Purnamadah

salvino i piotr

„Bo ja mogę pozwolić sobie na ten luksus, żeby być opuszczony, choć ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą nieskończoności i wieczności, a Nieskończoność i Wieczność chyba gustują w takich ludziach jak ja.” B. Hrabal

Od dawna myślałem, aby tam pojechać. Czułem wewnętrzną potrzebę pojechania w tamto miejsce, gdzie cztery lata temu upadłem i gdzie z powodu złamanego kolana musiałem przerwać podróż. Podświadomie chyba chciałem odnaleźć jakiś pozostawiony ślad, dostrzec coś, czego wcześniej nie zauważyłem, co przeoczyłem, a kto wie, czy nawet nie myślałem, aby przeżyć wszystko od nowa, doświadczyć raz jeszcze, łącznie z bólem, powrotem i z całym, zdecydownie zbyt ciężkim bagażem kolejnych dni, które dopiero miały nastąpić, a co do których czułem jedynie niechęć, złość, smutek, a może nawet i wstręt, jakby wcale nie należały do mnie, ale zaplątały się gdzieś wśród obcych, niezrozumiałych przeznaczeń, jakbym niechcący przechwycił czyjeś, zupełnie nieprzystające do mojego życie, pełne nie do końca uświadamianych, niechcianych drogowskazów, wśród których z początku zupełnie nie mogłem się odnaleźć.

Ale dni nadeszły, świat nawet nie drgnął, a ja nie przestałem kręcić się w kółko, pozostając w niemalże tej samej scenografii, z tym samym scenariuszem w rękach, w którym podobne chwile się zdarzają, ludzie zamieniają i którego jedynie koniec jest nad wyraz oczywisty, choć trudno jeszcze powiedzieć, w jakich okolicznościach nastąpi, podobnie jak gdzie i kiedy opadnie kurtyna.

Biblioteka była zamknięta, a na placyku, w miejscu gdzie kilka lat wcześniej zapatrzyłem się na wymachującego kijem mężczyznę i upadłem, stał rowerzysta. Patrzył na mnie dziwnie znajomym wzrokiem i choć wydaje się to niedorzeczne, przyszło mi do głowy, że to ta sama postać. Nie podszedłem, nie przywitałem się, nie sprawdziłem. Ale im więcej o nim myślę tym pewniejszy jestem, że to był on, ten sam. Czekał na mnie. Nie musiałem podchodzić, nie musiałem nic mówić, nie musiałem niczego udowadniać. Nikomu, a już najmniej samemu sobie. Przyjechałem, a on tam był. Zamknąłem oczy i zabrałem go ze sobą.  

A potem pojechałem do Carnation. Stanąłem pod monopolowym, pod tym samym, z którego wyszli Kapitan Kurczak i Nick Salvino – dwaj mężczyźni, którzy cztery lata wcześniej próbowali mnie przekonać, abym nie jechał do Fall City. Sklep był zamknięty. Zrobiem zdjęcie, usiadłem na ziemi, oparłem się o ścianę i czekałem. Było gorąco i wietrznie, zupełnie inaczej, niż owej jesieni, kiedy w gęstej mgle owijałem się w parkowe pajęczyny. Zasnąłem. Obudził mnie jakiś menel. Tak myślałem, że się znają. Wskazał mi kierunek i dodał, że to jakieś trzy mile za miastem. Na ulotce sprzed lat był adres, ale celowo go nie spisałem. Wiedziałem, że jak mam trafić, to i tak trafię.

Błądziłem godzinę, a może dwie, na tyle długo, aby w końcu dać sobie spokój, a jednak ciągle szukałem. A jednocześnie, im bliżej byłem tego spotkania, a byłem przecież już bardzo blisko, tym częściej zadawałem sobie pytanie „po co”? Spotkam go i co? Co mu powiem? Coś w rodzaju: „A wie pan, że cztery lata temu po naszym spotkaniu złamałem kolanową rzepkę w Fall City? Pamięta Pan, jak razem z przyjacielem próbowaliście mnie przekonać, abym tam nie jechał? A wie Pan, że często myślałem, co by się stało gdybym rzeczywiście poszedł za Waszą radą i pojechał inną drogą? Że często patrzyłem na nasze zdjęcie, na którym jestem ja, Nick i Pan i że próbowałem wejść w Pańskie oczy? Dosłownie. A wie Pan, tak naprawdę, właściwie po to tutaj przyjechałem. Chciałem wejść w Pańskie oczy. Nie da się? Jak to nie, przecież właśnie to robię.

