Sonnerie de Sainte Geneviève

guatemala antigua (6)

„Jaka sztuka jest sztuką całkiem? Jaka sztuka jest pierwotna, przedjęzykowa? Jaka sztuka rozdziera się na powierzchni, krwawi i sama się przenika, przenika ciała poszczególne i sztuczne skóry zbiorowych upiorów niczym papierowe konwencje? To muzyka.” Pascal Quignard

Przychodzi codziennie, mniej więcej o tej samej porze, by przez kilka godzin stać pośrodku niewielkiego, zgęstniałego od nadmiaru życia placu. Pośród roznoszących się zewsząd zapachów, wśród wznoszonych w niemiłosiernie rozgrzanym powietrzu wrzasków i nawoływań, na tle przenikających się cieni tych, co biegają tu i tam, nie wiedząc gdzie i po co – stoi nieporadnie, w dziwacznym rozkroku, obwieszony kilkunastoma plecakami, z których jeden, największy, co chwilę zsuwa mu się z barków i opada na ziemię. Zarzuca go z powrotem, po czym przestępując z nogi na nogę ponownie zastyga na dwie, może trzy minuty i czeka.

Nic nie mówi, nie zaprasza, nie demonstruje, nikogo nie zagaduje – stoi i błądzi wzrokiem po przechodzących niemalże po nim sylwetkach. Nikt się nie zatrzymuje, nikt nie zwalnia, o nic nie zapyta, nikomu niepotrzebne te zbyt wielkie, zbyt jaskrawoczerwone, dosyć cudaczne, w zasadzie niemodne i niepraktyczne już plecaki, na które i tak większości przechodzących osób najzwyczajniej w świecie nie stać, a gdyby nawet, to za taki plecak można by przecież kupić stojącą nieopodal taczkę fasoli, albo plastykowe krzesło, albo worek ryżu, nie mówiąc już o całej masie innych przydatnych drobiazgów, roznoszoych na przepoconych ramieniach, plecach, brzuchach i barkach rozochoconych przedpołudniowym rozgardiaszem handlarzy, z całym ich nadmiarem wyćwiczonych i roztańczonych desperackim tańcem gestów.

Czasem do mężczyzny podchodzi mała dziewczynka. Biega na bosaka i bawi się wystającymi z plecaków paskami i sznurkami. Ugina się rozhuśtana pociągnięciami dziecka przygarbiona postać, przechyla niby smagana wiatrem, aż w końcu duży plecak zsuwa się na ziemię i słychać donośny, karcący głos mężczyzny. Dziewczynka nieruchomieje, zapina dłonie za plecami i wypinając lekko wydęty brzuszek, zadziera głowę i patrzy. Coś mówi, ale jej słowa giną w bazarowym zgiełku. Po chwili dziecko odchodzi, a mężczyzna na nowo przyjmuje swoją spowitą nieokreślonością i milczeniem pozę.

W tym jego niczym niezmąconym trwaniu jest coś nieodwracalnego, jakaś konieczność, która wymyka się racjonalności, nieubłagalność losu, kres. W jego postaci nie ma niczego co zdradzałoby zniecierpliwienie, zmęczenie, rezygnację, choćby odrobionę smutku, nic. Tkwi sam w oku ciszy pośrodku rozlewającego się zewsząd hałasu, jak niezgrabna pacynka, z której ktoś poucinał sznurki, fragment od dawna zakończonego przedstawienia, niemy krzyk tych, co inaczej nie potrafią, ale i tak próbują, tyle, że do tego tańca żadna muzyka nie przygrywa, nie słychać żałobnych pieśni, nie maszerują barwne orszaki, wszystko tonie w morzu obojętności.

Cisza i wrzask, światło i ciemność, inercja i ruch. W tych krajach nie ma półtonów. Jak jest brudno – to jak na wysypisku śmieci, jak czysto – to prawie sterylnie i nawet ja muszę założyć świeżą koszulkę, żeby dostąpić zaszczytu wejścia na teren centrum handlowego. Jak jest biednie, to aż ściska w środku, jak bogato – to prawdziwie po pańsku, z przepychem, wytwornie i z rozmachem.

A w tej całej intensywności doznań, w tej pozbawionej półtonów rozpiętości odczuć i wrażeń, w tym zmieniającym się barwnym kalejdoskopie postaci i krajobrazów – często wydaje mi się, że się nie poruszam, że stoję obładowany sam nie wiem czym, że próbuję coś sprzedać, albo coś ofiarować tym, co pewnie i tak niczego nie potrzebują, że stoję sam nieruchomo w oku ciszy albo, jak pisał Noteboom – w oku cyklonu.

gato (1)

I że tego wszystkiego, czego doświadczyłem nie było, a nawet jeśli kiedyś naprawdę się wydarzyło, to już i tak od dawna tego nie ma, podobnie jak nie ma rudej salwadorskiej kotki, co ją jechałem zobaczyć, ale nie zdążyłem, bo miesiąc temu rozjechał ją samochód. I nie ma ani kotki ani Oskara, z którego żartów znów chciałem się pośmiać do rozkupu, ale też nie zdążyłem. Przyjechałem dzień po pogrzebie. Nie wiedziałem, nie było znaków ostrzegawczych, nie było przejścia, żadnych półtonów – był piękny, słoneczny dzień, uśmiech na twarzy, ciepły wiatr pchał mnie na zachód, a wieczorem smutek i żal.

