Deklaracja nieśmiertelności

Mompox (2)

„Bo im więcej pragniesz, tym więcej tworzysz sobie ograniczeń. Pragniesz czegoś do tego stopnia, że nie myślisz o niczym innym, nie robisz niczego innego, stajesz się niewolnikiem swojego pragnienia. Kiedy będziesz bardziej dojrzały, doroślejszy, zaczniesz zdawać sobie z tego sprawę… Śmieje się.
…i zaczniesz śmiać się ze swoich obecnych pragnień, jak i z tych wcześniejszych, zobaczysz, że one do niczego nie służą, że są równie ulotne, jak samo życie. Wtedy nauczysz się z nich rezygnować, pozbywać się ich. Nawet z ostatniego pragnienia, które jest udziałem wszystkich ludzi – z marzenia o długowieczności.” Terzani Tiziano

 

Sen Powrotu

„Nie oskarżam się w sposób prostacki, bijąc się w piersi. (…) Mnożę odcienie i dygresje, przystosowuję swą mowę do słuchacza, naprowadzam go, żeby mnie prześcignął. Mieszam to, co mnie dotyczy i to, co odnosi się do innych. Biorę wspólne rysy, doświadczenia, których doznaliśmy razem, słabości, które podzielamy, konwenans człowieka dzisiejszego wreszcie, grasującego we mnie i w innych. Z tego klecę portret wszystkich i nikogo. Słowem, klecę maskę, dość podobną do masek karnawałowych, wiernych i uproszczonych zarazem, na widok których powiada się: proszę, tego już spotkałem. Kiedy portret jest skończony, jak w dzisiejszy wieczór, pokazuję go ze strapieniem: niestety, taki jestem.” A. Camus Upadek

cropped-Sen-powrotu.jpg

Chciałbym poinformować wszystkich zainteresowanych, że można już kupić moją nową książkę pt. „Sen powrotu”. Książka powstała na kanwie mojego poprzedniego wyjazdu, ale miałbym trudności z napisaniem, o czym właściwie ona jest, co przedstawia, czego dotyczy. To znaczy, oczywiście wiem, o czym jest dla mnie. Miałem przecież pewne intencje, obrazy i najróżniejsze myśli w głowie, które z mniej bądź bardziej racjonalnych względów domagały się przelania na papier. Najprościej byłoby napisać, że Sen Powrotu to bajka o podróży. I o szukaniu baśni. 

Chciałbym nadmienić, że tym razem prawie zupełnie zrezygnowałem z dodawania tak zwanych „informacji kontekstowych”, opisujących zwyczaje, kulturę, czy jakiekolwiek cechy charakterystyczne odwiedzanych przeze mnie krajów, regionów, czy miast. W przypadku pisania „Powidoków” wydawało mi się, że te „dodatkowe” informacje wzbogacą lekturę, tym bardziej, że brak tego typu treści był częstym zarzutem osób czytających „Makaron w sakwach”, w której to książce w zasadzie przedstawiłem jedynie trud samej drogi, bycie w drodze, albo inaczej – moją intencją i zamierzeniem było coś podobnego przedstawić.

Przy pisaniu „Powidoków” często korzystałem z twórczości innych autorów. Cytowałem, bądź parafrazowałem treści, które w bardziej „naukowy” sposób przedstawiały pewne zdarzenia, bądź opisywane przeze mnie sytuacje. Starałem się wymienić wszystkie źródła w bibliografii, niemniej jednak, pewna rzecz mi umknęła. Przeglądając jakiś czas temu Powidoki”, natknąłem się na zdanie: „Sparaliżowana, zbyt nasycona odmiennymi i konkurencyjnymi przekazami tożsamość nie miała ani chwili wytchnienia, a przy tym nie mogła odwołać się do pewności doświadczenia”. W mojej książce, zdanie to nie jest napisane w cudzysłowie, a powinno być, gdyż w zasadzie jest prawie identyczne z fragmentem tekstu Wojciecha Burszty pt „Tożsamość narracyjna w dobie ekranu”. Co więcej, pozycja ta nie została przeze mnie wymieniona w bibliografii. Rzecz przeoczyłem i jest mi z tym bardzo głupio, gdyż absolutnie nie chciałem się podpierać cytatem w sposób „nieujawniony”, autora cenię i publicznie tutaj przepraszam, jak również wszystkie inne osoby, które tym fragmentem mogłem wprowadzić w błąd.

