lepsze niż w Peru pieczywo (jak ja tęsknię za chlebem, za jakimkolwiek polskim chlebem, choćby taką namiastką w postaci bułki czosnkowej z Biedry), które wypieka się tutaj również rankiem, a nie dopiero późnym popołudniem, co by do rana zdążyło sczerstwieć i być jeszcze mniej podobne zarówno w smaku jak i teksturze do czegokolwiek, co mogłoby przypominać chleb.

Produkty w sklepach (i na bazarach!) mają wypisane ceny, a na ulicach, zamiast klaksonów, częściej używa się hamulców i zdrowego rozsądku. Zniknęły chmary krwiożerczych komarów i muszek, które cięły bez uprzedzenia, niemalże niezauważalnie, pozostawiając odczuwalne dopiero po pewnym czasie swędzące bąble, po których będziemy mieć czerwono(s)trupie pamiątki na najbliższe tygodnie, jeśli nie miesiące. 

moski

Z ukończonych budynków nie wystają na kilka metrów w niebo druty zbrojeniowe, z wystawionych przed sklepami kolumn można usłyszeć coś innego poza niwelującym komórki mózgowe jednokopytnym rytmem patataj patataj, w miastach pojawiły się księgarnie oferujące coś więcej niż albumy z papieżem i ckliwe romansidła, ale przede wszystkim – wreszcie zrobiło się czyściej. Wspominany już przeze mnie jakiś czas temu, mieszkający w Limie od lat dziesięciu i oprowadzający wycieczki nasz rodak, próbował nam wytłumaczyć to nie do końca rozwinięte wśród większości Peruwiańczyków poczucie estetyki. Otóż uważa on, być może słusznie, że śmiecenie i załatwianie się gdzie popadnie jest „bliższe ich naturze i że nie powinniśmy się do tego wtrącać i tłumaczyć, że powinno być inaczej”. Na koniec dodał, że jemu ten syf odpowiada i gdyby było inaczej, to zamieszkałby w Niemczech.

Czy życie w brudzie jest bliższe naturze kogokolwiek, nie mnie oceniać. Podobnie nie mam zamiaru nikogo namawiać do zmiany własnych przyzwyczajeń i przydomowych upodobań. Niech każdy żyje w takich warunkach, w jakich chce. Nie chodzi mi tutaj o definiowanie czegokolwiek, tylko o stwierdzenie faktu, że syf mimo wszystko pozostaje syfem i nawet jeśli komuś nie przeszkadza, to najzwyczajniej w świecie – śmierdzi. I choćby już z tego tylko powodu miło czasem trafić w miejsca, gdzie poza zapachami z rozkładających się resztek ludzkiej aktywności można odnaleźć inne, niekoniecznie skłaniające nas do rozważań nad tym, co jest bliższe naturze człowieka i czy estetyka ma w ogóle cokolwiek wspólnego z nagromadzoną za płotem stertą cuchnących śmieci, czy jest jedynie cywilizacyjną fanaberią roszczącą sobie prawo do decydowania o walorach (lub ich braku) postrzeganych rzeczy i miejsc.

Rozpływając się w jakże żywych jeszcze wspomnieniach, pozwolę sobie spuścić nieco z pesymistycznego tonu i zaprzestać podkręcania zardzewiałej spirali, bo w swojej przejaskrawionej, odpadkowej wersji obrazu Peru, gdzie często trzeba zatykać nos (no i uszy – od prykających po horyzont motoriksz) kręcę się coraz szybciej i za chwilę niechybnie się przewrócę. Byłoby to zbyt jednostronne i niesprawiedliwe wobec tego przepięknego skądinąd kraju (mającego do zaoferowania nieskończoną ilość najróżniejszych atrakcji), gdybym nie wspomniał o miejscach, gdzie o czystość się dba, gdzie można znaleźć kosze i gdzie nawet segreguje się odpady. O dziwo – i to, jakby pozostając w sprzeczności z wygłoszoną przez naszego rodaka tezą, że niektórym Peruwiańczykom po prostu brak edukacji – na miejsca te natykaliśmy się w dżungli, w wioskach, w których nie było ani szkoły, ani żadnych innych świeckich, czy kościelnych instytucji, włączając te, którym wydaje się, że mają monopol na głoszenie prawdy o życiu i świecie. 

basura

Dystansując się również od uogólnień na płaszczyźnie gastronomicznej, chciałbym zaznaczyć tutaj (o czym pisałem w poprzednich tekstach) nieprawdopodobne bogactwo lokalnych wariacji na temat uprawianych w Peru warzyw i owoców, jak choćby kupowane przez nas w Moyobamba grillowane banany nadziewane serem i ziemnymi orzeszkami (istna uczta dla podniebienia), o niebo lepsze od „zwyczajnie” smażonych na patelni. 

A gdzie w tym wszystkim ludzie? Zwykli ludzie, tacy, co to się ich spotyka na moment i o których najczęściej zaraz się zapomina? Są, oczywiście że są. Pojawiają się znienacka, jakby rozstawiani przez los i przeznaczenie, niby spuszczane z nieba marionetki, pacynki udające człowieka, a tak naprawdę, to tylko duchy, które nie pozwalają nam zapomnieć, po co tutaj jesteśmy, po co jedziemy i co tak naprawdę liczy się w życiu. Odrobina ciepła, dobre słowo, uśmiech, wspólny czas, chwilowe pomieszkanie, podzielenie się tym, co się ma, albo o co się poprosi.