Błądziłem i błądziłem i nie mogłem trafić. Raz ktoś powiedział, że to dwa domy dalej, raz, że bliżej, raz, że zielony, potem, że niebieski, że kawałek od drogi i nie widać go z ulicy. I właściwie już zrezygnowałem i jechałem z powrotem do miasteczka, ale nagle zobaczyłem wąską drogę idącą w las, a przed nią dwie skrzynki pocztowe i nie wiedzieć dlaczego, byłem pewien, że to tam. A kiedy po kilkudziesięciu metrach z lasu wyłonił się drewniany człowiek w kapeluszu i buda dla psa z lalką w środku, to już nie miałem wątpliwości.

kapelusz

Nick Salvino poznał mnie od razu, ale wydawał się jakiś spłoszony. Kapitan Kurczak wyszedł z domu chwilę po nim. Spojrzał na mnie raz, potem drugi, dłużej, bardziej przeciągle i coś zamruczał pod nosem. Na moment spuścił wzrok, a potem spojrzał raz jeszcze. Zaszumiały liście. Coś poruszyło się w budzie. Zamknąłem oczy i wskoczyłem. Prosto w rozszerzone źrenice siwobrodego Kapitana Kurczaka. A jak otworzyłem, to już go nie było. Został w środku. We mnie.

– Zmęczony jest – powiedział nagle Nick Salvino. – Daj mu spokój, niech sobie odpocznie, a my chodźmy pograć w podkowy.  

Za moment poznałem kolegów i dostałem żelazo do ręki. Przeciągnąłem wizytę, pobyłem trochę, wygrałem dwa browary i garść trawy. Kurczak nie wrócił, już nie wróci, można spać spokojnie. Nocą rozbiłem się w pustym obozowisku bezdomnych. Rankiem poznałem papugę. Wetknąłem w nią dwa pióra, co upadły na ziemię. A potem pojechałem na spotkanie z Mary i Martinem, obchodzić swoje czterdzieste czwarte urodziny.

Rodzina, którą poznałem w Nogales, zaprosiła mnie na obiad. Dużo uśmiechu, mnóstwo ciepła, morze za oknem, ocean wspomnień, gdzie ja to wszystko upchnę, kiedy pozamieniam w słowa, czy kiedykolwiek się odwdzięczę? Jakaś lawina dobrych spotkań z ludźmi na koniec mojego pobytu w Stanach. Brian, Melani z mężem, Beth i Ray… Jeszcze tego samego dnia zaproszenie na kolację od obcego człowieka, przypadkiem spotkanego na ulicy i urodzinowa świeczka do zdmuchnięcia.

Jedno życzenie – żebym stał się lepszy dla innych, żebym stał się lepszym człowiekiem. Wtedy i świat będzie lepszy i wszystko wokół też. I żeby zacząć dawać, więcej dawać, mniej brać, a najlepiej niczego już nie brać, odmawiać. Albo wziąć i samemu rozdać, przecież mam wszystko, wystarczy. Rower, słońce, niebo nad głową, jedzenie, sprawne nogi. Nawet miłość ze mną jedzie. A jak miłość jest, to wszystko jest. Takie słowo, ważne, może nawet najważniejsze, a na pewno wielkie. A jednak. Jedzie, unosi się, otula mnie, do snu kołysze, dotyka, szepce, pieści. Nieskończoność.   

Caje Sukarije

rozbitek

„Po co otwarłem oczy, zalewa mnie świat kształtów i barw, fala za falą, kształt za kształtem, barwa za barwą, wydany na łup, jadowitych zieleni, zimnych błękitów, intensywnych żółtych słońc, jaskrawych czerwonych homarów, jestem nienasycony.” Tadeusz Różewicz

Jechałem przez park a w powietrzu, gdzieś na granicy milczenia i niewyraźnego, delikatnego szeptu unosił się poszum cicho szeleszczących liści, szmer subtelnych dźwięków, słyszalnych wyraźniej gdzieś tam w środku, we mnie. Dokoła rozrastały się drzewa, spoglądały na mnie, łypiąc niewidocznymi oczyma pochowanymi wśród poskręcanych, pomarszczonych korą konarów. Patrzyłem na nie ze wzrokiem utkwionym przed sobą i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę wcale się nie poruszam, ale że to same drzewa przesuwają się za mnie, a ja stoję nieruchomo, stoję w tym samym miejscu co przed laty, a tylko dookolny krajobraz i niebo przemieszczają się gdzieś na boki, umykają za moją postać tam, skąd pochodzę, skąd przyszedłem i jedyne co mogę zrobić, to stać nieruchomo, patrzeć i czekać, aż wszystko przepłynie i nie zostanie nic więcej nade mną poza pustym, czystym, jasnym niebem, w którym rozpłynę się kiedyś, roztopię i stając się na powrót jego częścią, zgasnę, zapomnę, zamrę.