Rodzina mnie poznała, nawet Rafinerię pamiętali. Rozstawiłem namiot w tym samym miejscu co przed trzema laty. Dzieci podrosły, ktoś przygarnął nowego kotka, wdrapał mi się na kolana, zjadłem z nim trochę ryżu, nawet nie zauważyłem, kiedy zasnął. Wziąłem go do namiotu, zrobiłem wygodne posłanie. Kotek spał, pomrukiwał i ufnie wyciągał pazurki. Rankiem koguty piały jak nawiedzone.

Ruszyłem dalej, po południu lunął deszcz. Jechałem w palącym słońcu i nagle zaczęło lać; zachłannie, łapczywie i chwilę potem – równie nagle pojawiło się słońce, bez zapowiedzi, bez chociaż jednego, najłagodniejszego półtonu.

lluvia

Wielki Tydzień w Gwatemali. Z pompą, mocno, głośno, namacalnie, z wyszukanym gestem. Wielki Tydzień wcale nie taki smutny, daleki od refleksji, silnie roztańczony w dziwnym, święto-obrazoburczym tańcu, do którego przygrywa odnaleziona nagle orkiestra.

desfile

Pośród upstrzonych kwietnymi dywanami ulic rozbrzmiewają kyrieelejsony, na barkach curochos krążą figury świętych, a wśród nich przeciskają się handlarze. Największy popyt na okulary przeciwsłoneczne i kapelusze. Z ogromnymi różańcami i drewnianymi krzyżami wygrywa wszystko – dmuchane baloniki, wata cukrowa, statywy do selfi, lody, nawet zwykłe hamburgery.

W końcu jest lato i są wakacje, zresztą większość spacerowiczów nie wygląda, jakby przyjechała tutaj w poszukiwaniu duchowych uniesień. Procesja przechodzi, kwiaty zdeptane, a to, co jeszcze zostało na drodze za moment sprzątną zastępy sunących za procesją zamiataczy. Przeszli. Można strzelić kolejne slefi, wrócić do stolika i otworzyć następną puszkę piwa. Powracają śmiechy, które na dobrą sprawę, w ogóle nie umilkły, zastygły jedynie na moment, zasnute dymem z kadzideł, którego zapach wciąż unosi się nad brukowanymi ulicami.kadzidlo

Nadchodzi noc, biją dzwony. Robi się chłodniej, w przerzedzonej przestrzeni dźwięki nabierają intensywności. Ulicami ciągną korowody wiernych. Migoczą płomienie świec, pomarańczowieją twarze, cały świat wokół się porusza. Wypełniający ulicę pochód unosi się nad ziemią w fantasmagorycznym tańcu, pęcznieje i rozlewa się pełzającymi po ścianach smugami cieni. „W płomieniu przestrzeń się porusza, czas się szamocze. Wszystko drga, kiedy drga światło”. Pobłyskują postacie, potęgują półtony, cisza współgra z gromkim dżwiękiem. Huczą trąby, dudnią bębny, biją dzwony.

„Muzyka szybuje swobodnie w napowietrznym tańcu. Jak gdydy pozbawiona ziemskich ciężarów, eteryczna, podlegała tylko prawom przez siebie ustanowionym. Wyjmuje nas z czasu, oddając na dłuższą chwilę iluzji trwania. (…) Wyjątkowo  przejmująco potrafi ona wyrazić odczucie zanikania, ubywania (…) To muzyka opuszczenia i straty, niewysłowionego bólu i tęsknoty Ale i – finalnie – światła nadziei.” Kwintesencje. Pasaże barokowe” Dariusz Czaja

Treny

rio

„Niezbywalną cechę poezji uważnej stanowi uwaga wobec rzeczy. Dzięki takiemu typowi poezji możliwy jest powrót ducha ludzkiego do świata” Zofia Król „Powrót do świata”

Dochodziło południe. Siedziałem w cieniu pod supermarketem i zajadłem chleb z masłem orzechowym. Zaszalałem, nadszarpnąłem dzienny budżet i za cenę trzech chlebopodobnych, gumowatych substancji kupiłem smaczne, kostarykańskie, piernikowe pieczywo, zwane pod nazwą pan bon. Można je kupić na ulicy, szczególnie teraz, podczas Wielkiego Postu. Receptura tego chleba, co ciekawe, przybyła do Kostaryki wraz z jamajskimi imigrantami – potomkami pracujących na karaibskich plantacjach afrykańskich niewolników, którzy to z kolei przejęli ją od Anglików. Pan bon (zwany również pambon) jest słodki, cały wypełniony rodzynkami i doskonale komponuje się z orzechowym masłem.

Tak więc siedziałem sobie leniwie, w zbawczym cieniu, pod czujnym okiem stojącego nieopodal umundurowanego służbisty, pilnującego niemalże pustego, ogromnego parkingu. Ochroniarz miał na mnie oko, bo podpadłem mu godzinę wcześniej, kiedy próbowałem dość nonszalancko zbyć jego uwagę o konieczności zakrycia górnej części ciała (ciekawe, że nic nie mówił o dolnej, chociaż miałem na sobie jedynie mocno kuse spodenki) w przypadku przybywania na terenie przyległym do supermarketu, jak i (jakże by inaczej) w środku budynku. Zanim w ogóle go zauważyłem, zdążyłem już rozłożyć karimatę, rozstawić na niej cały zestaw śniadaniowy, po czym zdjąć koszulkę, zmienić spodenki, założyć klapki kuboty i usiąść w kucki z zamiarem rozpoczęcia konsumpcji.