W wigilijny wieczór szwendaliśmy się pod granicą w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotu i nagle zjawiła się przed nami kobieta. Coś odezwało się za plecami, obejrzałem się i oto była. Na motorikszy, nie inaczej. Kompletnie nie mam pojęcia, skąd się tam wzięła, tym bardziej, że ani nie słyszałem turkotu nadjeżdżającego pojazdu, ani nie widziałem, żeby cokolwiek do nas podjeżdżało. Zostaliśmy zaproszeni na wigilię. Na rosół z kurczakiem, nie mogło być inaczej. A kiedy zaczęliśmy zachwalać peruwiańskie owoce, na stole pojawił się ogromny arbuz, którego nad wyraz słodki smak jeszcze dzisiaj czuję na podniebieniu. 

wigilia

Na granicy zjedliśmy ostatni peruwiański posiłek. Ostatnie caldo i ostatnią porcję ryżu z kawałkiem kurczaka. Coś otarło się o moje łydki. Kot. Rudy kot, a jakże. Ach, te koty. One też jadą z nami. Są przez cały czas. Chowają się w sakwach, zaczajają między drzewami, pomiaukują w zagłębieniach wyobraźni i wychodzą czasem, podobnie jak ludzie, pojawiają znienacka, przeciągłym miauczeniem wypełniając przestrzeń między tym, co było i tym, co dopiero nadejdzie. Bo przecież nowy rok za pasem. Już jutro. Niby nic, zwykła data, względny czas, co rzadko daje się zatrzymać. A jednak są takie momenty, że czas się rozpływa, zanika, gaśnie.

Pojutrze jedziemy dalej. Wielka włóczęga po cichych drogach, po cichych miasteczkach. Bez zegarka, bez czasu..

Gdzieś tam jest the land that is not. Gdzie unosi się świat, gdzie pewnego dnia uniesiesz się Ty, gdzie uniosę się i ja. Gdzie w absolutnej ciszy i bezczasie łaszą się dziwne stwory, a między nimi pomiaukują koty. 

weird-cat

Wszystkim tym, co niby znam, jak i tym, co mniej, co na oczy nie widziałem, (choć i tak przeczuwam, że gdzieś tu są i chowają się za słowami), chciałbym życzyć w Nowym Roku najpiękniejszych snów i najpełniejszych wędrówek, najlżejszych zmartwień i najszczerszych uśmiechów, podróży do miejsc, których tak naprawdę nie ma, a jeśli nawet gdzieś istnieją, to niech będą na tyle daleko, aby „dojechać do nich jak najpóźniej, aby nie dojechać, o ile to możliwe, nigdy.”

Santa Claus Is Coming To Town

zankudy

„- Pewnego dnia zniknie słowo ojczyzna – odparł pospiesznie Galileo. – Ludzie popatrzą wstecz, na nas, zamkniętych w ciasnocie granic, zabijających się nawzajem za kreski na mapach i powiedzą: jacy oni byli głupi.” Mario Vargas Llosa „Wojna końca świata”

Wreszcie dowiedzieliśmy się, dlaczego większość spotykanych przy drodze dzieci pierzcha z krzykiem na nasz widok, zanim w ogóle zdążymy do nich podjechać i cokolwiek powiedzieć. Podobnie jak wyjaśniło się, dlaczego niektórzy kierowcy zwalniają i wykonując wyprostowaną dłonią gest jednoznacznie wyglądający jak ucinanie głowy, wołają do nas coś, co przypomina polskie słowo „pistacje” .

Otóż, proszę Państwa, dzieci (a często również i dorośli) myślą, że jesteśmy pistacio, czyli ‚pistachos(zapisywane też ‚pishtaco) – parą białych, podstępnych rzezimieszków (będących jednocześnie tajnymi, współpracującymi z rządem agentami), którzy jeżdżą od wioski do wioski, aby porywać ludzi, dokonać dekapitacji, po czym wyssać z nich tkankę tłuszczową i sprzedać ją farmaceutycznym i kosmetycznym koncernom. To, że w takie historie wierzą dzieci (kiedy są niegrzeczne, straszy się je białym ‚pistacho‚, że przyjdzie i je zje), właściwie nie powinno nas dziwić, ale okazuje się, że w legendę o porywaniu ludzi przez gringopodobne andyjskie wampiry wierzą również dorośli.

W tradycji andyjskiej ‚pishtaco’ to postać mitologiczna. Słowo pochodzi z języka quechua ‚pishtay’ i znaczy tyle co „ucinać głowę, ściąć lub pokroić w paseczki”. ‚Pishtaco’ pojawia się już w kronikach przed-hiszpańskich, gdzie możemy znaleźć informacje o wynajmowanych zabójcach wysłanych przez rywalizujące ze sobą grupy etniczne w celu wyeliminowania ważnych osobistości lub po prostu zdziesiątkowania danej populacji.

Według Alberta Tauro del Pino ‚pishtacoto rozbójnik – często biały cudzoziemiec – którego zajęciem jest atak na samotne kobiety lub mężczyzn w celu wyssania z nich tkanki tłuszczowej. Tłuszcz ma być następnie sprzedawany, a mięso zjadane w formie chicharrones (typowe danie peruwiańskiej kuchni – gotowana i po odparowaniu smażona wieprzowina). Podobno ‚pishtaco’ zakopuje czasem swoje ofiary aby nawozić ziemię, lub wypełnia nimi fundamenty budynków.

