Birma. Szczeliny istnienia.

 

„To, co nas spotyka, jest tylko małym wycinkiem zdarzeń zachodzących w świecie, więc niczego nie należy odrzucać, bo i tak w ciasnym, zewsząd ograniczanym obszarze bytowania niewiele dane jest nam doświadczyć. Zatem wszystko, co się zdarza i co czynimy, pozostaje przyjmować z podziwem. (…) Przecież każdemu dany jest jedynie fragment świata ograniczony krótkim łańcuchem czasu, miejsca, okoliczności, własnych sił wreszcie. Każdemu dana jest chwila. Objawiona w szczelinie istnienia. J. Brach-Czajna „Szczeliny istnienia” 

Najpierw usłyszeliśmy muzykę, dopiero po chwili zobaczyliśmy, skąd dochodzi. Przejechaliśmy powoli wzdłuż szkolnego boiska, przechwytując zza niewysokiego płotu kilka zaciekawionych spojrzeń i gdyby nie skierowany w naszą stronę gest mężczyzny, który wyraźnie zapraszał nas do środka, zapewne nie zatrzymalibyśmy się wcale, nie przeszli przez bramę, tylko sunęli dalej w palącym słońcu, w stronę miejscowości Bago.

Zeszliśmy z rowerów i zbliżywszy się nieśmiało do machającej przyjaźnie postaci, wymieniliśmy birmańskie powitanie mingalaba – słowo pochodzące z języka palijskiego, które znaczy tyle co „pomyślności”. Pierwsze lody zostały przełamane i w męskiej, nieco chwiejnej asyście, weszliśmy na teren szkoły.

Przed ustawionymi w kilkunastu rzędach krzesłami, wypełnionymi po brzegi odświętnie ubranymi ludźmi, na niewielkim, zadaszonym podwyższeniu odbywała się jakaś uroczystość. Zostawiliśmy rzeczy pod bramą i podeszliśmy w stronę sceny. Niestety, jak się za moment okazało, zbyt blisko. Chociaż bardzo chcieliśmy tego uniknąć, nasze pojawienie się wzbudziło ogromne, niekłamane zainteresowanie. 

Choć podróżowaliśmy po Birmie od trzech tygodni, wciąż nie mogliśmy się przyzwyczaić do zamieszania, jakie niemal wszędzie sprawialiśmy swoją obecnością. Zamieszania o tyle krępującego, że obie strony nie do końca wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć. Owszem, oni mówią i my mówimy, ale wspólne słownictwo kończy się na kilku zdaniach. Potrafimy po birmańsku się przywitać, zamówić herbatę, zapytać, czy jedzenie jest pikantne, pożegnać się i tyle. Reszta to domysły. Podchody.

Najchętniej pozostalibyśmy niewidzialni, bardzo możliwe, że oni również. Pojawia się człowiek i nagle tworzy się pewna intymna przestrzeń, która albo nas zbliży do siebie albo nie. Nigdy nie wiadomo, jak przebiegnie spotkanie, nigdy nie da się go dokładnie przewidzieć. Nawet, jeśli staramy się wyjść poza własne przyzwyczajenia, gdy próbujemy nie porównywać, nie wartościować, nie oceniać, nie zwracać uwagi na obrzydliwie wyglądające, ciemnoczerwone plamy śliny na ziemi (i proszę, nie mogłem się powstrzymać od negatywnie nacechowanego epitetu), to i tak nie wiadomo, czy zostaniemy zaakceptowani. Maseczka na twarzy, tanaka, niewiele tu pomoże. Choćbyśmy dali się wymalować tym białożółtym pudrem z drzewa tanaka, używanym do ochrony przez słońcem, to przecież i tak na kilometr widać, że nie jesteśmy stąd. To my jesteśmy inni.

W audycji radiowej programu II polskiego radia z 29.12.2018, profesor Leder mówi, że w „gościnności” najważniejsza jest właśnie inność:

„[Jest to punkt wyjścia] do pierwszej istotnej myśli Derridy, którą czerpie od Manuela Levinasa, gdzie słowo „gość” i „inność” są połączone i inność jest tu najważniejsza. Tzn. przybycie gościa jest zawsze spotkaniem z „innym”. Ta inność jest w filozofii Levinasa źródłem naszego człowieczeństwa. To znaczy to, na ile potrafimy wykroczyć poza siebie, poza swoją tożsamość, przyzwyczajenia, codzienność i spotkać się z innym, ale właśnie z tym, co jest w nim zaskakujące, co nie jest powtórzeniem naszej własnej tożsamości. Levinas nazywał to nieskończonością, czymś, co czyni nas ludźmi.”

Nie upłynęło dziesięć minut, kiedy zaciągnięto nas do pierwszego rzędu i przedstawiono dyrektorce. Przypadkiem trafiliśmy na zakończenie roku szkolnego. Pół godziny później zaproszono nas na półoficjalny poczęstunek, ale najciekawsza część widowiska dopiero miała się rozpocząć. Część artystyczną przewidziano na godzinę siedemnastą.

