Birma. Stany nieoczywistości.

 

„Nabrać dystansu do mediów i czarnej dziury mediów społecznościowych. Poznawać sąsiadów, tych z domu, ulicy, miasta, wioski i kraju obok. I tych dalszych. Wspierać się (…) Czytać, leniuchować, spacerować. Kultywować odpoczynek. Nie mieć jednej opowieści o świecie, bo taka nie istnieje. Znać drzewa i ptaki. Tęsknić za utopią. Dokładać do niej swoje kamyczki i gałązki. Patrzyć, dotykać, wąchać. Nie celować, nie strzelać, nie bić, nie obrzucać wyzwiskami. Śnić. Żyć. Być. Bez amen.” Roman Kurkiewicz 

Podobno podróż pozbawiona jest potoczności. Wyzbyta z monotonii i obca przeciętności mogłaby stanowić przeciwieństwo prozy życia, gdyż ta, dla odmiany, opiera się zazwyczaj na niedostrzegalnych, rzadko pamiętanych i niewzbudzających szczególnej uwagi drobiazgach. „Codzienność jest bowiem rzeczywistością podwójnie umykającą. Przetacza się ku nieistnieniu i przejawia w niezauważalności”, jak pisze Joanna Brach-Czajna w książce „Szczeliny istnienia”.

To prawda, że w drodze raczej nie ścielimy łóżek po przebudzeniu. Nie prasujemy koszul, nie sprzątamy ubikacji, nie myjemy naczyń, nie ścieramy kurzu z mebli, nie pierzemy firanek, nie odkurzamy dywanów, nie wychodzimy z psem, nie skrobiemy zamarzniętej szyby samochodu, nie kosimy trawnika, nie widzimy codziennie tych samych twarzy i miejsc, nie popadamy w rutynę powtarzalności, która sprawia, że dni umykają jeden za drugim, nie pozostawiając po sobie niemal żadnych śladów. 

A jednak podróż posiada swoją własną codzienność. Również i bycie w drodze wypełnia rutyna i powtarzalność, choć nieco „innego sortu”. Jak pisał Piotr Cieplak w książce „O niewiedzy w praktyce”: „Bo poza przyjemnościami i chandrami, chwiejnością pogody i filozofii, siłą i zmęczeniem, pozostaje jednak jeszcze robota do zrobienia, kilometry do przejechania. Swoją drogą to cudownie proste, jednak prostsze niż w życiu. Główna część dnia, główna treść trzydziestu jeden dni wyprawy do Lizbony, główne etapy, polegały zwyczajnie na przejechaniu możliwie najdłuższej drogi. Zwyczajne fizyczne zasuwanie. Zupełnie nic szczególnego. Brak danych. Czasem chałwa sięgnięta z tylnej kieszeni, u dołu koszulki. Bidon z wodą. Rozprostowanie pleców jako jedyna atrakcja na całą godzinę. Smarkanie, odsik. I tyle.”

Podróży, jak widać, również nie obce jest zmęczenie, frustracja, czy zniechęcenie. Tyle, że tę podróżną jednostajność bardzo często wypełniają zdarzenia niezwykłe, o wysokim stopniu nieprzewidywalności i sporej dawce bajkowości, które przez swoją wyjątkowość, a jednocześnie ulotność i krótkotrwałość przyciągają uwagę, na długo odciskają ślad w głowie i „nie przetaczają się w nieistnieniu”.

Podobnie jak codzienność zdaje się być zaledwie tłem dla niezwykłości, cały trud drogi jawi się niby niedopowiedzenie tego, co wydarzy się za kolejnym zakrętem. Wystarczy się zatrzymać. Rozejrzeć. A nawet nic nie robić, po prostu być. Czas sam z siebie resztę dopowie.