Legenda w swojej obecnej formie rozprzestrzeniła się w czasach hiszpańskiej konkwisty. Andyjscy Indianie obawiali się misjonarzy i postrzegali ich jako ‚pishtacos’, którzy zabijają ludzi i uzyskują z nich tłuszcz do smarowania dzwonów, aby te donośniej brzmiały.

Dla wielu mieszkańców regionu andyjskiego nadmiar tkanki tłuszczowej jest nadal traktowany jako przejaw pełni życia, dobrego zdrowia, siły i piękna. Indianie od wieków wierzyli, że wiele chorób ma swoje źródło w utracie tej tkanki; szczupła sylwetka zdecydowanie nie należy tutaj do kanonów urody.

Jakkolwiek niedorzeczna mogłaby się wydawać cała ta podszyta mitologią legenda, to kilka lat temu urzeczywistniła się ona w peruwiańskiej dżungli. W artykule z El Pais, datowanym na 20 listopada 2009 roku czytamy, że po kilku miesiącach dochodzenia policja ujęła trzech członków bandy ‚Los pistachos del Huallaga’. Ponad sześćdziesiąt osób, głównie mieszkańców doliny Huallaga zostało rytualnie zabitych, a uzyskany z ich ciał tłuszcz sprzedawany był po piętnaście tysięcy dolarów za kilo. Działalność grupy, która działała jako religijne bractwo, wywołała panikę w okolicy, ale z powodu domniemanej współpracy ‚pistachos’ z rządem, mieszkańcy nie ujawniali zaginięć, obawiając się po prostu o własne życie.

Teren, na którym działali „zbieracze” był jeszcze do niedawna terenem działania partyzantów ze Świetlistego Szlaku, oraz zwykłych przemytników. Zaginięcia w dolinie Hualla były na porządku dziennym, dlatego też prawdziwy powód wielu zaginięć pozostaje nieznany i trudno jednoznacznie określić, ilu morderstw dopuścili się członkowie religijnego bractwa.

Polscy ‚pistachos’ powoli zbliżają się do Ekwadoru. Miasteczka od miesiąca żyją już świętami. Jeżdżą kolorowe, rozświetlone sanie, ze zbyt mocno rozkręconą muzyką i reklamowym bełkotem, motoriksze rozwożą półprodukty na keksy, a przed witrynami sklepów pohukują plastykowe mikołaje. Wyjeżdżamy za miasto. Nawet tutaj nie milkną pozbawione tłumików silniki trójkołowego badziewia. Słońce smaży mocno. Zatrzymujemy się pod mangowcem i zbieramy leżące pod drzewem owoce. Zajadamy je w cieniu, a posklejanymi od soku palcami strzepujemy z siebie gigantyczne mrówki i zagubione chrabąszcze. Wszystko wokół bucha intensywnością, bujnością, przesytem. Ktoś nieopodal przystaje, wychyla się, woła. Poprzez zgęstniałe od upału powietrze dobiega do nas wesoły okrzyk – Chamba! Suerte! Dobrej drogi! I rzeczywiście. Bo czego można chcieć jeszcze, czego można oczekiwać więcej, kiedy nawet powietrze jest tutaj nadmiarem?

Dojadamy mango, wgryzamy się w kwaśne camu camu i jedziemy dalej. Jeszcze trochę razem, jeszcze trochę więcej. Pobyć ze sobą, pobyć ze światem. Chamba, suerte.

Carretera Marginal de la Selva

paisaje-2

„Masz chorobę Świętego Wita. Mają ją tacy, co nie mogą usiedzieć na miejscu, tacy którzy ciągle tańczą.” Mario Vargas Llosa Wojna końca świata

Tak naprawdę zielono, a przy tym tak naprawdę ciepło i owocowo zrobiło się dopiero przed La Merced. Najpierw pojawiła się granadilla, czyli po polsku – męczennica. Cała droga upstrzona pomarańczowymi bombkami pysznych owoców. Co zakręt, co kilometr – kolejny stragan. Granadilla ma zupełnie fantastyczny smak – zjada się ciągnący, soczysty, glutowaty środek, wraz z pestkami. A potem nowa dolina i następna i cała masa jeszcze dziwniejszych owoców. Pacay, który z zewnątrz wygląda jak zmutowana fasola, a w środku kryje gąbczasty, słodki miąższ, przypominający cukrową watę. Aguaje, po którym podobno rosną piersi, a nadmiar może powodować zmianę orientację seksualnej. Chirimoya, tuna, pepino, pomarosa, by wymienić tylko niektóre.

Kokosy najczęściej zrywaliśmy prosto z drzewa, ale zdarzało się czasem kupować je przy ulicy, w uroczo urządzonych, maleńkich zajazdach, gdzie za równowartość niewiele ponad jednego złotego mogliśmy odpocząć przed południowym, palącym słońcem i rozkoszować się ożywczym, kokosowym sokiem.

cocoCo ciekawe, owoce, które kupowaliśmy dajmy na to przed Villa Rica, sto kilometrów dalej były już nie tylko nieosiągalne, ale często w ogóle nieznane. Podobnie jak z niektórymi gatunkami kaw, słodkimi przetworami, czy marmoladą z owoców aguaymanto. Stoiska i kramy z marmoladą, obok kokosowych i kawowych nalewek widzieliśmy tylko przez kilkanaście kilometrów, w okolicach miejscowości Huasahuasi. Kupiliśmy dwa słoiki i niestety, otworzyliśmy je dopiero wieczorem, dla spróbowania, kiedy byliśmy już kilkadziesiąt kilometrów dalej i prawie tysiąc metrów niżej. Piszę niestety, bowiem smak tych przetworów był zupełnie wyjątkowy, nieporównywalny z niczym. Gdybyśmy wiedzieli, że tych marmolad nigdzie więcej już nie dostaniemy, wrócilibyśmy po nie do Huasahuasi i wypchali nimi sakwy, kiedy jeszcze byliśmy tam stosunkowo blisko.

