Laos. Infra

„6tk, szósta teza kota, mówi więc, że Księga nie jest po to,by stworzyć Całość, lecz po to, by rozmieniać ją na drobne, nawet na drobniutkie, by zbierać w nieskończoność okruchy, które z niej pochodzą, choć nie są podobne do całości, tak jak okruchy meteorytu nie odzwierciedlają wprost całego jego bloku” M.Bieńczyk „Kontener”

Niemal za każdym razem, gdy opuszczam jakiś kraj i zbliżam się do jego granicy, budzi się we mnie niepokój, tym większy, jeśli wjechanie do kolejnego wiąże się z zaistnieniem w nim po raz pierwszy. Często pojawia się również żal za poprzednim, trochę już poznanym, nieco przyswojonym, w którym człowiek zaczął się w miarę odnajdywać i dość swobodnie poruszać. Nostalgia, że trzeba go będzie za moment zostawić, a przecież nigdy nie wiadomo, czy nie na zawsze.

Nie mogę więc zaprzeczyć, że również i tym razem, gdy zbliżam się do granicy laotańsko-kambodżańskiej, jest we mnie niepewność, pewne rozdrażnienie, rozchwianie myśli, związane ze znalezieniem się w nowym, nieznanym sobie miejscu, z tą jednak różnicą, że żadnego przygnębienia w tym nie ma, melancholia nie zatruwa myśli, a jeśli pojawia się cień tęsknoty, to nie jako gorycz i rzewne smętki za minionym, ale potęgujące się z każdym dniem, wyczekiwane coraz silniej definitywne pożegnanie z Laosem.

Tydzień temu wyjechałem ze stolicy, Wientian. Fidrygałka uleciała w chmury i zostawiła mnie samego z Rafinerią (która, nawiasem mówiąc, w tym roku kończy osiemnaście lat). Przejechałem kolejne setki kilometrów, ciągle licząc, że napiszę o Laosie coś więcej, coś pozytywnego, ale niestety, niewiele mam do dodania.

Spędziłem w tym kraju dwa miesiące z poczuciem przemożnego wyobcowania, niedopasowania, nieciągłości, albo inaczej – „nieistotności”, podkradając termin od Marka Bieńczyka z jego tekstu, opublikowanego w magazynie „Książki”, a odnoszącego się do twórczości Milana Kundery. Człowiek czuje się tutaj „nieistotny”. Posuwam się do stwierdzenia, że „nieistotność” jest podstawą tożsamości większości osób podróżujących po Laosie, wykluczając być może tych, którzy swój kontakt z tym krajem ograniczyli do kilku głównych miast i turystycznych atrakcji, dzięki czemu nie musieli zaprzątać sobie głowy żadnymi „nieistotnościami”.

O zdystansowaniu Laotańczyków w kontaktach z obcym już pisałem. Przez kolejne tygodnie nic się w tej materii nie zmieniło. Pomijając sporadyczne spotkania z dziećmi i kilkoma starszymi osobami, z nikim w drodze nie rozmawiałem, a jeśli już, to nie były to żadne konwersacje, a zwykłe próby znalezienia noclegu albo zakupienia jedzenia.

Nawiązując do tego ostatniego – podstawę mojej diety w Laosie stanowiły banany (dziennie pochłaniałem całą kiść), jabłka, pomidory, gotowane jajka (do laotańskiego jaja balut, z uformowanym zarodkiem kurczaka w środku jednak nie mogłem się przekonać), ryż ze spalonym szaszłykiem, kurza kość obciągnięta ścięgnami i skórą, noodle soup, czyli woda z makaronem, kawałeczkami mięsa i odrobiną zieleniny (która bez dodania obowiązkowo stojących na stołach schemizowanych ulepszaczy smaku, pozostanie ryżowym makaronem w wodzie) i kupowane w sklepach tajskie, rybne konserwy. W przydrożnych wioskowych sklepach można też kupić sproszkowane „chińskie” zupki, ale na szczęście, niemal zawsze alternatywą dla nich pozostaje podawany z plecionych koszyczków lepiący ryż, nawiasem mówiąc – bardzo smaczny. 

Miejsce i wioskowe bazary w Laosie oferują jednak coś wyjątkowego, czego na próżno szukać w krajach ościennych – można tu nabyć odpowiednik latynoamerykańskiej paneli, czyli nieratyfikowany cukier trzcinowy, sprzedawany w kostkach pod nazwą Nam Oy. Dodawałem go do wody wraz z limonką i szczyptą soli i mogłem się delektować wysoce odżywczym i zdrowym, a przy tym naturalnym napojem energetycznym.   

W drodze często nie dosypiałem, co na pewno wpływało na rozdrażnienie, ale proszę mi uwierzyć – trudno spać w rozdzierających bębenki dźwiękach wydobywanych z wyćwiczonych gardeł współzawodniczących ze sobą w całonocnym pianiu armii kogutów, przy których środkowoamerykańskie kukuryki to zaledwie leniwe, senne kołysanki.

Odkąd jechałem bez towarzystwa Fidrygałki niemal codziennie hamowałem zapędy podjudzonych moim skąpym, rowerowym strojem transwestytów, podchodzących z butelką piwa Laobeer, które z jednej strony usprawniało ich zdolności językowe, (artykułowane wyznaniem miłości i powtarzanym kilkakrotnie zwrotem sleep, sleep, ok?), a z drugiej niwelowało dystans i jednocześnie, co usłyszałem od sprzedającego szaszłyki lady boya, nadbudowywało poczucie szczęścia.

– Laotańczycy często chodzą smutni, bo trosk im nie brakuje. Ale jak się zapytasz, to ci powiedzą, że są bardzo szczęśliwi. Muszą zatem pić dużo piwa, żeby naprawdę tak się poczuć.    

Może nie ma się czemu dziwić. Niewiele mają do zaoferowania jako naród, a historycznie i kulturowo nie wyróżniają się zbytnio, szczególnie jeśli zestawić ich kraj z sąsiadami. Nie ma tu ani takich turystycznych atrakcji, jak w Kambodży (Angkor), ani Wietnamie (kosmopolityczny Sajgon, królewska stolica Hue) czy choćby Tajlandii i Birmie, które w ogóle przecież stanowią odrębne jednostki kulturowe, o Chinach już nie wspominając. 