Nadchodził wieczór i rozglądaliśmy się już za miejscem do spania. Kilka godzin wcześniej opuściliśmy Bago, kierując się na wschód, w stronę granicy z Tajlandią. Godzinę wcześniej nieco utknęliśmy, gdyż podpatrywaliśmy kopiących piłkę chłopców. Niby nic szczególnego, a jednak. Grali w chinlone – liczący ponad tysiąc pięćset lat tradycyjny sport birmański, będący połączeniem tańca i sportów walki.

Poruszający się po okręgu zespół sześciu graczy (choć istnieje styl „tapandaing” wykonywany przez kobiety solistki) podaje do siebie piłkę głównie za pomocą kopnięć, ale również klatki piersiowej, ramion, bądź głowy, do momentu, aż znajdzie się na ziemi. Piłka staje się wtedy „martwa” i gra rozpoczyna się od nowa. W chinlone ma zwycięzców, ani przegranych, gdyż zespoły nie walczą przeciwko sobie, a współpracują, aby jak najdłużej utrzymać piłkę w powietrzu. Najważniejszy jest styl i technika.

Najchętniej przyłączylibyśmy się do gry i po zmroku rozbili namiot na sąsiadującym z boiskiem placu. Niestety. Wspominałem o tym w poprzednich wpisach, ale nadmienię raz jeszcze, że jeśli chodzi o zakwaterowanie, w Birmie strategia „na żywca” nie działa. Nie można po prostu zatrzymać się i zanocować w przydrożnym rowie, łące, czy pod drzewem, albo zapytać kogoś o pozwolenie rozbicia namiotu na podwórku. Prawo stanowi wyraźnie. Turysta ma obowiązek spędzić noc w hotelu i to nie w jakimkolwiek, ale takim, który posiada licencję na przyjmowanie zagranicznych turystów (choć kilka razy udało nam zatrzymać w noclegowniach dla tubylców, np. w miejscowościach Myothit i Taungoo). Co jednak zrobić, gdy najbliższy hotel znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej?

Jeśli przyjechaliśmy do Birmy z większą ilością gotówki i możemy sobie pozwolić na wydanie trzydziestu, czy czterdziestu dolarów za pokój, nie musimy się niczym przejmować. Wystarczy ostentacyjnie rozbić się na polu, placu, bądź w jakimkolwiek miejscu publicznym. W przeciągu kwadransa zjawi się policja i odstawi nas gdzie trzeba. Jeśli budżet mamy skromniejszy, pozostają klasztory.

Tym razem jednak żadnej świątyni w zasięgu wzroku nie było, krzaki nie wyglądały na tyle zachęcająco, aby próbować się w nich niezauważalnie schować, a zupełnie nie byliśmy w nastroju na podejmowanie nocą mundurowych gości. Dwa dni wcześniej, kiedy po dwudziestej pedałowaliśmy do Bago, zatrzymały się przy nas dwa policyjne radiowozy. Na pace jednego z nich, między kilkoma funkcjonariuszami upchnięto rowery, sakwy i dwóch wystraszonych Amerykanów. Odwożono ich do hotelu. Nie zdążyli nawet rozbić namiotu. Na szczęście policja nie upierała się, aby nas ściągać z drogi, odwożąc przy tym w odpowiednie miejsce, tak więc zakwaterowanie w mieście mogliśmy wybrać sobie sami.

Zrobiło się późno, a jednocześnie ciemno, głodno i coraz mniej przyjemnie. Koniec końców, pewnie próbowalibyśmy przespać się w krzakach, gdyby nie nagłe pojawienie się jadłodajni. I nauczyciela. Wtedy się zaczęło. Tąpnięcie. Zagęszczenie zdarzeń.     

Nawet nie pamiętam, czy mężczyzna podszedł, gdy już zamówiliśmy posiłek, czy najpierw nas zaczepił, a dopiero potem usiedliśmy do stołu. Tak czy inaczej, pół godziny później mieliśmy zapewniony nocleg w buddyjskim klasztorze, znajdującym się kilometr dalej w wiosce Nyaung Kha Shay.

