„Błogosławione niech będzie szaleństwo, które w ustawicznej walce pozwala poznać prawdziwy smak życia” Centkiewiczowie.
Podróżowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że czas nie jest linearny, tylko cykliczny. Rzeczy wracają na swoje miejsce. Rankiem znów muszę odmrażać namiot, znów budzą mnie temperatury rzędu minus dziesięciu stopni, wraca grzechotka, a ludzie przestali zapraszać na kawę, a zamiast tego wysyłają na ulicę albo w las.
Zaczęło się za Redding. Tego wieczora miałem bardzo nieprzyjemny nocleg. Coś, albo ktoś, kręciło się dość długo w nocy, wokół rozbitego w lesie namiotu, przez co spałem bardzo średnio i następnego dnia marzyłem już tylko o jakimkolwiek bezpiecznym miejscu do spania.
Za Suzanville, w zapadających ciemnościach, kieruję się do leżących niedaleko zabudowań. Pukam, pytam, dla odmiany zamiast psami, postraszyli mnie strzelbami. Everywhere are guns, don’t try to come back. Osłupiały patrzyłem i słuchałem, jak mężczyna powtarza groźbę, że ze wszystkich stron celują we mnie nabite strzelby. Zmykam na ulicę bardziej zdziwiony, niż wystraszony, bo od czasów bjutyful British Columbia, nikt mnie tak nieprzyjemnie nie potraktował. No nic, miałem pecha, ktoś widocznie miał zły dzień, zdarza się. Jadę do drugich zabudowań. Otwiera bardzo przestraszony łysawy pan z dużym brzuchem. Nic z tego, on nie może pozwolić, bo to nie jego dom, on tylko wynajmuje, za ogrodzeniem też nie mogę, bo jak przyjedzie właściciel, to będzie miał pretensje, a jak mi się coś stanie, to on będzie odpowiadał. Pytam, czy nie mógłby zatem zatelefonować do właściciela i zapytać. Może z moim pytaniem było coś nie tak, albo mój angielski się mocno uwstecznił, bo mężczyzna wzruszył ramionami, jakby nie zrozumiał. Ok, być może trochę bełkotałem, bo w dziesięciostopniowym mrozie zmarzły mi trochę wargi, ale chyba było aż nazbyt jasne, czego chcę.
Łysawemu panu z brzuszkiem życzę pięknego cellulitu z mózgu i jadę do następnych zabudowań. Światła się świecą, choinka ubrana, przed domem mikołaj, zabawki, są dzieci w domu, jest dobrze. Pukam. Nic. Pukam. Telewizor się zepsuł, bo przestał grać. A może nastąpiła awaria prądu, bo zgasły światła w pokoju. Pewnie mnie obserwują. Prostuję się, coby lepiej wyglądać i pukam raz jeszcze. Cisza. Pukam. Nic. No to się rozbiłem, myślę sobie i, już wiadomo, cellulit tam gdzie trzeba a może i jeszcze gdzie indziej.
Nie myślę, jest za zimno na myślenie, w dziesięciostopniowym mrozie można się zatrzymać tylko po to, aby się od razu przebrać i wskoczyć do śpiwora, inaczej się szybko zamarza. Robię parę podskoków, rozcieram ręce i kolana, wskakuję na rower i jadę dalej. Instynkt przetrwania prowadzi mnie do następnych zabudowań. Tym razem otwiera kobieta, staram się jak najszybciej wytłumaczyć o co chodzi, kiwa głową, zgadza się, ale jeszcze musi zadzwonić do męża i zapytać, mąż się nie zgadza, z mózgu cellulit, kobieta nie pozwala mi jednak zamarznąć, mówi, żebym schował się za garażem i tam rozbił, mąż wróci w nocy i nie zauważy, a ona mu powie, że mnie spławiła, dziękuję, dziękuję, już nawet o makaronie nie myślę, tylko do śpiwora i spać.
Oczywiście, mogłoby być gorzej. Odkąd wyjechałem ze SPA w Portland, czyli od piętnastu dni, nie spadła na mnie ani jedna kropla deszczu. Ludzie straszyli, żebym uciekał przed nadchodzącymi opadami śniegu, przez ostatnie dni pedałowałem więc tyle, ile byłem w stanie. Travelling is not about having a good time, mówi Paul Theroux, ale żeby się aż tak zarzynać… Po co?
Jestem w Reno, w Nevadzie, u poznanych przez internet Mickyego i Joy. Okazuje się, że nie jestem cyborgiem (Nunu twierdzi, że to dobrze, i ja też tak myślę), męczę się, choć uświadomienie sobie tego faktu zajmuje mi trochę więcej czasu, niż powinno, dlatego zatrzymuję się dopiero wtedy, jak nadaję się już tylko pod kroplówkę.
Muszę chwilę odpocząć, zwyczajnie mówiąc, nie mam już siły. W głowie też nie najlepiej. Być może to przez zmęczenie, odległość, bardzo mętne myśli, niespokojne, a więc gdzie zaczyna się obłęd, kto jest świrem? Co to jest obłęd? Podobno jestem przykładem niebinarnego systemu logicznego, w którym jest prawda, fałsz i jeszcze może być część prawdy, czyli jestem jebnięty w siedemdziesięciu trzech procentach.