Wgryzłem się w kanapkę, kiedy kątem oka dostrzegłem zbliżającą się postać. Doskonale wiedziałem, a jakim celu podchodzi. Mój nagi tors działa na wszystkich mundurowych jak przeciwpożarowy alarm i nie ma znaczenia, czy siedzę pod supermarketem, czy dojeżdżam do punktu kontrolnego na niemalże pustej drodze, czy korzystam z bankomatu, stojącego przy pozbawionej klientów stacji benzynowej. Zawsze niewiadomoskąd wyskoczy okutany w kilkuwarstwowy mundur służbista i wymachując giwerą będzie tłumaczył siejącemu straszliwe zgorszenie gringo żeby się ubrał, bo to nie plaża (dobrze, że chociaż na plaży gringo może dostąpić tej wyjątkowej łaski paradowania w samych slipkach, bo tubylcy zazwyczaj kapią się w koszulkach i w długich szortach).

Ignorowanie przyzwyczajonych do utrzymywania pozycji stojącej rozgorączkowanych i spoconych mundurowych czasami skutkuje, szczególnie, jeśli spotykam ich na drodze i wystarczy mocniej nacisnąć na pedały i odjechać. Do gringo nie strzelają. W omawianym przypadku jednak nie miałem ani zamiaru ani ochoty przenosić się w inne miejsce, musiałem więc cierpliwie poczekać i znieść cały hiszpański, bazarowy monolog.

Początkowo udawałem, że nic nie rozumiem, ale ochroniarz miał tak rozbudowany zestaw pozawerbalnych gestów, że chcąc nie chcąc, koszulkę założyłem. Kiedy z pełnym brzuchem zastanawiałem się, czy nie mam ochoty zjeść jeszcze jednej kromki chleba, zauważyłem szczupłego, wyglądającego na obcokrajowca mężczyznę, idącego powoli w stronę jednego z dwóch pozostawionych na placu samochodów. Metr za nim młody chłopiec, najwyżej piętnastoletni, popychał wypełnione zakupami dwa sklepowe wózki. Szło mu topornie. Kółka zahaczały o nierówną powierzchnię, spowalniały drogę, klinowały się w maleńkich szczelinach betonowego placu.

Mężczyzna raz po raz odwracał się i mówił coś głośno, ale na tyle niewyraźnie, że niczego nie mogłem zrozumieć. Dzielił ich może metr od samochodu, kiedy jeden wózek przewrócił się. Dziura w ziemi była większa i chłopiec chyba nawet ją zauważył, a na pewno poczuł, że jedno kółko wpadło do środka i zaklinowało się, ale zamiast wypchnąć wózek, pchnął go do przodu i cała jego zawartość za moment znalazła się na ziemi.

Coś się stłukło, coś rozlało, jedna butelka potoczyła się pod samochód. Pośród rezonujących po całym placu krzyków niezmiernie rozemocjonowanego mężczyzny, ciemnoskóry chłopiec naprędce zgarniał porozrzucane rzeczy i wkładał je do otwartego bagażnika. Tych rzeczy było mnóstwo, zbieranie trwało dobre dwie minuty. Jego biała koszula cała lśniła potem, a choć nie mogłem wyraźnie dostrzec samej twarzy, to raz po raz widziałem białka chłopięcych oczu. Ogromnych, rozszerzonych oczu, cały czas błądzących na boki, rozglądających się, wypatrujących, ciągle szukających rzeczy, które już od dawna zostały znalezione, podniesione, wpakowane, przymknięte klapą bagażnika i których już nigdy więcej nie trzeba będzie pchać w nieporęcznych, o wiele za ciężkich, za bardzo wypełnionych wózkach, gdzieś poza wciąż rezonujący plac, gdzieś poza niewidoczne drzwi, z hukiem zatrzaśnięte przez odjeżdżającego do swojego świata mężczyznę.

Te wielkie, rozszerzone źrenice. Patrzą i na mnie, jak jadę, jak jem, jak piję, jak siedzę, jak czekam, jak wychodzę z zakupami, jak rozstawiam namiot na podwórku. Siedzą na gankach swoich maleńkich domków, aż w końcu podchodzą i patrzą. Nic nie mówią a i tak je słyszę. Nawet wolę, jak milczą, bo kiedy mówią, to nic nie rozumiem. Zawsze za murem, jak w panamskim hostelu Luna’s Castle, gdzie po jednej stronie w ciasnych klitkach wegetują ci, którym akurat przyszło się w nich urodzić, a po drugiej siedzą wysocy, niebieskoocy, weseli, dobrze odżywieni gringo i zajadając pierniki z orzechowym masłem oglądają na kolorowej ścianie niemy film z innego życia, cudzego świata, który nigdy nie był i zapewne, nawet po części, nigdy nie będzie ich udziałem.

dos mundos

I choć kiedyś myślałem, że te światy czasem się spotykają, to im więcej się włóczę, coraz częściej wydaje mi się, żę nie spotykają się nigdy. Podglądają się, przypatrują się sobie, ale nie widzą dokładnie. Nie spotykają się nawet wtedy, jak ktoś z nieprawdopodobnym ciepłem, bezinteresownie zaoferuje dach nad głową, posiłek, albo po prostu pozdrowi. Mówimy do siebie, uśmiechamy się, jemy z jednego talerza, głaszczemy pomiałkujące rude koty, ale ten mur pozostaje. Wystarczy się dobrze przyjrzeć, a potem przymknąć oczy, albo najlepiej w ogóle je zamknąć. Wtedy lepiej widać.

nicaragua

I choć Eckhart naucza, że „na poziomie głębszym niż wszelka fizyczna powierzchowność, niż wszelka odrębność form, stanowimy jedność ze wszystkim, co jest”, to przecież mój świat nigdy nie będzie Twoim światem.