– Policja nic o was nie wie, ale sołtys i mnich się zgodzili. Rok temu próbowałem pomóc australijskiemu rowerzyście, ale policja nie wyraziła zgody i odwiozła go aż do Bago, więc teraz się nie pytam, bo wstyd – dodał z lekkim uśmiechem.     

Główny mnich zdecydował, że nauczyciel ma spać razem z nami. Trudno powiedzieć, czy mężczyznę to ucieszyło, czy też wręcz przeciwnie, bowiem z jego twarzy niczego nie dało się wyczytać. Powiedział tylko, że musi „uprzedzić żonę, że dziś śpi w świątyni”. 

Rankiem poczęstowano nas birmańskim przysmakiem, czyli sałatką z liści herbaty w oleju sezamowym, zwaną laphet, podaną z warzywami, orzeszkami, suszonymi krewetkami i czosnkiem, po czym pojechaliśmy do jadłodajni na herbatę. Z niemałym trudem udało nam się wymigać od zjedzenia oferowanego przez nauczyciela śniadania, czyli zupy i ryżu z dodatkami, choć nie do końca byliśmy pewni, czy naszego gospodarza przekonał argument, że nie jadamy obiadu przed rozpoczęciem pedałowania. Poranek zwieńczyła wizyta w lokalnej szkole, gdzie wraz z Fidrygałką opowiedzieliśmy nieco o sobie, o naszej drodze i o Polsce.

Chwilę po pożegnaniu podróż na nowo wkroczyła w swoją codzienność i przyjęła kierunek w stronę kolejnego tąpnięcia i czekającego za kolejnym zakrętem zakrzywienia. Ale to akurat jest mniej istotne. Co ma być, to będzie. O wiele istotniejsze wydaje mi się to, co pozostało.

Jaki świat zostawiliśmy po sobie w głowach tych, z którymi zetknął nas los? Czy choćby po części odwdzięczyliśmy się za całe ciepło i gościnę, jaką otrzymaliśmy? Jak będą nas pamiętać? Bo przecież będą. Bardzo możliwe, że nawet dłużej niż my ich. I kto tutaj komu bardziej zakrzywił codzienność?  

Birma wysoko postawiła poprzeczkę. Trudno będzie teraz nie porównywać dopowiadanych do tej podróży historii z tymi, jakie były naszym udziałem zaledwie kilka tygodni wcześniej w Mjanmie. Wjechaliśmy do Laosu. W nowe stany nieoczywistości, kto wie, czy nie większe. Ale o nich następnym razem.

Birma. Szczeliny istnienia.

 

„To, co nas spotyka, jest tylko małym wycinkiem zdarzeń zachodzących w świecie, więc niczego nie należy odrzucać, bo i tak w ciasnym, zewsząd ograniczanym obszarze bytowania niewiele dane jest nam doświadczyć. Zatem wszystko, co się zdarza i co czynimy, pozostaje przyjmować z podziwem. (…) Przecież każdemu dany jest jedynie fragment świata ograniczony krótkim łańcuchem czasu, miejsca, okoliczności, własnych sił wreszcie. Każdemu dana jest chwila. Objawiona w szczelinie istnienia. J. Brach-Czajna „Szczeliny istnienia” 

Najpierw usłyszeliśmy muzykę, dopiero po chwili zobaczyliśmy, skąd dochodzi. Przejechaliśmy powoli wzdłuż szkolnego boiska, przechwytując zza niewysokiego płotu kilka zaciekawionych spojrzeń i gdyby nie skierowany w naszą stronę gest mężczyzny, który wyraźnie zapraszał nas do środka, zapewne nie zatrzymalibyśmy się wcale, nie przeszli przez bramę, tylko sunęli dalej w palącym słońcu, w stronę miejscowości Bago.

Zeszliśmy z rowerów i zbliżywszy się nieśmiało do machającej przyjaźnie postaci, wymieniliśmy birmańskie powitanie mingalaba – słowo pochodzące z języka palijskiego, które znaczy tyle co „pomyślności”. Pierwsze lody zostały przełamane i w męskiej, nieco chwiejnej asyście, weszliśmy na teren szkoły.

