Proza podróżna

„Stopniowo nabrałem przekonania, że znam świat, albo przynajmniej dużą część świata. I wyobrażałem sobie, że dobrze znam też ludzi. Ludzie mianowicie mają tę właściwość, że nastręczają się ochoczo, gdy się do nich jedzie, a gdy się przyjechało, żeby nie korzystać z ich gościnności, dosłownie przypierają tą swoją gościnnością człowieka do muru. I jak nieprzystępne okolice zwykły, by tak rzec, hojnie darzyć mnie niechęcią, tak też niemili ludzie z wręcz wzruszającą szczerością objawiali się jako niemili. Odkąd jednak […] siedzę na jednym miejscu, w tej tawernie u rogu ulic, której nie opuszczam, nauczyłem się powoli dostrzegać niekompletność mojej dawniejszej znajomości świata i ludzi. Na jednym rogu ulic spokojnej dzielnicy dzieje się tak wiele, tyle dziwnych i zwyczajnych spraw, jak na całym świecie, a ja lepiej je poznaję. I kiełkuje we mnie kompromitujące dla obieżyświata podejrzenie, że tubylcy w krajach, które kiedyś odwiedzałem, poznali mnie lepiej niż ja ich. Kto siedzi na jednym miejscu dużo widzi. A ktoś, kto jest ciągle w drodze – co taki mógł zobaczyć?” Joseph Roth „Proza podróżna”

Kiedy ostatnio tak bardzo cieszyłem się, opuszczając jakiś kraj i wjeżdżając do kolejnego, nie pamiętam. Może wtedy, gdy po raz pierwszy udałem się na krótką wycieczkę do ówczesnej NRD? Może nigdy wcześniej, a tak intensywne uczucie zadowolenia, związane z samym faktem przekroczenia granicy, działające niby kojący, polaotański kompres udzieliło mi się po raz pierwszy, trudno powiedzieć.  

Jestem w Kambodży. Dotarłem nieco po czasie, albo inaczej – w niedoczasie. Wjechałem w czasie przetrzymanym, takim, co zakrzywił się tylko dla mnie i na nowo ruszył dopiero wraz z pojawieniem się rudej kotki, która wynurzywszy się z fragmentu gruchającej, rozpalonej upałem kambodżańskiej nocy, przeciągnęła się polepionym futrem po mojej nieprzyzwoicie spoconej łydce, czym zwieńczyła szczęśliwe załatwienie wszelkich wizowych formalności.  

Biały budynek graniczny ze stojącym przed nim mężczyzną pojawił się za kolejną górką, o wiele później niż myślałem, ale jeszcze przed zapadnięciem zmroku, choć już zaczynałem się niepokoić, czy aby naprawdę jadę właściwą drogą.

Pogranicznik stał na pustym placu i machał do mnie przyjaźnie, wskazując na zegarek i mówiąc coś, czego znaczenie, dosłownie i w przenośni, dotarło do mnie dopiero, gdy zsiadłem z roweru.

– Osiemnasta dwie. Spóźniłeś się dwie minuty. Zamknięte. Jutro przyjedź – powtórzył chyba po piąty raz, a może i szósty, słusznie odczytawszy z mojej twarzy, że nie mogę zrozumieć jego słów. W pierwszej chwili wydawało mi się, że się przesłyszałem. Ale mężczyzna pukał palcem w zegarek i powtarzał, że dziś już dalej nie pojadę.

– Dwie minuty? Jak to dwie minuty?? Dwie minuty temu zamknięto granicę? No dobrze, ale pan tutaj jest. Nie mógłbym po prostu dostać stempla do paszportu?

– Mógłbyś, ale nie wpuszczą cię po drugiej stronie. Granica z Kambodżą też otwarta jest tylko do osiemnastej. Zresztą, jak dziś przystempluję Twój paszport, to jutro Khmerowie będą się czepiać. Zrobią ci problem, przyjedź rano.

Oparłem rower o ścianę i usiadłem zrezygnowany na ziemi. Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Nagle, przekroczenie umownej linii na mapie stało się jakimś wyolbrzymionym przeze mnie samego wyczynem, niedostępną potencjalnością, która tego dnia nie miała się ziścić. I już nawet nie chodziło o to, że moja laotańska wiza w paszporcie kończyła się dziesiątego i następnego dnia musiałbym zapłacić karę. Po prostu od kilku dni myśl o znalezieniu się poza Laosem i widok siebie nocującego w namiocie na terytorium nowego państwa wydawał mi się tak oczywisty, że niespełnienie tego wyobrażenia byłoby jednoznaczne z utratą czegoś niemal cielesnego i naprawdę istotnego. Nie, nie chciałem i nie mogłem zostać na kolejną noc w Laosie. Nie. Tę noc musiałem spędzić w Kambodży.

Siląc się na spokój i próbując w jak najbardziej kulturalny i przekonujący sposób przekonać do siebie mężczyznę, udało mi się go nakłonić, aby zadzwonił i zapytał, czy może jednak da się coś zrobić. Przecież minęło dopiero pięć minut od zamknięcia kambodżańskiej strony. Może jeszcze ktoś tam jest?

I stał się cud. Laotański pogranicznik otworzył budynek, uruchomił komputer, po czym po chwili ostemplował mój paszport pieczątką wyjazdową. Dziękowałem co najmniej dziesięć razy.

Baw pen yang, nie ma sprawy – usłyszałem, wkładając do sakwy otrzymaną na odchodne kiść bananów.

A w Internecie w wielu miejscach można przeczytać, że laotańsko-kambodżańska granica taka straszna jest. Że próby łapówek, że wyłudzenia, że opieszali celnicy, że chaos i nieporządek.

I ten Laos, na który tak narzekałem. Na koniec podarował mi kiść bananów i mały worek kleistego ryżu, który tak polubiłem. Podziękował, że przyjechałem. Tak mi dokładnie powiedział pogranicznik.

– Dziękuję, że przyjechałeś. Przyjedź kiedyś jeszcze.   

Po drugiej stronie już na mnie czekali. Wypełnienie wniosku, pieczątka i wszystkie formalności trwały nie więcej jak dziesięć minut.

– Witamy  w Kambodży!

Sto metrów za szlabanem zatrzymałem się na posiłek. Dlaczego nie znalazłem żadnej relacji w Internecie mówiącej, że na granicy można zjeść tak pyszną zupę? I że w restauracji mieszka ruda kotka? I że do pierwszej, większej kambodżańskiej miejscowości Stung Treng wcale nie jedzie się przez żadne „pustkowie”, a co chwilę mija się wioski. Nie trzeba więc martwić się na zapas, co robić, jeśli coś niedobrego stanie się po drodze. Nie ma potrzeby ciągnąć zapasów jedzenia z Pakxe, bo po drodze są jadłodajnie. I mangowce. Na samym mango można śmiało te niecałe siedemdziesiąt kilometrów przejechać.  

W Stung Treng zatrzymałem się na trzy noce. W miasteczku, które tak nieprzyjemnie opisywane jest w internetowych relacjach, znajduje się fantastyczny bazar, pełen najróżniejszego jedzenia, które już samo w sobie byłoby smaczne, ale w zestawieniu ze spalonymi, laotańskimi szaszłykami i ryżowym makaronem w wodzie, za zasadzie kontrastu jawi się jako absolutna uczta dla podniebienia. 