Zasnąłem wśród sekwoi, w ciszy lasu, w ciemności nocy i spokoju myśli, które na chwilę mogą zastąpić rozciągniętą przez czas jakiś czyjąś nieobecność. Rankiem przyszedł strażnik, młody, wyrozumiały, trochę niepewny co ma ze mną zrobić, bo myślał, że to żul, że bezdomny jakiś się zaplątał, w sekwoje obrósł i zagubił gdzieś w trawie, a okazało się, że nie do końca, że niekoniecznie, choć w zasadzie niewielka przecież różnica pomiędzy mną a tymi wszystkimi rozbitkami, co tylu ich spotykam po drodze.

Bo proszę Państwa, spieszę nadmienić, że (z nielicznymi wyjątkami, kiedy zajeżdżam w gościnę do polsko-amerykańskich rodzin, które poznałem trzy lata temu, jak choćby rodzina Marty) biorą mnie tutaj za bezdomnego, takiego zawodowego, nie podrobionego, jakim sam sobie się jawię, co to ani domu nie ma, ani pracy, ani perspektyw życiowych na zmianę, na inny świat, na lepsze miejsce pod niebem. W zasadzie nie miałbym z tym większego problemu, niech sobie ludzie myślą, co chcą, tyle, że ten wizerunek bezdomnego, ta mniej lub bardziej świadomie wymalowana na czole rozbitkowa wlepka ma swoje reperkusje w praktyce.

Kiedy wieczorami szukam miejsca na nocleg, najczęściej przeganiają mnie zwrotem przypominającym polskie „spieprzaj dziadu” (choć zdarza się usłyszeć bardziej rozbudowane i wysublimowane wypowiedzi typu: „Nie denerwuj mojego pieska, bo go nie utrzymam i będzie jatka”). Przyznam uczciwie, że początkowo trochę mi to przeszkadzało, bo po roku spędzonym w krajach, gdzie rozbijanie się na dziko nie stanowi większego probemu, gdzie nie tylko nie jest się przeganianym, ale najczęściej jest się zapraszanym pod dach na wspólne spędzanie czasu, to zdążyłem się już odzwyczaić, że może być inaczej i niekoniecznie wszyscy są tak otwarci, bezpośredni i najzwyczajniej w świecie mili i gościnni jak większość spotykanych osób w krajach latynoskich.

Lepiej więc nie pytać, nie zbliżać się, nie podchodzić, po prostu sprawę olać, dać sobie spokój z pytaniami i znaleźć w miarę dobre, osłonięte miejsce, a jak jest więcej namiotów, to gdzieś w pobliżu rozłożyć swoje graty i spać. W nocy nikt nie przyjdzie, nikogo nie obchodzi kolejny rozbitek, najczęściej nieszkodliwy wariat, po którym jednak nie wiadomo czego można się spodziewać, jak się zachować, gdy znienacka zapyta, czy nie widzieliśmy gdzieś jego tygryska (jak to miało miejsce pewnego wieczora, kiedy o północy do mojego namiotu zajrzał poszukujący swojego pluszaka Johny).

W zasadzie to jest mi to na rękę, że bezdomnych traktuje się tutaj jak powietrze, jakby stanowili część krajobrazu, który co prawda nieco szpeci, ale nie rozplenia się zbytnio, nie rozrasta jak niechciane chwasty, nie przeszkadza, nie drażni. Ot, nie udało się, za mało ktoś się starał, a nawet jeśli się natrudził, to nic z tego nie wyszło, zabrakło farta, a może i czegoś jeszcze. Nie ma co się nad rozbitkiem użalać, biadolić, zastanawiać. Ważne, że mnie się udało, że ja mam dobrze, że jest samochód, dom i kilka kredytowych kart w portfelu. Trzeba biec, póki można, dopóki zdrowie, siły i okoliczności sprzyjają, na boki nie oglądać, nie spoglądać za siebie, bo widać przecież, co się może przytrafić kiedy się biec przestanie. Rowerem się będzie jeździć, w namiocie spać, w najlepszym razie pies się przypałęta, to się go nakarmi i przygarnie. Z psem zawsze łatwiej, jakoś raźniej, co by nie mówić i nie pomyśleć, to zawsze jakiś związek jest, jakaś intymna więź, czasem głębsza niż z niejednym człowiekiem.