Przed ustawionymi w kilkunastu rzędach krzesłami, wypełnionymi po brzegi odświętnie ubranymi ludźmi, na niewielkim, zadaszonym podwyższeniu odbywała się jakaś uroczystość. Zostawiliśmy rzeczy pod bramą i podeszliśmy w stronę sceny. Niestety, jak się za moment okazało, zbyt blisko. Chociaż bardzo chcieliśmy tego uniknąć, nasze pojawienie się wzbudziło ogromne, niekłamane zainteresowanie. 

Choć podróżowaliśmy po Birmie od trzech tygodni, wciąż nie mogliśmy się przyzwyczaić do zamieszania, jakie niemal wszędzie sprawialiśmy swoją obecnością. Zamieszania o tyle krępującego, że obie strony nie do końca wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć. Owszem, oni mówią i my mówimy, ale wspólne słownictwo kończy się na kilku zdaniach. Potrafimy po birmańsku się przywitać, zamówić herbatę, zapytać, czy jedzenie jest pikantne, pożegnać się i tyle. Reszta to domysły. Podchody.

Najchętniej pozostalibyśmy niewidzialni, bardzo możliwe, że oni również. Pojawia się człowiek i nagle tworzy się pewna intymna przestrzeń, która albo nas zbliży do siebie albo nie. Nigdy nie wiadomo, jak przebiegnie spotkanie, nigdy nie da się go dokładnie przewidzieć. Nawet, jeśli staramy się wyjść poza własne przyzwyczajenia, gdy próbujemy nie porównywać, nie wartościować, nie oceniać, nie zwracać uwagi na obrzydliwie wyglądające, ciemnoczerwone plamy śliny na ziemi (i proszę, nie mogłem się powstrzymać od negatywnie nacechowanego epitetu), to i tak nie wiadomo, czy zostaniemy zaakceptowani. Maseczka na twarzy, tanaka, niewiele tu pomoże. Choćbyśmy dali się wymalować tym białożółtym pudrem z drzewa tanaka, używanym do ochrony przez słońcem, to przecież i tak na kilometr widać, że nie jesteśmy stąd. To my jesteśmy inni.

W audycji radiowej programu II polskiego radia z 29.12.2018, profesor Leder mówi, że w „gościnności” najważniejsza jest właśnie inność:

„[Jest to punkt wyjścia] do pierwszej istotnej myśli Derridy, którą czerpie od Manuela Levinasa, gdzie słowo „gość” i „inność” są połączone i inność jest tu najważniejsza. Tzn. przybycie gościa jest zawsze spotkaniem z „innym”. Ta inność jest w filozofii Levinasa źródłem naszego człowieczeństwa. To znaczy to, na ile potrafimy wykroczyć poza siebie, poza swoją tożsamość, przyzwyczajenia, codzienność i spotkać się z innym, ale właśnie z tym, co jest w nim zaskakujące, co nie jest powtórzeniem naszej własnej tożsamości. Levinas nazywał to nieskończonością, czymś, co czyni nas ludźmi.”

Nie upłynęło dziesięć minut, kiedy zaciągnięto nas do pierwszego rzędu i przedstawiono dyrektorce. Przypadkiem trafiliśmy na zakończenie roku szkolnego. Pół godziny później zaproszono nas na półoficjalny poczęstunek, ale najciekawsza część widowiska dopiero miała się rozpocząć. Część artystyczną przewidziano na godzinę siedemnastą.

W międzyczasie trochę porozmawialiśmy, na tyle, na ile pozwalała znajomość języka. Ale bariera lingwistyczna nie jest główna przeszkodą w kontaktach z Birmańczykami. Tym, co najczęściej powoduje nieporozumienie jest z jednej strony szeroko rozumiana wstrzemięźliwość w kontaktach z obcokrajowcami (włączając oficjalny zakaz przyjmowania ich pod swój dach), jak i coś, czego odpowiednika trudno byłoby szukać w polskiej kulturze. Mam tutaj na myśli typowo birmańską osobliwość, która nazywa się… Ana. Jest to pewna właściwość, czy też wartość, bardzo silnie determinująca zachowanie, kształtująca relacje interpersonalne i przenikająca nie tylko codzienne interakcje społecznie, ale nawet świat polityki.