Mijam kolejny kraj, nade mną krążą ptaki. Pojawiły się w Panamie, dojeżdżam do Salwadoru, a one ciągle są, dokładnie te same. Wczoraj znów je widziałem, nie wiem, co o tym myśleć. Patrzę na nie, jak kołują, jak się kręcą nad moją głową, czuję na sobie ich spojrzenia.

Nadciąga wieczór, na niebie pojawił się Wielki Wóz. Przewrócony, stoi do góry nogami, chowa się szybko. Ale coraz więcej go będzie. Gwiazdy tańczą, gra muzyka. Pośrodku nocy, pośrodku ciszy, słyszę Cię. Pośrodku marzeń, pośrodku snu, kręcę się w kółko. Gdzieś pośród ciepłych słów, wracam tam, wracam tu.

pajaros

„Człowieka zawsze dręczyła myśl, że nie jest na tym świecie wyłącznie po to, by korzystać, oraz że rodzić się, zaludniać i gasnąć nie jest jego jedynym przeznaczeniem. Istnieje w nas zatem jakaś skłonność, która stoi w sprzeczności z naszym pozornym celem i ze wszystkimi właściwościami pomagającymi nam do tego celu się przybliżać. Właściwości te, wszystkie przystosowane dla naszego pożytku, współbrzmią ze sobą, by nam służyć, by prowadzić nas ku większemu pożytkowi, a ich jedynym centrum jesteśmy my sami. Opisana właśnie skłonność, wprost przeciwnie, popycha nas poza nas samych, nadaje nam ruch, którego celem nie jest wcale nasz pożytek i zdaje się unosić nas ku jakiemuś centrum nieznanemu, niewidocznemu, niemającemu żadnych analogii z codziennym życiem i zwyczajnymi sprawami” Benjamin Constant de Rebecque

Nie dojechać nigdy

nie dojechac nigdy (2)

Latem ubiegłego roku dostałem maila, z którego wynikało, że nieznany mi wcześniej Bartosz Lisek chce zmontować o mnie film. W przypadku wyrażenia zgody, miałyby to być nagrane ze mną rozmowy, włączając dialogi z moją mamą, przeplatane nagrywanymi przeze mnie materiałami  z różnych wyjazdów. Do listu dołączone były linki, na których mogłem zobaczyć inne bartkowe produkcje, m.in film o Argentynie.

Follow Your Way – Argentina from Iść Swoją Drogą on Vimeo.

Podesłane filmy spodobały mi się. Spodobały mi się bardzo. Spotkałem się z autorem i zaczęło się. Kolejne dwa krótkie tygodnie wypełnione rozmowami, ciszą, światłami, powtórzeniami, jeżdżeniem do Trąbek, spacerami po lasie i po mieście, a wszystko w typowej, przedwyjazdowej krzątaninie.

Po siedmiu miesiącach pracy powstał film. W imieniu organizatora spotkań podróżniczych Kolosy (www.kolosy.pl), jak i Bartosza Liska zapraszam na premierę „Nie dojechać nigdy”, która będzie miała miejsce w hali Gdynia Arena, w niedzielę, dwunastego marca, na zakończenie kolosowej imprezy, mniej więcej o godzinie 18.00.

 

bóg nie lubi karnawału

carnaval (3)

Odgrywali, że żyją, po to, by naprawdę żyć; w pewnej chwili przekraczali niepostrzeżenie granicę i naprawdę żyli, porzucali pantomimę, śpiewali gromko sto lat, szurali butami po parkiecie, po walcach pozostawały koliste smugi.” Marek Bieńczyk „Jabłko Olgi, stopy Dawida”

Do Campo de la Cruz wjechaliśmy już po zmroku. Błąkaliśmy się pośród skąpo oświetlonych uliczek, niepewnie, niezdarnie, wyczuwając wlepione w nas niezliczone, niewidoczne pary oczu, odprowadzające nas od rozhuśtanego hamaka do otwartej bramy, od skrzypiącej ławki do ciemnego ogrodu, między kolejnymi wypełnionymi coraz silniejszym gwarem podwórkami, na których właśnie powoli pęczniało życie, wybudzane chłodniejszym, wieczornym powietrzem.

Czuliśmy się nieswojo, To znaczy, ja na pewno czułem się nieswojo, ale Fidrygałka chyba też. Godzinę wcześniej, kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę przy drodze, zastanawiając się, czy nie byłoby to dobre miejsce na rozbicie namiotu, na naszych oczach samochód rozjechał psa. W sumie nic strasznego się nie stało i, prawdę mówiąc, nic szczególnego. Mniej lub bardziej świeże plamy po rozjechanych psach to typowy obrazek latynoskich dróg, więc w zasadzie nawet sam widok całego zdarzenia nie powinien był nas zbytnio poruszyć.