To może dałoby się oprzeć własną tożsamość na poczuciu szczęścia? Może to główny, jeśli nie jedyny narodowy towar eksportowy? Podobno Laotańczycy to jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie. Jeśli istnieją państwa, w których epatuje się martyrologią i cierpieniem, to znajdzie się miejsce i na takie, gdzie wspólnotę ukształtuje otwarcie, a może i szczerze wyznawane poczucie szczęścia.

Czy Laotańczycy są szczęśliwi? Nie mnie oceniać. Trzeba by tu dłużej pobyć, pomieszkać, nauczyć się języka, zapuścić korzenie. Mówiąc bardzo eufemistycznie, nie czułem się dobrze w tym kraju. Może dlatego, bo nie jestem Laotańczykiem? Może powinienem inaczej na wszystko spojrzeć? Czyżby to było aż takie proste? Źle patrzyłem? To może i oni patrzą inaczej? Tam gdzie ja niczego nie dostrzegałem, ukrywała się magia i tajemnica? Jak na zdjęciach w podczerwieni. Przecież na co dzień widzimy tylko niewielki, dość wąski zakres całego widma. Było za gorąco, za jasno, za ciężko, za pstrokato, nieco za fioletowo i zbyt różowo, a rozpalone słońce przesłaniało rozsądek, zalewało światłem nawet to, co ludzkie oko powinno było w stanie dojrzeć. 

Nie przeczę, niektórzy byli blisko. Ci chłopcy, od których zieloną kratkę dostałem, te starsze panie tkające na krosnach, wesele, na którym nas z Fidrygałką spili, a kilka dni temu zaproszenie do gry w kator, będącej laotańskim odpowiednikiem birmańskiego chinlone. Nadeszło nagle, ni stąd, ni zowąd, niespodziewanie, a przecież gorąco było, ciężko, wyraźnie jak zawsze. Ale choć językowo byliśmy nawzajem totalnie spętani, wszystko zadziało się zadziwiająco łatwo, z uśmiechem, otwarcie.

Podjechałem, aby zrobić zdjęcie. Zaprosili mnie gestem. Trzech młodych chłopców. Graliśmy krótko, może z godzinę. Nadciągała burza, pokazali, że mogę nocować pod szkołą. Następnego dnia była sobota, nie musiałem się więc przejmować zbyt wczesną pobudką, mogłem spać do woli, a rankiem pozwiedzać sąsiednie budynki, pospacerować spokojnie po salach, popatrzeć, usiąść w ławce, potem za biurkiem, zacząć mówić, choćby i do siebie, bo dziwnie tak samemu być w pustej klasie, trochę jak w pustym kościele. Nikogo nie widać, a coś się unosi, coś się czuje. 

Gdy rozłożyłem namiot, pytali, czy jadłem, czy piłem, czy czegoś nie potrzebuję. Przynieśli butelkę wody i ryż. Słońce zaszło za horyzont, zrobiło się ciemno. Nie zapalałem latarki, wioska wyciszyła się, jakby ktoś stłumił wszystkie dźwięki. Wyciągnąłem karimatę, usiedliśmy obok siebie i jedliśmy lepki ryż. Zakres widma zniwelował się niemal do zera. A wzrok błądził, wirował, aż się w głowie kręciło, tyle się widziało.  

Przecież wcale nie potrzeba magicznych dodatków. Nie potrzeba żadnego światła, nawet tego widzialnego, by w każdym obcym, każdym innym dostrzec drugiego człowieka.

 

Laos. Niewi(a)domo

‚czekam

na siłę

nadchodzi

nie zabiera

a wsiada we mnie

i wyrywa

od środka

w straszną odwrotność’ 

Miron Białoszewski ‚Podstarzałość’

Pisałem całkiem niedawno, że dyskurs podróżny jest albo dyskursem erotycznym, albo nie ma go wcale. Ale co zrobić, jeśli droga nie zachwyca? Nic nie mówić? Przemilczeć? Nic nie pisać? I dlaczego z góry zakładać, że ma zachwycać? Co to w ogóle znaczy – „że droga za serce i duszę chwyta”? 

Od ponad miesiąca włóczymy się z Fidrygałką po Laosie. Niby niewiele to czasu, ale z drugiej strony całkiem sporo, aby wyrobić sobie własne zdanie o odwiedzanym miejscu. O kraju. Oczywiście zdanie bardzo subiektywne i powierzchowne, a do tego odnoszące się do tej sfery doświadczeń, która pozostaje najbliższa naszej formie podróżowania, czyli do kontaktów z drugim człowiekiem. Proszę Państwa, wzdragam się przed napisaniem tego zdania od kilku tygodni, z trudem przekonując samego siebie, że kogoś nasza opinia w ogóle obchodzi, ale wszystkim potencjalnym zainteresowanym donoszę, że Laos niestety nas nie zachwyca. 

„Obfitość waszych ras i języków jest bogactwem danym wam przez Boga, znakiem dla tych, którzy myślą” – mówi Koran. Znów przebywamy w kraju, w którym poruszamy się po omacku, prawie jak niewidomi, nie znając języka, niewiele wiedząc o samych Laotańczykach. A zatem skoro się tutaj z jakichś względów znaleźliśmy, skoro wybraliśmy ten właśnie, a nie inny kraj za cel kolejnego etapu wędrówki, chętnie dowiedzielibyśmy się czegoś, nauczyli, próbowali podpatrzyć, jak żyć, jak być. Ale w Laosie, z nielicznymi wyjątkami, niemal nikt nie chce z nami rozmawiać. Podchodzimy, pozdrawiamy po laotańsku, zbliżamy na ile potrafimy do człowieka, pytamy, ale niezmiernie rzadko ktoś na nas spojrzy, rzadko odpowie.

Raz przypadkiem trafiliśmy na wesele, ale długo na nim nie zabawiliśmy, raz zaproszono nas do szkoły, gdzie odgrywaliśmy role nauczycieli, dwa razy podeszły do nas dzieci. I w zasadzie tyle ze spotkań. Nic więcej.