Trzy dni zachodziłem na bazar, w to samo miejsce, do tej samej pani, u której jadłem śniadanie, obiad i kolację. Nie wiem, co będzie dalej, ale jedzenie w Stung Treng było przepyszne. Podobnie jak Birmie, podawane w miseczkach i garach, do których można i nawet należy zajrzeć, aby wybrać to, na co akurat mamy ochotę. Po laotańskiej kurzej diecie, posusze żywieniowej i jednostajnym menu, myślałem, że dostanę nie tylko oczo, ale zapacho i smakopląsu.

Pani, której imienia nie poznałem, choć próbowałem się dopytać, a którą w myślach nazywałem ciocią Józefiną, codziennie serwowała inny zestaw warzyw, owoców i mięsa. Sprzedawała te same produkty, ale za każdym razem inaczej podane i różnie przyprawione. Najbardziej przypadł mi do gustu kurczak w ananasie z pieczonym bakłażanem, papryką, rozdrobnionymi orzechami ziemnymi, sezamem i czymś jeszcze, co smakowało jak pleśniowy ser, a okazało się kawałkami sfermentowanej ryby. 

Siedziałem przy stole, w towarzystwie uśmiechających się do mnie Khmerów, potakiwałem głową na znak spoufalenia, chociaż zupełnie nie wiem, co do mnie mówili, ale dogadywaliśmy się na płaszczyźnie wzajemnego zainteresowania. Na tej domniemanej nitce zaciekawienia zbliżaliśmy się do siebie.      

Trudno powiedzieć dlaczego, ale znów jest mi dobrze. I bynajmniej, nie chodzi tylko o lepsze jedzenie i przyjaźniej nastawionych do mnie ludzi. Czuję się tu właściwiej umocowany, lepiej określony. „Kto siedzi na jednym miejscu dużo widzi. A ktoś, kto jest ciągle w drodze – co taki mógł zobaczyć?”, pisze Joseph Roth w książce „Proza podróżna”. Nie zatrzymałem się w mieście na dłużej, jadę dalej. Pewnie znów niewiele zobaczę, znów popiszę o niczym. Bo w zasadzie co tu można jeszcze dodać?

Jestem, żyję, mam co zjeść, mam co pić, jestem zdrowy, jadę rowerem, który potrafię wprawić w ruch dwiema zdrowymi nogami, a ludzie odwzajemniają uśmiechy. I tyle. 

Niedługo wracam. Ale zanim powrócę, jeszcze się chwilę pounoszę. W pełne dni, w puste noce. Polatam w słońcu. Przecież rowerowanie to niemal jak latanie. 

„Bo jazda rowerem to trochę takie latanie tuż nad ziemią, inny stan skupienia, czasem męka, ale znacznie częściej błogość, jak piękny sen. I to właściwie chciałem napisać od początku, od pierwszego dnia. To jest najważniejsze, co chciałem napisać o jechaniu rowerem. Wszystko, co było wcześniej i później, to tylko dygresje i zawracanie głowy. Więcej już nie powtórzę tej frazy, a ona była najważniejsza.” Piotr Cieplak „O niewiedzy w praktyce”.

Laos. Infra

„6tk, szósta teza kota, mówi więc, że Księga nie jest po to,by stworzyć Całość, lecz po to, by rozmieniać ją na drobne, nawet na drobniutkie, by zbierać w nieskończoność okruchy, które z niej pochodzą, choć nie są podobne do całości, tak jak okruchy meteorytu nie odzwierciedlają wprost całego jego bloku” M.Bieńczyk „Kontener”

Niemal za każdym razem, gdy opuszczam jakiś kraj i zbliżam się do jego granicy, budzi się we mnie niepokój, tym większy, jeśli wjechanie do kolejnego wiąże się z zaistnieniem w nim po raz pierwszy. Często pojawia się również żal za poprzednim, trochę już poznanym, nieco przyswojonym, w którym człowiek zaczął się w miarę odnajdywać i dość swobodnie poruszać. Nostalgia, że trzeba go będzie za moment zostawić, a przecież nigdy nie wiadomo, czy nie na zawsze.

Nie mogę więc zaprzeczyć, że również i tym razem, gdy zbliżam się do granicy laotańsko-kambodżańskiej, jest we mnie niepewność, pewne rozdrażnienie, rozchwianie myśli, związane ze znalezieniem się w nowym, nieznanym sobie miejscu, z tą jednak różnicą, że żadnego przygnębienia w tym nie ma, melancholia nie zatruwa myśli, a jeśli pojawia się cień tęsknoty, to nie jako gorycz i rzewne smętki za minionym, ale potęgujące się z każdym dniem, wyczekiwane coraz silniej definitywne pożegnanie z Laosem.

Tydzień temu wyjechałem ze stolicy, Wientian. Fidrygałka uleciała w chmury i zostawiła mnie samego z Rafinerią (która, nawiasem mówiąc, w tym roku kończy osiemnaście lat). Przejechałem kolejne setki kilometrów, ciągle licząc, że napiszę o Laosie coś więcej, coś pozytywnego, ale niestety, niewiele mam do dodania.

Spędziłem w tym kraju dwa miesiące z poczuciem przemożnego wyobcowania, niedopasowania, nieciągłości, albo inaczej – „nieistotności”, podkradając termin od Marka Bieńczyka z jego tekstu, opublikowanego w magazynie „Książki”, a odnoszącego się do twórczości Milana Kundery. Człowiek czuje się tutaj „nieistotny”. Posuwam się do stwierdzenia, że „nieistotność” jest podstawą tożsamości większości osób podróżujących po Laosie, wykluczając być może tych, którzy swój kontakt z tym krajem ograniczyli do kilku głównych miast i turystycznych atrakcji, dzięki czemu nie musieli zaprzątać sobie głowy żadnymi „nieistotnościami”.

O zdystansowaniu Laotańczyków w kontaktach z obcym już pisałem. Przez kolejne tygodnie nic się w tej materii nie zmieniło. Pomijając sporadyczne spotkania z dziećmi i kilkoma starszymi osobami, z nikim w drodze nie rozmawiałem, a jeśli już, to nie były to żadne konwersacje, a zwykłe próby znalezienia noclegu albo zakupienia jedzenia.

Nawiązując do tego ostatniego – podstawę mojej diety w Laosie stanowiły banany (dziennie pochłaniałem całą kiść), jabłka, pomidory, gotowane jajka (do laotańskiego jaja balut, z uformowanym zarodkiem kurczaka w środku jednak nie mogłem się przekonać), ryż ze spalonym szaszłykiem, kurza kość obciągnięta ścięgnami i skórą, noodle soup, czyli woda z makaronem, kawałeczkami mięsa i odrobiną zieleniny (która bez dodania obowiązkowo stojących na stołach schemizowanych ulepszaczy smaku, pozostanie ryżowym makaronem w wodzie) i kupowane w sklepach tajskie, rybne konserwy. W przydrożnych wioskowych sklepach można też kupić sproszkowane „chińskie” zupki, ale na szczęście, niemal zawsze alternatywą dla nich pozostaje podawany z plecionych koszyczków lepiący ryż, nawiasem mówiąc – bardzo smaczny. 

W drodze często nie dosypiałem, co na pewno wpływało na rozdrażnienie, ale proszę mi uwierzyć – trudno spać w rozdzierających bębenki dźwiękach wydobywanych z wyćwiczonych gardeł współzawodniczących ze sobą w całonocnym pianiu armii kogutów, przy których środkowoamerykańskie kukuryki to zaledwie leniwe, senne kołysanki.