Nie, nie mam pretensji o nic do nikogo. Nawet trochę tych, co mnie przeganiają ze swoich podwórek rozumiem. Bo na pierwszy rzut oka rzeczywiście wyglądam jak ci wszyscy rozbitkowie. Mam rower, śpię w namiocie, jeżdżę bez kasku i nie posiadam profesjonalnych, oczojebnych kolarskich koszulek, nie mam kultowego siodełka Brooksa, ani jeszcze bardziej kultowego roweru Surly. Ciągnę ze sobą siaty, torby i plastykowe butelki, zbieram z drogi monety, w Mcdonaldzie kupuję jedynie kawę, by następnie do pustego kubka nalać coś musującego, myję się w darmowych toaletach, w bibliotece nie wypożyczam książek tylko ładuję elektronikę i korzystam z darmowego wifi, często mówię do siebie i dużo się uśmiecham. A potem jadę na jeżyny.

Wielkie, słodkie, zawieszone nisko nad ziemią, bujnie obrodzone na ciągnących się kilometrami kolczastych chwastach. Zajadam się nimi od miesiąca, wkładając je prosto w usta, na język, na podniebienie i rozlewa się we mnie ciemnokrwiste słońce i niebieskie niebo, pod którymi rosły i tak obrodziły, że wybieram tylko największe, najsłodsze, najsoczystsze, jedząc łapczywie, zachłannie, zaborczo nawet.

Czy wiedzą Państwo, że istnieje oddzielna nauka o jeżynach, zwana batologią? Jak mówi wikipedia, służy ona „zrozumieniu bardzo złożonego zróżnicowania jeżyn na poziomie genetycznym i morfologicznym”. Proszę Państwa, jeśli wśród czytających trafił się jakiś batolog, to spieszę donieść, że nie mam pojęcia na ile te kalifornijskie i oregońskie jeżyny są zróżnicowane genetycznie i morfologicznie (swoją drogą, czy to nie piękne poświęcić swoje życie zawodowe, a może i prywatne i piąć się po szczeblach batologicznej kariery, niczym sunąca w słońcu gąsienica po kolczastych, jeżynowych pnączach?), ale są one najsmaczniejszymi, najsłodszymi i najsoczystszymi jakie w życiu jadłem. Ech, gdybym tak mógł podzielić się teraz z każdym. Ale nie da się. Nie da się podzielić jeżynami. I znów ta myśl – czy w ogóle czymkolwiek można się podzielić?

Jadę na północ, obrazy przelewają się we mnie, oddalają, a może rzeczywiście wcale nie jadę, nigdzie się nie unoszę, ani z wiatrem, ani z samym sobą, tylko stoję w miejscu, a świat ucieka na południe przed nadciągającą gdzieś tam hen z północy zimą? Ale do zimy jeszcze daleko, w głowie pstrokate myśli, wzdłuż drogi jeżyny, po niebie kołują ptaki. Unoszą się nade mną, wirują w rytm wygrywanych na trąbce dźwięków. Stoję pośrodku i patrzę jak w moją stronę przybliżają się drzewa, jak podchodzą i szepcą, zapraszają do tańca. Oddaję im się i czuję, jak mnie dotykają, głaszczą, jak mną obracają, przyciągają i nęcą, aż w końcu zawłaszczają i biorą, wciągają mnie do tańca, coraz szybciej kręcą. Tańczę.

