Sztuka fugi

fuga

Ludzi można podzielić na dwa rodzaje: tych, którzy są wytworem świata, w którym żyją i tych, którzy są wytworem samych siebie, którzy, choć świata nie zmienili, nie dali się zmienić światu. Oni chodzą po świecie, a nie świat po nich. (E. Stachura)

Szedłem łąką, zaraz przy zagonie ziemniaków. Patrzyłem na pełzający po bruzdach mój wydłużający się cień. Ziemia pachniała wieczorem i chłodem. Spłoszyłem cztery bociany. Potem położyłem się i nasłuchiwałem.

W drodze do domu, zaszedłem do starej huty szkła. Jest ciągle pełna duchów. Jakiś cieć mnie przepędził. Miał rację, wszedłem niepytany. Przez płot, ostre krzaki. Chciałem z nim porozmawiać, ale się nie dało. A obaj mówiliśmy niby tym samym językiem.

IslandiaW książce Glenn Gould, czyli sztuka fugi, Stefan Rieger, nawiązując do muzyki komponowanej przez Jana Sebastiana Bacha, nadmienia, że niektóre jego kompozycje wydają się nie mieć początku ani końca, że zdają się wypływać znikąd i donikąd powracać, że wyczuwana jest w nich pulsacja nieskończoności. W podobnym tonie, w książce Idea, dźwięk, forma, pisze Bohdan Pociej:

Pewne charakterystyczne struktury w muzyce Bacha sprawiają wrażenie, jak gdyby mogły być rozwijane (snute) w nieskończoność. Powołaniem kompozytora jest jednakże ową nieskończoność uformować, nadać jej kształt, czyli ujarzmić, ograniczyć, zamknąć w ramy skończoności. W swym arcylogicznym rozwoju utwór zmierza od początku do zakończenia, zakończenie jest tu absolutnie konieczne: my jednak czujemy i wiemy, że nigdy nie jest ono ostateczne. Bohdan Pociej

Zupełnym przypadkiem natknąłem się niedawno na interpretacje Bacha w wykonaniu Raphaela Rogińskiego. A potem na wywiad z nim, kiedy opowiada o połykaniu duchów. A potem wróciłem do jego nagrań. Bo kiedy go słucham, mam wrażenie, że poza samą tęsknotą za drogą i pragnieniem zanurzenia się w swobodnej przestrzeni, jaką jego gra we mnie wzbudza, to przybliża mi ona coś ważnego, podsuwa nieuświadomione treści, unosi gdzieś nad ziemią i po wybrzmieniu – ciągle powraca. Że stwarza iluzję zatrzymania czasu.

Ida

udazkena

Słowa staniały. Rozmnożyły się, ale straciły na wartości. Są wszędzie. Jest ich za dużo. Mrowią się, kłębią, dręczą jak chmary natarczywych much. Ogłuszają. Tęsknimy więc za ciszą. Za milczeniem. Za wędrówką przez pola. Przez łąki. Przez las, który szumi, ale nie ględzi, nie plecie, nie tokuje. R. Kapuściński Lapidaria

Ostatnimi czasy, mam ten niezbywalny komfort, że niewiele muszę. Części rzeczy nie mogę, jak choćby, z racji niezrośniętego jeszcze kolana, ciągle nie mogę jeździć rowerem, ale pomijając to, czego nie jestem w stanie zrobić, to wielu rzeczy najzwyczajniej w świecie nie muszę. Nikt mnie na przykład nie zmusza, abym dużo mówił. Prawie całe dnie mogę spędzać na milczeniu. Mogę odciąć się na dzień lub dwa od świata i prawie nie słyszeć mowy. Jest cisza i ja w niej jestem.