Ana wyraża się poprzez bardzo silne zahamowania (powściągliwość, unikanie, wahanie) w kontaktach z obcym z obawy, że można go urazić, sprawić, że straci twarz, albo poczuje się zakłopotany. Dla typowego Birmańczyka cudzy interes i dobre samopoczucie będą o wiele ważniejsze niż jego własne samozadowolenie. Co więcej, szczerość i bezpośredniość uważane są za zachowania agresywne i prowadzące do konfrontacji.

Do dziś więc nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy, czy nasza obecność tak naprawdę ucieszyła grono pedagogiczne, czy też wręcz przeciwnie. Być może stanowiliśmy nawet personae non gratae, ale nikt nam tego nie zakomunikował, nikt słowem niczego nie powiedział, nie dał po sobie poznać choćby dyskretnym gestem, bo wszystkim włączyła się ana

Dziecięce tańce rozpoczęły się dopiero po osiemnastej. W międzyczasie poczęstowano nas betelem.   

Jadąc jakąkolwiek drogą w Birmie, czy idąc chodnikiem, dość szybko zwrócą naszą uwagę zalegające niemal wszędzie ciemnoczerwone plamy. To pigment z wypluwanego betelu. W Birmie żują wszyscy: dzieci, młodzież, dorośli, starsi ludzie.

Czym jest betel? To używka z liści pieprzu żuwnego, zwanego też betelowym (Piper betle), w który zawinięte są nasiona palmy areki (rośliny pochodzącej z Filipin, ale uprawianej na obszarze całej tropikalnej Azji i wyspach Pacyfiku), sproszkowane mleko wapienne (zmniejszające kwasowość śliny, co pozwala na uwolnienie działających na układ nerwowy alkaloidów, powodujących uczucie oszołomienia) oraz dodatki, takie jak cynamon, kardamon, tytoń, a bywa, że do betelu dodaje się heroinę, bądź kokę.

Zawinięty liść wkłada się w usta i żuje. Po chwili puszcza czerwony sok, którego trzeba się pozbyć, stąd nagminne odchrząkiwanie i spluwanie gdzie popadnie. Zaczernione zęby widoczne w niejednym uśmiechu są skutkiem ubocznym nadmiernego spożywania używki. 

Jeśli chodzi o nazwę, polskie słowo betel pochodzi z łacińskiej nazwy jednego ze składników używki, czyli z liścia. Wiele języków posiada swoje własne nazwy, będące zazwyczaj wariacją paan, natomiast w Birmie betel nazywany jest kwun-ya, (wymawia się to [kóːn.jà], z przedłużonym „o” w środku słowa). 

Ponieważ orzechy areki i liście pieprzu betelowego zawierają wiele substancji wykazujących działanie pobudzające, psychotropowe (np. arekolinę), czy antybakteryjne (eugenol, cyneol), betel od wieków wykorzystywany był jako środek poprawiający humor, trawienie i zabijający pasożyty. Co więcej, w niektórych miejscach na świecie do dziś używany jest jako waluta, o czym można przeczytać choćby w książce „Seks, betel i czary” Aleksandry Gumowskiej: „Tradycyjnie za pierwszy seks dziewczynie trzeba zapłacić kiścią betelu”.

Pod szkołą, gdzie czekaliśmy na przedstawienie, betel stał się zaledwie neutralnym elementem interakcji, ale i tak skuł mnie porządnie. Być może to moje nienawykłe do jego podejrzanych składników receptory zareagowały odurzająco, podkręcone wydobywającą się z głośników psychodeliczną muzyką. Swoją drogą, zawiniątko tak mi smakowało, że zamiast je wypluć, to się zapomniałem i całość połknąłem. 