Jagódki

droga

„Chciałbym przemykać z cienia w cień twoim śladem, dotrzeć tak daleko jak ty i nie dać się złapać” J.M. Coetzee

 

Zostawiłem namiot. Na chodniku, obok smukłej, wysokiej latarni i równie smukłego, szklanego wieżowca, otoczonego kolorowymi, szeleszczącymi na wietrze, płóciennymi domkami. Nie, nie zgubiłem, celowo zostawiłem. Prawdę mówiąc, to żegnałem się z nim od co najmniej trzech lat, jeżdżąc z dwoma namiotami, czekając aż dziesięciolatek wreszcie zdechnie, ale on, chociaż stary i zniszczony, z nadłamanymi, posklejanymi tejpem masztami, pełen połatanych dziur i najprzeróżniejszych plam, za nic nie chciał się rozpaść; nadal chronił mnie przed deszczem, kamuflował się w trawie, barykadował przed mrówkami i owadami, spał ze mną, jadł, śnił a może i oddychał, i w tym wspólnym trwaniu wszystko ufnie przyjmował – wiatr, ciszę, krzyk, śmiech i łzy, zapierając się całym sobą, żeby tylko nie odejść, żeby zostać.

Nie wiem kto go znalazł, kto go podniósł, kto rozłożył, nowe meble umieścił, kto w nim zasnął zasłuchany w szeleszczące ściany, kto suwak rankiem rozsunął, na świat głowę wystawił, rozbudzone sny wypuścił. Może nikt. Może chociaż wiatr. I kilka kropel deszczu.

Dzień się kurczy powoli, słońca ubywa, jego jaskrawości, blasku i mocy. Tylko przestrzeń niezmiennie zawłaszczająco wielka, zagarniająca. Te ogromne domy, w których się niemal gubię, te kilkunastopasmowe drogi, po których jadę, dopóki mnie policja nie zawróci, te wypełnione po brzegi sklepy, te monstrualnie rozłożyste ludzkie kształty – wszystkiego tu w zbytku, w nadmiarze. A jednak dobrze się w tym czuję, bezpiecznie, swodobnie oddycham, prawie obojętnieję na to, co dzieje się dokoła. Chwilami przystaję i wracam do tego, co było, zadziwiony, urzeczony. I pytam sam siebie, czy rzeczywiście to wszystko się wydarzyło?

Naprawdę spotkałem Nicole i Marka, który za darmo wyremontował mój rower? Spałem u Roba, z którym na kosmicznie wyglądającej terenówce skakałem po muldach na wyścigowym torze, by wieczorem sunąć po miasteczku w zabytkowej limuzynie? Jadłem obiad z Andrzejem w kasynie, gdzie za kilka dolarów serwowano dania z kilkunastu kuchni świata? I czy ja naprawdę skąpałem się z Tobą w deszczu? Takim lichym, trochę nieśmiałym, bylejakim. Świat rozmył się na chwilę, zatrzymany w uścisku ciepłej dłoni, niby w drewnianej szkatułce, przechowującej zapomniane sny.

Otwieram wieko, a w środku dojrzałe jagody. Jak przed laty, jak wtedy, jak kiedyś. Wysypuję je na dłoń, wkładam je w Ciebie, zgniatam na wargach językiem. Smakują lasem, mchem, słońcem i rześkim powietrzem. Są miękkie i ciepłe. Jak Twoja dłoń, jak Twoje usta. Zamykam oczy i wsłuchuję się w ciszę. Usta pląsają w jagodowym tańcu, lekkie krople bezgłośnie spływają po policzkach, łaskoczą.

„Wiatr na chwilę zlepił się z deszczem w jedną miękką toń, zmieściłem się w niej, rozpłynąłem”. M. Płaza „Skoruń”

 M. Płaza

Lecieli żurauli

mac

„Incydent jest po prostu tym, co opada łagodnie niczym liść na dywan życia. Lekka, umykająca fałda w tkaninie dnia, coś, co ledwie warte jest zapisania” R.Barthes

Jestem w Stanach. Tęskniłem za Stanami. Od dawna już czekałem. Trudno powiedzieć dlaczego. A jednak nie myliłem się. Ledwo przekroczyłem granicę, od razu poczułem się jak u siebie. Zaledwie kilkaset metrów różnicy. Ktoś szedł chodnikiem z dalmatyńczykiem. Podjechałem i zapytałem o drogę. Rzuciłem okiem na psa. Wyglądał jakby się uśmiechał. Zadowolone, dobrze odżywione czarno-białe ciapki na czystym, rozłożystym tle soczystego od zieleni parku. I ta cisza i pustka na ulicach tego samego miasta, przedzielonego niewidoczną linią oddzielającą jakby obce sobie światy, odmienne mentalności. A przecież niebo to samo i słońce jednakowe na nim.