Odkąd jechałem bez towarzystwa Fidrygałki niemal codziennie hamowałem zapędy podjudzonych moim skąpym, rowerowym strojem transwestytów, podchodzących z butelką piwa Laobeer, które z jednej strony usprawniało ich zdolności językowe, (artykułowane wyznaniem miłości i powtarzanym kilkakrotnie zwrotem sleep, sleep, ok?), a z drugiej niwelowało dystans i jednocześnie, co usłyszałem od sprzedającego szaszłyki lady boya, nadbudowywało poczucie szczęścia.

– Laotańczycy często chodzą smutni, bo trosk im nie brakuje. Ale jak się zapytasz, to ci powiedzą, że są bardzo szczęśliwi. Muszą zatem pić dużo piwa, żeby naprawdę tak się poczuć.    

Może nie ma się czemu dziwić. Niewiele mają do zaoferowania jako naród, a historycznie i kulturowo nie wyróżniają się zbytnio, szczególnie jeśli zestawić ich kraj z sąsiadami. Nie ma tu ani takich turystycznych atrakcji, jak w Kambodży (Angkor), ani Wietnamie (kosmopolityczny Sajgon, królewska stolica Hue) czy choćby Tajlandii i Birmie, które w ogóle przecież stanowią odrębne jednostki kulturowe, o Chinach już nie wspominając. 

To może dałoby się oprzeć własną tożsamość na poczuciu szczęścia? Może to główny, jeśli nie jedyny narodowy towar eksportowy? Podobno Laotańczycy to jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie. Jeśli istnieją państwa, w których epatuje się martyrologią i cierpieniem, to znajdzie się miejsce i na takie, gdzie wspólnotę ukształtuje otwarcie, a może i szczerze wyznawane poczucie szczęścia.

Czy Laotańczycy są szczęśliwi? Nie mnie oceniać. Trzeba by tu dłużej pobyć, pomieszkać, nauczyć się języka, zapuścić korzenie. Mówiąc bardzo eufemistycznie, nie czułem się dobrze w tym kraju. Może dlatego, bo nie jestem Laotańczykiem? Może powinienem inaczej na wszystko spojrzeć? Czyżby to było aż takie proste? Źle patrzyłem? To może i oni patrzą inaczej? Tam gdzie ja niczego nie dostrzegałem, ukrywała się magia i tajemnica? Jak na zdjęciach w podczerwieni. Przecież na co dzień widzimy tylko niewielki, dość wąski zakres całego widma. Było za gorąco, za jasno, za ciężko, za pstrokato, nieco za fioletowo i zbyt różowo, a rozpalone słońce przesłaniało rozsądek, zalewało światłem nawet to, co ludzkie oko powinno było w stanie dojrzeć. 

Nie przeczę, niektórzy byli blisko. Ci chłopcy, od których zieloną kratkę dostałem, te starsze panie tkające na krosnach, wesele, na którym nas z Fidrygałką spili, a kilka dni temu zaproszenie do gry w kator, będącej laotańskim odpowiednikiem birmańskiego chinlone. Nadeszło nagle, ni stąd, ni zowąd, niespodziewanie, a przecież gorąco było, ciężko, wyraźnie jak zawsze. Ale choć językowo byliśmy nawzajem totalnie spętani, wszystko zadziało się zadziwiająco łatwo, z uśmiechem, otwarcie.

Podjechałem, aby zrobić zdjęcie. Zaprosili mnie gestem. Trzech młodych chłopców. Graliśmy krótko, może z godzinę. Nadciągała burza, pokazali, że mogę nocować pod szkołą. Następnego dnia była sobota, nie musiałem się więc przejmować zbyt wczesną pobudką, mogłem spać do woli, a rankiem pozwiedzać sąsiednie budynki, pospacerować spokojnie po salach, popatrzeć, usiąść w ławce, potem za biurkiem, zacząć mówić, choćby i do siebie, bo dziwnie tak samemu być w pustej klasie, trochę jak w pustym kościele. Nikogo nie widać, a coś się unosi, coś się czuje. 

Gdy rozłożyłem namiot, pytali, czy jadłem, czy piłem, czy czegoś nie potrzebuję. Przynieśli butelkę wody i ryż. Słońce zaszło za horyzont, zrobiło się ciemno. Nie zapalałem latarki, wioska wyciszyła się, jakby ktoś stłumił wszystkie dźwięki. Wyciągnąłem karimatę, usiedliśmy obok siebie i jedliśmy lepki ryż. Zakres widma zniwelował się niemal do zera. A wzrok błądził, wirował, aż się w głowie kręciło, tyle się widziało.  

Przecież wcale nie potrzeba magicznych dodatków. Nie potrzeba żadnego światła, nawet tego widzialnego, by w każdym obcym, każdym innym dostrzec drugiego człowieka.

 

Laos. Niewi(a)domo

‚czekam

na siłę

nadchodzi

nie zabiera

a wsiada we mnie

i wyrywa

od środka

w straszną odwrotność’ 

Miron Białoszewski ‚Podstarzałość’

Pisałem całkiem niedawno, że dyskurs podróżny jest albo dyskursem erotycznym, albo nie ma go wcale. Ale co zrobić, jeśli droga nie zachwyca? Nic nie mówić? Przemilczeć? Nic nie pisać? I dlaczego z góry zakładać, że ma zachwycać? Co to w ogóle znaczy – „że droga za serce i duszę chwyta”? 

Od ponad miesiąca włóczymy się z Fidrygałką po Laosie. Niby niewiele to czasu, ale z drugiej strony całkiem sporo, aby wyrobić sobie własne zdanie o odwiedzanym miejscu. O kraju. Oczywiście zdanie bardzo subiektywne i powierzchowne, a do tego odnoszące się do tej sfery doświadczeń, która pozostaje najbliższa naszej formie podróżowania, czyli do kontaktów z drugim człowiekiem. Proszę Państwa, wzdragam się przed napisaniem tego zdania od kilku tygodni, z trudem przekonując samego siebie, że kogoś nasza opinia w ogóle obchodzi, ale wszystkim potencjalnym zainteresowanym donoszę, że Laos niestety nas nie zachwyca. 

„Obfitość waszych ras i języków jest bogactwem danym wam przez Boga, znakiem dla tych, którzy myślą” – mówi Koran. Znów przebywamy w kraju, w którym poruszamy się po omacku, prawie jak niewidomi, nie znając języka, niewiele wiedząc o samych Laotańczykach. A zatem skoro się tutaj z jakichś względów znaleźliśmy, skoro wybraliśmy ten właśnie, a nie inny kraj za cel kolejnego etapu wędrówki, chętnie dowiedzielibyśmy się czegoś, nauczyli, próbowali podpatrzyć, jak żyć, jak być. Ale w Laosie, z nielicznymi wyjątkami, niemal nikt nie chce z nami rozmawiać. Podchodzimy, pozdrawiamy po laotańsku, zbliżamy na ile potrafimy do człowieka, pytamy, ale niezmiernie rzadko ktoś na nas spojrzy, rzadko odpowie.

Raz przypadkiem trafiliśmy na wesele, ale długo na nim nie zabawiliśmy, raz zaproszono nas do szkoły, gdzie odgrywaliśmy role nauczycieli, dwa razy podeszły do nas dzieci. I w zasadzie tyle ze spotkań. Nic więcej.

