Ogród Luizy

A co, jeśli fizyka ma rację? I po perygeum nie ma już bliżej? Więc teraz co? Dalej? Znaczy oddalam się, czy cofam? Ja pierdolę, może ja się rzeczywiście cofam. Ale kto za tym stoi? Chcę wiedzieć. Chcę wiedzieć, kto pociąga za sznurki. No i jeśli się cofam, to poproszę do dzieciństwa. Mam sześć lat. W sumie ciągle mam sześć lat. Niewiele się zmieniło. A w czerwcu ogród zakwita. Niestety, nie gai, ale też ładne imię – Luiza. Pozdrawiamy wszystkie akademiki, w których przyszło nam żyć, internaty, no a oczywiście Bursę najbardziej, gdziekolwiek teraz jest. Jeśli jest, to on wie. Wie i pewnie dziwi się, z dołu, albo z góry, dziwi się, że my nie wiemy. Do jesieni daleko, na razie wiosna przyszła.  I z tego cieszyć się trzeba.

Perygeum

Perygeum na niebie, perygeum we mnie, perygeum w nas. Nigdy chyba bliżej, a może to kolejna wiosna zakrzywia postrzeganie, ale przecież czuję wyraźnie, nie może być inaczej. Zatem można jeszcze bliżej? Fizyka mówi, że ciała niebieskie posiadają perycentrum, czyli najbliższy punkt na ich orbicie w stosunku do okrążanego przez nie obiektu. Ale czyja to orbita? Moja czy jej? A może jeszcze kogoś? Coraz wyraźniej czuję, że kogoś brakuje. „Peri” od blisko, „gee” od Gaea. Nawet nie trzeba podsłuchiwać podszeptów, no przecież, że Gaja. Maja i Gaja. Może bliżej niż myślę, może dalej, na razie ciągle w górę, unoszeni, sam nie wiem gdzie, mama i tata Alboth jacy ciepli, sympatyczni, szczerzy! Śliczny wieczór, Anno i Tomku, dziękujemy, zasłużony Traveler za bloga, jak ktoś ich jeszcze nie zna, musi koniecznie zajrzeć na ich stronę!

http://thefamilywithoutborders.com/

Z rzeczy dobrych, książka o Andach i Kordylierach się pisze, może coś wykluje się na udazkena, a nawet jeśli nie, przecież świat się przez to nie zawali, znów sobie pochlebiam, przecież on nawet nie drgnie.

Ostatnio dużo dobrych ludzi na drodze, w Wawie, na majówce, nawet Czesi, co nas do baru nie chcieli wpuścić, też dobrzy, pewnie swój powód mieli, może to znak, że jeszcze trochę do zrobienia, do pojechania, do opisania, do narysowania, i wydaje mi się, że fizyka tu zawodzi, bo jeszcze bliżej będzie, jeszcze goręcej, jeszcze więcej sportu. I nawet koko koko euro spoko jakoś nie denerwuje, nie drażni, bo przecież żyję, jestem, latam, urosły mi skrzydła.

Kiedyś, być może wzbiję się tak wysoko, że nigdzie nie będę musiał jeździć, bo z góry wszystko będzie widać. Ale na razie jeszcze dość nisko jestem. Także, powoli trzeba się zbierać. Wystarczy zamknąć oczy i już jest się daleko. Zawsze wydawało mi się to takie proste, choć jeszcze nigdy nie było takie bliskie. Proste. Piękne. Perygeum.