Zdrowie wróciło razem z kotami. Jeszcze w Meksyku, całkiem daleko od granicy. Pewnej nocy rozbijałem się na pustyni i usłyszałem miauknięcie. Za chwilę podbiegł mały kotek, rudy, nie inaczej. Zjedliśmy makaron, parówki wcześniej zjadły psy. Najpierw jeden, potem drugi, potem trzeci. Było ich więcej, ale w pewnym momencie przestaje się je widzieć. Patrzy się na nie, ale się nie widzi. Bo jak się widzi, to wtedy boli, fizycznie boli. Nie wykarmię wszystkich psów na świecie, nie zabiorę ich ze sobą, nie przygarnę nawet jednego.

A potem więcej kotów. Najpierw rankiem u indianina Josego Cruz Partida, co zaprosił mnie do domu na kawę, potem w domu Mary, Emily, Nicolle. Te wszystkie śliczne domy, w których jestem zaledwie przygodnym cieniem, te kolorowe ściany wypełnione kotami i zapachami, od których kręci mi się w głowie. Ci ludzie, przecież obcy, a jednak tak niezmiernie gościnni, ciepli i serdeczni. Jak tu się nie uśmiechać, kiedy się człowiek pośród nich unosi i jak nie smucić, kiedy się od nich odchodzi.

I ciągle to pytanie, co ja po sobie pozostawiam? Jakie zamieszanie muszę wprowadzać w te ich uporządkowane zazwyczaj życia, kiedy mówię, że mam niewiele więcej, niż rower, sakwy i parę ciuchów, kiedy opowiadam o wolnym czasie, o wietrze i niebieskim niebie, kiedy podczas prezentacji stwierdzam, że mój czas w zasadzie się zatrzymał i wydaje mi się, że wcale nie byłem tutaj ponad trzy lata temu, tylko zaledwie przedwczoraj i że wszystko to, co wtedy było we mnie, pozostało niezmienione, jednakie, równie przestrzenne, jak te wypełnione przedmiotami kolorowe domy, do których za moment wszyscy powrócą, a w nich czeka już stęskniony pies, można go pogłaskać i przytulić, a potem wyjść na spacer, pobiegać wspólnie pod rozgwieżdżonym niebem, potarzać się w trawie, czy na piasku, pościgać, kto pierwszy wróci. Kto pierwszy do drzwi dobiegnie. Wejdzie zdyszany do domu. Choć dom to przecież po obu stronach drzwi może być.

skauci

Jest gorąco. Czterdzieści cztery stopnie w cieniu. Tydzień temu w Phoenix było pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Przez kilka dni temperatura w dzień nie spadała poniżej czterdziestu ośmiu stopni. W nocy ochładzało się do trzydziestu trzech. Pedałowanie w takiej temperaturze przypomina trochę jazdę na dużej wysokości. Nie można się rozpędzić, bo ciało momentalnie jakby się napina, puchnie, puls przyspiesza, serce wali jak szalone i trzeba zwolnić, bo inaczej odnosi się wrażenie, że cała cielesna powłoka za moment wybuchnie i rozpadnie się jak mydlana bańka.

ciepło

Ale jestem w Stanach. Klimatyzowane maki zastąpiły samotnie stojące, zielone plastykowe wygódki, w których mogłem przeczekać najgorętsze godziny na meksykańskiej pustyni. Nic się nie zmieniło. Siedzę przy tym samym stoliku co trzy lata temu, wypatrując przez okno tego samego mężczyzny, w którego czapce dojechałem do Patagonii. Może spotkam go dziś na pustyni?

Zaraz ruszam, nad drogą latają żurawie. Przyleciały za mną i czekają. Ktoś powie, że tutaj nie ma żurawi? Jak to nie ma, skoro są, przecież je widzę. Nawet nie muszę za bardzo w niebo się wpatrywać. Właściwie w ogóle nie muszę nigdzie patrzeć. Czuję je, jak unoszą się nad drogą, kołują nad moją głową. Lecimy na północ. Znów mam skrzydła, jest mi dobrze, może i Tobie również, przecież nie może być inaczej. Tyle ciepła wokół, tyle spojrzeń w sobie, tyle mnie gdzieś po drodze, i „tyle jeszcze minut do końca, tyle dnia przed nami, i tyle jeszcze światła przed zimą”.