Bawiliśmy się doskonale i najchętniej zostalibyśmy na imprezie do końca. Niestety. Około dwudziestej zjawił się tak zwany Oficer Imigracyjny i za pośrednictwem jednego z nauczycieli przekazał, że musimy się z terenu szkoły zabierać i udać do hotelu, znajdującego się, nomen omen, czterdzieści pięć kilometrów dalej. 

W książce „Życie to chwila jawy”, we fragmencie dotyczącym Birmy, Janusz Poniewierski cytuje nieżyjącego już polskiego dziennikarza Tadeusza Jagodzińskiego:

„Profesor jest byłym wykładowcą, z pochodzenia Szanem (to spokrewniona z Tajami mniejszość etniczna, zamieszkująca pogórze na wschodzie kraju). Mówi płynną, choć nieco staroświecką angielszczyzną wyniesioną ze szkół prowadzonych przez misjonarzy. „Z poznawaniem Birmy jest jak ze ślepcami ze starej przypowieści buddyjskiej – wyjaśnia mi cierpliwie. – Trzech ślepców postawiono przed słoniem i kazano określić, co to takiego. Pierwszy dotknął nogi i był przekonany, że to kolumna wspaniałej budowli. Drugi, namacawszy ogon, stwierdził, że ma przed sobą węża. A trzeci próbował objąć brzuch, ale nie mógł, więc uznał, że to kula ziemska”.

Czy chce przez to powiedzieć, że musiałbym tu spędzić pół życia, żeby cokolwiek pojąć? „To też – odpowiada rozbawiony. – Ale przede wszystkim chodzi o to, żeby mieć oczy szeroko otwarte i ogarniać całość”.

Od trzech tygodni jesteśmy w Tajlandii, Birma pozostała ciepłym wspomnieniem. Czy byliśmy w niej odpowiednio uważni? Czy mieliśmy wystarczająco szeroko otwarte oczy? Choć od słońca trzeba je było często zmrużyć, to mam nadzieję, że tak, choć nie mnie to oceniać.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, powiedział lis do Małego Księcia. Gdyby odnieść to stwierdzenie do podróżowania, można by napisać, że istota podróży zasadza się na tym, czego nie da się o niej opowiedzieć. A wszystko, czego doświadczyliśmy, jeśli się nie przyśniło, to zaledwie się zdawało. Dopowiedziałbym do tego, cytując Stany nieoczywistości Urszuli Kozioł: „Jeszcze mi nie bądź, Jeszcze mi się zdawaj”.

Niektóre piękne chwile chciałoby się przeżyć raz jeszcze. Bywają też takie, które się przeżywa, choć tak naprawdę, dopiero się wydarzą. 

Jeszcze mi nie bądź. Jeszcze mi się zdawaj.

   https://www.yamamotomasao.jp/

Loy Krathong. Chiang Mai.

 

„Mieć co jeść i pić, mieć gdzie mieszkać, mieć trochę wolnego czasu na marzenia, na pisanie i na sen – czego więcej mógłbym chcieć od Bogów i oczekiwać od Losu?” Fernando Pessoa „Księga Niepokoju”

Niech będzie nieco o pisaniu. W końcu po to tutaj jestem. Żeby pisać, czy też – dopisać. Padło na Tajlandię, trudno powiedzieć dlaczego. Może dlatego, bo wcześniej w tym kraju nie byłem. Ktoś powie, że powód niewystarczający. Nie byłem przecież w wielu innych miejscach, do których mnie ciągnie. To jeszcze słońce i niebieskie niebo. I dostępność owoców. I niskie ceny. Względny spokój. Pomiaukujące koty na rogach domów, na dachach i w altankach. I trochę dalej od domu. Bo dystans jest potrzebny. Ten fizyczny. Żeby poskładać myśli na nowo. Przebyć drogę na nowo. Ponownie się umordować. Trochę w inny sposób, ale umęczyć się całkiem zdrowo.

