Kubańscy emigranci

Capurgana (5)

Woda cofała się zwichrzoną, wystraszoną falą, a Buka płynęła dalej w szarej mgle, wlokąc za sobą dryfującą chmurę śniegu, Na tle nieba wyglądała jak wielki zataczający się nietoperz. Posuwała się wolno, ale jakoś to szło. Miała czas. Nie miała nic innego, jak tylko czas”. T. Jansson Tatuś Muminka i morze.

Takiego ch…ja się zmieni – Selvio wyciąga środkowy palec i podtyka mi go pod nos, kiedy mówię, że wiele osób, które znam, a odwiedzili Kubę myśli, że wkrótce na wyspie pojawi się zbawczy kapitalizm. Oczywiście, nie od razu, ale że to ostatni dzwonek i aby zobaczyć coś z tej „starej” Kuby, to trzeba się pospieszyć.

– Zrób zdjęcie i pokaż to tym wszystkim, którzy tak myślą. – podtyka wyprostowany palec jeszcze bliżej mojego nosa. – Od urodzenia czekam, aż coś się zmieni. I mam już tego dość. Kuba to miejsce bez przyszłości, bez możliwości rozwoju, bez perspektyw. Sytuacja polityczna, ekonomiczna i kulturowa jest tragiczna, nie ma innego wyjścia, trzeba stamtąd uciekać. Czy wrócę? Nie wiem czy wrócę, najpierw chcę się dostać do Miami, potem zobaczę.

W 1995 roku Stany Zjednoczone zawarły z Kubą porozumienie w sprawie metod postępowania z emigrantami zatrzymanymi podczas próby przedostania się do USA. Umowa ta, znana jako „wet foot, dry foot” („mokra stopa, sucha stopa”) przewiduje, że zatrzymani na morzu („wet foot”) odsyłani są z powrotem na Kubę, a ci, którym udało się dotrzeć na ląd („dry foot”), mogą legalnie pozostać w USA. Po roku pobytu na terytorium Stanów mogą starać się o prawo do stałego pobytu, a później nawet o amerykańskie obywatelstwo. Takich przywilejów nie posiadają obywatele żadnego innego państwa.

Nie ma się co dziwić, że wielu Kubańczyków próbuje szczęścia, wykorzystując ciągle istniejące preferencyjne prawo. Tym bardziej, że większośc z nich, podobnie jak i Selvio, wyraża obawę, że na skutek przywrócenia relacji dyplomatycznych między obydwoma krajami, administracja Obamy zlikwiduje ten specjalny status emigrantów, którzy od lat stanowią siłę napędową kubańskiej gospodarki. Przekazy pieniężne dla pozostających na wyspie krewnych wynoszą prawie dwa miliardy dolarów rocznie.

20 peso

Selvio próbuje przedostać się do USA po raz drugi. Za pierwszym razem przechwycono go na morzu, gdy wraz z przyjaciółmi, na zbudowanej wspólnymi siłami łodzi, prawie dopływali do Miami. Wszystkich deportowano z powrotem na wyspę. Teraz wybrał drogę okrężną. Przez Ekwador, Kolumbię, Panamę, Kostarykę, Nikaraguę, Honduras, Salwador, Gwatemalę i Meksyk.

Do Ekwadoru dostał się samolotem, legalnie, jako turysta, choć ta droga została niedawno zamknięta. Ekwadorski rząd od pierwszego grudnia wznowił wydawanie wiz dla Kubańczyków. Po prostu zaczęło ich przyjeżdżać zbyt wielu. I niczego nie zmienia fakt, że zdecydowana większość w tym kraju nie zostaje, nawet, jeśli uda im się całkiem wygodnie urządzić.

W Guayaquil na Selvio czekał „kontakt”, który pomógł mu dostać się do stolicy. Z Quito, wraz z kilkoma innymi osobami dojechał do granicy z Kolumbią. Tam przechwycili ich tzw. „kojoci” – osoby zajmujące się przerzutem Kubańczyków (i nie tylko) do granicy z Panamą. Niby nielegalnie, ale wszystko za przyzwoleniem odpowiednio opłacanych służb granicznych i policji.