Wrażenie pewnej pustki, bądź jałowości, nie tylko w sferze socjalnej, ale również kulinarnej, a nawet krajobrazowej odczuliśmy zaraz po przekroczeniu granicy, ale ciągle powtarzaliśmy sobie, że najwidoczniej niepotrzebnie porównujemy, może zbyt wiele oczekujemy, zamiast cieszyć się tym, co jest. Ale radości nie ma. Czegoś ciągle brak. Jak u Białoszewskiego, w wierszu ‘Roztopienie się we mnie cytatu’:

powiedziałem swojemu weselu CIESZ SIĘ

                                                i zawsze jest sto kilometrów

                                                ode mnie do siebie

                                                                drugie 100 do

                                                rozkazu sobie

                                                                trzecie do

                                                stosowania się wedle rozkazu

                                                                                                tak

                                                                                                że i tak 

                                                                                                cud

                                                                                 że się słyszy

Pozdrowienia słyszymy, trudno zaprzeczyć. Dzieci wesoło machają, krzyczą falang, falang, biały, biały, podobnie jak polskie dzieci krzyczałyby murzyn, murzyn, gdyby zobaczyły na rowerach parę Afrykańczyków przejeżdżających koło ich domu. Wystarczy się jednak zatrzymać, aby pierzchły, gdzie pieprz rośnie. Dorośli natomiast niezmiennie pozostają zdystansowani. A jeśli już się zdarzy, że kogoś nasza obecność zainteresuje, to zerknie ukradkiem, słowa nie powie i zaraz odejdzie. Zbliżamy się więc sami, ale dystansu to nie zmienia. Mur pozostaje. Zdarza się, że rude koty go przeskoczą i rozkładając się ufnie na kolanach, w oczy spojrzą.

Ten obojętny stosunek Laotańczyków do innego ma swoje dobre strony. Rozbijając się wieczorem nad rzeką, czy obok szkoły możemy być niemal pewni, że nikt nie nadejdzie cichcem nocą i nie będzie nas budził, ani w jakikolwiek inny sposób przeszkadzał. Ale przecież, pomijając jazdę rowerem, poznawanie miejsc, czy podziwianie krajobrazu, jesteśmy tu przede wszystkim po to, aby pobyć bliżej człowieka. Chciałoby się od czasu do czasu porozmawiać, nawet jeśli wspólny zasób słownictwa skończy się na kilku słowach. Zrobić coś razem. Albo i nic nie robić, po prostu najzwyczajniej w świecie przysiąść na murku, na ławce, spojrzeć na siebie, pouśmiechać. Niestety. Smutno mi to pisać, ale jak do tej pory, nasze kontakty z Laotańczykami opierają się głównie na nieobecności.

A jednak i w Laosie zdarzają się zakrzywienia. Zachwyty, które w nieco wyjałowionej z bliskości rzeczywistości tym silniej oczarują i jaśniej rozbłysną. Wybuchną, jak okrzyk po zdobyciu zwycięskiej bramki.

Zaproponowali wspólną grę jednym słowem. Football. A właściwie trzema, football i fat boy, choć te dwa ostatnie nie odnosiły się do mnie, ale do jedynego z całej wioskowej gromady otyłego chłopca, który, jak się niebawem okazało, został obstawiony na znienawidzonej przez wszystkich odtrącanych chłopców świata pozycji podawacza wyrzucanych poza boisko piłek.

Nie kojarzyli Polski, nie znali Lawandowskiego, ale brakowało jednego do zespołu, bo fat boy przecież grał nie będzie, a dziewczynie głupio proponować. Fidrygałka wzięła więc aparat i filmowała, kiedy ja biegałem po zadaszonym, betonowym placu i próbowałem trafić do bramki. Najpierw wcelowałem nie do tej, co trzeba. Moi współgracze z drużyny prawie się popłakali i bynajmniej, wcale nie było im do śmiechu. Upewniwszy się, gdzie mam strzelać, zrehabilitowałem się w trójnasób.

Nigdy nie przepadałem za piłką. Ani jako gracz, ani tym bardziej kibic. A tu wkręciło mnie na całego. Może dlatego, bo całkiem dobrze mi szło. A człowiek raczej lubi, jak mu dobrze w czymś idzie. I proszę, nigdy bym nie przypuszczał, że piłka nożna tak łączy ludzi, a jednocześnie, jest w stanie tak silnie dowartościować. Pozytywnie do życia nastawić. Myśli tęczowo ubarwić.

W kiwaniu mnie ogrywali, ale nadrabiałem wzrostem i szybkością. Gdy wynik poszybował do 5:1, zawodnicy przeciwnej drużyny zaczęli rozkładać się na betonie i jęcząc z niby bólu, udawali poturbowanych. Jeden z tamtych podszedł do mnie i wręczył czerwoną kartkę. Moi protestowali, ale na niewiele się to zdało. Zszedłem z boiska i wtedy dostałem kolejną kartkę. Zieloną. Co ona miała znaczyć, nie mam pojęcia.

Siedzieliśmy potem wspólnie na trawie. Kilku chłopców i kilka dziewczynek. Rozmawialiśmy ze sobą we własnych językach. Słowa się unosiły, ciała huśtały od uśmiechów, spojrzenia się wymieniały, w powietrzu ze sobą zderzały, trudno było wzrokiem za wszystkim nadążyć, a co dopiero myślami.

Ciągnęli nas nad rzekę, ale odmówiliśmy i ruszyliśmy wieczorem do miasta. Jakoś smutno było odjeżdżać.

Nie wiem, co pozostawiliśmy po sobie. Może nic, a może coś. Chciałoby się wiedzieć, że jednak coś. Że w tym podróżowaniu, które mawiam często, że jest po nic, to chociaż ten mecz na laotańskim, betonowym boisku niósł jakieś znaczenie. Że był po coś.

Nawet jeśli zupełnie niewi(a)domo po co.

 

Laos. Ogród zielony w zimie.

„Są rzeczy, które dzieją się same, są podróże, które zaczynają się i kończą we śnie, i są podróżnicy, którzy odpowiadają na bełkotliwe wezwanie własnego niepokoju.” Olga Tokarczuk „Bieguni”

Czy można pisać i opowiadać o podróży w sposób obiektywny? Gdyby przyjąć, pomijając stopień zaangażowania świadomości, że bycie w drodze sprowadza się do mniej bądź bardziej mimowolnego kolekcjonowania wrażeń i gromadzenia doświadczeń, to jakikolwiek ton dyskursu dotyczącego podróży musi sprowadzać się do opisu wysoce subiektywnych przeżyć i emocji, obojętnie – porywająco-ekstatycznych, nieciekawych, nijakich, czy choćby i mniej łaskawych, nieprzychylnych, złych. Choć tych ostatnich to raczej nikt nie zechce wysłuchać. A o nie przecież najłatwiej, jak ponad sześćdziesiąt lat temu pisał Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”:

„Nie sztuka jest być pesymistą, uniwersalność gówna jest rzeczą najłatwiejszą do zauważenia, prawdziwym honorem jest umieć zaprzeczyć wszechpotężnemu doświadczeniu. Lecz w tej obłędnej panoramie, jakby zaprojektowanej przez imbecyla, któremu wytłumaczono indeterminizm, ciągle natknąć się można na ciepłe letnie przedpołudnia w pachnącej trawie, na długie pływanie z głową w zielonej wodzie, nawet na koleżeństwo, nawet na precyzje wniosku, nawet na rozrzewniającą ironię, nawet na lojalność uczuć, nawet na olśniewającą wątpliwość. Czyli na urodę życia.”