Wrażenie pewnej pustki, bądź jałowości, nie tylko w sferze socjalnej, ale również kulinarnej, a nawet krajobrazowej odczuliśmy zaraz po przekroczeniu granicy, ale ciągle powtarzaliśmy sobie, że najwidoczniej niepotrzebnie porównujemy, może zbyt wiele oczekujemy, zamiast cieszyć się tym, co jest. Ale radości nie ma. Czegoś ciągle brak. Jak u Białoszewskiego, w wierszu ‘Roztopienie się we mnie cytatu’:

powiedziałem swojemu weselu CIESZ SIĘ

                                                i zawsze jest sto kilometrów

                                                ode mnie do siebie

                                                                drugie 100 do

                                                rozkazu sobie

                                                                trzecie do

                                                stosowania się wedle rozkazu

                                                                                                tak

                                                                                                że i tak 

                                                                                                cud

                                                                                 że się słyszy

Pozdrowienia słyszymy, trudno zaprzeczyć. Dzieci wesoło machają, krzyczą falang, falang, biały, biały, podobnie jak polskie dzieci krzyczałyby murzyn, murzyn, gdyby zobaczyły na rowerach parę Afrykańczyków przejeżdżających koło ich domu. Wystarczy się jednak zatrzymać, aby pierzchły, gdzie pieprz rośnie. Dorośli natomiast niezmiennie pozostają zdystansowani. A jeśli już się zdarzy, że kogoś nasza obecność zainteresuje, to zerknie ukradkiem, słowa nie powie i zaraz odejdzie. Zbliżamy się więc sami, ale dystansu to nie zmienia. Mur pozostaje. Zdarza się, że rude koty go przeskoczą i rozkładając się ufnie na kolanach, w oczy spojrzą.

Ten obojętny stosunek Laotańczyków do innego ma swoje dobre strony. Rozbijając się wieczorem nad rzeką, czy obok szkoły możemy być niemal pewni, że nikt nie nadejdzie cichcem nocą i nie będzie nas budził, ani w jakikolwiek inny sposób przeszkadzał. Ale przecież, pomijając jazdę rowerem, poznawanie miejsc, czy podziwianie krajobrazu, jesteśmy tu przede wszystkim po to, aby pobyć bliżej człowieka. Chciałoby się od czasu do czasu porozmawiać, nawet jeśli wspólny zasób słownictwa skończy się na kilku słowach. Zrobić coś razem. Albo i nic nie robić, po prostu najzwyczajniej w świecie przysiąść na murku, na ławce, spojrzeć na siebie, pouśmiechać. Niestety. Smutno mi to pisać, ale jak do tej pory, nasze kontakty z Laotańczykami opierają się głównie na nieobecności.

A jednak i w Laosie zdarzają się zakrzywienia. Zachwyty, które w nieco wyjałowionej z bliskości rzeczywistości tym silniej oczarują i jaśniej rozbłysną. Wybuchną, jak okrzyk po zdobyciu zwycięskiej bramki.

Zaproponowali wspólną grę jednym słowem. Football. A właściwie trzema, football i fat boy, choć te dwa ostatnie nie odnosiły się do mnie, ale do jedynego z całej wioskowej gromady otyłego chłopca, który, jak się niebawem okazało, został obstawiony na znienawidzonej przez wszystkich odtrącanych chłopców świata pozycji podawacza wyrzucanych poza boisko piłek.

Nie kojarzyli Polski, nie znali Lawandowskiego, ale brakowało jednego do zespołu, bo fat boy przecież grał nie będzie, a dziewczynie głupio proponować. Fidrygałka wzięła więc aparat i filmowała, kiedy ja biegałem po zadaszonym, betonowym placu i próbowałem trafić do bramki. Najpierw wcelowałem nie do tej, co trzeba. Moi współgracze z drużyny prawie się popłakali i bynajmniej, wcale nie było im do śmiechu. Upewniwszy się, gdzie mam strzelać, zrehabilitowałem się w trójnasób.

Nigdy nie przepadałem za piłką. Ani jako gracz, ani tym bardziej kibic. A tu wkręciło mnie na całego. Może dlatego, bo całkiem dobrze mi szło. A człowiek raczej lubi, jak mu dobrze w czymś idzie. I proszę, nigdy bym nie przypuszczał, że piłka nożna tak łączy ludzi, a jednocześnie, jest w stanie tak silnie dowartościować. Pozytywnie do życia nastawić. Myśli tęczowo ubarwić.

W kiwaniu mnie ogrywali, ale nadrabiałem wzrostem i szybkością. Gdy wynik poszybował do 5:1, zawodnicy przeciwnej drużyny zaczęli rozkładać się na betonie i jęcząc z niby bólu, udawali poturbowanych. Jeden z tamtych podszedł do mnie i wręczył czerwoną kartkę. Moi protestowali, ale na niewiele się to zdało. Zszedłem z boiska i wtedy dostałem kolejną kartkę. Zieloną. Co ona miała znaczyć, nie mam pojęcia.

Siedzieliśmy potem wspólnie na trawie. Kilku chłopców i kilka dziewczynek. Rozmawialiśmy ze sobą we własnych językach. Słowa się unosiły, ciała huśtały od uśmiechów, spojrzenia się wymieniały, w powietrzu ze sobą zderzały, trudno było wzrokiem za wszystkim nadążyć, a co dopiero myślami.

Ciągnęli nas nad rzekę, ale odmówiliśmy i ruszyliśmy wieczorem do miasta. Jakoś smutno było odjeżdżać.

Nie wiem, co pozostawiliśmy po sobie. Może nic, a może coś. Chciałoby się wiedzieć, że jednak coś. Że w tym podróżowaniu, które mawiam często, że jest po nic, to chociaż ten mecz na laotańskim, betonowym boisku niósł jakieś znaczenie. Że był po coś.

Nawet jeśli zupełnie niewi(a)domo po co.

 

Birma. Stany nieoczywistości.