– To jest bardzo skomplikowany i powiązany ze sobą system kontaktów, który bardzo sprawnie działa. – mówi Selvio. – W Kolumbii kilkanaście razy zmieniałem środek transportu. Były to łodzie, autobusy, samochody dostawcze, taksówki. Staliśmy się bankomatami dla tych, co siedzą w tym biznesie. Przejazd przez samą Kolumbię to wydatek trzech tysięcy dolarów, a nie wszystkim się udaje. W razie zatrzymania, policja może wszystko zabrać, a jeśli się nie zgodzisz, deportują cię do Ekwadoru i musisz wszystko zaczynać od nowa.

Sytuacja, jaka wytworzyła w krajach Ameryki Łacińskiej wydaje się być analogiczna do tej z Europy Środkowej w 1989. Do zachodnioeuropejskiego eldorado także jechano naokoło. Po wyborach i zmianie rządu w Polsce, Niemcy z NRD nie widzieli jeszcze szansy obalenia swojego reżimu, ale już nie mieli dalszej ochoty egzystować za kilkanaście dolarów miesięcznie. A w związku z tym, że na Węgrzech również następowała zmiana systemu, jechali z biurem podroży na Węgry, skąd przedostawali się do Austrii, a dopiero później do RFN.

Puerto Obaldia (2)

Selvio spotkałem w Puerto Obaldia, przygranicznym miasteczku, do którego dopłynąłem łodzią motorową z Carti. Nie miałem pojęcia, że w tej dziurze koczuje około tysiąca Kubańczyków, czekających na otrzymanie wizy tranzytowej, umożliwiającej dalszą podróż w stronę Kostaryki (co uderzające, prawie nie ma wśród nich osób czarnoskórych, przeważa jasna karnacja twarzy). Do Puerto dostają się łodziami z La Miel – pierwszej panamskiej miejscowości, po opłaceniu czterystu amerykańskich dolarów za transport z kolumbijskiego miasteczka Turbo, bądź Necocli (dla porównania, normalna cena biletu to równowartość około trzydziestu dolarów).

Z La Miel do Puerto Obaldia prowadzi droga przez góry, ale Kubańczycy nie mogą się nią poruszać. Zaraz po dopłynięciu do panamskiego portu, policja zabiera im paszporty, które po dwóch tygodniach, wraz z wizą tranzytową, odbierają w Puerto Obaldia. W samym tylko listopadzie, granicę przekroczyło legalnie 5098 (pięć tysięcy dziewięćdziesiąt osiem) osób, z czego trzy i pół tysiąca kobiet. Od momentu otrzymania wizy, uchodźcy mają siedemdziesiąt dwie godziny na opuszczenie Panamy i przedostanie się do Kostaryki. Zazwyczaj kupują bilet na łódź motorową (płacąc dwukrotnie więcej, niż pozostali pasażerowie, czyli dwieście dolarów), którą dopływają do Carti, a stamtąd jeepami przedostają się do stolicy, a następnie, autobusem jadą do granicy z Kostaryką. Mogą również próbować dotrzeć do stolicy samolotem, ale miejsc jest niewiele, stąd bardzo trudno jest kupić bilet. Na początku grudnia można było je zarezerwować najwcześniej na koniec miesiąca.

Tak przynajmniej wyglądało to do niedawna. Siedemdziesiąt dwie godziny legalnego pobytu w Panamie i dalej podróż przez Kostarykę. Niestety, sytuacja emigrantów mocno się skomplikowała. Piętnastego listopada 2015 roku Nikaragua (kolejny kraj na drodze do USA) zamknęła dla Kubańczyków granice, powołując się na zagrożenie bezpieczeństwa swojej suwerenności. Panama, wiedząc o problemach Kostaryki z powiększającą się grupą emigrantów na granicy z Nikaraguą (na początku stycznia tego roku przebywało tam ponad osiem tysięcy osób), przymyka oko na przedłużany pobyt Kubańczyków na terytorium swojego kraju.

Na dziś sytuacja wygląda tak, że Kostaryka zgadza się na przyjęcie pozostałych w Panamie około dwóch tysięcy uchodźców, ale więcej wiz tranzytowanych dla kojenych Kubańczyków nie wyda. Wydaje się, że ta droga również zostaje zamknięta, przynajmniej do momentu rozwiązania problemu z pozostającymi na granicy ośmioma tysiącami emigrantów (pierwsza grupa ma przedostać się do Salwadoru samolotem dwunastego stycznia, w ramach tzw „programu pilotażowego”).