W międzyczasie trochę porozmawialiśmy, na tyle, na ile pozwalała znajomość języka. Ale bariera lingwistyczna nie jest główna przeszkodą w kontaktach z Birmańczykami. Tym, co najczęściej powoduje nieporozumienie jest z jednej strony szeroko rozumiana wstrzemięźliwość w kontaktach z obcokrajowcami (włączając oficjalny zakaz przyjmowania ich pod swój dach), jak i coś, czego odpowiednika trudno byłoby szukać w polskiej kulturze. Mam tutaj na myśli typowo birmańską osobliwość, która nazywa się… Ana. Jest to pewna właściwość, czy też wartość, bardzo silnie determinująca zachowanie, kształtująca relacje interpersonalne i przenikająca nie tylko codzienne interakcje społecznie, ale nawet świat polityki.

Ana wyraża się poprzez bardzo silne zahamowania (powściągliwość, unikanie, wahanie) w kontaktach z obcym z obawy, że można go urazić, sprawić, że straci twarz, albo poczuje się zakłopotany. Dla typowego Birmańczyka cudzy interes i dobre samopoczucie będą o wiele ważniejsze niż jego własne samozadowolenie. Co więcej, szczerość i bezpośredniość uważane są za zachowania agresywne i prowadzące do konfrontacji.

Do dziś więc nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy, czy nasza obecność tak naprawdę ucieszyła grono pedagogiczne, czy też wręcz przeciwnie. Być może stanowiliśmy nawet personae non gratae, ale nikt nam tego nie zakomunikował, nikt słowem niczego nie powiedział, nie dał po sobie poznać choćby dyskretnym gestem, bo wszystkim włączyła się ana

Dziecięce tańce rozpoczęły się dopiero po osiemnastej. W międzyczasie poczęstowano nas betelem.   

Jadąc jakąkolwiek drogą w Birmie, czy idąc chodnikiem, dość szybko zwrócą naszą uwagę zalegające niemal wszędzie ciemnoczerwone plamy. To pigment z wypluwanego betelu. W Birmie żują wszyscy: dzieci, młodzież, dorośli, starsi ludzie.

Czym jest betel? To używka z liści pieprzu żuwnego, zwanego też betelowym (Piper betle), w który zawinięte są nasiona palmy areki (rośliny pochodzącej z Filipin, ale uprawianej na obszarze całej tropikalnej Azji i wyspach Pacyfiku), sproszkowane mleko wapienne (zmniejszające kwasowość śliny, co pozwala na uwolnienie działających na układ nerwowy alkaloidów, powodujących uczucie oszołomienia) oraz dodatki, takie jak cynamon, kardamon, tytoń, a bywa, że do betelu dodaje się heroinę, bądź kokę.

Zawinięty liść wkłada się w usta i żuje. Po chwili puszcza czerwony sok, którego trzeba się pozbyć, stąd nagminne odchrząkiwanie i spluwanie gdzie popadnie. Zaczernione zęby widoczne w niejednym uśmiechu są skutkiem ubocznym nadmiernego spożywania używki. 

Jeśli chodzi o nazwę, polskie słowo betel pochodzi z łacińskiej nazwy jednego ze składników używki, czyli z liścia. Wiele języków posiada swoje własne nazwy, będące zazwyczaj wariacją paan, natomiast w Birmie betel nazywany jest kwun-ya, (wymawia się to [kóːn.jà], z przedłużonym „o” w środku słowa). 

Ponieważ orzechy areki i liście pieprzu betelowego zawierają wiele substancji wykazujących działanie pobudzające, psychotropowe (np. arekolinę), czy antybakteryjne (eugenol, cyneol), betel od wieków wykorzystywany był jako środek poprawiający humor, trawienie i zabijający pasożyty. Co więcej, w niektórych miejscach na świecie do dziś używany jest jako waluta, o czym można przeczytać choćby w książce „Seks, betel i czary” Aleksandry Gumowskiej: „Tradycyjnie za pierwszy seks dziewczynie trzeba zapłacić kiścią betelu”.

Pod szkołą, gdzie czekaliśmy na przedstawienie, betel stał się zaledwie neutralnym elementem interakcji, ale i tak skuł mnie porządnie. Być może to moje nienawykłe do jego podejrzanych składników receptory zareagowały odurzająco, podkręcone wydobywającą się z głośników psychodeliczną muzyką. Swoją drogą, zawiniątko tak mi smakowało, że zamiast je wypluć, to się zapomniałem i całość połknąłem. 

Bawiliśmy się doskonale i najchętniej zostalibyśmy na imprezie do końca. Niestety. Około dwudziestej zjawił się tak zwany Oficer Imigracyjny i za pośrednictwem jednego z nauczycieli przekazał, że musimy się z terenu szkoły zabierać i udać do hotelu, znajdującego się, nomen omen, czterdzieści pięć kilometrów dalej. 

W książce „Życie to chwila jawy”, we fragmencie dotyczącym Birmy, Janusz Poniewierski cytuje nieżyjącego już polskiego dziennikarza Tadeusza Jagodzińskiego:

„Profesor jest byłym wykładowcą, z pochodzenia Szanem (to spokrewniona z Tajami mniejszość etniczna, zamieszkująca pogórze na wschodzie kraju). Mówi płynną, choć nieco staroświecką angielszczyzną wyniesioną ze szkół prowadzonych przez misjonarzy. „Z poznawaniem Birmy jest jak ze ślepcami ze starej przypowieści buddyjskiej – wyjaśnia mi cierpliwie. – Trzech ślepców postawiono przed słoniem i kazano określić, co to takiego. Pierwszy dotknął nogi i był przekonany, że to kolumna wspaniałej budowli. Drugi, namacawszy ogon, stwierdził, że ma przed sobą węża. A trzeci próbował objąć brzuch, ale nie mógł, więc uznał, że to kula ziemska”.