Oderwać się od ziemi

Christian Asuh

„Aż do nastania nocy towarzyszy mi uczucie, że żyję życiem podobnym do życia tych ulic. Za dnia są pełne wrzawy, która nic nie znaczy; nocą wypełnia je brak wrzawy, która nic nie znaczy. Ja zaś za dnia jestem niczym, nocą zaś jestem sobą.” F. Pessoa

Lubię noc, zawsze lubiłem, od dziecka. Może dlatego, bo mniej mnie było widać, a może dlatego, bo jednocześnie sam mniej widziałem z rzeczy, których nie chciałem oglądać. I ten spokój i stopniowe zanikanie przedmiotów, ubywanie kształtów, konturów, wyraźnych granic, z jednoczesnym zagęszczaniem materii, wyostrzaniem uśpionych w ciągu dnia zmysłów, skupianie uwagi na pojedynczym dźwięku, błysku światła, na jednej, zazwyczaj zupełnie nieistotnej myśli, ale rozrastającej się w ciemnościach do monstrualnie niepokojących rozmiarów i pędzącej na oślep wśród przytłaczających obrazów w szalonym toku mimowolnych skojarzeń.

Nie mogę ostatnio spać, zasypiam bardzo późno, nagle wyrywany z płytkiego snu przez stanowczo zbyt wcześnie i zbyt gwałtownie rozbudzone miasto. Za dużo myśli w tej ciszy, której nie zakłócają żadne kocie pomruki. Nawet koguty piać przestały. Ta cisza w nocy ma w sobie coś z oczekiwania. Może na deszcz, który chwilami wydaje mi się, że pada, choć z nieba nie kapnęła ani jedna kropla. „Duchowa noc to jednak nie tylko śmierć i rozkład. To także obietnica nowego poranka”.

Sypiam pod dachem, inaczej na razie nie bardzo mogę. Wróciło zapalenie zatok i ciągnie się od ponad miesiąca. Łyknąłem dwa antybiotyki, poleżałem trochę w Guadalajara, potem w Mazatlan. W końcu ruszyłem i jadę, a raczej toczę się jak żółw, bo wolna, nieskrępowana i co najważniejsze – uśmiechnięta jazda ciągle zdaje się czekać gdzieś za kolejnym zakrętem.

Mam szczęście do ludzi – goszczą mnie często i wylewnie, ale chcąc nie chcąc, muszę czasem zatrzymać się w jakimś hostelu. Jadę więc od czystego pokoju z oknem, do dusznej nory z wymrożonym od klimatyzacji wnętrzem i powoli sunę ku kolejnemu przeznaczeniu. Proszę Państwa, bardzo możliwe, że ta wycieczka zakończy się nieco wcześniej, niż przypuszczałem. Zapewne duchy (choć od dawna już wydają mi się nieobecne) mają w tym jakiś ukryty cel, ale ja go na razie dostrzec nie potrafię.

Tak, wiem, że powtarzam już to, co się przecież wydarzyło, że w pewnym sensie było to nawet moim zamierzeniem – Uroboros, przejechać to samo, przeżyć to samo, zobaczyć, doświadczyć, odczuć i wrócić do punktu, z którego zacząłem. Wędrówka przecież jest anamnezą. Zapętlić wszystko, oszukać przeznaczenie, a jeśli będzie trzeba – nawet zmienić nieco koniec, czy też powinienem napisać – początek.

Cała ta droga być może właśnie się kończy, może nawet należałoby ją zakończyć samemu, przecież kiedyś i tak będzie trzeba, więc nie lepiej zrobić to teraz? Przecież nikt nie powiedział, że cokolwiek muszę. Ja sam zresztą niczego nie mówiłem. Zamiast dojechać tam, mogę dojechać tu. Nawet Passacaglia rozwijająca się „niespiesznie z czterech dźwięków, zamyślona, zaświatowa, osobna, zrodzona z jakiegoś studziennego bezczasu” kiedyś się kończy. Na jednym dźwięku.

Nie da się zatrzymać życia. Nie można cofnąć czasu. Trzeba żyć. Nawet jak śnić, to tu i teraz być. A ja uparcie wbrew wszystkiemu usiłuję gdzieś odlecieć. A przecież i tak my wszyscy „u końca tej podróży, wraz z ostatnimi dźwiękami Passacaglii, zupełnie oderwiemy się od ziemi”.