Jak mówił Łukasz Orbitowski w jednym z wywiadów: „Pisanie to jest ten rodzaj wysiłku, który towarzyszy alpinistom w wędrówce na jakiś ośmiotysięcznik. (…) Jest to żmudne, nudne, bolesne, przykre, ale jednak woła, po prostu. (…) Pisanie oferuje ten rodzaj satysfakcji, który bierze się z głębokiego, nieprzyjemnego wysiłku”.

Podobnie wypowiadał się Stanisław Barańczak: „Nie przypominam sobie, aby pisanie któregokolwiek [z wierszy] sprawiało mi przyjemność. Proces twórczy to tortura, zwłaszcza w początkowej fazie szukania konceptu w mroku, w którym można się tylko obijać po omacku o kanciaste meble stereotypów. I prawdą jest, że łatwiej grafomanowi, który nie musi błądzić w ciemnościach: literackie konwencje same go niosą prosto w słońce oczywistości. A jednak wszystkie inne udręki okupuje ten jeden moment, gdy składniki wiersza z dźwięcznym pstryknięciem wskakują we właściwe karby i łożyska, gdy staje się nareszcie jasne, że coś powstało i że to jest dobre. Późniejsze rozczarowanie nie jest wykluczone, ale mimo wszystko ów wzlot to doznanie, którego nie da się porównać z żadnym innym. No, może z jednym.”

Jestem w Tajlandii i jednocześnie jakby mnie tu nie było, bo całe dnie spędzam przed komputerem, z nielicznymi wyjątkami, gdy kilka razy zdarzyło nam się z Fidrygałką pojechać do centrum, bo podobno coś miało się dziać. W rzeczy samej, zadziało się całkiem widowiskowo podczas święta Loy Krathong, gdy powietrze wypełniły papierowe balony, unosząc się w górę i zabierając ze sobą wszystkie ludzkie smutki i nieszczęścia. Jakkolwiek spektakularne były same wzloty (i późniejsze upadki) wieczora, ludzie, kiedy już wysłali swoje żale w przestrzeń, raczej mało spoglądali w niebo, a więcej w ekrany swoich gadżetów, fotografując się na tle wszystkiego/niczego (niepotrzebne skreślić).

Tak więc, jestem ciągle w Chiang Mai, siedzę przy drewnianym stole, albo wyleguję się na całkiem wygodnym łóżku i próbuję dokończyć książkę. Nie wiem dobrą, czy złą, czy w ogóle jakąś. Wartościową. Wierzę, że tak, inaczej nie pisałbym wcale. Ale nie wiem. Piszę na miarę własnych możliwości, najlepiej jak potrafię. A w tym pisaniu, najwięcej jest niepisania. Mam tutaj bardzo dobre warunki, mam czas, mnóstwo czasu, mam możliwości i siły. Wszystko niby jest na swoim miejscu, a jednak bywa, że człowiek patrzy tępo w monitor przez cały dzień i nic. Kompletnie nic.

Jak mówił Marek Bieńczyk: „Pisanie to bardzo nerwowe i lękotwórcze zajęcie”. W podobnym tonie wypowiada się Houellebecq: „Człowiek nigdy sam nie decyduje o pisaniu książki. Książka jest jak blok cementu, który zaczyna tężeć, a możliwości autora ograniczają się do bycia na miejscu i czekania w rozpaczliwej bezczynności, aż proces sam z siebie się rozpocznie.” I jeszcze Sandor Marai w książce „Niebo i ziemia”: „Na próżno wiesz, co chcesz powiedzieć: literacki początek jest jakąś praczynnością, prawie niezależną od naszego rozumu i zamiaru. Człowiek słyszy jakiś głos, widzi jakieś światło i naraz zaczyna dźwięczeć fraza. Uspokajasz się i czujesz, że „coś się stało, tak, teraz już jest dobrze.” Ale niekiedy nie słyszysz tego głosu, nie widzisz żadnego światła, rozpaczliwie dopasowujesz słowa, szukasz tego tajemniczego rytmu, który wprawia w ruch całość, doprowadza prąd do zdania. Wysilasz się, kreślisz esy-floresy, a zdanie pozostaje głuche.  Pisania nie można zacząć na siłę. Coś tu jest niezbędne, jak w każdym akcie stwarzania. Co?… Prawdopodobnie Duch Święty.”