Ad Astra

Dokoła ciągle szaro, ale za moment się zazieleni, wróciłem z lasu, „co ja tu robię, przecież od lat miałem statkiem pirackim odpłynąć”, za leśnym cmentarzem rzeczy ciągle na swoim miejscu, od z górą trzydziestu lat, dla mnie przynajmniej, zawsze jakiś punkt zaczepienia, wierny konfesjonał, choć rozgrzeszenia nie daje, pewnie dlatego, że nie byłem w tym kościele, co trzeba,  albo może za mało we mnie żalu, albo żal nie taki, a postanowienie poprawy krzywe jakieś i nie do końca wyraźnie powiedziane, ale przecież „mówię jeszcze, mówię ciągle, tak mało powiedziałem, krótkie dni, tak mało powiedziałem, nie zdążyłem, porwał mnie w otchłań ze sobą biały wieloryb świata, i teraz nie wiem, co było prawdziwe, pamiętam, że coś powinno się łączyć z czymś, wyrażać coś, lecz nie wiem, w jakim celu, korzystam z najstarszego prawa wyobraźni i po raz pierwszy w życiu przywołuję zmarłych, wypatruję ich twarzy, nadsłuchuję kroków, chociaż wiem, że kto umarł, ten umarł dokładnie.”

To skąd te duchy? Skąd zjawy? „Zaprawdę godnym i sprawiedliwym, słusznym i zbawiennym jest śmiać się głośno, płakać cicho, być uważnym, pełnym pasji, lecą liście, szumi w lesie, wiatr z obłoków warkocz plecie i tego trzymać się trzeba.”

Wsiąkłem z powrotem w miasto, a raczej w moją miejską niszę, dobrze ukryty, w metrze i pociągu chciwie obłapiam literki, znikam, wzbijam, ulatuję, w wytartych, wyświechtanych słowach szukam pocieszenia i dzielę się, jak opłatkiem, święta pomyliłem? Co za różnica… Przyzwyczaiłem się na nowo do łóżka, ścian, schodów i wody w kranie, do nowych sprzętów w domu. I nawet do powietrza, bo zgęstniało od myśli, a mimo to, ciągle nie opuszcza mnie wrażenie efemeryczności.

To się dzieje naprawdę? Każdego dnia? Na wszelki wypadek, co dzień po przebudzeniu, dotykam i sprawdzam. No jest. Widzę przecież. Zawieszona na kolorowych balonikach, pedałuje obok mnie. Gdzie jedziemy? Nie wiem… Tak naprawdę, nieważne dokąd.

Na niebiesko-białych obłokach wyobraźni, wyłapuję ciepłe słowa, zakreślane przez jadącą obok zjawiskową, zwiewną postać: „usta włóż mi do ucha i mów szczelnie łaskoczące rzeczy, mów do środka, do mnie…”

Travelery 2011

Głosowanie na Travelery 2011 zostało zakończone. Bardzo dziękuję wszystkim za oddane głosy, wyniki wkrótce będą opublikowane.

A na koniec, wesoły (prawie) poranek w Gdyni, podczas integracyjnej imprezy na Kolosach. Na zdjęciu, poza moją blogową inspiracją, zdobywca Super Kolosa, Aleksander Doba – człowiek, który kajakiem przepłynął Atlantyk.

„Gdzieś dalej, gdzie indziej”

I się wróciło. Bo w końcu kiedyś, wcześniej czy później, zawsze się wraca. I już podarte mapy się na miejsce wstawiło. Torby, walizki, plecaki z niechęcią się rozpakowało. Brudy z odrazą się do pralki wrzuciło. Nazajutrz do roboty z przymusy się poszło” D. Czaja

Pustka i pełnia. Oszczędnie w słowach. Chciałbym. Ale chyba nie potrafię. Dużo pytań, zdecydowanie mniej czasu na refleksję. W podmiejskim do Otwocka można popedałować w myślach, podumać, popatrzeć na twarze. Ramię rwie daremnie. Na razie przestrzeni nie zmienimy. Niby cicho i spokojnie, ale w środku jak u Przybosia. Gromobicie ciszy. Nie, nikt nie spada. Unosi się, ale nie spada. Astrofizyka dopowiada, że w pustych przestrzeniach wszechświata zgromadzone są najsilniejsze energie. Cisza przed burzą? Niee, jeszcze się zima nie skończyła, poczekajmy na wiosnę. Rwie, rwie i spać nie daje.