Czy chce przez to powiedzieć, że musiałbym tu spędzić pół życia, żeby cokolwiek pojąć? „To też – odpowiada rozbawiony. – Ale przede wszystkim chodzi o to, żeby mieć oczy szeroko otwarte i ogarniać całość”.

Od trzech tygodni jesteśmy w Tajlandii, Birma pozostała ciepłym wspomnieniem. Czy byliśmy w niej odpowiednio uważni? Czy mieliśmy wystarczająco szeroko otwarte oczy? Choć od słońca trzeba je było często zmrużyć, to mam nadzieję, że tak, choć nie mnie to oceniać.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, powiedział lis do Małego Księcia. Gdyby odnieść to stwierdzenie do podróżowania, można by napisać, że istota podróży zasadza się na tym, czego nie da się o niej opowiedzieć. A wszystko, czego doświadczyliśmy, jeśli się nie przyśniło, to zaledwie się zdawało. Dopowiedziałbym do tego, cytując Stany nieoczywistości Urszuli Kozioł: „Jeszcze mi nie bądź, Jeszcze mi się zdawaj”.

Niektóre piękne chwile chciałoby się przeżyć raz jeszcze. Bywają też takie, które się przeżywa, choć tak naprawdę, dopiero się wydarzą. 

Jeszcze mi nie bądź. Jeszcze mi się zdawaj.

   https://www.yamamotomasao.jp/

Birma. Rozbłyski

 

„Rozbłyski. Nieoczekiwane, pośród najbardziej zwykłej zwyczajności, w dzień taki jak wszystkie, kiedy nuda, lekki niepokój i umiarkowane zainteresowanie budzą się i łączą ze sobą, pojawia się raptowny przebłysk, jedna z tych chwil, kiedy coś –  obraz, zapach, myśl, spojrzenie, wspomnienie, miejsce, nawet jakaś osoba – rozkwita i wszystko na parę minut, na godzinę, zyskuje wspaniałość: rozbłyski. Gdybym mógł wygłaszać podobne kwestie, powiedziałbym, że chodzi o coś takiego: o szukanie, oczekiwanie, wymuszanie owych rozbłysków” M. Caparros „Księżyc. Od nowiu do nowiu”

Zaczęło się z spektakularnie. Birma powitała nas zawrotnym, albo inaczej – zawracającym falstartem, zupełnie nieoczekiwanie zastąpionym popisowym wylotem, przewracającym cały misterny plan naszej marszruty do góry nogami, a jednocześnie przywracającym nadzieję, że przejedziemy więcej niż piętnaście kilometrów i pobędziemy w Mjanmie nieco dłużej niż jeden dzień.   

Z wyrobioną w Tajlandii wizą przekroczyliśmy bezproblemowo granicę, po czym wjechawszy do miasteczka Tachileik udaliśmy się prosto do banku, aby wymienić pieniądze. Powitano nas ukłonami, jeszcze przed wejściem do budynku. Zaczął ochroniarz, po nim otwierająca drzwi pracownica, a następnie kilkoro umundurowanych mężczyzn, ubranych w długie spódnice, niebieskie koszule i rozczłapane klapki japonki. Poddaliśmy się teatralnej rozbiegówce i złożywszy dłonie, dzieliliśmy się głębokimi pochyleniami ciała, wymieniając dyplomatyczne uśmiechy, a jednocześnie próbując dopytać się, czy moglibyśmy nabyć birmańską walutę. Niestety, w banku numer jeden nie było pieniędzy i odesłano nas do drugiego, gdzie prolog wyglądał identycznie, ale wizyta tym razem została zwieńczona sukcesem, uzewnętrznionym wypchaną reklamówką banknotów o nominale dziesięciu tysięcy kyatów (w wymowie – „cziatów” ), wręczonych nam przez uniżenie kłaniającego się mężczyznę.

W znajdującej się nieopodal jadłodajni zjedliśmy posiłek i z pełnym brzuchem, a przy tym w doskonałym nastroju ruszyliśmy na północ. Wiedzieliśmy, że droga z Tachileik może być zamknięta dla turystów. Tak mówił Internet. Ale Internet mówi różne rzeczy, to raz, a dwa – lubię wszystko sprawdzić sam, nawet jeśli wiem, że mogę przy tym nieźle się sparzyć.

Zawrócili nas na piętnastym kilometrze, na drugim punkcie kontrolnym. Z przepraszająco wyglądającą miną, policjant w klapkach japonkach tłumaczył nam łamanym angielskim, że bardzo mu przykro, ale nie może nas przepuścić. Radził wrócić do Tajlandii i tam wyrobić pozwolenie na dalszą podróż, albo pojechać na birmańskie lotnisko w Tachileik i zmienić środek transportu na samolot.

Jechaliśmy tą samą drogą, oglądając ten sam krajobraz, patrząc na te same wymalowane twarze siedzących przy drodze i ciepło pozdrawiających nas osób, ale uśmiechy pogasły, entuzjazm przepadł, siły odeszły, a nogi z trudem naciskały na pedały. Przez kolejne kilkanaście kilometrów w mojej głowie przelewało się mnóstwo myśli, które zlewały się w jedno uczucie. Smutku. Nawet nie złości, żalu, czy zdenerwowania. Najzwyklejszego smutku. I może trochę niezrozumienia. Że dlaczego nie mogę jechać dalej? Kto zabronił? Z jakiego powodu? Kto postawił niewidoczne zasieki i zdecydował za mnie na co mogę patrzeć, a na co nie? Kogo spotkać mi nie wolno i czego nie wolno doświadczyć?