Pomimo tego, a może dzięki temu, że jestem jebnięty we wszystko jedno ilu procentach, jestem z siebie zadowolony, lubię siebie, z roku na rok, chyba bardziej. Polubić siebie nie takie proste, ale istotne. W końcu, to jedyna osoba, z jaką jesteśmy przez całe życie. Siebie, czyli kogo? Ja-teraz nietożsame z ja sprzed dwóch lat, a co dopiero mówić o dwudziestu… Podważenie podmiotowości człowieka, tożsamość człowieka nietrwała, Ostatnia Taśma Krappa Becketta, dziś to, jutro tamto, to naprawdę byłem ja? A teraz? Co ja tu właściwie robię? Zarzynam się tu w imię czego? Po co? Gdzie mój placek? Czuję zapach, ale jeszcze nie mogę go dotknąć. Co w zamian, co zamiast tego? Coś zrozumiałem? Osiągnąłem?
Cóż to jest osiągnięcie? Tożsamość podmiotu z przedmiotem pożądania. Podmiot umiera po drodze jednak, nie raz przecież, we śnie raczej nie widzę głów, kiedyś widziałem, może to jakis znak, a przecież miało być cyklicznie, ej, co się dzieje, jesteśmy w Stanach, idą Święta, tutaj choinki, stroiki i przebrani Mikołaje już po Święcie Dziękczynienia, dobre sobie, dziękczynienia święto, za co?, za unicestwienie Indian i zabranie im ziemi?, Yes, we are blessed, mówi Levi, pan żul z Maka, kiedy mówię, że wy tu macie wszystko w tych stanach, nie musicie wcale podróżować za granicę, yes, we are blessed, God bless America, Levi służył z Afganistanie, ja pierdolę, kolejny weteran, co się stało, dlaczego tak wygląda, nie wiem, o co zapytać, I can’t live normal life mówi Levi, myślę sobie, to tak jak ja, asceta życiowy, może nawet intelektualny, żona odeszła, miał wyrok, wkrótce po tym, jak wrócił, kogoś pobił, narkotyki, pozwalały nie myśleć, po odsiadce ciężko pracę znaleźć, ale daje radę, w Kalifornii ciepło, mieszka w LA, tutaj kolegę odwiedził, jutro wraca do domu, a Ciebie co tak nosi po świecie? W wojsku byłeś? Niebo, przestrzeń, co mam powiedzieć? Masz kobietę? Mam, odpowiadam, i pokazuję obrączkę z druta. To co ty tu kurwa robisz? Z nią powinieneś siedzieć. Dzieci masz? To wracaj, dzieci robić, póki możesz. Na wojnie jesteś? Placek ze śliwkami już się piecze, mówię mu. Jaki placek? Fuck! Wracaj do domu, dude, póki jest gdzie, wracaj do domu i kochaj swoją kobietę, the voice of experience is talking to you. Cisza zapada, żołnierz zasępił się, odpłynął, znów zacierają mi się głowy, głosy, granice, a jednak fajnie byłoby w coś bezgranicznie wierzyć, Nunu absconditus, jak milczy, to trudniej uwierzyć, ale jest, czuję, jak mi się w głowie wierci, placek piecze, szepce na ucho pokrzepiające słowa, dmucha w plecy, żeby się lepiej jechało i choć alfabet ludzkich myśli nie poznany, jeszcze moment, a zaraz zrobi się cieplej, słońce przywiozę, przystanę pod tym drzewem, przebiorę się, zjem drugie śniadanie, ale co jest? Drzewo całe pokryte butami, dobrymi butami, przypominam sobie Afrykę, gdzie kobiety zakładały buty przed wejściem do kościoła, a potem ściągały, wychodząc, wracające ze szkoły dzieci biegły za rowerem, trzymając buty pod pachą, żeby nie zniszczyć, drzewo z butami, zrobię zdjęcie, prawie jak drzewo z raju, tyle dobrych par, u Myśliwskiego, chyba w Widnokręgu, matka pół dnia idzie przez pole z synem, szukając zgubionego buta, swoich nie zostawiam, jadę dalej, jeszcze mi but na głowę spadnie, odpocznę pod sklepem, reklama kowboja, ujeżdża konie, uczy jeździć, czy koń jest zadowolony, że ktoś go ujeżdża? Nie wiem, wiem tylko, że z miny konia wiele wyczytać nie mogę, próbowałem kiedyś jeździć konno, ale odczuwałem wyraźny dyskomfort, o wiele pewniej czuję się w towarzystwie psów, a nawet kotów, do których przekonałem się po latach wzajemnej nieufności, wracam na drogę, nowe artefakty, pas do nabojów, zawieszam na słupku, a niedaleko delfin, może to czyjaś Rafineria, też zawieszam, razem z pasem.
W siedemdziesięciu trzech procentach?:) Grześ, niedługo pobiegniemy, Nunu, niedługo zastygniemy, absconditus oboje, niech się wali cały świat, nie odnajdą nigdy nas, tralala, melodię można sobie zguglować, a z Meksyku do Nevady, tam, gdzie żyją koniokrady. Oby tylko nie przerzucili się na rowery… Save a horse, ride a cowboy!
Kończymy tradycyjnie wesołym porankiem i pozdrawiamy z ziiiimnego, ale słonecznego Reno!