Powoli, ale z uporem, włącza się we mnie zaszczuty pies. Jak u Badera. Każe ruszyć dupsko, jechać w drogę, szukać tropy. I co z tego, że o paznokciach? Jego sprawa. Kto nie chce, niech nie czyta i psów nie wiesza. Zawiść w ludziach i podłość niezmierzona. Więc psów nie wieszać. Psy są wierne. Dzieci są milsze od dorosłych, zwierzęta milsze od dzieci, ale do pantofelka za Bursą nie dojdę, poprzestanę na psach i kotach. I małym szczurku dla Nunu.

Ciągle jadę. Nawet jak nie jadę, to i tak jadę. Piękna myśl. „Tylko naiwni wierzą jeszcze, że tak naprawdę podróżujemy jedynie wtedy, gdy fizycznie przemieszczamy się w geograficznej przestrzeni”, pisze Dariusz Czaja.

No więc niby nie jadę, ale jadę, i w dodatku jedziemy razem. Ala i ja. Surrealność naszego istnienia pogłębiona poprzez wspólne wdychanie okrutnego zapachu maciejki w poprzek. I czego więcej trzeba? Ślicznie jest. Rozłupujemy swoje pancerzyki, delikatnie się podpatrujemy, patrzymy na rozciągnięte, połączone ciepłą dłonią cienie, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo pasują do siebie. I wcale nie dalej, nie indziej. Tylko hic et nunc. Tu i teraz.

Zdejmuję okulary. Świat rozmywa się. W głowie niesforne myśli. Ramię rwie daremnie, powoli daje za wygraną. Zaraz będzie wiosna, a może już przyszła, parkowa ławka, szumią drzewa, oddychamy głęboko, niezdarnie składamy proste słowa, głoski zawadzają o nosy, potykają się o nasze ciepłe policzki. Hic et nunc.

Reszta jest milczeniem.

The road not taken

„Two roads diverged in a yellow wood, and sorry I could not travel both and be one traveler…”

Jestem już w domu, Nunu jest, pięknie jest, naprawdę, więcej nawet, kosmicznie jest, placek ze śliwkami sobie jem, żaden Astro Boy w żadnym ze światów lepszego by nie znalazł, a co dopiero świr w siedemdziesięciu trzech procentach, taki jak ja…, nie można narzekać. Nie wolno. A jednak chwilami zachłystuję się i nie wiem, czy to z powietrza nadmiaru, czy z braku…

Oczywiście, nie przegrałem żadnej kasy w żadnym kasynie. Wróciłem, bo tak chciałem i nic i nikt nie przekonałby mnie do dalszej jazdy. W zasadzie to, pomijając lotnisko, nawet nie byłem w samym Las Vegas. Miasto otoczyłem łukiem, do tego nocą i widziałem tylko morze świateł. Tak jak na zdjęciu poniżej.

Ponieważ świat urządzony jest tak, a nie inaczej, chwilowo, a może i nigdy, nie będę mógł wrócić do pracy, którą bardzo lubiłem. Nikogo nie obwiniam. Mój wybór, zupełnie świadomy. Czy słuszny, to się okaże. Pewnie, że smutno trochę. Czy żałuję? Nie, nie żałuję.

Two roads diverged in a wood, and I — I took the one less traveled by, And that has made all the difference”

Przyszła zima. Może się wezmę za odśnieżanie dróg? Albo ścieżek rowerowych? Nie wiem, jak w innych miastach, ale w Wawie drogowcy w zimie zasypują ścieżki, odgarniając ulice i chodniki. Robią zaspy na rowerowych ścieżkach. Może kupię sobie łopatę i pomacham trochę? Tak dla lepszej cyrkulacji myśli?

Trochę tęsknię za namiotem, za drogą, ale na to wszystko jeszcze przyjdzie czas. Teraz jest czas na placek ze śliwkami. I żeby nie kończyć niespodziewanie kolejnej podróży, w następną rowerową wyrypę zabiorę go ze sobą. W jakiekolwiek zadupie świata. Jeśli tylko zechce mi towarzyszyć:)

Kończymy tradycyjnie wesołym porankiem, dla odmiany z Boliwii.

Pozdrawiamy i życzymy wszystkim spełnienia marzeń w Nowym Roku a najważniejsze: ZDROWIA!