Od dwóch tygodni jesteśmy z Fidrygałką w Laosie. I w zasadzie tyle, nic więcej. Niczego tu nie szukamy, nie oczekujemy, nawet mapy ze sobą nie mamy. To po co właściwie tam pojechaliście, ktoś zapyta. Bardzo słuszne pytanie, na które niestety, nie udzielę satysfakcjonującej odpowiedzi. Najchętniej odpowiedziałbym „po nic”, ale zakładam, że taka replika mało kogo zadowoli. To może powrócę do Tyrmanda i powiem, że przyjechaliśmy obserwować „urodę życia”, cokolwiek autor miał na myśli. Tyle, że aby ją tutaj dostrzec, trzeba się nieźle nagimnastykować. A zatem wysilę się nieco bardziej i dodam – przyjechaliśmy do Laosu, aby pojeździć rowerem. Jak u Piotra Cieplaka w książce „O niewiedzy w praktyce”: „Jechać rowerem. To cud. To prostsze niż życie. Wystarczy równo oddychać. A jeszcze łatwiej, jak się o oddechu zapomni.”

Naprawdę chciałbym Państwu coś więcej o tym Laosie opowiedzieć, ale ja nic nie wiem, poza tym, że jadę rowerem. Pedałuję, obserwuję, podśpiewuję pod nosem, spoglądam w niebo, jem banany, czasem splunę, odpocznę, ludziom w oczy spojrzę, jeśli tylko sczepią się na moment nasze spojrzenia.

„Mój świat jest moim światem

nie mogę go przed wami otworzyć

A gdybym nawet opisał

te posągi dwunastu miesięcy

schowane w gęstej zieleni

to każdy z was zobaczy

inną zieleń

posąg inny

i nie taką zieleń”

J. Iwaszkiewicz Ogród zielony w zimie. 

Czyli może lepiej zamilknąć? Skoro i tak nie mam nic sensownego do przekazania, nawet jeśli czasem wydaje mi się, że jest inaczej. Może wybrać milczenie i odmawiać tym, co się historii domagają. Może rację ma Włóczykij, złoszcząc się na tych, co się dopytują: „Dlaczego nie pozwolą mi nigdy zachować moich wspomnień o wędrówkach tylko dla siebie? Czy nie mogą zrozumieć, że gadaniem niszczą wszystko? Jeśli im opowiadam, to potem nic nie zostaje. Pamiętam tylko swoje własne opowiadanie, kiedy staram się przypomnieć sobie, jak było”. 

A jednak nie mogę przestać. Może trochę za mało mam w sobie z Włóczykija. Piszę. Piszę o niczym, ale nie mogę się pohamować. Coś mnie napędza. Z rzadka, bo z rzadka, ale pcha. Kolejna książka niemal gotowa. Krótka, ale prawie jest. Najchętniej bym ją jeszcze dopieścił, popoprawiał, coś dopisał. Ale w końcu trzeba postawić ostatnią kropkę. Inaczej będę poprawiał w nieskończoność. Bez pełnej satysfakcji z osiągniętego efektu. Trzeba skończyć. Choćby dla własnego zdrowia psychicznego. Ale bardziej dla innych. Dla siebie się przecież nie pisze. 

Być może to pewien rodzaj zadurzenia. Nawet nie uzależnienia, ale zadurzenia. W podróżowaniu i w opowiadaniu. Kiedyś głównie mówiłem, nadal dużo mówię, ale od kilku lat pojawiła się we mnie potrzeba pisania. Pokraczna to zachcianka, ekshibicjonistycznie wygląda, zresztą jak większość rzeczy w moim w życiu, ale inaczej nie potrafię. A jak zadurzenie, to przecież musi być otwarcie, przejrzyście. Inaczej o miłości pisać i mówić się nie da.  

Parafrazując fragment książki Dariusza Czai „Pasaże Barokowe”, w którym cytuje on Rolanda Barthesa, napisałbym, że podróż „nie podpada pod żaden metajęzyk, lecz tylko pod dyskurs wartościujący, pochwalny: pod dyskurs miłosny.” Niech autor książki wybaczy mi zastąpienie słowa „muzyka”, słowem „podróż”, ale czytając poniższy akapit, naprawdę nie mogłem pozbyć się uczucia komplementarności: „W praktyce oznacza to, że poważne mówienie o [podróży], na pewnym poziomie wyklucza obiektywizm. Nie da się nazwać jej esencji w najbardziej nawet precyzyjnym i wyrafinowanym języku formalnym. Inaczej mówiąc: dyskurs [podróżny] albo jest dyskursem erotycznym, albo nie ma go wcale.”

I dalej: „Różnice kulturowe i język nie stanowią żadnych barier w rozumieniu czegoś, co jest nam wszystkim tak fundamentalnie wspólne. To jest tak, jak gdyby linie polifonicznego dzieła snuły się jak przenikające się wzajemnie opowieści, które podążają za podobnymi ścieżkami, raz łącząc się, innym razem rozchodząc, jak gdyby świat był nie tylko sceną, ale złożonym utworem opartym na kontrapunkcie.”

Podróż jako złożony utwór oparty na kontrapunkcie. Mniej bądź bardziej świadome wzajemne zaistnienia. Kogoś dla mnie i mnie dla kogoś. W jednej, wyjątkowej przestrzeni, miejscu i czasie.

To jeszcze z tej samej książki Jordi Savall: „Wydaje się, że w sztuce właściwą drogę można odnaleźć szukając jedynie głosu intuicji. Dopiero kiedy w pełni zapanujemy nad techniką, usiłując jednocześnie zapanować nad naszymi wadami, napięciem i dążeniem do przedstawiania samych siebie w jak najkorzystniejszym świetle, do zrobienia kariery, zaakceptujemy siebie i nie będziemy musieli wygłaszać codziennych peanów na cześć własnej gry. Wtedy po prostu gramy muzykę”.

Może tak powinno się podróżować. Ufając wewnętrznym głosom intuicji. Zapominając o tym, co przyniesie droga. Nie myśląc, co będziemy mieć z niej do opowiedzenia, przedstawienia, pokazania, zyskania. Bez wygłaszania peanów na cześć własnego przeżywania, zdobywania, zaliczania, bez podkreślania czegokolwiek, bez eksponowania osiągniętego celu. Nawet, jeśli podróż miałaby się stać zaledwie „wieczną tułaczką po złudzeniach, ciągłą dezercją z własnej teraźniejszości”, jak pięknie pisał Marek Bieńczyk o Nervalu w książce „Jabłko Olgi, stopy Dawida”.

Podróżujmy, obserwujmy, rozmawiajmy z ludźmi, uśmiechajmy się do siebie. Rowerem, kajakiem, na piechotę, czymkolwiek wreszcie. Nie zawłaszczajmy jednej, wytyczonej dla siebie ścieżki, nie posiadajmy jednej, tej właściwej wersji podróżowania. A tym, co zechcą słuchać, opowiadajmy, opowiadajmy o swoich podróżach. Tych z celem, czy bez celu, krótkich, długich, dalekich, czy bliskich, ze wsparciem, czy bez, powtarzając do znudzenia frazę, że podróżowanie jest szukaniem baśni, a w niej – zbliżaniem do drugiego człowieka i jednocześnie powracaniem do samego siebie.

Świata i tak nie zmienimy. Trapią go ważniejsze problemy. Świat co innego ma na głowie, niż nasze mniej bądź bardziej udane opowieści o „posągach dwunastu miesięcy schowanych w gęstej zieleni”. Ale kto wie, może się zdarzyć, że dzięki naszym słowom, zdjęciom i rozbudzonym dzięki nim emocjom – choć na moment kogoś uśmiechniemy i pokolorujemy sny.

„[…] W rytualnym powtarzaniu, trwałym powtarzaniu, w kolejnych próbach powtarzania jest głęboki sens. Bo w istocie to nigdy nie jest powtórzenie, zawsze jest na nowo, zawsze jadę rowerem na nowo i zawsze jakieś inne ziarenko piasku chrzęści w trybach. Jak chrzęści, to znaczy, że Ziemia jeszcze istnieje, a jak chrzęst słyszę, to i ja istnieję.”