Przejeżdżaliśmy obok lotniska, kiedy usłyszałem głos Fidrygałki, sugerującej zajechać. Najpierw odmówiłem, ale za chwilę pomyślałem, że skoro jesteśmy tak blisko, to może nie zaszkodzi sprawdzić. Nie bardzo wiedziałem, co mielibyśmy sprawdzić, ale coś pchnęło nas w dobrą stronę.  

Lotnisko wyglądało jak zaniedbany dworzec autobusowy, bądź kolejowy. Podjechaliśmy bliżej i od tego momentu świat skondensował i zagęścił zdarzenia tak silnie, że kiedy myślę o pierwszej dobie spędzonej w Birmie wydaje mi się, że w ciągu dwudziestu czterech godzin upchnął się w niej co najmniej tydzień. Nie, nie wydaje mi się. Naprawdę w jedną dobę świat wcisnął tydzień zdarzeń.

Za niewielkie pieniądze kupiliśmy (a właściwie ja kupiłem, włączając wypisywanie danych osobowych do komputera, przelew i drukowanie) dwa bilety na lot do Mandalay linią Myanmar Airlines, choć na niemal pustej hali lotniska walczyła o nas jeszcze konkurencja – KBZ i Yangon Airlines. Panowie z obsługi nie tylko pomogli spakować rowery w przyniesione ze śmietnika kartony, ale nie policzyli nic za nadbagaż (a mieliśmy razem szesnaście pakunków), dodając na koniec, już po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia, że „zapraszają ponownie i dziękują, że skorzystaliśmy z ich linii”. 

Czternastu pasażerów trwającego godzinę lotu obsługiwało pięć stewardess, co kwadrans donosząc jedzenie i picie. W Mandalay dwaj mężczyźni przynieśli na ramionach nasze rowery i kilka godzin później jechaliśmy nocą przez ruchliwe miasto szukając miejsca do spania. W Birmie z noclegami jest problem. Po pierwsze, nocowanie na dziko, bądź na czyimś podwórku jest nielegalne, po drugie – hotele mają kilkakrotnie wyższe ceny dla białych turystów. Wszechwiedzący internet nie podpowiedział jednak o istnieniu małej luki w systemie – buddyjskie świątynie.  

Birma zupełnie nas oszołomiła. Zapachami, obrazami, smakami. Pysznym, różnorodnym jedzeniem, przy którym tajska kuchnia wydaje się jedynie mdłą wariacją na temat kurczaka, doprawionej chemicznymi ulepszaczami zupy z mięsnymi kulkami, słodkim szaszłykiem i ostrej papryczki. Birmańczycy niemal nie używają cukru i pijają na śniadanie przepyszną, zmieszaną ze skondensowanym mlekiem herbatą, której smak znam z Indii (zwanej tutaj La Phat Yay), a jedzenie podają w miseczkach, z których można nałożyć sobie tyle, ile się chce, a jak coś smakuje, to zaraz dołożą. 

Oszałamiają jednak przede wszystkim ludzie. Ich ciekawość, ich uniżoność, ich gościnność, ich zażenowanie, że nie mogą nas przyjąć pod dach, nie mogą po prostu ugościć, zaoferować kawałka pustej przestrzeni, na której nocą moglibyśmy rozłożyć namiot i poczuć się bezpieczni. Ich uśmiechy, ich spojrzenia. Ich istnienie, ledwo naszkicowane, bo przecież na moment jedynie, na chwilę. Ile jeszcze tych osób w tej podróży? 

I znów nie rozumiemy języka. Jeszcze bardziej nawet niż w Tajlandii, bo tutaj otoczeni jesteśmy przez wykrętasy, których nie potrafimy odczytać i możemy się jedynie domyślać, co oznaczają. I ludzi w zasadzie też nie rozumiemy. Nie znamy języka, patrzymy po sobie, na siebie, za siebie, obok siebie, „oczami na siebie, rękami po niebie”, pytamy jak żyć, oni pytają, co tu robimy i po co. Bo na pewno pytają. 

Jedziemy dalej, na południe, w stronę granicy z Tajlandią. Stęsknione koty biegają między domami, ptaki unoszą się nad ziemią, niebo niebieskie z wędrującym po nim słońcem przygniata nas upałem. Może stąd ta tęsknica. Za czym? Za tym samym. Od zawsze. Za niewyrażalnym. Za tym, co po drugiej stronie. „Samotnego chętnie całuje. W usta”.

Do przeczytania. 

Nie dojechać nigdy

Never arrive, ever from Iść Swoją Drogą on Vimeo.

Z przyjemnością informuję, że w sieci udostępniony został film Bartka Liska o mnie i moich podróżach, zatytułowany „Nie dojechać nigdy„.

Film wystawiony jest za najniższą możliwą stawkę na stronie vimeo, czyli za około osiem polskich złotych. Po opłaceniu podatków, opłat prowizyjnych i innych, na rękę zostanie około pięć złotych do podziału za jedno wyświetlenie. Czy to dużo, czy mało, nie mnie oceniać.

Jeśli ktoś bardzo chciałby obejrzeć film, a z jakichś powodów nie chce/nie może zapłacić, proszę napisać do mnie w tej sprawie na: udazkena@gmail.com i podeślę darmowy kod. 