Wszyscy wciąż o czymś mówią. Wokół jest tyle mowy, tyle wypowiedzi, dyskusji, spraw do omówienia. Ludzkość jeszcze nigdy nie gadała z takim zapałem i o tylu sprawach naraz. Męczy mnie to. Tomasz Mazur

somewhere

Posiadam też ten niezbywalny komfort nieposiadania. Ani stałego domu, ani pracy, ani samochodu, pralki, lodówki, zmywarki, zamrażarki, ani zbyt wielu innych, absolutnie zbędnych rzeczy. Moim domem jest świat, moim domem jestem ja sam.

Z dala od zgiełku, palę w kaflowym piecu i przy ogniu uczę się sztuki milczenia. Aby poczuć słowo, aby słowo mogło nabrać większego sensu. Taka prosta korelacja oczywiście nie istnieje, to znaczy, może istnieć w świecie iluzji, ale nie w rzeczywistości. Nie ma prostej drogi do zrozumienia, łatwych ścieżek do samopoznania, recepty na osiągnięcie mądrości. Ale trzeba próbować. Nie ma innego wyjścia, sensu, inaczej można wypić kawę, pobudzić się muzyką i ulecieć w niebo, jak ciotka Idy, w przepięknej, czarno-białej, wyreżyserowanej przez Pawła Pawlikowskiego impresji na temat sensu życia.

ida

Subtelna, wyciszona, a jakże mocna w przekazie Ida, to film o absurdzie cierpienia, potrzebie zrozumienia i wybaczania, o winie i odkupieniu, a najważniejsze – o trudności podejmowania życiowych wyborów, determinujących potem całe nasze życie. Bo nasze ja nie jest nam dane, ale zadane.

I mimo wszystko, miło się łudzić, że ktoś lub coś kiedyś nas z tego życia rozliczy.

Maria (sopra alla carpinese) from Barbara Furtuna on Vimeo.

Uroboros

powrót

Wszyscy gdzieś powracają. Wędrówka jest anamnezą.

Ostatnio dużo czasu spędzam z babcią. Babcia ma dziewięćdziesiątkę na karku, ale często wydaje jej się, że ma lat piętnaście, albo mniej. Babcia lubi czytać (do czego, pomimo swoich dziewięćdziesięciu lat, nie używa okularów), a że ma problemy z pamięcią, za każdym razem, kiedy coś czyta, wydaje jej się, że robi to po raz pierwszy, nawet, jeśli czytała tę samą rzecz pięć minut wcześniej. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że przy tych samych fragmentach tekstu, wychodzą z niej podobne emocje, wygłasza jednakowe komentarze, wyrzuca z siebie identyczne odgłosy żalu, radości, albo zniesmaczenia. Jakby co godzinę wracała do punktu wyjścia, jakby tkwiła w tym samym punkcie, jakby w pewnym sensie zatrzymała dla siebie czas, albo, będąc jeszcze w drodze, powróciła do źródeł.

Z babcią czas upływa leniwie, przybliża do wiosny. Noga ma się lepiej, oczywiście nie biegam, ale próbuję chodzić, jeszcze z miesiąc i spróbuję wsiąść na rower. Nadmiar czasu wypełniam oglądaniem, słuchaniem, czytaniem, tyle obrazów, dźwięków i słów zaległych, że czuję zawrót głowy, ale taki a prori, taki moment przed szaleństwem, a żeby zupełnie nie zwariować, żeby ten moment szaleństwa od siebie odsunąć, próbuję pisać.

Literatura ma dwojaki sens i podwójny korzeń: rodzi się z czystej, artystycznej kontemplacji, z bezinteresownego dążenia do sztuki; ale jest też osobistą rozgrywka autora z ludźmi, narzędziem jego walki o byt duchowy. Jest sprawą dojrzewającą w samotności, tworzeniem dla samego tworzenia; ale jest też sprawą towarzyską, narzucaniem się ludziom, ba, publicznym stwarzaniem siebie za pomocą ludzi. W. Gombrowicz Dzienniki

Próbuję więc pisać, mam jakiś zarys w głowie, konspekt całości, ale od dwóch miesięcy zawieszony jestem na pierwszym rozdziale i satysfakcjonującym końcu; wątpię, abym w najbliższym czasie posunął się dalej. Piszę, a potem patrzę na to, co napisałem, czytam i wydaje mi się to tak strasznie miałkie i nijakie w stosunku do literatury, jaką czytam na co dzień, że zawstydzony odkładam kartkę i długopis, zamykam komputer, zamykam się w sobie, pozostając w stanie permanentnego zawieszenia między ideą, a jej spełnieniem.