Puerto Obaldia (1)

Cóż więc się stanie z tymi, którzy dopiero docierają do granicy z Panamą? Czy też z tymi, którzy koczują w La Miel i jeszcze nie otrzymali wizy tranzytowej? Kiedy się z nimi rozmawia, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że mimo wszystko pozostają optymistami. Wierzą, że sytuację da się jakoś rozwiązać. Większość z tych, którzy czekają w panamskim porcie, przebyła identyczną drogę, jak Selvio, zaczynając swoją drogę w Ekwadorze, jako legalni turyści. Inny wariant wybrali przesympatyczni Jamilka i Lorenzo. Jako początek trasy wybrali Gujanę, do której mogą legalnie przyjechać. Oboje są wykwalifikowanymi lekarzami, z pensją w kraju odpowiadającą kilkudziesięciu amerykańskim dolarom miesięcznie.

Lorenzo planował trasę przez kilka lat. Wykorzystał głównie internet i strony osób podróżujących samotnie przez Gujanę i Brazylię. Znał ceny, drogi, punkty kontrolne, przystanki, hotele, możliwości transportu. Przypłynął do Gujany wraz z żoną. Przez dżunglę dostali się do Brazylii. Następnie pływającym po Amazonce kursowym statkiem dopłynęli do granicy z Kolumbią, skąd z pomocą „kojotów” dotarli do panamskiego La Miel. Z małą przygodą – zostali obrabowani przez kolumbijską policję. Zostawiono im kilkanaście dolarów na kontynuowanie drogi do Turbo.

Puerto Obaldia

Do La Miel dotarli jedynie z małym plecakiem, w którym mają najpotrzebniejsze rzeczy. Śpią w hamaku, pod gołym niebem, co przy notorycznych, nocnych opadach deszczu znaczy, że w nocy muszą uciekać pod dach nieodległego budynku policji. Aby mieć pieniądze na jedzenie (rząd panamski oferuje raz dziennie posiłek, ale jest on na tyle skąpy, że większość Kubańczyków ciągle chodzi godna), Lorenzo zatrudnił się w wiosce jako murarz, a Jamilka pomaga w znajdującej się przy biurze imigracyjnym kuchni. Tych pieniędzy jednak jest niewiele, tyle, żeby iść do sklepu i kupić coś do zjedzenia. Wszystko za dolara. Podładować telefon u mieszkańców wioski – dolar, kupić kilo bananów, środki czystości, mąkę, czy fasolę – dolar; zrobić pranie, czy skorzystać z internetu – wszystko za dolara.

Można zapytać, skąd biorą więcej pieniędzy? Realizują czeki podróżne. Jeśli nie mają już swoich oszczędności, najczęściej pomaga czekająca na nich rodzina w Stanach, bądź znajomi, kórzy zdążyli się już na miejscu urządzić.

Ludzi, takich jak Selvio, Jamilka i Lorenzo, jest coraz więcej. Kryzys uchodźczy w Europie i Polsce, w skali świata nie jest niczym wyjątkowym. Na świecie staje się coraz bardziej normą.

Już kilkanaście lat temu to zjawisko opisywał Kapuściński: „We współczesnym świecie pojawiła się nowa warstwa społeczna – uchodźcy (…) Kiedyś po świecie wędrowali niemal wyłącznie Europejczycy. Bogatsi, nowocześniejsi, silniejsi, z poczuciem misji i żądzą ekspansji. Teraz widzimy odwrotny proces. Europejczycy wycofują się do Europy, do której coraz liczniej ściągają przybysze z Azji i Afryki. […] Trzeci świat będzie podbijał Europę. Nie mógł jej zdobyć frontalnie w okresie dekolonizacji – wszystkie tak zwane ruchy państw niezaangażowanych rozpadły się. Wobec tego metodą ekspansji staje się inwazja demograficzna. […] Europa traci swoją klasyczna tożsamość: w coraz mniejszym stopniu jest kontynentem białych chrześcijan, w coraz większym – regionem wielokulturowym i wieloreligijnym. We Francji, Niemczech, Holandii, Anglii islam jest już drugą religią i proces ten będzie się pogłębiał, bo do Europy emigrują głównie muzułmanie z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Będziemy coraz bardziej chrześcijańsko-islamscy i dlatego trzeba szukać porozumienia z muzułmanami. (…) Na Zachodzie jest bardzo silne poczucie kryzysu. Na pytania: jaki jest nasz program wobec świata? Co mamy dalej robić? Zachód nie znajduje odpowiedzi. Jedyne, co tam naprawdę interesuje ludzi, to kontynuacja wysokiej konsumpcji. Zaczyna się odradzać sytuacja, w jakiej znalazło się Imperium Rzymskie, które w miarę postępujących trudności odgradzało się granicami od świata barbarzyńskiego. Z zewnątrz mogło nadejść tylko zło”. R. Kapuściński „Rwący Nurt Historii”