Tyle, że ten pies miał właściciela. Miał kogoś, do kogo zapewne był przywiązany bardziej, niż do kogokolwiek innego na świecie. A po całym „zdarzeniu” właściciel po prostu podszedł do drgającego jeszcze ciała, wziął je za ogon, wrzucił do rowu i otrzepując dłonie, odszedł. Zrobił to tak szybko i jednocześnie tak naturalnie, jakby w swoim życiu nie robił niczego innego, tylko spacerował wzdłuż drogi i wrzucał do rowu rozjechane na swoich oczach psy.

W Campo de la Cruz pachniało pieczonymi ziemniakami i mięsem. Nad ziemią unosił się posmak czegoś nieuchwytnego, czegoś stamtąd, coś przepełniało powietrze, a ja ciągle nie mogłem przestać myśleć o tym psie. Nie mogłem pozbyć się jego utkwionego we mnie spojrzenia, ciągle żywego, przechwyconego może minutę przed tym, kiedy jeszcze wszystko, a potem chyba już nic. I nie wiem, jak jechałem, jak oboje jechaliśmy w tych ciemnościach, strzepując z siebie zawieszony przed oczyma obraz, który kiedy wreszcie opadł, przemienił się w pochyloną, rozgadaną postać siwej staruszki. Babcia zaprosiła nas do siebie, do domu.

Rankiem zaczął się karnawał, czy też może inaczej – rozpoczął się jego czterodniowy koniec. – Bóg nie lubi karnawału – mówi spotkany na placu kilkuletni chłopiec. – Nie lubi i już – dodaje, kiedy pytam, dlaczego. – To co wtedy robi? – nie daję za wygraną i ciągnę temat. – Jak to co? Śpi. Ale i tak wszystko widzi. Babcia mi powiedziała. Że bóg nawet jak śpi, to widzi, bo ma troje oczu. I tym trzecim okiem to wszystko widzi, wszyściutko, nawet jak śpi.

Może i nam przydałoby się takie trzecie oko. Przydałoby się, aby lepiej widzieć to, czego nie widać. Choćby takie gesty, jak ten w Juan de Acosta, kiedy obcy ludzie przynieśli nam śniadanie, kiedy myśleliśmy, że przyszli nas przegonić z naszej noclegowni. Albo kiedy właściciel hotelu Malibu (którego ceny za pokój przekraczały nasz dwutygodniowy budżet) zaoferował nam całe piętro obiektu, kiedy pięć minut wcześniej nawet nie odezwaliśmy się na rzucone spod bramy „chodźcie do mnie”, bo go głowy nam nie przyszło, że mężczyzna nie będzie chciał wziąć od nas pieniędzy.

malibu hotel

Nie mówiąc już o dwóch, mocno podejrzanie wyglądających kobietach w Barranquilli, które też początkowo bezczelnie i nonszalancko zignorowaliśmy, a bez których za nic nie znaleźlibyśmy w miarę ekonomicznego noclegu, bo jakoś nie przyszło nam do głowy, żeby jednak na czas karnawału zarezerwować pokój przynajmniej miesiąc wcześniej.

No i na koniec dziewczyna z panamskiego Luna’s Castle, która łamiąc regulamin pozwoliła mi zostać na noc w przepełnionym hostalu, nie chcąc ode mnie żadnych pieniędzy. W tym samym miejscu, w którym piętnaście miesięcy wcześniej kończyłem pisanie książki „Sen powrotu”. O nic nie prosiłem. Kiedy usłyszałem, „przepraszam, ale nie ma wolnych miejsc”, pomyślałem, że dziewczyna po prostu dorzuci „miłego wieczoru” i zajmie się ustawioną przed recepcją kilkuosobową kolejką penitentów. Poprosiła, abym poczekał, po czym zaprowadziła mnie do przestronnego pokoju wskazując wolną „dziuplę”. Znałem to miejsce. Leżałem tam godzinami, wypatrując słów w suficie. Komary kąsały jak zawsze.

Rozłożyłem namiot, otworzyłem myśli. Poplątane, jak zawsze, a może i jeszcze bardziej. Bo znów jadę sam. Pożyczyłem skrzydła, na razie są mi zbędne, a przy tym bagaż trochę lżejszy będzie. Fidrygałka odleciała w chmury, a ja zostałem tu, na ziemi. Chociaż w sumie ziemia, chmury, co za różnica? Zamykam oczy i nadal widzę. To znaczy, że i ja mam trzecie oko? Może każdy z nas ma. Zawsze otwarte. Zawsze czujne. Nawet jak śpimy. A może wtedy jeszcze więcej widzi? Do zobaczenia.

„A zanim usłyszysz, to dobrze posłuchaj. Zobaczyłeś, nie spiesz się, aż wyraźniej zobaczysz”. W Myśliwski.

When God Created The Coffeebreak

atlantico

„W piękności cielesnej wzniosły dar się mieści, co wydrze przebaczenie dla wszelkiej bezcześci” Baudelaire

Nie mogę zaprzeczyć, lubię kawę. Więcej nawet – dażę ją swego rodzaju nabożnym szacunkiem, do tego szacunkiem nie byle jakim, bo z roku na rok narastającym i pogłębiającym się. Między mną a kawą wytworzyła się niemalże intymna więź, spajająca wszystkie poranki i południowe sjesty w przepełnione wyczekiwaniem aromatyczne, kofeinowe kontinuum. Należę przy tym do tej grupy osób, na które kawa, zamiast pobudzać, działa usypiająco, dzięki czemu nie muszę odmawiać sobie wypicia jej późnym popołudniem, czy nawet przed samym zaśnięciem. A pijam dużo i preferuję mocną.