Alaska

Każdy może odnieść sukces na swoją miarę, choć trzeba pamiętać, że wcześniej czy później, ktoś mnie wygwiżdże Marian Stala

Wracam więc do książek, gdzie spotykają się słowa, do świata, który człowiek sobie wybiera, a nie tego, na który przychodzi. Wracam do świata fikcji i marzeń, który wcale nie jest czystym zmyśleniem, tylko rzeczywistością, która jak gdyby istnieje. Bo nasze życie nie jest jedno, ale wielowymiarowe, a fikcja i wyzwolona wyobraźnia nie są zubożeniem, ale pogłębieniem egzystencjalnego doświadczenia każdego człowieka. Człowiek jest istotą społeczną, jesteśmy predestynowani do życia społecznego, czyli powinniśmy nawiązywać między sobą relacje, a słowo ma nam w tym pomagać, ma nas rozwijać, ma nas zbliżać.

Statystki donoszą, że Polacy nie czytają książek. Zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w Europie. Masochizm, którego nie jesteśmy pozbawieni, każe nam nad tym faktem ubolewać, nie bez masochistycznej, samojebnej satysfakcji. No jasne, my zawsze musimy być gorsi. Ci, którzy tak ubolewają, to oczywiście czytająca, oraz czytająca i pisząca mniejszość. Większość natomiast nie komentuje statystyk, no bo ich nie czyta, gdyż nie tylko książek nie czyta, ale nawet gazet nie czyta, nie mówiąc już o pisaniu. Tak więc ci, o których chodzi, są poza sprawą, choć właśnie o ich sprawę chodzi. Nie wiedzą, że nie czytają i zdziwiliby się, gdyby im powiedzieć, że to jest jakaś sprawa. Żeby czytać książki, trzeba je najpierw mieć. Mieć, to niekoniecznie znaczy posiadać. Mieć je w posiadaniu można tylko w wyniku dziedziczenia, albo kupna. Tymczasem nie każdy pochodzi z domu, w którym już jako dziecko zastał jakieś książki i nie każdy, daleko nie każdy, może sobie pozwolić na zakup książki. Książka bowiem kosztuje. Nie w tym rzecz, ile, gdyż zawsze za dużo. Prawie nikt nie kupuje książki nie myśląc o cenie. […] Można się oburzać, jeśli ktoś chce, na kulturalne zacofanie, czyli na to, że w budżetach rodzinnych książki zajmują ostatnie miejsce, o ile w ogóle jakieś miejsce zajmują. Nic to nie pomoże, gdyż rodziny wydają skromne dochody na swoje pierwsze potrzeby. Dlaczego więc do tych pierwszych potrzeb często należy alkohol, a rzadko książka? […]
Nikt się nie rodzi z potrzebą czytania, potrzebę tą się nabywa, ale nie można jej nabyć bez pierwszej, drugiej i kolejnej przeczytanej książki, która tę potrzebę najpierw rozbudzi, a potem rozwinie. I odwrotnie. Od czytania można się odzwyczaić. S. Mrożek Dziennik powrotu

Norwegia (2)

Być może, pewnego dnia papierowe książki znikną, ale dopóki istnieje człowiek, raczej nie zaniknie samo słowo, najwyżej zmieni się medium, za pomocą którego będzie one przekazywane. Jeszcze do niedawna z pobłażaniem patrzyłem na korzystających z elektronicznych czytników książek, a od roku sam to robię i nie mogę się nadziwić, jak wcześniej mogłem się obejść bez Kindle’a, szczególnie podczas podróży, kiedy to mogę włożyć do sakwy tysiące książek, zapisując je w pamięci niewielkiego, poręcznego urządzenia.