 

„Nabrać dystansu do mediów i czarnej dziury mediów społecznościowych. Poznawać sąsiadów, tych z domu, ulicy, miasta, wioski i kraju obok. I tych dalszych. Wspierać się (…) Czytać, leniuchować, spacerować. Kultywować odpoczynek. Nie mieć jednej opowieści o świecie, bo taka nie istnieje. Znać drzewa i ptaki. Tęsknić za utopią. Dokładać do niej swoje kamyczki i gałązki. Patrzyć, dotykać, wąchać. Nie celować, nie strzelać, nie bić, nie obrzucać wyzwiskami. Śnić. Żyć. Być. Bez amen.” Roman Kurkiewicz 

Podobno podróż pozbawiona jest potoczności. Wyzbyta z monotonii i obca przeciętności mogłaby stanowić przeciwieństwo prozy życia, gdyż ta, dla odmiany, opiera się zazwyczaj na niedostrzegalnych, rzadko pamiętanych i niewzbudzających szczególnej uwagi drobiazgach. „Codzienność jest bowiem rzeczywistością podwójnie umykającą. Przetacza się ku nieistnieniu i przejawia w niezauważalności”, jak pisze Joanna Brach-Czajna w książce „Szczeliny istnienia”.

To prawda, że w drodze raczej nie ścielimy łóżek po przebudzeniu. Nie prasujemy koszul, nie sprzątamy ubikacji, nie myjemy naczyń, nie ścieramy kurzu z mebli, nie pierzemy firanek, nie odkurzamy dywanów, nie wychodzimy z psem, nie skrobiemy zamarzniętej szyby samochodu, nie kosimy trawnika, nie widzimy codziennie tych samych twarzy i miejsc, nie popadamy w rutynę powtarzalności, która sprawia, że dni umykają jeden za drugim, nie pozostawiając po sobie niemal żadnych śladów. 

A jednak podróż posiada swoją własną codzienność. Również i bycie w drodze wypełnia rutyna i powtarzalność, choć nieco „innego sortu”. Jak pisał Piotr Cieplak w książce „O niewiedzy w praktyce”: „Bo poza przyjemnościami i chandrami, chwiejnością pogody i filozofii, siłą i zmęczeniem, pozostaje jednak jeszcze robota do zrobienia, kilometry do przejechania. Swoją drogą to cudownie proste, jednak prostsze niż w życiu. Główna część dnia, główna treść trzydziestu jeden dni wyprawy do Lizbony, główne etapy, polegały zwyczajnie na przejechaniu możliwie najdłuższej drogi. Zwyczajne fizyczne zasuwanie. Zupełnie nic szczególnego. Brak danych. Czasem chałwa sięgnięta z tylnej kieszeni, u dołu koszulki. Bidon z wodą. Rozprostowanie pleców jako jedyna atrakcja na całą godzinę. Smarkanie, odsik. I tyle.”

Podróży, jak widać, również nie obce jest zmęczenie, frustracja, czy zniechęcenie. Tyle, że tę podróżną jednostajność bardzo często wypełniają zdarzenia niezwykłe, o wysokim stopniu nieprzewidywalności i sporej dawce bajkowości, które przez swoją wyjątkowość, a jednocześnie ulotność i krótkotrwałość przyciągają uwagę, na długo odciskają ślad w głowie i „nie przetaczają się w nieistnieniu”.

Podobnie jak codzienność zdaje się być zaledwie tłem dla niezwykłości, cały trud drogi jawi się niby niedopowiedzenie tego, co wydarzy się za kolejnym zakrętem. Wystarczy się zatrzymać. Rozejrzeć. A nawet nic nie robić, po prostu być. Czas sam z siebie resztę dopowie.

Nadchodził wieczór i rozglądaliśmy się już za miejscem do spania. Kilka godzin wcześniej opuściliśmy Bago, kierując się na wschód, w stronę granicy z Tajlandią. Godzinę wcześniej nieco utknęliśmy, gdyż podpatrywaliśmy kopiących piłkę chłopców. Niby nic szczególnego, a jednak. Grali w chinlone – liczący ponad tysiąc pięćset lat tradycyjny sport birmański, będący połączeniem tańca i sportów walki.

Poruszający się po okręgu zespół sześciu graczy (choć istnieje styl „tapandaing” wykonywany przez kobiety solistki) podaje do siebie piłkę głównie za pomocą kopnięć, ale również klatki piersiowej, ramion, bądź głowy, do momentu, aż znajdzie się na ziemi. Piłka staje się wtedy „martwa” i gra rozpoczyna się od nowa. W chinlone ma zwycięzców, ani przegranych, gdyż zespoły nie walczą przeciwko sobie, a współpracują, aby jak najdłużej utrzymać piłkę w powietrzu. Najważniejszy jest styl i technika.

Najchętniej przyłączylibyśmy się do gry i po zmroku rozbili namiot na sąsiadującym z boiskiem placu. Niestety. Wspominałem o tym w poprzednich wpisach, ale nadmienię raz jeszcze, że jeśli chodzi o zakwaterowanie, w Birmie strategia „na żywca” nie działa. Nie można po prostu zatrzymać się i zanocować w przydrożnym rowie, łące, czy pod drzewem, albo zapytać kogoś o pozwolenie rozbicia namiotu na podwórku. Prawo stanowi wyraźnie. Turysta ma obowiązek spędzić noc w hotelu i to nie w jakimkolwiek, ale takim, który posiada licencję na przyjmowanie zagranicznych turystów (choć kilka razy udało nam zatrzymać w noclegowniach dla tubylców, np. w miejscowościach Myothit i Taungoo). Co jednak zrobić, gdy najbliższy hotel znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej?

Jeśli przyjechaliśmy do Birmy z większą ilością gotówki i możemy sobie pozwolić na wydanie trzydziestu, czy czterdziestu dolarów za pokój, nie musimy się niczym przejmować. Wystarczy ostentacyjnie rozbić się na polu, placu, bądź w jakimkolwiek miejscu publicznym. W przeciągu kwadransa zjawi się policja i odstawi nas gdzie trzeba. Jeśli budżet mamy skromniejszy, pozostają klasztory.