Mam nadzieję, że film się spodoba i wzbudzi emocje, zainspiruje, czy przeniesie na chwilę w inny świat.  

Poniżej strona filmu z opisem, informacjami o nagrodach i innymi dodatkami.

http://niedojechacnigdy.pl/

 

Loy Krathong. Chiang Mai.

 

„Mieć co jeść i pić, mieć gdzie mieszkać, mieć trochę wolnego czasu na marzenia, na pisanie i na sen – czego więcej mógłbym chcieć od Bogów i oczekiwać od Losu?” Fernando Pessoa „Księga Niepokoju”

Niech będzie nieco o pisaniu. W końcu po to tutaj jestem. Żeby pisać, czy też – dopisać. Padło na Tajlandię, trudno powiedzieć dlaczego. Może dlatego, bo wcześniej w tym kraju nie byłem. Ktoś powie, że powód niewystarczający. Nie byłem przecież w wielu innych miejscach, do których mnie ciągnie. To jeszcze słońce i niebieskie niebo. I dostępność owoców. I niskie ceny. Względny spokój. Pomiaukujące koty na rogach domów, na dachach i w altankach. I trochę dalej od domu. Bo dystans jest potrzebny. Ten fizyczny. Żeby poskładać myśli na nowo. Przebyć drogę na nowo. Ponownie się umordować. Trochę w inny sposób, ale umęczyć się całkiem zdrowo.

Jak mówił Łukasz Orbitowski w jednym z wywiadów: „Pisanie to jest ten rodzaj wysiłku, który towarzyszy alpinistom w wędrówce na jakiś ośmiotysięcznik. (…) Jest to żmudne, nudne, bolesne, przykre, ale jednak woła, po prostu. (…) Pisanie oferuje ten rodzaj satysfakcji, który bierze się z głębokiego, nieprzyjemnego wysiłku”.

Podobnie wypowiadał się Stanisław Barańczak: „Nie przypominam sobie, aby pisanie któregokolwiek [z wierszy] sprawiało mi przyjemność. Proces twórczy to tortura, zwłaszcza w początkowej fazie szukania konceptu w mroku, w którym można się tylko obijać po omacku o kanciaste meble stereotypów. I prawdą jest, że łatwiej grafomanowi, który nie musi błądzić w ciemnościach: literackie konwencje same go niosą prosto w słońce oczywistości. A jednak wszystkie inne udręki okupuje ten jeden moment, gdy składniki wiersza z dźwięcznym pstryknięciem wskakują we właściwe karby i łożyska, gdy staje się nareszcie jasne, że coś powstało i że to jest dobre. Późniejsze rozczarowanie nie jest wykluczone, ale mimo wszystko ów wzlot to doznanie, którego nie da się porównać z żadnym innym. No, może z jednym.”

Jestem w Tajlandii i jednocześnie jakby mnie tu nie było, bo całe dnie spędzam przed komputerem, z nielicznymi wyjątkami, gdy kilka razy zdarzyło nam się z Fidrygałką pojechać do centrum, bo podobno coś miało się dziać. W rzeczy samej, zadziało się całkiem widowiskowo podczas święta Loy Krathong, gdy powietrze wypełniły papierowe balony, unosząc się w górę i zabierając ze sobą wszystkie ludzkie smutki i nieszczęścia. Jakkolwiek spektakularne były same wzloty (i późniejsze upadki) wieczora, ludzie, kiedy już wysłali swoje żale w przestrzeń, raczej mało spoglądali w niebo, a więcej w ekrany swoich gadżetów, fotografując się na tle wszystkiego/niczego (niepotrzebne skreślić).

Tak więc, jestem ciągle w Chiang Mai, siedzę przy drewnianym stole, albo wyleguję się na całkiem wygodnym łóżku i próbuję dokończyć książkę. Nie wiem dobrą, czy złą, czy w ogóle jakąś. Wartościową. Wierzę, że tak, inaczej nie pisałbym wcale. Ale nie wiem. Piszę na miarę własnych możliwości, najlepiej jak potrafię. A w tym pisaniu, najwięcej jest niepisania. Mam tutaj bardzo dobre warunki, mam czas, mnóstwo czasu, mam możliwości i siły. Wszystko niby jest na swoim miejscu, a jednak bywa, że człowiek patrzy tępo w monitor przez cały dzień i nic. Kompletnie nic.

Jak mówił Marek Bieńczyk: „Pisanie to bardzo nerwowe i lękotwórcze zajęcie”. W podobnym tonie wypowiada się Houellebecq: „Człowiek nigdy sam nie decyduje o pisaniu książki. Książka jest jak blok cementu, który zaczyna tężeć, a możliwości autora ograniczają się do bycia na miejscu i czekania w rozpaczliwej bezczynności, aż proces sam z siebie się rozpocznie.” I jeszcze Sandor Marai w książce „Niebo i ziemia”: „Na próżno wiesz, co chcesz powiedzieć: literacki początek jest jakąś praczynnością, prawie niezależną od naszego rozumu i zamiaru. Człowiek słyszy jakiś głos, widzi jakieś światło i naraz zaczyna dźwięczeć fraza. Uspokajasz się i czujesz, że „coś się stało, tak, teraz już jest dobrze.” Ale niekiedy nie słyszysz tego głosu, nie widzisz żadnego światła, rozpaczliwie dopasowujesz słowa, szukasz tego tajemniczego rytmu, który wprawia w ruch całość, doprowadza prąd do zdania. Wysilasz się, kreślisz esy-floresy, a zdanie pozostaje głuche.  Pisania nie można zacząć na siłę. Coś tu jest niezbędne, jak w każdym akcie stwarzania. Co?… Prawdopodobnie Duch Święty.”