Co jakiś czas, pewne media, które podtrzymują ludzką kondycję, odchodzą. Możemy za nimi tęsknić, melancholijnie spoglądać przez ramię w przeszłość, wspominać, ale nie przywrócimy im takiego życia i sposobu, w jakim zasilały one wspólnotę. Więc możemy sobie wyobrazić, że literatura zniknie. Co to oznacza? Że o pewne media, które są dla nas ważne, powinniśmy nieustannie dbać i zabiegać o ich żywotność. Nie możemy powstrzymać procesów, które zmierzają do wytworzenia nowych form, ale może to prowadzić do sytuacji, że nasze ulubione media odejdą w niebyt. Bowiem media są determinowane przez impulsy, które wykraczają poza wolę jednostki, czy wspólnoty. Dziś takie kryteria dyktuje ekonomia, rozumiana najprościej. Wtedy inne walory medium okazują się znaczące dla jego hierarchii na tej liście środków przekazu. Grzegorz Jankowicz

Kanada

Babcia zasnęła, dzień ma się ku zachodowi, w zakończeniu Strojenia Instrumentów Jerzego Kuci słyszymy kilkuminutowe glissando fortepianu, w dół, powoli, a przy tym, ulatujące w górę jabłka, zanikające, zmieniające się w spopielały czarny ekran, na tle którego odpływa papierowy statek. Dokąd płynie, co zabiera, albo inaczej, czy cokolwiek po sobie zostawia? Choćby jedno słowo? A jeśli niczego nie pozostawia, to może dlatego, bo gdzieś powraca? Ale gdzie?

Puer aeternus

delhi

Każda podróż powinna zrodzić pytanie po co, nawet ta najbanalniejsza. Postawić pytanie o wybór, o możliwość, o granice własnego poznania. Powinna, choć na moment, schwytać uwolnione marzenia i pomóc, choćby iluzorycznie, przestać za nimi tęsknić.

Podróżować i czuć się zawsze, jednocześnie w nieznanym i w domu, wiedząc wszakże, że nie mamy domu. Ten, kto podróżuje, jest zawsze włóczęgą, obcym, gościem. Pojmuje, że nie można nigdy naprawdę posiadać domu, przestrzeni wykrojonej w nieskończoności wszechświata, lecz tylko przebywać w nim przez jakiś czas. Nie bez powodu podróż jest przede wszystkim powrotem” C. Magris

Czytam Emila, czyli o wychowaniu i zastanawiam się, dokąd wracał Rousseau ze swoich samotnych wędrówek, a właściwie w którą stronę podróżował, pragnąc wolności od społecznych uwikłań, obywatelskich quasi-obowiązków, ograniczających go oczekiwań, zagłębiając się coraz mocniej w swój urojony świat, pobudzony poprzez ruch umysłu.

„Wychodzisz, kiedy trzeba, a zatrzymujesz się według swej woli. Chcesz – idziesz dużo, nie chcesz – idziesz mało. Oglądasz wszystko, co Cię kusi. Wszędzie, gdzie ci się podoba, robisz postój. Jak tylko znudzisz się, od razu idziesz dalej. Nie jesteś w zależności ani od koni, ani od furmana. Nie masz potrzeby wybierać dobrze utrzymanych dróg. Przejdziesz wszędzie, gdzie tylko człowiek potrafi przejść. I zależąc tylko od siebie cieszysz się całą wolnością, jaką człowiek może się cieszyć!” Rousseau

U Sebalda podobnie – piesze, samotne wędrówki, w Pierścieniach Saturna, w Czuję. Zawrót głowy, w Wyjechali. Od pierwszych reminiscencji wspomnień widzimy przeplatające się, przemagające się ze sobą tematy: wędrowanie po światach realnych, fizycznych, światach przyrody, przedmiotów, ale również, jeśli nie bardziej, wędrowanie wśród światów myśli i wyobraźni.