aguaymanto

A przecież już od dawna powinniśmy się byli nauczyć, że jak coś jest w jednym miejscu, to nie znaczy, że w będzie też w następnym. Jak przez pół godziny mijamy kilkanaście straganów z rozstawionym miodem, (a my akurat nie potrzebujemy, bo mamy jeszcze pół słoika), to możemy prawie na pewno założyć, że jutro go nigdzie nie będzie, a zamiast miodu będziemy mijać stragany z czymś zupełnie innym: mango, ananasami, papają, kokosem, serem, nalewkami, albo odtrutkami na ukąszenia węży. I rację ma pani, przy której stoisku przystajemy i kupujemy kilo mango, kiedy mówi do nas, aby wziąć więcej, bo tam dalej już nie sprzedają. I nie ważne, że mango mogłoby rosnąć, bo to zaledwie po drugiej stronie góry – klimat ten sam, gleba ta sama, ale z jakichś względów mango już nie ma.

Ta „specjalizacja”, czy może raczej „uniformizacja” jest tutaj wielopłaszczyznowa i dotyczy nie tylko oferowanej żywności, ale przenika wiele innych form życia społecznego. Kiedy w miasteczku szukamy szewca, znajdziemy go na jednej, jedynej ulicy wraz z dziesięcioma innymi szewcami. Kiedy chcemy naprawić rower – wszystkie warsztaty mieszczą się obok siebie. Chcemy kupić jajka – wysyłają nas na bazarek, gdzie kilkanaście osób sprzedaje dokładnie ten sam towar. Idziemy na obiad, a trzy znajdujące się obok siebie restauracje wypisały na tablicy identyczne menu (pomijając, że zazwyczaj oferują one ten sam „rosołowo-ryżowo-kurzy” zestaw, dostępny przez cały dzień – na śniadanie, obiad i kolację). Nie ma mowy o jakichś wywrotowych działaniach, próbach wyłamania porządku, pojawienia się z owocami pod pachą tam, gdzie akurat sprzedają warzywa.

Wjeżdżamy do Villa Rica. Wreszcie można poczuć, dosłownie i w przenośni, że Peru to jeden ze światowych potentatów, jeśli chodzi o uprawę kawy. Co ciekawe, Peruwiańczycy w kawie nie gustują. A jeśli już, to piją lurę przypominającą wodę o lekkim kawowym posmaku. Jadąc przez ten kraj trudno znaleźć miejsca, gdzie można się napić porządnie zaparzonej kawy. Okolice Villa Rica przełamują ten schemat, ale nawet tutaj wcale nie tak łatwo znaleźć dobrą kawiarnię. Kupujemy kilka opakowań aromatycznego proszku (kawa rozpuszczalna jest tutaj całkiem dobra) wraz z dwiema kawowymi nalewkami i jedziemy dalej, w stronę Puerto Bermudez.

carretera-marginal-ruta-pe-05n-1Gdybym wiedział, że przez następne dni droga będzie przypominała albo górski, kamienisty szlak, bądź to gliniasto-piaszczysty trakt, to przy całym zachwycie nad pięknem i malowniczością okolic czy też perspektywie niezapomnianych wrażeń i spotkań z przegościnnymi ludźmi, chyba jednak wybrałbym opcję numer jeden, czyli nieciekawą, brudną i wietrzną autostradę prowadzącą wzdłuż pacyficznego wybrzeża z Limy do Trujilllo. Tyle, że wtedy nie poznałbym ani Panchito, ani Jose, ani gromady dzieci z Las Flores, nie poznałbym smaku marmolady z aguaymanto, nie wiedział, jak się je pacay, nie zjeżdżał na glinianej ślizgawce w drodze na nocną kąpiel do rzeki, nie usłyszał opowieści o boa terrestre i loro machaco, nie jadł pysznych serów, chleba z rodzynkami i nie pił porządnie zaparzonej kawy przez mieszkającego w Peru Brazylijczyka z Manaus. No i nade wszystko, nie byłbym tutaj z Tobą.

Jakże inny wydaje mi się teraz ten kraj od tego, jaki pamiętałem sprzed dwóch lat. A przecież on się nie zmienił. A może jednak? Tak jak i ja, tak i ten świat, po którym płynę, pijany piracki statek, który po drodze zagarnął pasażera, zmienił się trochę, czy może po prostu nieco zestarzał? Płyniemy na gapę, trzymając się za ręce, falując na wietrze, bujając na falach, które gdzieś pod nami statek nam kołyszą. Bo „Świat jest jeno wiekuistą huśtawką; wszystkie rzeczy huśtają się na niej bez przerwy, ziemia, skały Kaukazu, piramidy Egiptu. Stałość nawet nie jest niczym innym, jak bardzo powolnym chwianiem”. Jutro pohuśtamy się dalej.

„Kiedy tańczę, tańczę; kiedy śpię, śpię, […] a wędruję, aby wędrować” Montaigne.