Trudno powiedzieć, który wysiłek cięższy. Z pisania, czy z jechania. I która satysfakcja większa. Z ukończenia. Takiego trochę iluzorycznego, bo po dojechaniu, albo niedojechaniu chce się ruszyć dalej, ma się ochotę na więcej. Z pisaniem jest bardzo podobnie, z jedną, niewielką różnicą – książkę trzeba dokończyć. A jednocześnie nie dokończyć, bo następnie tworzy się kolejną, która jest o tym samym. Cóż innego bowiem można ubrać w słowa, oprócz tego, co ma się w sobie? A ja przecież nie zmieniam się. Nie za wiele, w każdym razie.

W zasadzie książka jest napisana. Ale wciąż coś zmieniam, dokładam, ucinam, znów dodaję, porównuję, podmieniam i nie mogę przestać. Taka „mgławicowa” metoda pracy, jak u Nervala, albo „technika montażu”, jak określał swoje pisarstwo Tomasz Mann. Też zapożyczam, parafrazuję, karmię się innymi tekstami. Bez przeczytanych książek nie byłoby moich własnych.

Budzę się więc i zaraz po śniadaniu siadam do komputera, na kilka godzin stając się „dyrektorem fantomowego teatru niewidzialnego dla innych, reżyserując dramatyczne przedstawienie, pozostając jego jedynym widzem. Z tego spektaklu nie będzie żadnej recenzji w porannej gazecie, nie ma żadnej informacji zwrotnej, nikt w trakcie jego trwania nie klaszcze i nikt nie buczy.” To z Tokarczuk. Trochę pewnie ze zbyt grubej rury te wszystkie powyższe cytaty, nawiązania, odniesienia, ale trzeba mierzyć wysoko. Najwyżej się mocniej potłukę, jak spadnę. Bardziej zaboli.

Po co piszę? Nie wiem, naprawdę nie wiem, przecież nie dla pieniędzy. Od kilku lat jednak noszę w sobie wewnętrzny impuls przelewania myśli na słowa. Wychodzi różnie, ale może z czasem będzie lepiej. Staram się pisać „obiema rękami, rozrzutnie, bez zastrzeżeń.” Co z tego będę miał? Być może nic. Ale, jak napisał kiedyś Sandor Marai: „Tak będzie dobrze, bo takie było twoje zadanie.”

Może miał rację Agamben pisząc, że gwarancją prawdziwości tego kim się jest naprawdę, jest to, kim być nie można, albo też to, czego nie da się ze swoim życiem zrobić. Może rzeczywiście bardziej niż to, co teraz robię, określa mnie to, czego nie potrafię, do czego prawdopodobnie nigdy nie doskoczę. Wyobraziłem sobie jednak coś i brnę dalej, jeszcze trochę. Kolejna książka powstanie, nieco później, niż początkowo zakładałem, ale powstanie.

Tak czy inaczej, potrzebuję od pisania odpocząć, bo złogi na mózgu się robią. Dla przewietrzenia umysłu, za kilka dni ruszamy z Fidrygałką do Mjanmy (Birmy). W połowie stycznia powinniśmy być z powrotem w Tajlandii. A że tu klimat dobry, słońca dużo, owoce pyszne i koty po dachach hasają, to zatrzymam się jeszcze na chwilę i może jakiś duch z nieba zstąpi, pomoże, może usłyszy, jak o słowa proszę:

„przyjdź

            pismo

                        nosem

                        seksem

                        trafem

cudem, musem, ciurkiem, zezem, siupem, boczkiem, truchtem

byleś

pis-ło” Miron Białoszewski „Niedopisanie” 

Tajlandia. Z Bangkoku do Chiang Mai.

„Błędem jest sądzić, że decydujące chwile życia, w których zmienia się na zawsze jego utarty bieg, muszą cechować się głośnym, jaskrawym dramatyzmem, podmywanym silnymi, wewnętrznymi wzburzeniami. To kiczowata bajka. W rzeczywistości dramatyzm determinującego życie doświadczenia jest często niewiarygodnie cichy. Ma tak niewiele wspólnego z wystrzałem, słupem ognia, czy wybuchem wulkanu, że doświadczenie to w chwili, kiedy nadchodzi, często nie jest nawet dostrzegane. Kiedy ujawnia swe rewolucyjne działanie i sprawia, że życie zanurza się w zupełnie innym świetle i otrzymuje całkowicie nową melodię, czyni to bezgłośnie i w tej cudownej bezgłośności leży jego wyjątkowa szlachetność.” Pascal Mercier „Nocny pociąg do Lizbony”

Niewiele mam do dodania w temacie, że świat w podróży jawi się niczym baśń. Nagromadzenie pierwiastków magicznych i fantastycznych w drodze jest tak intensywne i częste, że po kilku dniach przestaje się traktować je jako coś osobliwego, uznając ich istnienie za pełnoprawną rzeczywistość, niewymagającą potwierdzania żadną racjonalną wiedzą. I jak na prawdziwą baśń przystało, czas szybko i niezauważalnie zakrzywia w niej swoją trajektorię, z liniowego stając się cyklicznym, a z cyklicznego na nowo wpadając na równo rozrysowane zdarzeniowe osie. Człowiek jedzie w tej dziwnej scenerii wymalowywanej przez spotkania, spojrzenia, pozostawiane myśli i słowa, by po kilku dniach skonstatować, że nie wie, gdzie jest, co robi, ani tym bardziej po co.