Spędzam ostatnie dni w Kolumbii, w kraju, który będąc trzecim na świecie producentem, jeśli chodzi o ilość produkowanej rocznie kawy, słynie z jej doskonałej jakości. Można by zatem z góry założyć, że powininem się tutaj czuć jak w istnym smakowym raju, rozpływając się w rozlewających się zewsząd z ulic, bazarów i restauracji filiżankach aromatycznego płynu i codziennie delektując się jego niepowtarzalnym i nieporównywalnym z niczym innym smakiem. Niestety, rzeczywistość wygląda nieco inaczej. To, czego produkcją Kolumbia szczyci się poza granicami własnego kraju, przypomina wszystko, tylko nie dobrze zaparzoną kawę. Jak to niedawno ujął jeden z francuskich, kulinarnych celebrytów, Paul Bocuse, serwowana w Kolumbii kawa to zaledwie „brudna woda”.

Proszę nie zrozumieć mnie źle. Tutejsza kawa jest dobra, ba, jest doskonała, ale tylko wtedy, jeśli Państwo sami ją sobie przygotują i zaparzą. A najlepiej, jeśli jeszcze sami ją przed konsumpcją zmielą (oczywiście w ręcznym młynku, bo elektryczne zbyt mocno podgrzewają wypalone już ziarna).

Kolumbijczycy na kawę mówią „tinto” – ten sprzedawany w maleńkich, plastykowych kubeczkach „farbowany” płyn jest niezmiernie słodki i zazwyczaj potwornie rozwodniony. Zdarza się, że w smaku przypomina „coś o smaku kawy”, choć może właściwsze byłoby określenie go „wodą o smaku słodkiego syropu”. Tinto, w cenie stanowiącej równowartość kiludziesięciu polskich gorszy, można kupić w większości kawiarni, cukierni, na rogach ulic, bazarach, pod supermarketami, w parkach, czy na punktach poboru opłat drogowych. Często serwowane jest prosto z termosów, a kiedy wystygnie (bo kolumbijskie termosy zbyt długo temperatury nie trzymają), wylewa się je do gara, podgrzewa i ponownie sprzedaje, choćby i następnego dnia.

Na pewno są wśród czytających osoby, które w „małej czarnej” nie gustują, spieszę więc dodać, że kawa mocno zmienia swój smak już po około dwudziestu minutach „leżakowania”, niezależnie od tego, czy wypełnia filiżankę, czy termos (no i nie trzeba dodawać, że po pewnym czasie stygnie, a zimna kawa rzeczywiście zmienia się w „brudną wodę” – chyba, że gustujemy w kawie mrożonej, ale to już zupełnie inna kwestia, której tutaj nie zamierzam poruszać, bo z lodem pijam tylko whisky).

Dlaczego w Kolumbii delektują się tak niedobrą kawą? Czy chodzi tu jedynie o inne upodobania i Kolumbijczykom rzeczywiście smakuje to, co kupują na ulicach? Wtedy w zasadzie nie należałoby w ogóle tej kwestii poruszać, bo o gustach się nie dyskutuje. Ale jeśli mieszkańcy tego kraju sami przyznają, że ich tinto z ulicy niewiele ma wspólnego z dobrze zaparzonym espresso, to może źródeł tego stanu rzeczy należałoby poszukać gdzie indziej?

Spójrzmy na statystyki dotyczące rocznego spożycia kawy na świecie. Na jednego Kolumbijczyka przypada niecałe dwa kilo, podczas gdy, dla porównania, w Finlandii, spożycie to wynosi dwanaście kilogramów na głowę, w Norwegii dziesięć, a w raczej mało znanej jeśli chodzi o miłość do kawy Bośni i Hercegowinie – sześć kilo na jednego mieszkańca. I być może tutaj, poza czynnikami ekonomicznymi (bo w celu zaparzenia dobrej kawy trzeba jej zużyć więcej, niż podczas przygotowania rozwodnionego tinto – nie mówiąc o odpowiednich, choć niekoniecznie przecież niezbędnych urządzeniach typu ekspres ciśnieniowy, czy chociażby kawiarka) tkwi źródło niesmaku i rozczarowania, jakie to uczucia prędzej czy później budzą się wśród cudzoziemców odwiedzających Kolumbię i spodziewających się euforycznych, smakowych uniesień.

Otóż, podróżując po Kolumbii po raz trzeci, często odnosiłem wrażenie, że w kraju tym (pomijając niektóre departamenty) nie istnieje tak silnie rozpowszechniona kultura picia kawy, jak dajmy na to w Finlandii, Danii, nie mówiąc już o ościennej Brazylii. Kawa nie stanowi tutaj tak silnego instrumentu społecznej interakcji (choć zgadzam się, że znajdziemy w Kolumbii miejsca, gdzie wygląda to inaczej, choćby tzw. „Eje Cafetero” – zapraszam do zapoznania się z komentarzem Wojtka Ganczarka poniżej mojego wpisu), a najczęściej jest niewiele więcej jak substytutem szybkiego, porannego posiłku w drodze do szkoły, czy do pracy. Rzadziej zdarza się, aby ktoś usiadł nad filiżanką kawy i nad rozłożoną gazetą celebrował rześki poranek.