W zasadzie, po co ja o tym wszystkim piszę? Może dlatego, bo sam szukam swojego miejsca w świecie, choć oczywiście, nie porównuję się tutaj do tych, przed którymi zamyka się granice. Dla mnie, obywatela Polski, większość granic na świecie jest otwarta. I rozmawiając z Kubańczykami najzwyczajniej w świecie czułem wstyd. Jakieś niedopasowanie. Że ja mogę sobie tak jeździć, a oni muszą o to walczyć. Że ja mogę przejść na piechotę z La Miel do znajdującego się nieopodal prześlicznego kolumbijskiego miasteczka Sapzurro, a oni nie. Tylko dlatego, bo urodzili się gdzie indziej.

To może jeszcze raz Kapuściński: „Najlepsza droga do poznania świata prowadzi poprzez zaprzyjaźnienie się ze światem. Istnieje związek między naszym osobistym losem, a obecnością tysięcy ludzi i rzeczy, o których istnieniu nic nie wiedzieliśmy czy nie wiemy, a które w najbardziej zaskakujący sposób mogą wpłynąć lub wpływają na naszą egzystencję, na bieg naszego życia, że więc choćby we własnym interesie powinniśmy się starać poznać nie tylko to, co jest tu, ale i to, co jest tam, daleko, gdzieś na naszym globie”

wiersz

Nowy Rok za pasem. Jakieś życzenia by się przydały. Ale jak je ładnie w słowa ubrać? Może niech będzie na przekór temu, co u Barańczaka?

Dla tych wszystkich, co szukają. Dla tych wszystkich, co nie mają. Dla tych wszystkich, co zmieniają, co nie są tam, gdzie chcą.

Żeby kiedyś w świecie, gdziekolwiek zechcą, poczuli się jak u siebie w domu.

Darien

Carti (4)

Naturalnie nie tęsknił wcale do tego bezpiecznego, werandowego życia. Były to tylko myśli, które mu migały, ale które trochę go przybijały. Coś bardzo małego, co się już nie liczyło. Zresztą Tatuś zaczął myśleć w zupełnie nowy sposób. Coraz rzadziej i rzadziej rozmyślał o tym, co przeżył w swym przyjemnym, barwnym życiu, i równie rzadko marzył o tym, co przyniosą mu przyszłe dni. Myśli jego płynęły jak łódź, bez wspomnień i marzeń, były jak szare fale, które nawet nie miały chęci dopłynąć do horyzontu. Tove Jansson Opowiadania z doliny Muminków

 

Wiszę w hamaku, pół metra nad podłogą w hostelu w Capurgana – niewielkiej kolumbijskiej miejscowości, leżącej blisko granicy z Panamą. Kilka metrów od ściany budynku, na kamienistym chodniku rozbryzgują się fale silnie dziś wzburzonego morza. Poza pogłosem burzącej ciszę, niespokojnie napierającej wody, nie dochodzą mnie tutaj żadne równie intensywne dźwięki. W ciągu dnia zdarza się, że pohałasują jacyś zabłąkani spacerowicze, ale przed północą nic oprócz fal nie mąci przemijania.

Nie licząc ścieżek i błotnistych szlaków przez góry, do miasteczka nie prowadzi nawet jedna droga, przez co można się w nim poczuć dosłownie jak na niewielkiej wyspie. Większość jego mieszkańców przemieszcza się pieszo. Sporadycznie na brukowanych uliczkach pojawia się rower lub motocykl. Na pojazdach tych zresztą rzadko się jeździ. Po co bowiem gdziekolwiek pedałować, skoro do najdalszego sklepu jest nie więcej jak sto metrów, do piekarni może z pięćdziesiąt, a do sąsiadki można się odezwać stojąc na własnym podwórku.