W przypadku Snu powrotu” starałem się podobnego lapsusu nie popełnić, choć oczywiście również korzystałem z dorobku innych autorów. Na pewno da się łatwo wyłapać nawiązania do książek tych z pisarzy, których sam lubię i których twórczość jest mi bliska, wymieniając choćby Myśliwskiego, Mrożka, Bieńczyka, czy Maraiego.

Książkę zacząłem pisać będąc w drodze i zakończyłem ją, również przebywając poza domem. Dziękuję Andrzejowi za udostępnienie mi spokojnego miejsca w Poznaniu, księdzu Józkowi„ za możliwość przebywania na Bocas del Toro, Michałowi i jego żonie Zaidzie za gościnę w Panamie, Ani za ogromną dla mnie cierpliwość i ciepło, Sylwii za porady, cenne uwagi i nazywanie tego, na co sam nie mogłem znaleźć słowa, Agnieszce za korektę i wreszcie mojej mamie – za wszystko.

I Tobie też, najmocniej i najbardziej, bo przecież bez Ciebie, ani sama podróż, ani tym bardziej ta książka, która się z owej podróży zrodziła, nigdy by się nie wyśniła.

Wszystkim chętnym do zapoznania się ze „Snem powrotu” życzę zaczytania.

sen powrotu

Senna kołysanka

„Żyłem więc z dnia na dzień, nie znając innej ciągłości, jak moje ja, ja, ja. Z dnia na dzień kobiety, z dnia na dzień cnota lub występek, z dnia na dzień jak psy, ale ja sam co dzień wytrwale na posterunku. W ten sposób posuwałem się po powierzchni życia, w słowach niejako, nigdy naprawdę. Wszystkie te książki nie całkiem przeczytane, ci przyjaciele nie całkiem kochani, te miasta nie całkiem zwiedzane, te kobiety nie całkiem posiadane. Wykonywałem gesty z nudy lub z roztargnienia. Istoty szły, chciały się uczepić, ale nie było nic i to było nieszczęście. Dla nich. Jeśli idzie bowiem o mnie, zapominałem. Pamiętam zawsze tylko o sobie samym. Powoli jednak pamięć mi wracała, lub raczej ja wracałem do niej i znalazłem wspomnienie, które na mnie czekało” A. Camus „Upadek”

Z dwójki małych kotków, które ktoś podrzucił pod furtkę na kolumbijskiej działce, pozostał tylko jeden. La gata. Piętnaście miesięcy temu była za mała, aby dało się z pewnością określić płeć, ale tak jej z oczu patrzyło, że byłem pewien, że to kotka. Wyrosła, trochę zdziczała, ale gdy podjechałem pod dom i zawołałem kici kici, wybiegła spod podwozia zdezelowanego samochodu i zamiauczała dokładnie w taki sam sposób, kiedy po raz pierwszy usłyszałem ją owego wrześniowego poranka, dwa tysiące czternastego roku.

zz (2)

„Bladym świtem obudziło mnie rozdzierające ciszę kocie zawodzenie. Wyszedłem zdziwiony przed dom. Na prowadzącej do drzwi ścieżce poruszały się dwa maleńkie stworzenia. Jedno czarne, drugie białe. Podszedłem bliżej i wziąłem je na ręce. Momentalnie ucichły, jakbym nacisnął na ich brzuszkach niewidzialny dla mnie pstryczek, potem wtuliły się we mnie ufnie, głośno pomrukując. Zaniosłem je do kuchni, sięgnąłem do szafki i otworzyłem puszkę z tuńczykiem. Kotki błyskawicznie do niej podbiegły i w minutę wyjadły całą jej zawartość. Gdy ukazało się puste dno, zabrudzone łebki uniosły się w górę i ponownie zaczęły przeraźliwie miauczeć. Krzątałem się po kuchni, nie do końca rozbudzony, z rosnącym zadziwieniem, skąd komuś przyszło do głowy zostawić pod bramą dwa koty. Może ktoś widział, jak dokarmiam tamte?

gatos w reten (1)

Ugotowałem jajka, podgrzałem kukurydziane placki, zagotowałem wodę na kawę i starając się ignorować przeszywające ciszę kocie odgłosy, zjadłem śniadanie. Kiedy już zapełniłem żołądek i połknąłem pigułki, wróciłem na patio i położyłem się z kotkami na hamaku. Rozłożyły mi się na piersi. Patrzyły na mnie swoimi szeroko otwartymi oczami w sposób tak naturalny i ufny, że aż trudno było uwierzyć, że zaledwie w godzinę zaskarbiłem sobie takie przywiązanie. Wystarczyła puszka tuńczyka?