Do niedawna zresztą za –tinto w ogóle się nie płaciło – dodawano je gratis do obiadu, podobnie jak teraz podaje się „agua de panela” (wodę z dodatkiem limonki i paneli – czyli otrzymywanego niemalże bezpośrednio z trzciny cukrowej, sprzedawanego w kostkach cukru).

Sytuację próbują ratować powstające tu i ówdzie kawiarnie typu Juan Valdéz (taki kolumbijski Starbucks), ale tam kawa kosztuje dziesięć razy tyle, co tinto i zdecydowanej większości Kolumbijczyków po prostu na nią nie stać, podobnie, jak większości Kolumbijczyków nie stać na porządny ekspres. Te używane w Kolumbii ekspresy do kawy zazwyczaj są ogromne. Jakościowo są to całkiem dobre urządzenia, z których można by przyrządzić świetne espresso. Problem w tym, że wykorzystywane przez nie filtry tkaninowe wymieniane są nie co kilka dni, a co kilka miesięcy, co oczywiście wpływa na jakość otrzymywanego produktu końcowego. Ponadto, przygotowane rankiem tinto, leżakuje w tych baniakach godzinami, przez co pod wieczór zamienia się w czarny, smołowaty osad.

Czy zatem w Kolumbii nie ma miejsc, gdzie można nabyć dobrą kawę i nie ma w tym kraju osób, które potrafią ją odpowiednio zaparzyć? Oczywiście, że są, tyle, że trudno je znaleźć, a już natrafić na nie przypadkiem jest sytuacją graniczącą z cudem. Być może teraz ktoś pomyśli, że zamiast biadolić nad niekompatybilnością własnych i kolumbijskich gustów, powininem przygotować sobie kawę sam. Tak jak lubię. Bo przecież niemalże w każdym sklepie mogę nabyć fantastycznie wypalony i zmielony proszek (nawet ten niby „drugorzędny i nieprzeznaczany na eksport” smakuje wybornie), który mogę wsypać do ofiarowanej miesiąc temu kawiarki, by po kwadransie delektować się niepowtarzalnym, lekko kwaskowym kawowym aromatem.

Tak, mógłbym przygotować sobie kawę sam, ale proszę mi uwierzyć, że po kilku godzinach pedałowania w wypalającym komórki mózgowe słońcu, po pokonaniu kolejnych ciężkich podjazdów (chociaż, jak mówił spotkany rankiem w kawiarni mężczyzna – „teraz to już będzie plano, czyli płasko”) naprawdę ostatnią rzeczą, o jakiej się myśli, to szukanie zbawczego cienia, odrobiny intymności (a o to wcale nie tak łatwo), wyciąganie kuchenki, rozpalanie, podgrzewanie, zaparzanie, czekanie i tak dalej, a chciałoby się po prostu usiąść w przydrożnej kawiarni, czy cukierni i w spokoju napić się dobrej kawy, z jedyną wariacją wymagającą wysiłku – czyli sięgnięcia do sakwy i dodania kupionej wcześniej, kokosowej paneli.

I trochę szkoda, że w Kolumbii muszę sam tę kawę przygotować, ale cóż, ja lubię siekierę, której to przyzwyczajony do tinto Kolumbijczyk pewnie w ogóle by nie tknął, bo dla niego to nie byłaby kawa, a obrzydliwa, cuchnąca smoła.

I tu dochodzimy być może do sedna problemu, jeśli w ogóle można tu mówić o „problemie”. No bo co to znaczy „dobrze zaparzyć”? Przecież nie ma jednego, „właściwego” sposobu zaparzania. Do tego ja pijam mocną, ktoś lubi słabą. Ja preferuję z panelą, ktoś woli gorzką, ja nie dodaję mleka, ktoś woli z lodem i tak dalej… W kwestii gustów, smaków i upodobań, wszystko jest względne. A piszący te słowa jest przecież z Polski, więc ma wrodzoną tendencję do narzekania i szukania dziury, gdzie być może wcale jej nie ma.

No ale słaba, przezroczysta kawa, pięciokrotnie odgrzewana, podana z trzema łyżkami cukru i do tego prawie zimna? Nie, mimo wszystko, jednak za nią podziękuję, zdobędę się na dodatkowy wysiłek i poszukam cienia, by odprawić kawowy rytuał. A Państwo, przyjeżdżając do Kolumbii z nadzieją na dobre espresso, nie zapomnijcie o kawiarce, albo chociaż o zapasowej skarpecie. Smacznego.

Cendre

solo

„Dziwne związki łączą nas ze słowami. Kiedy jesteśmy mali, uczymy się ich kilku, w toku naszego istnienia gromadzimy inne, które docierają do nas poprzez naukę w szkole, poprzez rozmowę, poprzez lekturę, i w końcu okazuje się, że relatywnie mało jest takich, co do których znaczenia, sensu i wartości nie mielibyśmy żadnych wątpliwości, gdyby któregoś dnia o to zapytano. (..) I mimo fałszywej pewności siebie, jaką często udajemy, wymacujemy ścieżkę pośród gęstwiny słów, lepiej lub gorzej udaje nam się porozumiewać, a czasem nawet spotykać się w tym gąszczu.” J. Saramago

Mnożą się spotkania. Chwile nakładają się na siebie. Ile razy można pisać o tym samym? Ile razy wracać do tego, co już było, żeby… No właśnie, żeby co, żeby po co? Dla samej przyjemności? Dla ponownego, bardziej świadomego przeżycia tego samego? Dla urzeczywistnienia powracającego wspomnienia? Dla odszukania czegoś, co przez nieuwagę się przeoczyło, z nadzieją, że nie wszystko odeszło w niebyt i że tym razem będziemy potrafili odpowiednio się skoncentrować, aby to coś właściwie dostrzec?