Birma. Stany nieoczywistości.

 

„Nabrać dystansu do mediów i czarnej dziury mediów społecznościowych. Poznawać sąsiadów, tych z domu, ulicy, miasta, wioski i kraju obok. I tych dalszych. Wspierać się (…) Czytać, leniuchować, spacerować. Kultywować odpoczynek. Nie mieć jednej opowieści o świecie, bo taka nie istnieje. Znać drzewa i ptaki. Tęsknić za utopią. Dokładać do niej swoje kamyczki i gałązki. Patrzyć, dotykać, wąchać. Nie celować, nie strzelać, nie bić, nie obrzucać wyzwiskami. Śnić. Żyć. Być. Bez amen.” Roman Kurkiewicz 

Podobno podróż pozbawiona jest potoczności. Wyzbyta z monotonii i obca przeciętności mogłaby stanowić przeciwieństwo prozy życia, gdyż ta, dla odmiany, opiera się zazwyczaj na niedostrzegalnych, rzadko pamiętanych i niewzbudzających szczególnej uwagi drobiazgach. „Codzienność jest bowiem rzeczywistością podwójnie umykającą. Przetacza się ku nieistnieniu i przejawia w niezauważalności”, jak pisze Joanna Brach-Czajna w książce „Szczeliny istnienia”.

To prawda, że w drodze raczej nie ścielimy łóżek po przebudzeniu. Nie prasujemy koszul, nie sprzątamy ubikacji, nie myjemy naczyń, nie ścieramy kurzu z mebli, nie pierzemy firanek, nie odkurzamy dywanów, nie wychodzimy z psem, nie skrobiemy zamarzniętej szyby samochodu, nie kosimy trawnika, nie widzimy codziennie tych samych twarzy i miejsc, nie popadamy w rutynę powtarzalności, która sprawia, że dni umykają jeden za drugim, nie pozostawiając po sobie niemal żadnych śladów. 

A jednak podróż posiada swoją własną codzienność. Również i bycie w drodze wypełnia rutyna i powtarzalność, choć nieco „innego sortu”. Jak pisał Piotr Cieplak w książce „O niewiedzy w praktyce”: „Bo poza przyjemnościami i chandrami, chwiejnością pogody i filozofii, siłą i zmęczeniem, pozostaje jednak jeszcze robota do zrobienia, kilometry do przejechania. Swoją drogą to cudownie proste, jednak prostsze niż w życiu. Główna część dnia, główna treść trzydziestu jeden dni wyprawy do Lizbony, główne etapy, polegały zwyczajnie na przejechaniu możliwie najdłuższej drogi. Zwyczajne fizyczne zasuwanie. Zupełnie nic szczególnego. Brak danych. Czasem chałwa sięgnięta z tylnej kieszeni, u dołu koszulki. Bidon z wodą. Rozprostowanie pleców jako jedyna atrakcja na całą godzinę. Smarkanie, odsik. I tyle.”

Podróży, jak widać, również nie obce jest zmęczenie, frustracja, czy zniechęcenie. Tyle, że tę podróżną jednostajność bardzo często wypełniają zdarzenia niezwykłe, o wysokim stopniu nieprzewidywalności i sporej dawce bajkowości, które przez swoją wyjątkowość, a jednocześnie ulotność i krótkotrwałość przyciągają uwagę, na długo odciskają ślad w głowie i „nie przetaczają się w nieistnieniu”.

Podobnie jak codzienność zdaje się być zaledwie tłem dla niezwykłości, cały trud drogi jawi się niby niedopowiedzenie tego, co wydarzy się za kolejnym zakrętem. Wystarczy się zatrzymać. Rozejrzeć. A nawet nic nie robić, po prostu być. Czas sam z siebie resztę dopowie.

Nadchodził wieczór i rozglądaliśmy się już za miejscem do spania. Kilka godzin wcześniej opuściliśmy Bago, kierując się na wschód, w stronę granicy z Tajlandią. Godzinę wcześniej nieco utknęliśmy, gdyż podpatrywaliśmy kopiących piłkę chłopców. Niby nic szczególnego, a jednak. Grali w chinlone – liczący ponad tysiąc pięćset lat tradycyjny sport birmański, będący połączeniem tańca i sportów walki.

Poruszający się po okręgu zespół sześciu graczy (choć istnieje styl „tapandaing” wykonywany przez kobiety solistki) podaje do siebie piłkę głównie za pomocą kopnięć, ale również klatki piersiowej, ramion, bądź głowy, do momentu, aż znajdzie się na ziemi. Piłka staje się wtedy „martwa” i gra rozpoczyna się od nowa. W chinlone ma zwycięzców, ani przegranych, gdyż zespoły nie walczą przeciwko sobie, a współpracują, aby jak najdłużej utrzymać piłkę w powietrzu. Najważniejszy jest styl i technika.

Najchętniej przyłączylibyśmy się do gry i po zmroku rozbili namiot na sąsiadującym z boiskiem placu. Niestety. Wspominałem o tym w poprzednich wpisach, ale nadmienię raz jeszcze, że jeśli chodzi o zakwaterowanie, w Birmie strategia „na żywca” nie działa. Nie można po prostu zatrzymać się i zanocować w przydrożnym rowie, łące, czy pod drzewem, albo zapytać kogoś o pozwolenie rozbicia namiotu na podwórku. Prawo stanowi wyraźnie. Turysta ma obowiązek spędzić noc w hotelu i to nie w jakimkolwiek, ale takim, który posiada licencję na przyjmowanie zagranicznych turystów (choć kilka razy udało nam zatrzymać w noclegowniach dla tubylców, np. w miejscowościach Myothit i Taungoo). Co jednak zrobić, gdy najbliższy hotel znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej?

Jeśli przyjechaliśmy do Birmy z większą ilością gotówki i możemy sobie pozwolić na wydanie trzydziestu, czy czterdziestu dolarów za pokój, nie musimy się niczym przejmować. Wystarczy ostentacyjnie rozbić się na polu, placu, bądź w jakimkolwiek miejscu publicznym. W przeciągu kwadransa zjawi się policja i odstawi nas gdzie trzeba. Jeśli budżet mamy skromniejszy, pozostają klasztory.

Tym razem jednak żadnej świątyni w zasięgu wzroku nie było, krzaki nie wyglądały na tyle zachęcająco, aby próbować się w nich niezauważalnie schować, a zupełnie nie byliśmy w nastroju na podejmowanie nocą mundurowych gości. Dwa dni wcześniej, kiedy po dwudziestej pedałowaliśmy do Bago, zatrzymały się przy nas dwa policyjne radiowozy. Na pace jednego z nich, między kilkoma funkcjonariuszami upchnięto rowery, sakwy i dwóch wystraszonych Amerykanów. Odwożono ich do hotelu. Nie zdążyli nawet rozbić namiotu. Na szczęście policja nie upierała się, aby nas ściągać z drogi, odwożąc przy tym w odpowiednie miejsce, tak więc zakwaterowanie w mieście mogliśmy wybrać sobie sami.

Zrobiło się późno, a jednocześnie ciemno, głodno i coraz mniej przyjemnie. Koniec końców, pewnie próbowalibyśmy przespać się w krzakach, gdyby nie nagłe pojawienie się jadłodajni. I nauczyciela. Wtedy się zaczęło. Tąpnięcie. Zagęszczenie zdarzeń.     