Tak więc na rowerach ludzie tu prawie nie jeżdżą. W Capurgana pojazdy te mają, że się tak wyrażę, zmienne i jednocześnie rozszerzone pole stosowania, bowiem często się na nich coś wozi. Służą one, podobnie jak drewniane wozy zaprzężone w konie lub osły, do transportu przypływających na statkach i motorówkach towarów i zapewne są wydajniejsze, niż ramiona, barki i nogi choćby najsilniejszego z rozładowujących ładunki czarnoskórych mężczyzn. Przy kilku workach cementu ułożonych na bagażniku, przykrytych czterema pudłami wypełnionymi środkami czystości i jeszcze paroma kartonami napojów gazowanych zamontowanymi na metalowej konstrukcji przed kierownicą – moje cztery sakwy przytroczone do roweru wywołać mogą tylko kpiący uśmiech.

Po dwóch tygodniach pobytu w Capurgana jutro ruszam do Turbo, a potem do Medellin, gdzie pewnie spędzę Nowy Rok, chociaż to wcale nie jest takie pewne. Prawdę powiedziawszy, już dziewięć tygodni nie ma mnie w Polsce, a na dobrą sprawę, jeszcze wcale nie zacząłem porządnie pedałować. A może tym razem w ogóle nie zacznę? Zamieszkam w kolumbijskim, prawie odciętym od świata miasteczku i założę w nim firmę przewozową, dzięki czemu mój rower wreszcie do czegoś się przyda? Ma mocną ramę, dospawam boczne rusztowanie, zarzucę w porcie dziesięć worków cementu, albo i więcej i po prostu zdeklasuję konkurencję. Nie opędzę się od zamówień. Un Polaco Transportero.

Tak się bowiem składa, że do tej pory przemieszczam się głównie motorówkami, nie licząc odcinka Panama – Carti, który to fragment drogi dał mi nieźle w kość, szczególnie ostatnie czterdzieści kilometrów do wybrzeża. I nie tłumaczy mnie w żadnym razie to, że do Puerto Obaldia rower dotarł nieco uszkodzony (pogięty przedni bagażnik, lekko pęknięta obręcz, przetarta opona i wyłamane szprychy).

grr

Te wspomniane czterdzieści dwa kilometry tak zwanej Carretery San Blas uważam za jedne z najtrudniejszych, jakie w życiu przyszło mi pokonać. Dość powiedzieć, że jechałem prawie dwa dni. Gdybym wiedział, że przez połowę tej trasy trzeba będzie wpychać rower pod zbyt strome podjazdy, wolałbym już zapłacić te trzydzieści dolarów i nie zarzynać się w imię udowadniania sobie, że człowiek niby coraz starszy, a może. Gdyby ktoś się z Państwa wybierał ze stolicy Panamy do Carti rowerem, naprawdę, warto przemyśleć wydanie trzydziestu dolarów (plus nie wiem ile za dodatkowy bagaż) na podwózkę.

Teoretycznie, da się pokonać ten odcinek w jeden dzień, ale należałoby zacząć od zakrętu z głównej drogi prowadzącej do Yavizy.

carti (1)

Po drodze minąłem jeden punkt kontrolny, gdzie sprawdzono mój paszport, spojrzano na mnie z niejakim politowaniem i pomachano na pożegnanie. Samo Carti znajduje się na wyspie, a mówiąc dokładniej kilku wyspach, a na wybrzeżu stoi po prostu kilka bud, parę zużytych opon, dwa plastykowe krzesła i palmy.

carti (4)

Dla uściślenia, budy są dwie i stoją w dwóch różnych „portach”. Jeden z nich nazywa się Tupile (i z niego odpływa większość łodzi do Panamy), a drugi Niga Kantule. Oba oddzielone są niewysoką siatką i furtką. Z jednego do drugiego można przejść na piechotę, gdyby trafiło się nie do tego, co trzeba. Rower również da się bez żadnych problemów przeciągnąć, idąc niecałe dwieście metrów wzdłuż wybrzeża.

carti (3)

Łatwiej trafić do tego drugiego z wymienionych – Niga Kantule, jak zresztą widać na załączonym obrazku.

carti (8)

Kilometr dalej dojedziemy już do głównego terminalu, gdzie skasują od nas dwa dolary za „wjazd do portu”.

carti (2)

Jeśli okaże się, że tego dnia odpływamy z sąsiedniego portu, nie ma problemu – dwieście metrów wzdłuż wybrzeża i znajdziemy się w sąsiednim, który, jak wspomniałem, również składa się z budy (gdzie ponownie zainkasują dwa dolary za „wjazd”) oraz czynnej jedynie z rana restauracji.