Zobaczyłem śmigające nad morzem jaskółki, z cichym skwirem cięły powietrze, szybciej niż można było nadążyć wzrokiem. Już kiedyś, w dzieciństwie, gdy o zmierzchu, przypatrywałem się z głębi zacienionej doliny szybującym jaskółkom, które wtedy jeszcze licznie krążyły w ostatnich blaskach słońca, wyobrażałem sobie, że świat trzyma się tylko na kreślonych przez nie w powietrzu torach” W. G. Sebald

W psychologii jungowskiej istnieje taki wzorzec archetypowy, zwany puer aeternuswieczny chłopiec, który zanim osiągnie dojrzałość, stawia sobie wygórowane duchowe cele, często niemożliwe do zrealizowania. Jest przez to ciągle osamotniony i narażony na porażki w konfrontacji z szarą codziennością. Zmaga się z niezrealizowanymi tęsknotami, pragnieniami, wiecznymi marzeniami. A jednocześnie jest bardzo wierny sobie.

A więc tutaj jest mój środek widnokręgu? Ja sam? Przecież to współczesna retoryka samorealizacji i tworzenia tożsamości: kontakt z własnym wnętrzem, „autentyczność”, instrumentalne podejście do samego siebie:

Nie tylko nie powinienem podporządkowywać mojego życia wymogom zewnętrznego konformizmu, ale nawet nie jestem w stanie znaleźć poza sobą jakiegokolwiek wzorca do naśladowania. Taki wzorzec mogę odnaleźć jedynie we własnym wnętrzu” Ch. Taylor

Budzi mnie niewyraźny, zamglony sen, przez który odzywają się jakieś pogrzebane, zapomniane głosy. Podchodzę bliżej, ale ciągle tylko niewyraźne kształty, dopiero, kiedy z powrotem zamknę oczy, widzę to, co Nabokov zobaczył u Gogola – kilku łagodnych pomyleńców, których nikt na świecie nigdy nie wytrąci z obłędu. Pierwszy z młotem z lewej,

To ja.

puer aeternus  (10)

Petite Mort

a (4)

Płaszcz czarnoksięski gdybym miał u ramion, władny mnie zanieść w obcych krajów świat, wierz mi, za przepych najbogatszych szat, za płaszcz królewski nie oddam go w zamian  Goethe Faust

Ciągle szukam, a zarazem bronię się przed odkryciem, na dobrej jawie przedłużam sen, na złej obijam się wśród powidoków wspomnień, odpędzam złowrogie, złowieszcze Zmory, gdzie dobra jawa to przedłużenie snu, ziszczenie marzenia i tęsknoty, zła jawa to bezsenna trwoga i gdyby tylko ona i nic więcej, to nie warto by żyć… Szukam własnego rytmu, równowagi, względnego spokoju, istotnych treści, jakbym, nie ruszając się z miejsca, pragnął zawędrować chore urojenia, zawędrować swoją melancholię, jakbym chciał się wreszcie wymknąć, wyrwać wydłużającym się niepostrzeżenie cieniom, zobaczyć coś poza odosobnionymi światełkami w otchłani własnej niewiedzy, zamienić się w oddech ciszy, wyłuskać możliwość, a z niej kolejne możliwości.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie potrafię zatrzymać własnego przeznaczenia, w którym każdy wybór jest początkiem i końcem, choć ten koniec nie przychodzi tak od razu. Do końca życia nieraz się ciągnie. Jak zatęchła, niepotrzebna myśl.