Cząstki elementarne

gata

„W podróży doświadcza tego, co w życiu najbardziej dramatyczne – przemijania. Z jednej strony jest tęsknota, metafizyczna tęsknota, jednak jest gdzieś, ale jako tęsknota. Z drugiej strony jest przywiązanie do materialności. Te dwa pierwiastki ze sobą zmagają się i walczą, także w tym, co Herbert widzi i czego doświadcza. Pokusa ducha, pokusa ciała. Świadomość trwałości, wieczności różnych rzeczy, Sassetta, który zostanie kiedy wszystko przeminie, a z drugiej strony świadomość, że wszystko zniweczeje, że zostaną tylko cząstki elementarne. Rzucony po pascalowsku między dwie otchłanie, między dwie przepaści. Z jednej strony nieskończona małość, a z drugiej nieskończona wielkość. No i to podróżowanie, być może, jest próbą zadzierzgnięcia więzi kompromisu pomiędzy tymi dwiema rzeczami, które są i w świecie i człowieku.” Prof. Zbigniew Mikołejko. (fragment audycji Programu 2 Polskiego Radia poświęconej Zbigniewowi Herbertowi)

Ciepły, męski głos dobiegał gdzieś od strony ulicy. Spojrzałem na Fidrygałkę. Stanęliśmy na moment bez ruchu pośrodku przestronnego, oświetlonego jedną żarówką pokoju drewnianego domu, do którego pół godziny wcześniej przyprowadził nas spotkany w dżungli mężczyzna. Odmalowywany na przeciwległej ścianie teatr krzątających się cieni, obramowany przez pozbawioną szyb okiennicę wyglądałby zajmująco w najbanalniejszej scenografii, a co dopiero w naturalnym amfiteatrze ciemnej, amazońskiej dżungli, gdzie kilkanaście rodzin wycięło fragment lasu aby w jego miejsce założy małą osadę.

Ktoś podszedł pod uchylone drzwi i raz jeszcze pozdrowił nas miękkim głosem. Nie był to właściciel domu, gdyż ten pożegnał się już z nami i wyjechał do pobliskiego miasteczka. Najchętniej zignorowalibyśmy intruza i jak najszybciej schowali się w namiocie, naprędce rozstawionym dla ochrony przed kąsającą inwazją latających krwiopijców, ale niespodziewany gość nie dał nam czasu do namysłu, gdyż po prostu bezceremonialnie wszedł do środka.

  • Witajcie w San Pedro de Pinchanaz! Jestem Panchito, przyszedłem się przywitać. Jose powiedział, że przyjechali do nas gringo na rowerach i żebym sprawdził, czy czegoś nie potrzebują. Niczego nie potrzebujecie? Tylko wodę? A tak, woda jest, tutaj zaraz kran za ulicą, woda dobra, pić można i umyć się też, ale wykąpać to lepiej w rzece, o tam, za domem. Jakie to cudowne was tutaj ugościć! Na długo przyjechaliście? Tylko na jeden dzień? To chciało się wam tyle jechać do nas, żeby tylko na jedną noc zostać? Oj, szkoda, myślałem, że dłużej pobędziecie, bo chciałem was na ryby jutro zaprosić. To może jak będzie wracać? Nie wiecie kiedy? Nie tą drogą? Jak to nie tą drogą, przecież nie ma innej! Musicie tędy wracać, inaczej nie wrócicie, zgubicie się. Nie wiecie kiedy? Za dwa lata? Pewnie, że może być za dwa lata, może być i za trzy, ryby będą i za dziesięć, no, chyba, że rzeka wyschnie, bo coraz rzadziej pada, a przecież pora deszczowa. Z czego tu żyjemy? No, z czego, no, z tego no, no właściwie to z niczego. Jam mam trochę pola, uprawiamy kawę, w Villa Rica skupują. Mleko jest, owce są, drzewo na dom i kamienie, ryby w rzece pływają, mówię wam, żebyście nigdzie nie jechali jutro, tylko posiedzieli tu z nami trochę. A do Pucallpa to jeszcze zdążycie dojechać, a tam dalej droga podła, trzydzieści lat już budują i budują. Mówią, że mają w przyszłym roku skończyć, ale gdzie tam skończą, jak tutaj jeszcze nawet nie zaczęli. Zakopiecie się tam w błocie, węże was pokąsają. Loro Machaco was dorwie i nigdzie już nie pojedziecie. A jak jest po polsku dziękuję? To ja wam dziękuję, że przyjechaliście tutaj do nas.

W dniu odjazdu, od Panchito i jego kolegów dostaliśmy dwa, pełne orzeźwiającego płynu kokosy, po czym ruszyliśmy dalej, drogą zwaną jako Carretera Marginal de la Selva, czy też Ruta Nacional PE-5. Kiedy dwa tygodnie wcześniej siedzieliśmy w Limie nad kubkiem kawy i przesuwaliśmy z Fidrygałką palcem po mapie, zastanawiając się, czy ruszyć do Pucallpy, ani przez chwilę nie podejrzewaliśmy, jak odmienna jest ta część Peru od ciągnącego się na zachodzie kraju pacyficznego wybrzeża. I jakże inna od zagnieżdżonego w naszych głowach wyobrażenia, wyrysowanego poprzez historie zasłyszane od spotkanego w Limie, mieszkającego prawie dziesięć lat w Peru Polaka.