Czasem wydaje mi się, że ja nie potrafię żyć w teraźniejszości i ciągle muszę dokądś powracać, rozpychać się, i to wcale nie w przenośni, ale rozpychać się dosłownie, fizycznie. Że w zasadzie żyję w przeszłości, całą swoją uwagę skupiając na tym, co już było, kreśląc alternatywne historie, które momentami jawią się realniejsze niż te naprawdę przeżyte, doświadczone, opowiedziane. Chciałoby się dodać – dostrzeżone, ale akurat co do tego, to nie mam wcale takiej pewności.

Poruszając temat możliwości poznawczych człowieka, profesor Robert Piłat w audycji radiowej Dwójki z 21.01.2017 pt. „Żyj chwilą”, odnosi się do Bergsona i mówi o momentalnych przeżyciach sensu – przeżyciach czy to natury mistycznej, czy estetycznej, które pozwalają nam na lepsze „zarejestrowanie” rzeczywistości. A stawiając retoryczne pytanie, gdzie ta rzeczywistość się znajduje, nawiązuje do Zofii Król i cytując fragment jej książki „Powrót do świata” dodaje: „że istnieje magia, która pozwala nam do tej rzeczywistości dotrzeć.”

Tym razem kotów nie było. Ani jednego. Schowały się. Podobno kotka, którą dwa i pół roku temu przygarnąłem spod bramy w wiosce pod Zarzal została mamą. Biegają szarobure, małe stwory dokoła domu, kryją się w krzakach, uciekają na widok człowieka. Może to mama doradziła im nie podchodzić. Nie łasić się, nie miauczeć, nie dać się pogłaskać, niczego nie zaczynać. No bo po co się przyzwyczajać? Na końcu przecież i tak tylko smutek zostanie. Nie zabierze dwunożny stwór kotka ze sobą. Oswoi i pozostawi. A przecież, podobno „na zawsze pozostajemy w oczach Kota.”

Zobaczyłem trzy maluchy. Z daleka. Podszedłem bliżej, a wtedy one najbanalniej w świecie, po prostu czmychnęły do ogrodu. Zawirowały liście drzew. Stałem i czekałem. Koty nie wróciły. W zielonym aż do bólu krajobrazie, nasyconym i skontrastowanym w przedpołudniowym słonecznym świetle, poruszyła się biało-czarna plamka. Nie potrzebowałem magii, żeby dostrzec, że to ona. Kocia mama obserwowała mnie z gęstych, rozrośniętych do nieprzyzwoitości krzaków. Wiedziałem, że nie wyjdzie, że zielona zasłona tym razem się nie otworzy, a to niby spotkanie, właśnie przeżywane, nie zakończy się żadnym, choćby jednym, jedynym, najdelikatniejszym dotykiem. Że na dobrą sprawę, to spotkanie wcale się nie zaczęło, chociaż pomimo tego, a może właśnie dzięku temu, będzie teraz zawsze trwać. I że nie trzeba już będzie nigdzie wracać.

A Kolumbia? Jest, zaczęła się. Rozpoczęła się spotkaniami i zapewne spotkaniami się zakończy. Jedziemy obdarowywani, jak to zazwyczaj w drodze, częstowani owocami, ciastkami, zapraszani na chwilę rozmowy, albo na kilka dni, jak choćby przez Mario i jego żonę Maricel, których nieprawdopodobnie szczodrej gościnności mogłem po raz kolejny doświadczyć. W wyjątkowo komfortowych warunkach mogliśmy odpocząć po wyczerpującym, dziesięciodniowym odcinku Quito-Cali, a na pożegnanie dostaliśmy kawiarkę, co by już zaprzestać kontynuowania profanacji i nie używać skarpetki do zaparzania wyjątkowo aromatycznej, kolumbijskiej kawy.

kawa ze skarpety (2)

Żeby tylko nie stracić tej uważności, o czym we wspomnianej przeze mnie radiowej audycji mówił profesor Piłat. Bo dzięki niej, dzięki temu skupieniu, odpowiedniemu nakierowaniu umysłu tak naprawdę postrzegamy świat. I nawet jeśli profesor ma rację, kiedy mówi, że jeśli zbyt intensywnie przeżywamy chwilę, to „jakby nas ubywa, cała nasza osoba rozpływa się w tym przeżyciu. Nie dlatego, że czas upływa, tylko dlatego, ze tam zostawiliśmy całą najlepszą stronę siebie”, więc nawet jeśli to prawda, to cóż z tego? Przecież nie byłoby nic piękniejszego, gdyby to było możliwe spalić się na koniec jasnym płomieniem, po którym pozostanie czysty, biały popiół.

Halina Poświatowska, poetka, która z racji swojej choroby wyjątkowo intensywnie przeżywała życie, (tego „kochanka, który chce odejść”), w jednym ze swoich wierszy napisała, „w spalaniu musi być sens, inaczej niczym jest rozżarzony popiół”. Ale jaki i gdzie? Zresztą, czy to ważne? Czy nie lepiej nie szukać, nie wiedzieć i w tej niewiedzy pozostać?