Nawet nie pamiętam, czy mężczyzna podszedł, gdy już zamówiliśmy posiłek, czy najpierw nas zaczepił, a dopiero potem usiedliśmy do stołu. Tak czy inaczej, pół godziny później mieliśmy zapewniony nocleg w buddyjskim klasztorze, znajdującym się kilometr dalej w wiosce Nyaung Kha Shay.

– Policja nic o was nie wie, ale sołtys i mnich się zgodzili. Rok temu próbowałem pomóc australijskiemu rowerzyście, ale policja nie wyraziła zgody i odwiozła go aż do Bago, więc teraz się nie pytam, bo wstyd – dodał z lekkim uśmiechem.     

Główny mnich zdecydował, że nauczyciel ma spać razem z nami. Trudno powiedzieć, czy mężczyznę to ucieszyło, czy też wręcz przeciwnie, bowiem z jego twarzy niczego nie dało się wyczytać. Powiedział tylko, że musi „uprzedzić żonę, że dziś śpi w świątyni”. 

Rankiem poczęstowano nas birmańskim przysmakiem, czyli sałatką z liści herbaty w oleju sezamowym, zwaną laphet, podaną z warzywami, orzeszkami, suszonymi krewetkami i czosnkiem, po czym pojechaliśmy do jadłodajni na herbatę. Z niemałym trudem udało nam się wymigać od zjedzenia oferowanego przez nauczyciela śniadania, czyli zupy i ryżu z dodatkami, choć nie do końca byliśmy pewni, czy naszego gospodarza przekonał argument, że nie jadamy obiadu przed rozpoczęciem pedałowania. Poranek zwieńczyła wizyta w lokalnej szkole, gdzie wraz z Fidrygałką opowiedzieliśmy nieco o sobie, o naszej drodze i o Polsce.

Chwilę po pożegnaniu podróż na nowo wkroczyła w swoją codzienność i przyjęła kierunek w stronę kolejnego tąpnięcia i czekającego za kolejnym zakrętem zakrzywienia. Ale to akurat jest mniej istotne. Co ma być, to będzie. O wiele istotniejsze wydaje mi się to, co pozostało.

Jaki świat zostawiliśmy po sobie w głowach tych, z którymi zetknął nas los? Czy choćby po części odwdzięczyliśmy się za całe ciepło i gościnę, jaką otrzymaliśmy? Jak będą nas pamiętać? Bo przecież będą. Bardzo możliwe, że nawet dłużej niż my ich. I kto tutaj komu bardziej zakrzywił codzienność?  

Birma wysoko postawiła poprzeczkę. Trudno będzie teraz nie porównywać dopowiadanych do tej podróży historii z tymi, jakie były naszym udziałem zaledwie kilka tygodni wcześniej w Mjanmie. Wjechaliśmy do Laosu. W nowe stany nieoczywistości, kto wie, czy nie większe. Ale o nich następnym razem.

Birma. Szczeliny istnienia.

 

„To, co nas spotyka, jest tylko małym wycinkiem zdarzeń zachodzących w świecie, więc niczego nie należy odrzucać, bo i tak w ciasnym, zewsząd ograniczanym obszarze bytowania niewiele dane jest nam doświadczyć. Zatem wszystko, co się zdarza i co czynimy, pozostaje przyjmować z podziwem. (…) Przecież każdemu dany jest jedynie fragment świata ograniczony krótkim łańcuchem czasu, miejsca, okoliczności, własnych sił wreszcie. Każdemu dana jest chwila. Objawiona w szczelinie istnienia. J. Brach-Czajna „Szczeliny istnienia” 

Najpierw usłyszeliśmy muzykę, dopiero po chwili zobaczyliśmy, skąd dochodzi. Przejechaliśmy powoli wzdłuż szkolnego boiska, przechwytując zza niewysokiego płotu kilka zaciekawionych spojrzeń i gdyby nie skierowany w naszą stronę gest mężczyzny, który wyraźnie zapraszał nas do środka, zapewne nie zatrzymalibyśmy się wcale, nie przeszli przez bramę, tylko sunęli dalej w palącym słońcu, w stronę miejscowości Bago.

Zeszliśmy z rowerów i zbliżywszy się nieśmiało do machającej przyjaźnie postaci, wymieniliśmy birmańskie powitanie mingalaba – słowo pochodzące z języka palijskiego, które znaczy tyle co „pomyślności”. Pierwsze lody zostały przełamane i w męskiej, nieco chwiejnej asyście, weszliśmy na teren szkoły.

Przed ustawionymi w kilkunastu rzędach krzesłami, wypełnionymi po brzegi odświętnie ubranymi ludźmi, na niewielkim, zadaszonym podwyższeniu odbywała się jakaś uroczystość. Zostawiliśmy rzeczy pod bramą i podeszliśmy w stronę sceny. Niestety, jak się za moment okazało, zbyt blisko. Chociaż bardzo chcieliśmy tego uniknąć, nasze pojawienie się wzbudziło ogromne, niekłamane zainteresowanie. 

Choć podróżowaliśmy po Birmie od trzech tygodni, wciąż nie mogliśmy się przyzwyczaić do zamieszania, jakie niemal wszędzie sprawialiśmy swoją obecnością. Zamieszania o tyle krępującego, że obie strony nie do końca wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć. Owszem, oni mówią i my mówimy, ale wspólne słownictwo kończy się na kilku zdaniach. Potrafimy po birmańsku się przywitać, zamówić herbatę, zapytać, czy jedzenie jest pikantne, pożegnać się i tyle. Reszta to domysły. Podchody.

Najchętniej pozostalibyśmy niewidzialni, bardzo możliwe, że oni również. Pojawia się człowiek i nagle tworzy się pewna intymna przestrzeń, która albo nas zbliży do siebie albo nie. Nigdy nie wiadomo, jak przebiegnie spotkanie, nigdy nie da się go dokładnie przewidzieć. Nawet, jeśli staramy się wyjść poza własne przyzwyczajenia, gdy próbujemy nie porównywać, nie wartościować, nie oceniać, nie zwracać uwagi na obrzydliwie wyglądające, ciemnoczerwone plamy śliny na ziemi (i proszę, nie mogłem się powstrzymać od negatywnie nacechowanego epitetu), to i tak nie wiadomo, czy zostaniemy zaakceptowani. Maseczka na twarzy, tanaka, niewiele tu pomoże. Choćbyśmy dali się wymalować tym białożółtym pudrem z drzewa tanaka, używanym do ochrony przez słońcem, to przecież i tak na kilometr widać, że nie jesteśmy stąd. To my jesteśmy inni.

W audycji radiowej programu II polskiego radia z 29.12.2018, profesor Leder mówi, że w „gościnności” najważniejsza jest właśnie inność:

„[Jest to punkt wyjścia] do pierwszej istotnej myśli Derridy, którą czerpie od Manuela Levinasa, gdzie słowo „gość” i „inność” są połączone i inność jest tu najważniejsza. Tzn. przybycie gościa jest zawsze spotkaniem z „innym”. Ta inność jest w filozofii Levinasa źródłem naszego człowieczeństwa. To znaczy to, na ile potrafimy wykroczyć poza siebie, poza swoją tożsamość, przyzwyczajenia, codzienność i spotkać się z innym, ale właśnie z tym, co jest w nim zaskakujące, co nie jest powtórzeniem naszej własnej tożsamości. Levinas nazywał to nieskończonością, czymś, co czyni nas ludźmi.”