A jednak korci mnie, aby sprawdzić i zobaczyć, czy nie uda oderwać się wcześniej. Odlecieć przed końcem drogi, aby silniej poczuć, aby lepiej widzieć, aby mocniej być. Oczywiście, że tam, przecież od dziecka mieszkam we śnie. Dobranoc.

The Bluebird of Happiness

limites

„Pisanie jest żmudnym, systematycznym, codziennym siedzeniem nad białą kartką papieru, która albo chce się zapełnić albo nie chce. Ale nawet jak się nie chce zapełnić nawet jednym zdaniem, to siedzenie nad białą kartką jest bardzo istotną sprawą. Nawet jak człowiek jest bezradny wobec tej kartki, to jest to jakaś bezradność owocująca. Że z tej bezradności coś wynika. Bo przecież praca nad książką, jest pracą nad sobą.” Wiesław Myśliwski

Od kilku dni próbuję coś napisać. I nic. Nie ma słów. Wiesław Myśliwski w jednym z wywiadów powiedział, że podczas procesu pisania „materia musi wydać swój głos, że trzeba usłyszeć jej głos.” Podobnie u Maraiego: „Na próżno wiesz, co chcesz powiedzieć: literacki początek jest jakąś praczynnością, prawie niezależną od naszego rozumu i zamiaru. Człowiek słyszy jakiś głos, widzi jakieś światło i naraz zaczyna dźwięczeć fraza. Uspokajasz się i czujesz, że „coś się stało, tak, teraz już jest dobrze”. Ale niekiedy nie słyszysz tego głosu, nie widzisz żadnego światła, rozpaczliwie dopasowujesz słowa, szukasz tego tajemniczego rytmu, który wprawia w ruch całość, doprowadza prąd do zdania. Wysilasz się, kreślisz esy-floresy, a zdanie pozostaje głuche.  Pisania nie można zacząć na siłę. Coś tu jest niezbędne, jak w każdym akcie stwarzania. Co?… Prawdopodobnie Duch Święty.” (S. Marai „Niebo i Ziemia”)

Otóż tym razem żaden Duch mnie nie nawiedził, żaden głos się nie odezwał, żadne światło  nie rozbłysło. A nie chcę grafomanić w kółko o tym samym. Że ludzie niezmiernie gościnni, że wciąż jadę obdarowywany, że jadam dużo owoców, że pijam dobrą kawę, że słońce, że ciepło, że podpatrujemy się z kotami, że się ciągle jest. Ale gdzie się jest? Niby tu, a na dobrą sprawę ciągle gdzie indziej. W tej quasi-rzeczywistości, w której unoszę się być może za długo i kto wie, czy nie należałoby wreszcie osiąść na ziemi. Zacząć „normalnie żyć”, jak mi niedawno ktoś powiedział. Ale co to właściwie znaczy „normalnie żyć”?

Ostatni tydzień spędziłem w tak zwanej casa de ciclistas – miejscu, w którym osoby podróżujące rowerem mogą się zatrzymać, odpocząć, zebrać siły przed dalszą drogą. Spałem na łóżku, mogłem skorzystać z kuchenki, prysznica, posłuchać świata w opowieściach tych, z którymi na moment zetknął mnie los. Świata, który niezmiennie, wbrew wszystkiemu o czym się słyszy w mediach, czyta, dowiaduje – jawi się pełen piękna i dobra. Oczy tego świata, nawet kiedy są smutne uśmiechają się. Są jasne i spokojne, mieszka w nich droga, nad którą kołyszą się ptaki, unoszone ciepłym wiatrem. Wystarczy się zatrzymać i głęboko spojrzeć w oczy. Przecież wszystko widać. Nie potrzeba żadnych słów.

„Na skraju dwu światów: jednego, z którego wyrasta i który przerasta największym wysiłkiem swego ducha, i drugiego, do którego się zbliża w najcenniejszych swych wytworach, stoi człowiek, w żadnym z nich naprawdę nie będąc „w domu”. Ta rzeczywistość dopiero odsłania mu perspektywy na zupełnie nowe wymiary bytu, ale w tym nowym, przeczuwanym świecie znajduje moce równie mu obce, jak świat, z którego pochodzi, i znacznie bardziej go przerastające niż to wszystko, do czego on dorosnąć potrafi. W tym jego szczególna rola na świecie, a zarazem ostateczne źródło jego tragicznej, samotnej walki, jego wielu przegranych i jego nielicznych, a prawie nigdy nie rozstrzygających zwycięstw (…).” R. Ingarden