Trudno powiedzieć, który wysiłek cięższy. Z pisania, czy z jechania. I która satysfakcja większa. Z ukończenia. Takiego trochę iluzorycznego, bo po dojechaniu, albo niedojechaniu chce się ruszyć dalej, ma się ochotę na więcej. Z pisaniem jest bardzo podobnie, z jedną, niewielką różnicą – książkę trzeba dokończyć. A jednocześnie nie dokończyć, bo następnie tworzy się kolejną, która jest o tym samym. Cóż innego bowiem można ubrać w słowa, oprócz tego, co ma się w sobie? A ja przecież nie zmieniam się. Nie za wiele, w każdym razie.

W zasadzie książka jest napisana. Ale wciąż coś zmieniam, dokładam, ucinam, znów dodaję, porównuję, podmieniam i nie mogę przestać. Taka „mgławicowa” metoda pracy, jak u Nervala, albo „technika montażu”, jak określał swoje pisarstwo Tomasz Mann. Też zapożyczam, parafrazuję, karmię się innymi tekstami. Bez przeczytanych książek nie byłoby moich własnych.

Budzę się więc i zaraz po śniadaniu siadam do komputera, na kilka godzin stając się „dyrektorem fantomowego teatru niewidzialnego dla innych, reżyserując dramatyczne przedstawienie, pozostając jego jedynym widzem. Z tego spektaklu nie będzie żadnej recenzji w porannej gazecie, nie ma żadnej informacji zwrotnej, nikt w trakcie jego trwania nie klaszcze i nikt nie buczy.” To z Tokarczuk. Trochę pewnie ze zbyt grubej rury te wszystkie powyższe cytaty, nawiązania, odniesienia, ale trzeba mierzyć wysoko. Najwyżej się mocniej potłukę, jak spadnę. Bardziej zaboli.

Po co piszę? Nie wiem, naprawdę nie wiem, przecież nie dla pieniędzy. Od kilku lat jednak noszę w sobie wewnętrzny impuls przelewania myśli na słowa. Wychodzi różnie, ale może z czasem będzie lepiej. Staram się pisać „obiema rękami, rozrzutnie, bez zastrzeżeń.” Co z tego będę miał? Być może nic. Ale, jak napisał kiedyś Sandor Marai: „Tak będzie dobrze, bo takie było twoje zadanie.”

Może miał rację Agamben pisząc, że gwarancją prawdziwości tego kim się jest naprawdę, jest to, kim być nie można, albo też to, czego nie da się ze swoim życiem zrobić. Może rzeczywiście bardziej niż to, co teraz robię, określa mnie to, czego nie potrafię, do czego prawdopodobnie nigdy nie doskoczę. Wyobraziłem sobie jednak coś i brnę dalej, jeszcze trochę. Kolejna książka powstanie, nieco później, niż początkowo zakładałem, ale powstanie.

Tak czy inaczej, potrzebuję od pisania odpocząć, bo złogi na mózgu się robią. Dla przewietrzenia umysłu, za kilka dni ruszamy z Fidrygałką do Mjanmy (Birmy). W połowie stycznia powinniśmy być z powrotem w Tajlandii. A że tu klimat dobry, słońca dużo, owoce pyszne i koty po dachach hasają, to zatrzymam się jeszcze na chwilę i może jakiś duch z nieba zstąpi, pomoże, może usłyszy, jak o słowa proszę:

„przyjdź

            pismo

                        nosem

                        seksem

                        trafem

cudem, musem, ciurkiem, zezem, siupem, boczkiem, truchtem

byleś

pis-ło” Miron Białoszewski „Niedopisanie”