Według owego człowieka, (notabene zakochanego w kraju potomków Inków) oprowadzającego to tu to tam grupy turystów, powinniśmy być przygotowani na próby kradzieży, akty agresji, wyłudzania pieniędzy (podobno mieliśmy płacić haracze na drodze za „ochronę”, czy też samo „pozwolenie” przejechania danego odcinka) i generalnie na brak gościnności i nieskrywaną niechęć w stosunku do gringo. Miało być niebezpiecznie, niepewnie, bezprawnie, bardzo dziko i mokro.

A jak było? Pomijając jedno zdarzenie z naćpanymi Indianami w dżungli, którzy zachowywali się dosyć agresywnie, od dawna już w swoich wędrówkach nie spotkałem tak gościnnych, ciepłych ludzi. Ludzi, którzy najzupełniej szczerze cieszyli się mogąc nas przyjąć pod swój dach, którzy poświęcali nam swój czas, obdarowywali owocami; ludzi, dla których, podobnie jak dla nas, były to spotkania wyjątkowe, wartościowe i ważne. Ludzi, z którymi na moment zetknął nas los. Na chwilę. 

I chociaż w prawie każdej wiosce powtarzano, abyśmy innym nie ufali, choć ostrzegano nas abyśmy uważali na drodze i broń boże nie jeździli nocą, to nawet kiedy utknęliśmy kilka razy w dżungli po zapadnięciu zmroku, czuliśmy się tam bezpiecznie. Bo jak tu dawać wiarę czyimś ostrzeżeniom i radom, skoro każdego dnia spotykaliśmy się z tak serdecznym przyjęciem? Jak wierzyć w absurdalnie brzmiące historie zasłyszane od Polaka o próbach wyłudzania pieniędzy, konieczności płacenia haraczy, czy zwykłego przekupstwa, kiedy nic podobnego nie zdarzyło się ani nam, ani innym spotkanym rowerzystom? Jak tu nie wierzyć w człowieka, skoro pewnego dnia ktoś podjeżdża do nas i zwraca zagubiony po drodze namiot i karimatę?

Kiedy wracaliśmy do namiotu po kąpieli w rzece, gdzie bez krępacji, wśród cykających owadów i w świetle latarki pluskaliśmy się z całą rodziną, kiedy zasypialiśmy na piętrze domu komunalnego, do którego kuśtykający pan przez godzinę szukał klucza, kiedy jedliśmy kawał sera, za który nie chciano wziąć pieniędzy, kiedy za darmo częstowano nas owocami, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia, ponownie nie mogłem oprzeć się wrażeniu komplementarności. Jakby jakaś część mnie od dawna już tam była, zasiedziała się w amazońskiej dżungli, do której nigdy wcześniej nic mnie przecież nie ciągnęło i odnajdywała się wśród tych obcych, a jakże gościnnych ludzi, a jednocześnie jakbym tę cząstkę samego siebie tam zostawiał, zupełnie świadomie, pośród zaplątywanych spojrzeń, wyłapywanych słów, kocich pomrukiwań, zapachu miękkiego futra, niewidocznych śladów pozostawianych gdzieś na wietrze, gdzieś tam, gdzieś tu.

I tak, ja przeminę, ty przeminiesz, może rzeczywiście zostaną same cząstki elementarne. Ale teraz jestem, jeszcze jestem. Jestem tu. I jest we mnie ciągle to dziwne pragnienie, ta tęsknota za czymś, czego być może w ogóle nie ma, co napędza i wprawia mnie w ruch, co pcha, ciągnie za sobą, obraca. I poddaję się temu, bo uwielbiam ten stan, kiedy czasem coś wrzuca mnie tam, gdzie wszystko dźwięczy osobliwie. A na koniec popchnie tam, skąd przyszedłem, skąd się wziąłem. Swoją drogą, czy tam też będą koty?

„Ktoś, kto się nam wymyka, jest siłą rzeczy zupełnie inny od tego, kto nas ściga”. Dobranoc.

Road Song

peru-3

„Chciałem zrozumieć coś przez pejzaż, a nie przez podręczniki szkolne.” Zbigniew Herbert

Carlos Velasquez Rios podszedł do nas, kiedy już zwinęliśmy namiot i prawie byliśmy gotowi do drogi. Wysoki, szczupły mężczyzna, ubrany w ciemne spodnie i wykrochmaloną niebieską koszulę kręcił się w pobliżu od dobrych kilku minut. – Jak się cieszę, że przyjechaliście do mojego miasteczka, jestem naprawdę dumny, takie szczęście mnie spotkało, szkoda, że nie widziałem was wczoraj, zaprosiłbym do domu na kolację. No tak, przyjechaliście przed północą, to rzeczywiście ja już spałem, a dziś coś wstać nie mogłem, głowa mnie trochę boli, wypiliśmy z kolegami, a człowiek w tym wieku takiej głowy już nie ma, jak za młodu. Z Polski jesteście? Ooooo, to tam dobrzy piłkarze, Lato, Boniek, a teraz Lewandowski. Kiedyś przegraliśmy z wami na mundialu, pięć do jednego, ale to była porażka, prawie żałoba narodowa w kraju, takie baty nam złoiliście. Do dziś się nie podnieśliśmy i ostatni raz na mundialu to Peru było w 1982 roku. Może teraz się uda, bóg da, to w grupie razem nie będziemy, a jak będziemy, to może się odegramy!