Ludzie pojawiają się na tej drodze niczym zjawiające się zewsząd duchy, a niemal codzienne doświadczanie nadprzyrodzonych zjawisk konstytuuje tę baśniową, „oczywistą cudowność” wędrówki. Wystarczy się zatrzymać i rozejrzeć. Świat sam się otwiera, zaprasza. Nic, tylko oczy zamknąć, wziąć mały rozbieg, oderwać się od ziemi i skoczyć. Ze skrzydłami czy bez, pounosić się trochę.

Trochę żałujemy, że nie znamy tajskiego. Bez tego zasobu chociaż kilkudziesięciu słów jedzie się po omacku, czuje się uboższym o cały językowy świat, do którego nie ma się dostępu, nie znajduje klucza. Nie wszystko da się opowiedzieć rękoma, nie o wszystko można zapytać.

Nie pijamy wody z lodem, ale pokruszony lód w kubkach podstawiany jest od razu, jeszcze przed posiłkiem, więc trudno się go potem pozbyć. Nie lubimy wentylatorów, ale jak wytłumaczyć, żeby je wyłączono, kiedy ze wszystkich siedzących dokoła osób pot spływa strumieniami? Korzystamy z ubikacji, gdy się trafią (na przykład w hotelu Sweet Teen – Słodka Nastolatka), ale jak wytłumaczyć, że nie bardzo jest gdzie wyrzucić papier? Znaki na ścianach mówią, żeby do muszli niczego nie wrzucać, bo się odpływ zapcha. Problem w tym, że do pistolecików odbytniczych jakoś nie możemy się przekonać i w praktyce, po posiłkach stosujemy inne zasady higieny, niekoniecznie lepsze, ale nieco komplikujące sprawę, jeśli toaleta nie posiada pojemników na śmiecie  i nie bardzo wiadomo, co zrobić z wykorzystanym papierem.  

Zamawiamy ryż z kurczakiem, miało być bez papryczki, ale jedzenie jest tak ostre, że nie da się go przełknąć i trzeba kupić nowy obiad, albo ugotować coś samemu. Niestety, jest nieznośnie gorąco, upał obezwładnia nawet w cieniu, człowiek nie ma sił na montowanie przenośnej kuchni i przyrządzanie posiłku (no, chyba że zostało się zaproszonym w gościnę i ma do dyspozycji kuchnię – wtedy to co innego, gotować lubię sam, podobnie jak prać).

Szuka się więc nowej jadłodajni i nagle, zupełnym przypadkiem, odkrywa nieznane wcześniej fantastyczne danie, które nawet nie wiadomo jak się nazywa, a jak już się człowiek dowie, to i tak nie potrafi tej nazwy powtórzyć i wymówić – wszelkie próby naśladowania tajskiego kończą się śmiechem, kpiącym spojrzeniem, albo najzwyklejszym nieporozumieniem, co wizualnie przedstawię czytającym za kilka dni, jak znajdę chwilę czasu na zmontowanie filmu.

Na desygnaty tworzy się więc własne znaki i zwroty, na przykład: grillowany banan (kuey ping), albo banan w kleistym ryżu (hau tom mat) albo banan w wacie (hau mau), albo babeczki z fasolą (ha ko), choć moim i Fidrygałki niezaprzeczalnym faworytem pozostają smażone banany z kokosem w cieście (kluay khaek).

Jedzenie to grząski temat i nie będę go w tym tekście mocno rozwijał (choć zapewne jeszcze do niego powrócę), ale proszę wybaczyć, że pozwolę sobie na tę drobną uszczypliwość w stosunku do niezmiernie gościnnych Tajów i wspomnę o ich zwyczaju jedzenia obiadu na śniadanie, w czym przypominają mieszkańców środkowej części Ameryki Południowej, a szczególnie Peruwiańczyków, również gustujących w porannych kopulastych porcjach nieprzyprawionego ryżu z kurczakiem, lub mocno treściwych, rosołowo-mięsnych zupnych wariacjach.

Na szczęście dla nas wszędzie są owoce. Kokosy rosną na drzewach, banany (krótkie i grube – przepyszne!, może ktoś z czytających wie, gdzie można je kupić w Polsce?) dostajemy za darmo, arbuz pozostaje arbuzem i nawet jeśli tutaj nazywają go tengmo, to wygląda jak arbuz i smakuje jak arbuz, podobnie jak owoce, którymi przez ostatnie lata zapychałem się w Ameryce Południowej, czyli papaya, mango, albo pitaya (choć akurat jeśli chodzi o ten ostatni owoc, pojawiła się jego lokalna wariacja z różowym środkiem, smakującym trochę jak połączenie buraka z ananasem).