Nie upłynęło dziesięć minut, kiedy zaciągnięto nas do pierwszego rzędu i przedstawiono dyrektorce. Przypadkiem trafiliśmy na zakończenie roku szkolnego. Pół godziny później zaproszono nas na półoficjalny poczęstunek, ale najciekawsza część widowiska dopiero miała się rozpocząć. Część artystyczną przewidziano na godzinę siedemnastą.

W międzyczasie trochę porozmawialiśmy, na tyle, na ile pozwalała znajomość języka. Ale bariera lingwistyczna nie jest główna przeszkodą w kontaktach z Birmańczykami. Tym, co najczęściej powoduje nieporozumienie jest z jednej strony szeroko rozumiana wstrzemięźliwość w kontaktach z obcokrajowcami (włączając oficjalny zakaz przyjmowania ich pod swój dach), jak i coś, czego odpowiednika trudno byłoby szukać w polskiej kulturze. Mam tutaj na myśli typowo birmańską osobliwość, która nazywa się… Ana. Jest to pewna właściwość, czy też wartość, bardzo silnie determinująca zachowanie, kształtująca relacje interpersonalne i przenikająca nie tylko codzienne interakcje społecznie, ale nawet świat polityki.

Ana wyraża się poprzez bardzo silne zahamowania (powściągliwość, unikanie, wahanie) w kontaktach z obcym z obawy, że można go urazić, sprawić, że straci twarz, albo poczuje się zakłopotany. Dla typowego Birmańczyka cudzy interes i dobre samopoczucie będą o wiele ważniejsze niż jego własne samozadowolenie. Co więcej, szczerość i bezpośredniość uważane są za zachowania agresywne i prowadzące do konfrontacji.

Do dziś więc nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy, czy nasza obecność tak naprawdę ucieszyła grono pedagogiczne, czy też wręcz przeciwnie. Być może stanowiliśmy nawet personae non gratae, ale nikt nam tego nie zakomunikował, nikt słowem niczego nie powiedział, nie dał po sobie poznać choćby dyskretnym gestem, bo wszystkim włączyła się ana

Dziecięce tańce rozpoczęły się dopiero po osiemnastej. W międzyczasie poczęstowano nas betelem.   

Jadąc jakąkolwiek drogą w Birmie, czy idąc chodnikiem, dość szybko zwrócą naszą uwagę zalegające niemal wszędzie ciemnoczerwone plamy. To pigment z wypluwanego betelu. W Birmie żują wszyscy: dzieci, młodzież, dorośli, starsi ludzie.

Czym jest betel? To używka z liści pieprzu żuwnego, zwanego też betelowym (Piper betle), w który zawinięte są nasiona palmy areki (rośliny pochodzącej z Filipin, ale uprawianej na obszarze całej tropikalnej Azji i wyspach Pacyfiku), sproszkowane mleko wapienne (zmniejszające kwasowość śliny, co pozwala na uwolnienie działających na układ nerwowy alkaloidów, powodujących uczucie oszołomienia) oraz dodatki, takie jak cynamon, kardamon, tytoń, a bywa, że do betelu dodaje się heroinę, bądź kokę.

Zawinięty liść wkłada się w usta i żuje. Po chwili puszcza czerwony sok, którego trzeba się pozbyć, stąd nagminne odchrząkiwanie i spluwanie gdzie popadnie. Zaczernione zęby widoczne w niejednym uśmiechu są skutkiem ubocznym nadmiernego spożywania używki. 

Jeśli chodzi o nazwę, polskie słowo betel pochodzi z łacińskiej nazwy jednego ze składników używki, czyli z liścia. Wiele języków posiada swoje własne nazwy, będące zazwyczaj wariacją paan, natomiast w Birmie betel nazywany jest kwun-ya, (wymawia się to [kóːn.jà], z przedłużonym „o” w środku słowa). 

Ponieważ orzechy areki i liście pieprzu betelowego zawierają wiele substancji wykazujących działanie pobudzające, psychotropowe (np. arekolinę), czy antybakteryjne (eugenol, cyneol), betel od wieków wykorzystywany był jako środek poprawiający humor, trawienie i zabijający pasożyty. Co więcej, w niektórych miejscach na świecie do dziś używany jest jako waluta, o czym można przeczytać choćby w książce „Seks, betel i czary” Aleksandry Gumowskiej: „Tradycyjnie za pierwszy seks dziewczynie trzeba zapłacić kiścią betelu”.

Pod szkołą, gdzie czekaliśmy na przedstawienie, betel stał się zaledwie neutralnym elementem interakcji, ale i tak skuł mnie porządnie. Być może to moje nienawykłe do jego podejrzanych składników receptory zareagowały odurzająco, podkręcone wydobywającą się z głośników psychodeliczną muzyką. Swoją drogą, zawiniątko tak mi smakowało, że zamiast je wypluć, to się zapomniałem i całość połknąłem. 

Bawiliśmy się doskonale i najchętniej zostalibyśmy na imprezie do końca. Niestety. Około dwudziestej zjawił się tak zwany Oficer Imigracyjny i za pośrednictwem jednego z nauczycieli przekazał, że musimy się z terenu szkoły zabierać i udać do hotelu, znajdującego się, nomen omen, czterdzieści pięć kilometrów dalej. 

W książce „Życie to chwila jawy”, we fragmencie dotyczącym Birmy, Janusz Poniewierski cytuje nieżyjącego już polskiego dziennikarza Tadeusza Jagodzińskiego:

„Profesor jest byłym wykładowcą, z pochodzenia Szanem (to spokrewniona z Tajami mniejszość etniczna, zamieszkująca pogórze na wschodzie kraju). Mówi płynną, choć nieco staroświecką angielszczyzną wyniesioną ze szkół prowadzonych przez misjonarzy. „Z poznawaniem Birmy jest jak ze ślepcami ze starej przypowieści buddyjskiej – wyjaśnia mi cierpliwie. – Trzech ślepców postawiono przed słoniem i kazano określić, co to takiego. Pierwszy dotknął nogi i był przekonany, że to kolumna wspaniałej budowli. Drugi, namacawszy ogon, stwierdził, że ma przed sobą węża. A trzeci próbował objąć brzuch, ale nie mógł, więc uznał, że to kula ziemska”.

Czy chce przez to powiedzieć, że musiałbym tu spędzić pół życia, żeby cokolwiek pojąć? „To też – odpowiada rozbawiony. – Ale przede wszystkim chodzi o to, żeby mieć oczy szeroko otwarte i ogarniać całość”.

Od trzech tygodni jesteśmy w Tajlandii, Birma pozostała ciepłym wspomnieniem. Czy byliśmy w niej odpowiednio uważni? Czy mieliśmy wystarczająco szeroko otwarte oczy? Choć od słońca trzeba je było często zmrużyć, to mam nadzieję, że tak, choć nie mnie to oceniać.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, powiedział lis do Małego Księcia. Gdyby odnieść to stwierdzenie do podróżowania, można by napisać, że istota podróży zasadza się na tym, czego nie da się o niej opowiedzieć. A wszystko, czego doświadczyliśmy, jeśli się nie przyśniło, to zaledwie się zdawało. Dopowiedziałbym do tego, cytując Stany nieoczywistości Urszuli Kozioł: „Jeszcze mi nie bądź, Jeszcze mi się zdawaj”.

Niektóre piękne chwile chciałoby się przeżyć raz jeszcze. Bywają też takie, które się przeżywa, choć tak naprawdę, dopiero się wydarzą. 

Jeszcze mi nie bądź. Jeszcze mi się zdawaj.

   https://www.yamamotomasao.jp/