Patrzymy z Fidrygałką na skacowanego mężczyznę, jak od dziesięciu minut nie przestaje mówić, zerkamy na jego coraz bardziej spocone czoło, na przebierające w powietrzu, spracowane, pomarszczone dłonie, patrzymy w półprzymknięte oczy, robimy sobie zdjęcie, o które Carlos sam poprosił, wymieniamy telefonami. – Zapisz mój telefon koniecznie. 959630313. Mam ziemię, dużo ziemi, ale nie mam pieniędzy. Można by tam coś posadzić, albo i hotel wybudować, ziemia do samego morza, plaża jest, słońca dostatek, turyści to lubią, taki hotel blisko morza, to dopiero byłoby coś! Ale nie mam pieniędzy, no nie mam… A ty nie chciałbyś zainwestować? Nie interesuje Was to? Dlaczego? A może znasz kogoś, kto by chciał? To daj mój numer, ja pracować lubię, sił mi jeszcze na lata wystarczy, jestem potomkiem Inków, słyszeliście o Inkach? No, to wiecie, o czym mówię. Ja się pracy nie boję i jestem dobrym człowiekiem, całe życie trzy zasady stosuję, powiem wam w keczua, a teraz po hiszpańsku, wiecie jak to będzie, nie wiecie? Nie zazdrość, nie kradnij i wierz w boga. Tyle wystarczy, więcej nie trzeba, no, może jeszcze trochę pieniędzy i można mieć raj na ziemi, dałbyś może dziesięć soli, co?

Pytanie, zupełnie niespodziewanie wplecione w hiszpański słowotok, wpełzło najpierw pod moje spojrzenie, utkwione na powiększającej się, ciemnej plamie potu na koszuli, a potem rozpłynęło się w palącym coraz mocniej słońcu, więc w pierwszej chwili wydawało mi się, że się przesłyszałem. Patrzyłem na mężczyznę zadziwiony. Dajcie dziesięć soli. Prosto z jego oczu dotarło wreszcie do ucha. Słońce prażyło mocno, zamknęło wszystkie usta. Zamocowaliśmy sakwy i ruszyliśmy do Limy.

Owej nocy spaliśmy pod zamkniętym stadionem. Podobnie jak w Boliwii, niektóre piłkarskie boiska w peruwiańskich wioskach wyglądają jakby je ktoś wkleił w krajobraz. Czyste, schludne, z krzykliwie zieloną, przystrzyżoną trawą i niewielką trybuną, kontrastują z szarymi budynkami, opasanymi trzcinowo-gliniastymi, kilkumetrowej wysokości ogrodzeniami. Jaki jest sens budowania czegoś, z czego się potem nie korzysta, nie wiem, ale zapewne ma to jakiś głębszy sens, który podczas porannego śniadania i krótkiej wizyty w maleńkim miasteczku czasami trudno dostrzec.

stadion

Podobnie ciężko zrozumieć, dlaczego w tym pięknym kraju jest tak brudno. Zupełnie nie do mnie argumentacja w stylu, że jest to częścią peruwiańskiej „natury” i że tak po prostu jest i tak ma być. Oczywiście, niczego nie próbuję tutaj nikomu wyperswadować, zmieniać i tłumaczyć, że ma być inaczej, bo ja sobie tego życzę. Jestem tu gościem i muszę się dostosować. Chcę tylko zaznaczyć, że dla mnie syf pozostaje syfem, czy jest on „naturalny”, czy też nie i uważam, że ten syf wygląda ohydnie, cuchnie i zaburza moje i tak w sumie niezbyt rozbudowane poczucie estetyki.

Być może jest to kwestia „charakteru narodowego”. Jedni śmiecą, inni piją. Ciekawie w tej kwestii wypowiada się Antoni Kępiński, który wysuwa interesujące wnioski odnośnie charakteru społeczeństwa polskiego: „Czy istnieje charakter narodowy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Z biologicznego punktu widzenia istnienie charakteru narodowego jest możliwe. Warunki środowiskowe (wśród których, jeśli idzie o człowieka, niemałą rolę odgrywają warunki natury kulturowej) układają się w ten sposób, że pewne cechy charakteru są korzystne, a inne niekorzystne. Ludzie obdarzeni korzystnymi cechami charakteru mają większą szansę przetrwania i zostawienia potomstwa, niż ci, którzy cech tych nie wykazują.

Zbiór cech genetycznych danej populacji będzie się więc w ciągu pokoleń zmieniał w kierunku przewagi ilościowej cech korzystnych dla danego środowiska. W ten sposób będzie się on różnił od zbiorów cech genetycznych populacji żyjących w innych warunkach środowiskowych.
Prócz cech wrodzonych w formowaniu się hipotetycznego charakteru narodowego odgrywałyby rolą cechy nabyte, uwarunkowane tzw. dziedziczeniem społecznym, a więc panującymi w danym środowisku modelami zachowania się.

Stosując jedną z typologii psychiatrycznych, można by globalnie określić społeczeństwo polskie jako charakteryzujące się przewagą cech histerycznych i psychastenicznych. Cechy histeryczne najlepiej reprezentuje polski szlagon. Cechy te o chęć imponowania otoczeniu, efekciarstwo bez poczucia obowiązku, polskie „zastaw się, a postaw się”, fantazja granicząca z pseudologia phantastica, uczucia burzliwe, choć płytkie, łatwo i szybko przechodzące z jednej skrajności w drugą. Natomiast cechy psychasteniczne najlepiej oddaje postać polskiego kmiotka. To człowiek cichy, pokornego serca, niskiego o sobie mniemania, pracowity i obowiązkowy, unikający zwady, chętnie by on skrył się pod ziemią, by nikomu nie zawadzać.