Kotki bawiły się przez chwilę rudą brodą, po czym przymknęły oczy i rozcapierzając swoje pazurki, całkowicie oddały się pomrukiwaniu. Zaplątałem palce w ciepłe futerka. Odniosłem wrażenie, że coś przeze mnie przepływa. Dosłownie fizycznie czułem przenikającą mnie, wibrującą energię – rozleniwiającą, łagodzącą ból, wyciągającą chorobę, otwierającą mnie na nadchodzący, płytki sen. Sen, w którym sam byłem kotem, czarnym dachowcem, porozumiewającym się ze światem jedynie mruczeniem, tuptaniem i spojrzeniem. Takim, w którym można zamknąć cały świat”. (fragment książki „Sen Powrotu”, która ukaże się w marcu)

Mario i Piotr (1)

 

Kometa

Capurgana

Zresztą Tatuś zaczął myśleć w zupełnie nowy sposób. Coraz rzadziej i rzadziej rozmyślał o tym, co przeżył w swym przyjemnym, barwnym życiu, i równie rzadko marzył o tym, co przyniosą mu przyszłe dni. Myśli jego płynęły jak łódź, bez wspomnień i marzeń, były jak szare fale, które nawet nie miały chęci dopłynąć do horyzontu. T Jansson Opowiadania z doliny Muminków

 

wigilia

 

Kubańscy emigranci

Capurgana (5)

Woda cofała się zwichrzoną, wystraszoną falą, a Buka płynęła dalej w szarej mgle, wlokąc za sobą dryfującą chmurę śniegu, Na tle nieba wyglądała jak wielki zataczający się nietoperz. Posuwała się wolno, ale jakoś to szło. Miała czas. Nie miała nic innego, jak tylko czas”. T. Jansson Tatuś Muminka i morze.

Takiego ch…ja się zmieni – Selvio wyciąga środkowy palec i podtyka mi go pod nos, kiedy mówię, że wiele osób, które znam, a odwiedzili Kubę myśli, że wkrótce na wyspie pojawi się zbawczy kapitalizm. Oczywiście, nie od razu, ale że to ostatni dzwonek i aby zobaczyć coś z tej „starej” Kuby, to trzeba się pospieszyć.

– Zrób zdjęcie i pokaż to tym wszystkim, którzy tak myślą. – podtyka wyprostowany palec jeszcze bliżej mojego nosa. – Od urodzenia czekam, aż coś się zmieni. I mam już tego dość. Kuba to miejsce bez przyszłości, bez możliwości rozwoju, bez perspektyw. Sytuacja polityczna, ekonomiczna i kulturowa jest tragiczna, nie ma innego wyjścia, trzeba stamtąd uciekać. Czy wrócę? Nie wiem czy wrócę, najpierw chcę się dostać do Miami, potem zobaczę.

W 1995 roku Stany Zjednoczone zawarły z Kubą porozumienie w sprawie metod postępowania z emigrantami zatrzymanymi podczas próby przedostania się do USA. Umowa ta, znana jako „wet foot, dry foot” („mokra stopa, sucha stopa”) przewiduje, że zatrzymani na morzu („wet foot”) odsyłani są z powrotem na Kubę, a ci, którym udało się dotrzeć na ląd („dry foot”), mogą legalnie pozostać w USA. Po roku pobytu na terytorium Stanów mogą starać się o prawo do stałego pobytu, a później nawet o amerykańskie obywatelstwo. Takich przywilejów nie posiadają obywatele żadnego innego państwa.