Tym razem jednak żadnej świątyni w zasięgu wzroku nie było, krzaki nie wyglądały na tyle zachęcająco, aby próbować się w nich niezauważalnie schować, a zupełnie nie byliśmy w nastroju na podejmowanie nocą mundurowych gości. Dwa dni wcześniej, kiedy po dwudziestej pedałowaliśmy do Bago, zatrzymały się przy nas dwa policyjne radiowozy. Na pace jednego z nich, między kilkoma funkcjonariuszami upchnięto rowery, sakwy i dwóch wystraszonych Amerykanów. Odwożono ich do hotelu. Nie zdążyli nawet rozbić namiotu. Na szczęście policja nie upierała się, aby nas ściągać z drogi, odwożąc przy tym w odpowiednie miejsce, tak więc zakwaterowanie w mieście mogliśmy wybrać sobie sami.

Zrobiło się późno, a jednocześnie ciemno, głodno i coraz mniej przyjemnie. Koniec końców, pewnie próbowalibyśmy przespać się w krzakach, gdyby nie nagłe pojawienie się jadłodajni. I nauczyciela. Wtedy się zaczęło. Tąpnięcie. Zagęszczenie zdarzeń.     

Nawet nie pamiętam, czy mężczyzna podszedł, gdy już zamówiliśmy posiłek, czy najpierw nas zaczepił, a dopiero potem usiedliśmy do stołu. Tak czy inaczej, pół godziny później mieliśmy zapewniony nocleg w buddyjskim klasztorze, znajdującym się kilometr dalej w wiosce Nyaung Kha Shay.

– Policja nic o was nie wie, ale sołtys i mnich się zgodzili. Rok temu próbowałem pomóc australijskiemu rowerzyście, ale policja nie wyraziła zgody i odwiozła go aż do Bago, więc teraz się nie pytam, bo wstyd – dodał z lekkim uśmiechem.     

Główny mnich zdecydował, że nauczyciel ma spać razem z nami. Trudno powiedzieć, czy mężczyznę to ucieszyło, czy też wręcz przeciwnie, bowiem z jego twarzy niczego nie dało się wyczytać. Powiedział tylko, że musi „uprzedzić żonę, że dziś śpi w świątyni”. 

Rankiem poczęstowano nas birmańskim przysmakiem, czyli sałatką z liści herbaty w oleju sezamowym, zwaną laphet, podaną z warzywami, orzeszkami, suszonymi krewetkami i czosnkiem, po czym pojechaliśmy do jadłodajni na herbatę. Z niemałym trudem udało nam się wymigać od zjedzenia oferowanego przez nauczyciela śniadania, czyli zupy i ryżu z dodatkami, choć nie do końca byliśmy pewni, czy naszego gospodarza przekonał argument, że nie jadamy obiadu przed rozpoczęciem pedałowania. Poranek zwieńczyła wizyta w lokalnej szkole, gdzie wraz z Fidrygałką opowiedzieliśmy nieco o sobie, o naszej drodze i o Polsce.

Chwilę po pożegnaniu podróż na nowo wkroczyła w swoją codzienność i przyjęła kierunek w stronę kolejnego tąpnięcia i czekającego za kolejnym zakrętem zakrzywienia. Ale to akurat jest mniej istotne. Co ma być, to będzie. O wiele istotniejsze wydaje mi się to, co pozostało.

Jaki świat zostawiliśmy po sobie w głowach tych, z którymi zetknął nas los? Czy choćby po części odwdzięczyliśmy się za całe ciepło i gościnę, jaką otrzymaliśmy? Jak będą nas pamiętać? Bo przecież będą. Bardzo możliwe, że nawet dłużej niż my ich. I kto tutaj komu bardziej zakrzywił codzienność?  

Birma wysoko postawiła poprzeczkę. Trudno będzie teraz nie porównywać dopowiadanych do tej podróży historii z tymi, jakie były naszym udziałem zaledwie kilka tygodni wcześniej w Mjanmie. Wjechaliśmy do Laosu. W nowe stany nieoczywistości, kto wie, czy nie większe. Ale o nich następnym razem.

Birma. Szczeliny istnienia.

 

„To, co nas spotyka, jest tylko małym wycinkiem zdarzeń zachodzących w świecie, więc niczego nie należy odrzucać, bo i tak w ciasnym, zewsząd ograniczanym obszarze bytowania niewiele dane jest nam doświadczyć. Zatem wszystko, co się zdarza i co czynimy, pozostaje przyjmować z podziwem. (…) Przecież każdemu dany jest jedynie fragment świata ograniczony krótkim łańcuchem czasu, miejsca, okoliczności, własnych sił wreszcie. Każdemu dana jest chwila. Objawiona w szczelinie istnienia. J. Brach-Czajna „Szczeliny istnienia” 

Najpierw usłyszeliśmy muzykę, dopiero po chwili zobaczyliśmy, skąd dochodzi. Przejechaliśmy powoli wzdłuż szkolnego boiska, przechwytując zza niewysokiego płotu kilka zaciekawionych spojrzeń i gdyby nie skierowany w naszą stronę gest mężczyzny, który wyraźnie zapraszał nas do środka, zapewne nie zatrzymalibyśmy się wcale, nie przeszli przez bramę, tylko sunęli dalej w palącym słońcu, w stronę miejscowości Bago.

Zeszliśmy z rowerów i zbliżywszy się nieśmiało do machającej przyjaźnie postaci, wymieniliśmy birmańskie powitanie mingalaba – słowo pochodzące z języka palijskiego, które znaczy tyle co „pomyślności”. Pierwsze lody zostały przełamane i w męskiej, nieco chwiejnej asyście, weszliśmy na teren szkoły.

Przed ustawionymi w kilkunastu rzędach krzesłami, wypełnionymi po brzegi odświętnie ubranymi ludźmi, na niewielkim, zadaszonym podwyższeniu odbywała się jakaś uroczystość. Zostawiliśmy rzeczy pod bramą i podeszliśmy w stronę sceny. Niestety, jak się za moment okazało, zbyt blisko. Chociaż bardzo chcieliśmy tego uniknąć, nasze pojawienie się wzbudziło ogromne, niekłamane zainteresowanie. 