Bardzo rzadko nie myślę o niczym. Bardzo rzadko mam takie chwile, że idę sobie i nic mnie nie obchodzi, nie myślę o niczym, tylko idę lekko. Przeważnie mam w głowie wielki szum E. Stachura

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wieczorami więcej widzę. A najwięcej, jak zamknę powieki. Wtedy to dopiero widzę! Choć tego, co widzę, jak pisał Myśliwski w Widnokręgu, nikt inny nigdy nie zobaczy, choćby dużo więcej wiedział. Zgubionego buta już nie szukam, ale czasem słyszę, jakby to do mnie mama mówiła, że samymi oczami nie znajdziesz, bo widzi się to, co się czuje. Nie samymi oczami się tylko widzi.

IMG_1399

Sparafrazuję Karpowicza i napiszę, że podobnie jak ludzie, niektóre miejsca są na zawsze, niektóre tylko sporadycznie, i że nie mam żadnego wpływu na to, które będzie na zawsze, a które od czasu do czasu.

Słów mało w głowie, z tych, które zostały, nie dałoby się nawet zdania ułożyć, zdecydowanie więcej powidokówChoć wydaje mi się, że to dobrze. Może więcej słów przyjdzie po latach, a może właśnie mniej. Niewiele przecież trzeba słów, żeby zamknąć w nich nasze przeznaczenie. I, być może, ze wszystkich słów tylko te niedokończone są jak ziarna, kiełkują, rosną.

Na dobrej jawie le petite mort się wznosi, na czarnoksięskim płaszczu w inny świat unosi.

Siła naszych marzeń

plomienPłomień świecy i odbicie płomienia schwytane w zwierciadle zadrgały i uspokoiły się, kiedy wszedł do holu, a potem znowu zadrgały i uspokoiły się, kiedy zamknął drzwi. McCarthy

Od dziecka lubiłem wpatrywać się w ogień. Wszystko jedno, czy na żarzące się, przydźwigane z pobliskiego sosnowego lasu polana, czy na iskrzące się węgielki, naprędce rozpalone w swawolnie rozhuśtanym w przyciasnej zakrystii trybularzu. Atawistyczne odruchy, nie do końca uświadamiane celowości codziennych działań, silących się na naturalność nierzadko śmiesznych zachowań, urabianych naprędce, mniej lub bardziej stosownych, wyuczonych gestów. Może to dziwne, ale widzę związek pomiędzy moim intencjonalnie nawiązanym przymierzem z ogniem, a początkowo nieuświadomioną potrzebą przemieszczania się w przestrzeni. Początków obranej ścieżki włóczenia się po świecie upatruję w pierwszym samodzielnie rozpalonym ognisku, w poranionych krzakami akacji dłoniach, w porwanej przez ostre kolce koszulce, w zapachu ciemnej ziemi, skoszonej trawy, krowiego łajna na butach i wreszcie – widoku niebieskiego nieba, rozświetlonego przez największe ognisko świata – słońce. Ognisko, które zgaśnie za parę miliardów lat, kiedy istoty zamieszkujące ziemię będą tak się różnić od ludzi, jak ludzie różnią się od jamochłonów. Jeśli w ogóle jeszcze cokolwiek żywego tutaj zostanie…

lotA pytań coraz więcej i coraz częściej, ot, choćby na spotkaniu zatytułowanym Wachlarze, organizowanym przez podróżnickich w Cafe Kulturalna (www.podrozniccy.com.pl), gdzie poza mną, byli też zaproszeni chłopcy z Busa przez Świat, autostopowicz Przemek i Paragon z Podróży. Było bardzo miło, choć może trochę za medialnie, za jasno, za dużo ludzi, trochę nie do końca tak, jak w życiu, ale może to i dobrze, bo było dużo uśmiechu, chciałbym wierzyć, że chociaż trochę inspiracji i namiastka wyświechtanej recepty na wydeptywanie własnej ścieżki. Bo przecież nikt za nikogo własnej drogi nie wybierze. I być może po to przyszła większość osób – żeby dostać jakąś receptę, wskazówkę, namiary jakieś, wirtualny drogowskaz, jak wyjechać, gdzie, za co, z czym, z kim, jak się przygotować, kto może pojechać, czy to tak każdy może sobie pojechać, ot tak, wsiąść, wszystko zostawić i tak sobie jechać?