Nie ma się co dziwić, że wielu Kubańczyków próbuje szczęścia, wykorzystując ciągle istniejące preferencyjne prawo. Tym bardziej, że większośc z nich, podobnie jak i Selvio, wyraża obawę, że na skutek przywrócenia relacji dyplomatycznych między obydwoma krajami, administracja Obamy zlikwiduje ten specjalny status emigrantów, którzy od lat stanowią siłę napędową kubańskiej gospodarki. Przekazy pieniężne dla pozostających na wyspie krewnych wynoszą prawie dwa miliardy dolarów rocznie.

20 peso

Selvio próbuje przedostać się do USA po raz drugi. Za pierwszym razem przechwycono go na morzu, gdy wraz z przyjaciółmi, na zbudowanej wspólnymi siłami łodzi, prawie dopływali do Miami. Wszystkich deportowano z powrotem na wyspę. Teraz wybrał drogę okrężną. Przez Ekwador, Kolumbię, Panamę, Kostarykę, Nikaraguę, Honduras, Salwador, Gwatemalę i Meksyk.

Do Ekwadoru dostał się samolotem, legalnie, jako turysta, choć ta droga została niedawno zamknięta. Ekwadorski rząd od pierwszego grudnia wznowił wydawanie wiz dla Kubańczyków. Po prostu zaczęło ich przyjeżdżać zbyt wielu. I niczego nie zmienia fakt, że zdecydowana większość w tym kraju nie zostaje, nawet, jeśli uda im się całkiem wygodnie urządzić.

W Guayaquil na Selvio czekał „kontakt”, który pomógł mu dostać się do stolicy. Z Quito, wraz z kilkoma innymi osobami dojechał do granicy z Kolumbią. Tam przechwycili ich tzw. „kojoci” – osoby zajmujące się przerzutem Kubańczyków (i nie tylko) do granicy z Panamą. Niby nielegalnie, ale wszystko za przyzwoleniem odpowiednio opłacanych służb granicznych i policji.

– To jest bardzo skomplikowany i powiązany ze sobą system kontaktów, który bardzo sprawnie działa. – mówi Selvio. – W Kolumbii kilkanaście razy zmieniałem środek transportu. Były to łodzie, autobusy, samochody dostawcze, taksówki. Staliśmy się bankomatami dla tych, co siedzą w tym biznesie. Przejazd przez samą Kolumbię to wydatek trzech tysięcy dolarów, a nie wszystkim się udaje. W razie zatrzymania, policja może wszystko zabrać, a jeśli się nie zgodzisz, deportują cię do Ekwadoru i musisz wszystko zaczynać od nowa.

Sytuacja, jaka wytworzyła w krajach Ameryki Łacińskiej wydaje się być analogiczna do tej z Europy Środkowej w 1989. Do zachodnioeuropejskiego eldorado także jechano naokoło. Po wyborach i zmianie rządu w Polsce, Niemcy z NRD nie widzieli jeszcze szansy obalenia swojego reżimu, ale już nie mieli dalszej ochoty egzystować za kilkanaście dolarów miesięcznie. A w związku z tym, że na Węgrzech również następowała zmiana systemu, jechali z biurem podroży na Węgry, skąd przedostawali się do Austrii, a dopiero później do RFN.

Puerto Obaldia (2)

Selvio spotkałem w Puerto Obaldia, przygranicznym miasteczku, do którego dopłynąłem łodzią motorową z Carti. Nie miałem pojęcia, że w tej dziurze koczuje około tysiąca Kubańczyków, czekających na otrzymanie wizy tranzytowej, umożliwiającej dalszą podróż w stronę Kostaryki (co uderzające, prawie nie ma wśród nich osób czarnoskórych, przeważa jasna karnacja twarzy). Do Puerto dostają się łodziami z La Miel – pierwszej panamskiej miejscowości, po opłaceniu czterystu amerykańskich dolarów za transport z kolumbijskiego miasteczka Turbo, bądź Necocli (dla porównania, normalna cena biletu to równowartość około trzydziestu dolarów).