Choć podróżowaliśmy po Birmie od trzech tygodni, wciąż nie mogliśmy się przyzwyczaić do zamieszania, jakie niemal wszędzie sprawialiśmy swoją obecnością. Zamieszania o tyle krępującego, że obie strony nie do końca wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć. Owszem, oni mówią i my mówimy, ale wspólne słownictwo kończy się na kilku zdaniach. Potrafimy po birmańsku się przywitać, zamówić herbatę, zapytać, czy jedzenie jest pikantne, pożegnać się i tyle. Reszta to domysły. Podchody.

Najchętniej pozostalibyśmy niewidzialni, bardzo możliwe, że oni również. Pojawia się człowiek i nagle tworzy się pewna intymna przestrzeń, która albo nas zbliży do siebie albo nie. Nigdy nie wiadomo, jak przebiegnie spotkanie, nigdy nie da się go dokładnie przewidzieć. Nawet, jeśli staramy się wyjść poza własne przyzwyczajenia, gdy próbujemy nie porównywać, nie wartościować, nie oceniać, nie zwracać uwagi na obrzydliwie wyglądające, ciemnoczerwone plamy śliny na ziemi (i proszę, nie mogłem się powstrzymać od negatywnie nacechowanego epitetu), to i tak nie wiadomo, czy zostaniemy zaakceptowani. Maseczka na twarzy, tanaka, niewiele tu pomoże. Choćbyśmy dali się wymalować tym białożółtym pudrem z drzewa tanaka, używanym do ochrony przez słońcem, to przecież i tak na kilometr widać, że nie jesteśmy stąd. To my jesteśmy inni.

W audycji radiowej programu II polskiego radia z 29.12.2018, profesor Leder mówi, że w „gościnności” najważniejsza jest właśnie inność:

„[Jest to punkt wyjścia] do pierwszej istotnej myśli Derridy, którą czerpie od Manuela Levinasa, gdzie słowo „gość” i „inność” są połączone i inność jest tu najważniejsza. Tzn. przybycie gościa jest zawsze spotkaniem z „innym”. Ta inność jest w filozofii Levinasa źródłem naszego człowieczeństwa. To znaczy to, na ile potrafimy wykroczyć poza siebie, poza swoją tożsamość, przyzwyczajenia, codzienność i spotkać się z innym, ale właśnie z tym, co jest w nim zaskakujące, co nie jest powtórzeniem naszej własnej tożsamości. Levinas nazywał to nieskończonością, czymś, co czyni nas ludźmi.”

Nie upłynęło dziesięć minut, kiedy zaciągnięto nas do pierwszego rzędu i przedstawiono dyrektorce. Przypadkiem trafiliśmy na zakończenie roku szkolnego. Pół godziny później zaproszono nas na półoficjalny poczęstunek, ale najciekawsza część widowiska dopiero miała się rozpocząć. Część artystyczną przewidziano na godzinę siedemnastą.

W międzyczasie trochę porozmawialiśmy, na tyle, na ile pozwalała znajomość języka. Ale bariera lingwistyczna nie jest główna przeszkodą w kontaktach z Birmańczykami. Tym, co najczęściej powoduje nieporozumienie jest z jednej strony szeroko rozumiana wstrzemięźliwość w kontaktach z obcokrajowcami (włączając oficjalny zakaz przyjmowania ich pod swój dach), jak i coś, czego odpowiednika trudno byłoby szukać w polskiej kulturze. Mam tutaj na myśli typowo birmańską osobliwość, która nazywa się… Ana. Jest to pewna właściwość, czy też wartość, bardzo silnie determinująca zachowanie, kształtująca relacje interpersonalne i przenikająca nie tylko codzienne interakcje społecznie, ale nawet świat polityki.

Ana wyraża się poprzez bardzo silne zahamowania (powściągliwość, unikanie, wahanie) w kontaktach z obcym z obawy, że można go urazić, sprawić, że straci twarz, albo poczuje się zakłopotany. Dla typowego Birmańczyka cudzy interes i dobre samopoczucie będą o wiele ważniejsze niż jego własne samozadowolenie. Co więcej, szczerość i bezpośredniość uważane są za zachowania agresywne i prowadzące do konfrontacji.

Do dziś więc nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy, czy nasza obecność tak naprawdę ucieszyła grono pedagogiczne, czy też wręcz przeciwnie. Być może stanowiliśmy nawet personae non gratae, ale nikt nam tego nie zakomunikował, nikt słowem niczego nie powiedział, nie dał po sobie poznać choćby dyskretnym gestem, bo wszystkim włączyła się ana

Dziecięce tańce rozpoczęły się dopiero po osiemnastej. W międzyczasie poczęstowano nas betelem.   

Jadąc jakąkolwiek drogą w Birmie, czy idąc chodnikiem, dość szybko zwrócą naszą uwagę zalegające niemal wszędzie ciemnoczerwone plamy. To pigment z wypluwanego betelu. W Birmie żują wszyscy: dzieci, młodzież, dorośli, starsi ludzie.

Czym jest betel? To używka z liści pieprzu żuwnego, zwanego też betelowym (Piper betle), w który zawinięte są nasiona palmy areki (rośliny pochodzącej z Filipin, ale uprawianej na obszarze całej tropikalnej Azji i wyspach Pacyfiku), sproszkowane mleko wapienne (zmniejszające kwasowość śliny, co pozwala na uwolnienie działających na układ nerwowy alkaloidów, powodujących uczucie oszołomienia) oraz dodatki, takie jak cynamon, kardamon, tytoń, a bywa, że do betelu dodaje się heroinę, bądź kokę.

Zawinięty liść wkłada się w usta i żuje. Po chwili puszcza czerwony sok, którego trzeba się pozbyć, stąd nagminne odchrząkiwanie i spluwanie gdzie popadnie. Zaczernione zęby widoczne w niejednym uśmiechu są skutkiem ubocznym nadmiernego spożywania używki. 

Jeśli chodzi o nazwę, polskie słowo betel pochodzi z łacińskiej nazwy jednego ze składników używki, czyli z liścia. Wiele języków posiada swoje własne nazwy, będące zazwyczaj wariacją paan, natomiast w Birmie betel nazywany jest kwun-ya, (wymawia się to [kóːn.jà], z przedłużonym „o” w środku słowa). 