Pytanie o to, kto może pojechać, na nieszczęście przypadło mnie, a żeby sprawę jeszcze pogorszyć, to spróbowałem na nie odpowiedzieć. I odpowiedziałem. Że każdy. Choć właściwie powinienem był powiedzieć, że nie mam pocięcia kto i za nikogo nie mogę przecież podejmować życiowych decyzji. No bo kto właściwie dał mi prawo decydowania o tym, kto może, a kto nie i jakimi kryteriami miałbym się kierować przy tego typu kategoryzacji i wartościowaniu? I może w sumie nie zwróciłbym na to pytanie uwagi i nie zawracał sobie potem tym głowy, gdyby po spotkaniu nie przyszła do mnie jakaś pani i nie wytknęła z wielką urazą, że wszystkich zachęcam do ruszenia tyłka i, co więcej, uważam, że można tak sobie kupić byle jaki rower i bez większego przygotowania i bez wysiłku pojechać sobie, ot tak, rowerem, dokądkolwiek na świecie, choćby przez pustynię Atacama, albo gdziekolwiek indziej. I że to, co robię, jest nieodpowiedzialne, no bo jak ktoś uwierzy w moje słowa, to przecież pojedzie, a potem skończy mu się woda, albo wszystkie dętki i łatki i co wtedy? Czy nie będę czuł się odpowiedzialny, że przez moją lekkomyślność i chore rady ktoś zginie samotnie na pustyni, albo gdzieś go śnieg przysypie?

chileMuszę przyznać, że wszystko to, co powiedziała pani, która nawiasem mówiąc była tu i tam, dało mi wiele do myślenia. Bo jeśli ktoś, po moich pokazach slajdów, albo przeczytawszy którąś z książek, doszedł do wniosku, że można sobie bez wysiłku, ot tak, przyjemnie spędzając czas, jakby się opalało na plaży w Łebie i pomiędzy łykami zimnego piwa oglądało przechodzące laski, że można sobie, ot tak, przejechać Atacamę albo Tybet, to znaczy, że muszę diametralnie zmienić formułę pokazów. Nie powinienem pokazywać uśmiechu, swojego, czy też napotkanego, nie powinienem pokazywać wesołych poranków, ani opowiadać o przyjemności noclegu pod gołym niebem, ciepłych dłoniach, suchym śpiworze, nie, nic z tych rzeczy. Powinienem opowiadać, jak bardzo to, co robię, jest wyjątkowe, niepowtarzalne, ekstremalnie trudne, nadać swoim wyjazdom nazwy Extreme, Super, Mega albo Challenge Expedition, oczywiście, dodając, że nikt wcześniej tego przede mną nie zrobił, koniecznie z dopiskiem „bez wsparcia”, akcentując wysiłek, dodając, jakie to unikalne, szczególne i tak dalej. Ale ja nie chcę. Bo, pomijając oczywiście to, że moje wyjazdy są ciężkie zarówno fizycznie, jak i psychicznie (o czym, mam nadzieję, udało mi się wymownie napisać w Makaronie w sakwach), to pomijając cały ten oczywisty przecież wysiłek, te wyjazdy absolutnie nie są niczym szczególnym i każdy, przeciętnie zdrowy człowiek, jest w stanie zrobić to samo.

Dlaczego więc większość tego nie robi? Bo najtrudniejszy jest pierwszy krok. Bo najwięcej przeszkód siedzi w głowie i to te urojone przeszkody mają największy wpływ na to, jak i gdzie i z kim wydeptywać będziemy swoją własną tropę. Oczywiście, że kasa jest ważna, że praca jest ważna, rodzina, przyjaciele, dom. To wszystko jest ważne, ale wszystko jest kwestią priorytetów i na tym zasadza się nasza decyzja o tym, czy i jak i kto i gdzie.