W pewnej mierze oba przeciwstawne typy osobowości dopełniają się tak, że społeczeństwo złożone z takich ludzi może egzystować; jedni sejmikują, drudzy pracują. Zniknął szlachcic i znika chłop polski, ale pewne formy zachowania się przetrwały; nadal spotyka się szlachecką fanfaronadę i kmiecą pilność. Oba opisane, na pierwszy rzut oka przeciwstawne, typy łączy jedna ważna cecha. Dla jednych i drugich naczelnym pytaniem życia jest: „Co inni o mnie pomyślą?” Histeryk stara się zdobyć aprobatą otoczenia błyszczeniem, fanfaronadą, „brylowaniem”, a psychastenik – cichą obowiązkowością.” Antoni Kępiński „Rytm życia

Ta ostatnia cecha, odnośnie odczuwania presji ogółu i podporządkowywania się opiniom naszego najbliższego otoczenia nie wydaje się niczym charakterystycznym dla polskiego społeczeństwa, gdyż już kilka wieków temu podobnie wypowiadał się choćby Pascal: „„Nie zadowalamy się życiem, jakie mamy w sobie i we własnej naszej istocie: chcemy żyć w pojęciu drugich życiem urojonym i silimy się dlatego na pokaz”. Podobnie Rousseau, o którego „Emilu” pisze Tzvetan Todorov w swojej fascynującej książce „Ogród niedoskonały”: „Nie wystarczy powiedzieć: to moja wola – bowiem nasze pragnienia nie poddają się woli, lecz naszym wewnętrznym, nieuświadomionym siłom. Nie wybieramy w sposób wolny tych, których kochamy. Rousseau proponuje, by owe nieuświadomione siły zwalczać za pomocą odpowiedniej metody, którą w Emilu nazwie „wychowaniem negatywnym”. Polega ono w przybliżeniu na tym, by umożliwić dziecku poznanie własnych gustów, chroniąc je przed ocenami innych ludzi. (…) Byłby to więc „człowiek naturalny”, któremu społeczeństwo nie jest wszakże obce. Emil musiałby bowiem nauczyć się nie tyle unikania społeczeństwa, ile tego, jak nie poddawać się utartym opiniom i błahym konwencjom. Powinien unikać postępowania zgodnego ze zmieniającymi się nieustannie aktualnymi normami i troski o to, jak oceni go tłum (owego „co powiedzą inni”)”. Tzvetan Todorov „Ogród niedoskonały”

Nie tak łatwo poznać „własne gusta”. Ale czy w podróży nie jest o to nieco łatwiej? Może ten fizyczny dystans i pewnego rodzaju zawieszenie pomiędzy tym, co znamy, a tą nową rzeczywistością, w której na moment jesteśmy, pozwala na swobodniejsze zachowywanie się i na większą naturalność, bowiem jesteśmy mniej uwikłani w jakieś zachowawcze schematy i role (choć być może to tylko złudzenie). Tak, jakbyśmy będąc gdzie indziej posiedli nagle większą autonomię, większą świadomość odnośnie tego, co robimy i czego potrzebujemy, czego szukamy. I nieważne jest tutaj to, czy cokolwiek odnajdziemy. Jest to równie nieistotne, jest doszukiwanie się odpowiedzi na pytania, które zahaczają o byt, o poznanie. Podobnie, jak wystarczy samo zadawanie pytań, w podróży wystarczy samo szukanie, bez konieczności odnalezienia czegokolwiek. A kto wie, czy podróż nie jest właśnie bardziej określona przez to, czego się w niej zrozumieć, dostrzec i doświadczyć nie udaje. Czy to właśnie ten brak, ta nieobecność czegoś, nie stanowi właśnie o jej pięknie. I nie ma potrzeby się wstydzić i pisać z przykrością, że się nie udało, jak mówiła o podróżach Herberta Zofia Król w audycji polskiego radia:

„Podróżuje się zawsze samemu ze światem. (…) Bo to jest rodzaj przymusu, który po prostu ciągnie nas, żeby opuścić to miejsce, w którym jestem i pójść zupełnie gdzie indziej. Trudno tutaj mówić o tym po co. Herbert po prostu potrzebował jakiegoś kontaktu nowego, podejrzewam, potrzebował jakiegoś nowego zmysłu, jakiejś nowej uważności skierowanej na pewne rzeczy i tego szukał. Wydaje mi się, że to nie jest pragnienie pozytywne, to nie chodzi o to, że chcę podróżować. To chodzi o to, że nie mogę już wytrzymać tego braku świeżości patrzenia i próbuję coś zobaczyć nowego. To jest zawsze jakiś wysiłek zmysłów, przede wszystkim oka. Są takie momenty, kiedy Herbert z przykrością i ze wstydem pisze, że mu się nie udało, że jego wzrok się bezmyślnie ślizgał po kamieniach, a jego śmieciarska pasja szczegółów nic nie daje i w tych fragmentach pokazuje nam się jako słaby człowiek, który gdzieś jedzie i czegoś szuka, ale nie może tego znaleźć.”

Może to słabość pcha człowieka w świat, może to jego strach przed „normalnym” życiem. Cokolwiek wybierzemy, niech to będzie nasz wybór, jak słowa Kory z „Dziennika północy” Archibalda Cronina: „proste, szczere i podobnie jak ruchy jej ciała, niewymuszone, doskonale naturalne”. „Ludzkie życie jest niczym niedoskonały ogród”, pisze wspominany wcześniej Todorov. Gdziekolwiek będziemy, dbajmy o niego, żeby rozkwitł.