Ponieważ orzechy areki i liście pieprzu betelowego zawierają wiele substancji wykazujących działanie pobudzające, psychotropowe (np. arekolinę), czy antybakteryjne (eugenol, cyneol), betel od wieków wykorzystywany był jako środek poprawiający humor, trawienie i zabijający pasożyty. Co więcej, w niektórych miejscach na świecie do dziś używany jest jako waluta, o czym można przeczytać choćby w książce „Seks, betel i czary” Aleksandry Gumowskiej: „Tradycyjnie za pierwszy seks dziewczynie trzeba zapłacić kiścią betelu”.

Pod szkołą, gdzie czekaliśmy na przedstawienie, betel stał się zaledwie neutralnym elementem interakcji, ale i tak skuł mnie porządnie. Być może to moje nienawykłe do jego podejrzanych składników receptory zareagowały odurzająco, podkręcone wydobywającą się z głośników psychodeliczną muzyką. Swoją drogą, zawiniątko tak mi smakowało, że zamiast je wypluć, to się zapomniałem i całość połknąłem. 

Bawiliśmy się doskonale i najchętniej zostalibyśmy na imprezie do końca. Niestety. Około dwudziestej zjawił się tak zwany Oficer Imigracyjny i za pośrednictwem jednego z nauczycieli przekazał, że musimy się z terenu szkoły zabierać i udać do hotelu, znajdującego się, nomen omen, czterdzieści pięć kilometrów dalej. 

W książce „Życie to chwila jawy”, we fragmencie dotyczącym Birmy, Janusz Poniewierski cytuje nieżyjącego już polskiego dziennikarza Tadeusza Jagodzińskiego:

„Profesor jest byłym wykładowcą, z pochodzenia Szanem (to spokrewniona z Tajami mniejszość etniczna, zamieszkująca pogórze na wschodzie kraju). Mówi płynną, choć nieco staroświecką angielszczyzną wyniesioną ze szkół prowadzonych przez misjonarzy. „Z poznawaniem Birmy jest jak ze ślepcami ze starej przypowieści buddyjskiej – wyjaśnia mi cierpliwie. – Trzech ślepców postawiono przed słoniem i kazano określić, co to takiego. Pierwszy dotknął nogi i był przekonany, że to kolumna wspaniałej budowli. Drugi, namacawszy ogon, stwierdził, że ma przed sobą węża. A trzeci próbował objąć brzuch, ale nie mógł, więc uznał, że to kula ziemska”.

Czy chce przez to powiedzieć, że musiałbym tu spędzić pół życia, żeby cokolwiek pojąć? „To też – odpowiada rozbawiony. – Ale przede wszystkim chodzi o to, żeby mieć oczy szeroko otwarte i ogarniać całość”.

Od trzech tygodni jesteśmy w Tajlandii, Birma pozostała ciepłym wspomnieniem. Czy byliśmy w niej odpowiednio uważni? Czy mieliśmy wystarczająco szeroko otwarte oczy? Choć od słońca trzeba je było często zmrużyć, to mam nadzieję, że tak, choć nie mnie to oceniać.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, powiedział lis do Małego Księcia. Gdyby odnieść to stwierdzenie do podróżowania, można by napisać, że istota podróży zasadza się na tym, czego nie da się o niej opowiedzieć. A wszystko, czego doświadczyliśmy, jeśli się nie przyśniło, to zaledwie się zdawało. Dopowiedziałbym do tego, cytując Stany nieoczywistości Urszuli Kozioł: „Jeszcze mi nie bądź, Jeszcze mi się zdawaj”.

Niektóre piękne chwile chciałoby się przeżyć raz jeszcze. Bywają też takie, które się przeżywa, choć tak naprawdę, dopiero się wydarzą. 

Jeszcze mi nie bądź. Jeszcze mi się zdawaj.

   https://www.yamamotomasao.jp/

Birma. Rozbłyski

 

„Rozbłyski. Nieoczekiwane, pośród najbardziej zwykłej zwyczajności, w dzień taki jak wszystkie, kiedy nuda, lekki niepokój i umiarkowane zainteresowanie budzą się i łączą ze sobą, pojawia się raptowny przebłysk, jedna z tych chwil, kiedy coś –  obraz, zapach, myśl, spojrzenie, wspomnienie, miejsce, nawet jakaś osoba – rozkwita i wszystko na parę minut, na godzinę, zyskuje wspaniałość: rozbłyski. Gdybym mógł wygłaszać podobne kwestie, powiedziałbym, że chodzi o coś takiego: o szukanie, oczekiwanie, wymuszanie owych rozbłysków” M. Caparros „Księżyc. Od nowiu do nowiu”

Zaczęło się z spektakularnie. Birma powitała nas zawrotnym, albo inaczej – zawracającym falstartem, zupełnie nieoczekiwanie zastąpionym popisowym wylotem, przewracającym cały misterny plan naszej marszruty do góry nogami, a jednocześnie przywracającym nadzieję, że przejedziemy więcej niż piętnaście kilometrów i pobędziemy w Mjanmie nieco dłużej niż jeden dzień.   

Z wyrobioną w Tajlandii wizą przekroczyliśmy bezproblemowo granicę, po czym wjechawszy do miasteczka Tachileik udaliśmy się prosto do banku, aby wymienić pieniądze. Powitano nas ukłonami, jeszcze przed wejściem do budynku. Zaczął ochroniarz, po nim otwierająca drzwi pracownica, a następnie kilkoro umundurowanych mężczyzn, ubranych w długie spódnice, niebieskie koszule i rozczłapane klapki japonki. Poddaliśmy się teatralnej rozbiegówce i złożywszy dłonie, dzieliliśmy się głębokimi pochyleniami ciała, wymieniając dyplomatyczne uśmiechy, a jednocześnie próbując dopytać się, czy moglibyśmy nabyć birmańską walutę. Niestety, w banku numer jeden nie było pieniędzy i odesłano nas do drugiego, gdzie prolog wyglądał identycznie, ale wizyta tym razem została zwieńczona sukcesem, uzewnętrznionym wypchaną reklamówką banknotów o nominale dziesięciu tysięcy kyatów (w wymowie – „cziatów” ), wręczonych nam przez uniżenie kłaniającego się mężczyznę.