Bo najciężej jest ruszyć. Nie dojść, ale ruszyć. Dać ten pierwszy krok. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serce najpierw rusza, a dopiero nogi za nim zaczynają iść. A na to nie tylko trzeba siły, ale i przeznaczenia, żeby przemóc serce i powiedzieć, to ruszam. W. Myśliwski

Tyle, że po tym pierwszym kroku, wcale nie jest łatwiej. Świadome podróżowanie nie ma nic wspólnego z przyjemnością. Travelling is not about having a good time, mówi Paul Theroux. Podróż, by była czymś więcej, niż przemieszczaniem się w przestrzeni, musi być doświadczeniem. Moim doświadczeniem, pisze Dariusz Czaja. Prawdziwie odkrywcza podróż nie polega na poszukiwaniu nowych pejzaży, lecz na otwieraniu oczu na nowo, pisze Proust. I jeszcze Kapuściński: Poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Ten ostatni cytat warto jeszcze rozwinąć:  Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie go to kosztowało mniej wysiłku – tym lepiej. (…) Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia.

No właśnie, trzeba się dziwić, bo co my wiemy o świecie? Nawet widzieć dobrze nie potrafimy. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć struktury molekularnej, w wielkim zderzaczu Hadronów nie ujrzymy cząstki Higgsa. A co z zobaczeniem siebie? Co ja tu robię? Kim jestem? Jeśli ktoś wierzy w boga, ma łatwiej, a jeśli ktoś nie wierzy, to co wtedy, gdzie szukać sensu, jak widzieć siebie? Peter Mettler w swoim ostatnim dokumencie Koniec czasu, mówi, że jesteśmy wszechświatem przyglądającym się sobie. Antropocentryczne do szpiku, ale miło pomyśleć, że jednak jest się kimś lub czymś i warto dalej żyć. Choćby dla samego odczuwania piękna. Czy to poprzez obraz, czy słowo, czy smak, czy poprzez dźwięk.

Judith le MonnierMoże niekoniecznie trzeba szukać na siłę gdzie indziej, może Borges ma rację, pisząc, że zazwyczaj to, czego szukamy, jest bardzo blisko. Może nie trzeba nigdzie jeździć, a zamiast tego, odbywać wędrówki, nie ruszając się z miejsca, jak Mariusz Wilk w Dzienniku Północnym.

Ludziom nowoczesnym wydaje się, że autentyczność i realność leżą gdzieś indziej: w innych epokach historycznych czy innych kulturach, w życiu prostszym i czystszym, niż ich własne. Innymi słowy, uwaga, jaką człowiek nowoczesny poświęca „naturalności”, jego tęsknota za autentycznością i jej uparte poszukiwanie, nie są zwykłym przypadkiem ani przejawem dekadencji. Człowiek nowoczesny traci związki z warsztatem pracy, z okolicą, miastem, rodziną, które niegdyś określał jako „swoje własne”, jednocześnie coraz bardziej zaczyna interesować się „prawdziwym życiem” innych. D. MacCannell

Osobiście, na razie pochłania mnie moje własne. W ramach wakacyjnej pomocy dla szukających rowerowych porad i tych niekoniecznie pragnących przejechać Atacamę, ale po prostu ruszyć się z miejsca, zamierzam od jutra przygotowywać zakładkę z praktycznymi poradami – o rowerze, sprzęcie, jedzeniu, niebezpieczeństwach, może się komuś do czegoś przyda. A na razie wracam do domu, tutaj ciepła dłoń na moją dłoń już czeka, noc niespokojne sny łagodnie otuli, Monteverdi utemperuje krzątaninę myśli, a z nim, w wyniosłe otchłanie, pomknie siła naszych marzeń.