carti (5)

W porcie Tupile spędziłem noc, a rankiem zapakowałem się do łodzi, którą dopłynąłem do Puerto Obaldia. Cena sto dolarów, plus dwadzieścia za rower. Osiem godzin skakania po wysokich falach. Doznania euforyczne, ale nikomu takich rozkoszy nie życzę. W sumie to dziwne, że leżące na rowerze pudła połamały jedynie szprychy, wykrzywiły bagażnik, a nie zniszczyły doszczętnie wszystkiego. Krzysztofowi, który towarzyszy Adeli Tarkowskiej w ich trwającej już ponad pięć lat podróży, pękła podczas podobnej przeprawy rama.

Zanim popłynąłem do Kolumbii, do miasteczka Capurgana, porozmawiałem jeszcze trochę z Kubańczykami, ale o ich sytuacji i w ogóle o tym, co oni właściwie w Puerto Obaldia robili, popiszę następnym razem.

A w prezencie gwiazdkowym wesoła piosenka. Taka kolęda inaczej.

Za siedmioma marzeniami

panama panama (15)

A sio dzieci! – zawołał Włóczykij! – Idźcie do domu, do mamy! – A może one wcale nie mają mamy? – pisnęła Mi. – Ale ja nie jestem przyzwyczajony do dzieci! – zawołał przerażony Włóczykij. – Nawet nie wiem, czy je lubię! – Ale one Ciebie lubią! – zachichotała Mi Lato Muminków

Dom. Niemalże całą przestrzeń kuchni wypełnia drewniany, jasnobrązowy stół. Nisko, prawie nad samym blatem wisi lampa. Szeroka jak rondo meksykańskiego kapelusza. Rzuca jaskrawe, żółte światło na filiżankę z kawą, porcelanową salaterkę z owocami i na kilka nierówno pokrojonych kromek razowego chleba. Nad filiżanką unoszą się mikroskopijne kropelki pary wodnej. W ostrym świetle lampy wyglądają jak falująca ławica srebrzystych rybek.

Znad stołu widać przeszklone drzwi, zajmujące prawie całą ścianę. Drzwi są zamknięte, a ponieważ jest noc, nie wiadomo, jak silnie światło zalewa pokój w ciągu dnia. Łatwo sobie wyobrazić, że bardzo. Cała kuchnia topi się wtedy w barwach, tonie w kolorach, pląsa niby w tańcu wraz z rozsiadającymi się bez zaproszenia promieniami słońca.

Aksamitna czerń na kilkanaście godzin poddaje się dyktatowi światła, a z ciemności powoli wyłaniają się kształty przedmiotów, jeszcze pozbawione wyraźnych konturów, śpiące w półtonach nieśpiesznie jaśniejących barwnych plam. Najpierw wpełza światło jasnożółte, lekko przezroczyste, przesycone chłodem poranka, nieco wilgotne, pełne orzeźwiającej bryzy, przywianej z nieodległego morza mocniejszym podmuchem wiatru. Potem wpełza światło cieplejsze, pociągnięte miotłą dozorcy razem z chodnikowym pyłem, wymieszane z pojedynczymi akordami budzącej się ulicy; szczekaniem psa, klaksonem przejeżdżającego autobusu, nienaoliwionym zamkiem otwieranego garażu sąsiada.

Około południa rozkokoszą się barwy-przekupki: ciepłe, głośne, soczyste, paradujące z rozmachem pośród zupełnie już zalanych słońcem ścian. Po czternastej do kuchni wejdzie Marta, potem jej mąż Chris, wraz z dziećmi Mają i Sarą, a nad tym wszystkim, gdzieś pod sufitem, będą tańczyć słowa (fragment książki „Sen powrotu”, która ukaże się wiosną 2016 roku)

Post scriptum

droga

Przemieszczanie się jest cudownym przywilejem, pozwala nam zrobić o wiele więcej, niż śniło się naszym pradziadkom. Ale żeby swoboda ruchu miała znaczenie, musimy mieć dom, do którego wracamy. Taki dom jest nie tylko miejscem, gdzie sypiamy, ale miejscem, w którym pozostajemy. Nie jest jedynie miejscem, gdzie się urodziliśmy, ale jest miejscem, w którym stajemy się sobą. Pico Iyer