W znajdującej się nieopodal jadłodajni zjedliśmy posiłek i z pełnym brzuchem, a przy tym w doskonałym nastroju ruszyliśmy na północ. Wiedzieliśmy, że droga z Tachileik może być zamknięta dla turystów. Tak mówił Internet. Ale Internet mówi różne rzeczy, to raz, a dwa – lubię wszystko sprawdzić sam, nawet jeśli wiem, że mogę przy tym nieźle się sparzyć.

Zawrócili nas na piętnastym kilometrze, na drugim punkcie kontrolnym. Z przepraszająco wyglądającą miną, policjant w klapkach japonkach tłumaczył nam łamanym angielskim, że bardzo mu przykro, ale nie może nas przepuścić. Radził wrócić do Tajlandii i tam wyrobić pozwolenie na dalszą podróż, albo pojechać na birmańskie lotnisko w Tachileik i zmienić środek transportu na samolot.

Jechaliśmy tą samą drogą, oglądając ten sam krajobraz, patrząc na te same wymalowane twarze siedzących przy drodze i ciepło pozdrawiających nas osób, ale uśmiechy pogasły, entuzjazm przepadł, siły odeszły, a nogi z trudem naciskały na pedały. Przez kolejne kilkanaście kilometrów w mojej głowie przelewało się mnóstwo myśli, które zlewały się w jedno uczucie. Smutku. Nawet nie złości, żalu, czy zdenerwowania. Najzwyklejszego smutku. I może trochę niezrozumienia. Że dlaczego nie mogę jechać dalej? Kto zabronił? Z jakiego powodu? Kto postawił niewidoczne zasieki i zdecydował za mnie na co mogę patrzeć, a na co nie? Kogo spotkać mi nie wolno i czego nie wolno doświadczyć?

Przejeżdżaliśmy obok lotniska, kiedy usłyszałem głos Fidrygałki, sugerującej zajechać. Najpierw odmówiłem, ale za chwilę pomyślałem, że skoro jesteśmy tak blisko, to może nie zaszkodzi sprawdzić. Nie bardzo wiedziałem, co mielibyśmy sprawdzić, ale coś pchnęło nas w dobrą stronę.  

Lotnisko wyglądało jak zaniedbany dworzec autobusowy, bądź kolejowy. Podjechaliśmy bliżej i od tego momentu świat skondensował i zagęścił zdarzenia tak silnie, że kiedy myślę o pierwszej dobie spędzonej w Birmie wydaje mi się, że w ciągu dwudziestu czterech godzin upchnął się w niej co najmniej tydzień. Nie, nie wydaje mi się. Naprawdę w jedną dobę świat wcisnął tydzień zdarzeń.

Za niewielkie pieniądze kupiliśmy (a właściwie ja kupiłem, włączając wypisywanie danych osobowych do komputera, przelew i drukowanie) dwa bilety na lot do Mandalay linią Myanmar Airlines, choć na niemal pustej hali lotniska walczyła o nas jeszcze konkurencja – KBZ i Yangon Airlines. Panowie z obsługi nie tylko pomogli spakować rowery w przyniesione ze śmietnika kartony, ale nie policzyli nic za nadbagaż (a mieliśmy razem szesnaście pakunków), dodając na koniec, już po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia, że „zapraszają ponownie i dziękują, że skorzystaliśmy z ich linii”. 

Czternastu pasażerów trwającego godzinę lotu obsługiwało pięć stewardess, co kwadrans donosząc jedzenie i picie. W Mandalay dwaj mężczyźni przynieśli na ramionach nasze rowery i kilka godzin później jechaliśmy nocą przez ruchliwe miasto szukając miejsca do spania. W Birmie z noclegami jest problem. Po pierwsze, nocowanie na dziko, bądź na czyimś podwórku jest nielegalne, po drugie – hotele mają kilkakrotnie wyższe ceny dla białych turystów. Wszechwiedzący internet nie podpowiedział jednak o istnieniu małej luki w systemie – buddyjskie świątynie.  

Birma zupełnie nas oszołomiła. Zapachami, obrazami, smakami. Pysznym, różnorodnym jedzeniem, przy którym tajska kuchnia wydaje się jedynie mdłą wariacją na temat kurczaka, doprawionej chemicznymi ulepszaczami zupy z mięsnymi kulkami, słodkim szaszłykiem i ostrej papryczki. Birmańczycy niemal nie używają cukru i pijają na śniadanie przepyszną, zmieszaną ze skondensowanym mlekiem herbatą, której smak znam z Indii (zwanej tutaj La Phat Yay), a jedzenie podają w miseczkach, z których można nałożyć sobie tyle, ile się chce, a jak coś smakuje, to zaraz dołożą. 

Oszałamiają jednak przede wszystkim ludzie. Ich ciekawość, ich uniżoność, ich gościnność, ich zażenowanie, że nie mogą nas przyjąć pod dach, nie mogą po prostu ugościć, zaoferować kawałka pustej przestrzeni, na której nocą moglibyśmy rozłożyć namiot i poczuć się bezpieczni. Ich uśmiechy, ich spojrzenia. Ich istnienie, ledwo naszkicowane, bo przecież na moment jedynie, na chwilę. Ile jeszcze tych osób w tej podróży? 

I znów nie rozumiemy języka. Jeszcze bardziej nawet niż w Tajlandii, bo tutaj otoczeni jesteśmy przez wykrętasy, których nie potrafimy odczytać i możemy się jedynie domyślać, co oznaczają. I ludzi w zasadzie też nie rozumiemy. Nie znamy języka, patrzymy po sobie, na siebie, za siebie, obok siebie, „oczami na siebie, rękami po niebie”, pytamy jak żyć, oni pytają, co tu robimy i po co. Bo na pewno pytają. 

Jedziemy dalej, na południe, w stronę granicy z Tajlandią. Stęsknione koty biegają między domami, ptaki unoszą się nad ziemią, niebo niebieskie z wędrującym po nim słońcem przygniata nas upałem. Może stąd ta tęsknica. Za czym? Za tym samym. Od zawsze. Za niewyrażalnym. Za tym, co po drugiej stronie. „Samotnego chętnie całuje. W usta”.

Do przeczytania.