Jeśli te wspomniane powyżej niedomówienia, niedopowiedzenia i przejęzyczenia stanowią przeszkodę w zamawianiu potraw i ogólnie mówiąc – w głębszym dotarciu do człowieka, to w niczym nie przeszkadzają w wyrażeniu prośby, gdy pod wieczór szukamy noclegu. Wystarczy złożyć ręce i podłożyć je pod głowę, a w zasadzie po prostu przyjechać do wioski, podjechać pod klasztor i już kilkanaście osób dokoła głowi się, gdzie można zapewnić nam bezpieczne miejsce do spania. I wszystko w atmosferze szczerego, serdecznego zaangażowania. Tajowie wydają się być niezmiernie gościnni i uczynni. I ciągle się uśmiechają. Uśmiechają się jeszcze szerzej i częściej niż Kolumbijczycy, a myślałem, że tych ostatnich nikt nie przebije.

Polskę mało kojarzą, a w zasadzie wcale. Jedna osoba na sto wie, że gdzieś tam daleko w świecie jakaś Polska sobie leży. I że nawet jest oddzielnym krajem, jak Tajlandia, choć nieco biedniejszym, bo bez króla, ale z własnym językiem i historią. Tak na marginesie, to duma z tajskiego króla niekoniecznie odczuwana jest przez wszystkich mieszkańców (choć broń boże, nie wolno się do tego przyznawać i okazywać jakiejkolwiek dezaprobaty publicznie), skoro portrety nieżyjącego już władcy  widzieliśmy porzucone na śmietniku. Najwidoczniej, monarcha dla niektórych jest tutaj, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, instytucją nieużyteczną, ale nikt poważnie nie myśli o jej zniesieniu. 

Jesteśmy biali, jesteśmy inni, jesteśmy obcy, a mimo tego, a może właśnie dzięki temu jesteśmy traktowani po partnersku; jesteśmy traktowani jak dziecko, któremu czasem trzeba pomóc zrozumieć otaczający, nie do końca jeszcze nazwany i rozpoznany świat. Nikt nie próbuje nas oszukać, wykorzystać, większość zapytanych chce nam pomóc, nawet jeśli wspólny zasób słownictwa sprowadza się do „dzień dobry”, „dziękuję” i jednego, szerokiego uśmiechu. Nic więcej nie trzeba. Jak łatwo jest być dobrym. Jak łatwo po prostu być odrobinę lepszym. Bardzo możliwe, że to tylko uwarunkowany kulturowo pozór. Być może to zaledwie na chwilę. Ale mimo wszystko, wolę dobro na moment i nieco na pozór niż chamstwo, agresję i brak tolerancji na serio.  

Nocujemy pod klasztorami, z wysoka spoglądają na nas wielkie oczy buddy. Z ciemnych zakamarków wychodzą pomiaukujące koty. Dżungla oddycha nocą, koguty pieją jak nawiedzone. Swoją drogą, dlaczego im, jak ludziom, nie poplątały się języki i na całym świecie pieją w ten sam sposób? Peruwiański kogut spokojnie dogada się z polskim, nie mówiąc już o tajskim, czy laotańskim. Na Laos przyjdzie czas, na razie zakorzeniliśmy się w Cieng Mai. Na pięć tygodni. Śpimy w hotelu, za który zapłaciliśmy równowartość około czterystu złotych za miesiąc za osobę. Mamy tutaj święty spokój, czas, który możemy wykorzystać tak, jak chcemy, klimatyzowany pokój, poranną porcję kilku kilogramów bananów, wodę do picia, własny ekspres do kawy i oddalony o dziesięć minut od hotelu bazar z masą dobrego, bardzo taniego jedzenia. Za posiłek płacimy nie więcej niż równowartość dwóch dolarów (tyle kosztuje na przykład wielki filet z ryby, frytki i talerz surówek, polanych pysznym sosem), ale spokojnie można też znaleźć coś za dolara (wielki talerz zupy z mięsem, albo makaron z kurczakiem i warzywami), a przegryzki w postaci grillowanych bananów, kandyzowanych czekoladowych ciastek, czy kokosowo-ryżowych słodkości kosztują jeszcze mniej. 

Tak na marginesie dodam, że przez całą drogę z Bangkoku wszędzie towarzyszyły nam kawiarnie, z których korzystaliśmy często i chętnie, bo choć jedziemy z własną kawiarką, to kawę w sklepach (poza dużymi supermarketami w większych miastach) można dostać niemal wyłącznie rozpuszczalną, a rozpuszczalna kawa to zaledwie kawo-podobny płyn, mało zdrowy, do tego podrażniający żołądek i wywołujący refluks.  

Zabarykadowaliśmy się zatem w Chieng Mail. Nazwę miasta piszę celowo niby niepoprawnie, bo akcent na „i”, no i druga samogłoska bardziej „e”, niż by to mapy na googlemaps sugerowały, że przecież według internetu, powinno być „Chiang Mai”. Nie, nic się nie zmieniło, z GPS-ów nie korzystamy, można spokojnie obyć się bez tych śmiesznych „udogodnień”. Telefonów też nie używamy, mój został w domu, a Fidrygałki służy jako budzik. Pewnie trzeba będzie znów po przyjeździe do Polski numer zmienić, choć to zależy kiedy wrócimy, może przez rok pozostanie ten sam. Wracając do orientacji w terenie: z Bangkoku jechaliśmy mniej więcej na północ i kierowaliśmy się słońcem, gwiazdami i drogowskazami, choć te nie zawsze były czytelne.

Może to nawet lepiej, że nie wszystko tu rozumiemy. Zostaje trochę miejsca dla wyobraźni. The room of imagination. Mały, niewielki. Choćby był i najmniejszy. Maleńki pokój (dla) wyobraźni. Z wielkim oknem szeroko otwartym. Na świat.