Z La Miel do Puerto Obaldia prowadzi droga przez góry, ale Kubańczycy nie mogą się nią poruszać. Zaraz po dopłynięciu do panamskiego portu, policja zabiera im paszporty, które po dwóch tygodniach, wraz z wizą tranzytową, odbierają w Puerto Obaldia. W samym tylko listopadzie, granicę przekroczyło legalnie 5098 (pięć tysięcy dziewięćdziesiąt osiem) osób, z czego trzy i pół tysiąca kobiet. Od momentu otrzymania wizy, uchodźcy mają siedemdziesiąt dwie godziny na opuszczenie Panamy i przedostanie się do Kostaryki. Zazwyczaj kupują bilet na łódź motorową (płacąc dwukrotnie więcej, niż pozostali pasażerowie, czyli dwieście dolarów), którą dopływają do Carti, a stamtąd jeepami przedostają się do stolicy, a następnie, autobusem jadą do granicy z Kostaryką. Mogą również próbować dotrzeć do stolicy samolotem, ale miejsc jest niewiele, stąd bardzo trudno jest kupić bilet. Na początku grudnia można było je zarezerwować najwcześniej na koniec miesiąca.

Tak przynajmniej wyglądało to do niedawna. Siedemdziesiąt dwie godziny legalnego pobytu w Panamie i dalej podróż przez Kostarykę. Niestety, sytuacja emigrantów mocno się skomplikowała. Piętnastego listopada 2015 roku Nikaragua (kolejny kraj na drodze do USA) zamknęła dla Kubańczyków granice, powołując się na zagrożenie bezpieczeństwa swojej suwerenności. Panama, wiedząc o problemach Kostaryki z powiększającą się grupą emigrantów na granicy z Nikaraguą (na początku stycznia tego roku przebywało tam ponad osiem tysięcy osób), przymyka oko na przedłużany pobyt Kubańczyków na terytorium swojego kraju.

Na dziś sytuacja wygląda tak, że Kostaryka zgadza się na przyjęcie pozostałych w Panamie około dwóch tysięcy uchodźców, ale więcej wiz tranzytowanych dla kojenych Kubańczyków nie wyda. Wydaje się, że ta droga również zostaje zamknięta, przynajmniej do momentu rozwiązania problemu z pozostającymi na granicy ośmioma tysiącami emigrantów (pierwsza grupa ma przedostać się do Salwadoru samolotem dwunastego stycznia, w ramach tzw „programu pilotażowego”).

Puerto Obaldia (1)

Cóż więc się stanie z tymi, którzy dopiero docierają do granicy z Panamą? Czy też z tymi, którzy koczują w La Miel i jeszcze nie otrzymali wizy tranzytowej? Kiedy się z nimi rozmawia, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że mimo wszystko pozostają optymistami. Wierzą, że sytuację da się jakoś rozwiązać. Większość z tych, którzy czekają w panamskim porcie, przebyła identyczną drogę, jak Selvio, zaczynając swoją drogę w Ekwadorze, jako legalni turyści. Inny wariant wybrali przesympatyczni Jamilka i Lorenzo. Jako początek trasy wybrali Gujanę, do której mogą legalnie przyjechać. Oboje są wykwalifikowanymi lekarzami, z pensją w kraju odpowiadającą kilkudziesięciu amerykańskim dolarom miesięcznie.

Lorenzo planował trasę przez kilka lat. Wykorzystał głównie internet i strony osób podróżujących samotnie przez Gujanę i Brazylię. Znał ceny, drogi, punkty kontrolne, przystanki, hotele, możliwości transportu. Przypłynął do Gujany wraz z żoną. Przez dżunglę dostali się do Brazylii. Następnie pływającym po Amazonce kursowym statkiem dopłynęli do granicy z Kolumbią, skąd z pomocą „kojotów” dotarli do panamskiego La Miel. Z małą przygodą – zostali obrabowani przez kolumbijską policję. Zostawiono im kilkanaście dolarów na kontynuowanie drogi do Turbo.

Puerto Obaldia

Do La Miel dotarli jedynie z małym plecakiem, w którym mają najpotrzebniejsze rzeczy. Śpią w hamaku, pod gołym niebem, co przy notorycznych, nocnych opadach deszczu znaczy, że w nocy muszą uciekać pod dach nieodległego budynku policji. Aby mieć pieniądze na jedzenie (rząd panamski oferuje raz dziennie posiłek, ale jest on na tyle skąpy, że większość Kubańczyków ciągle chodzi godna), Lorenzo zatrudnił się w wiosce jako murarz, a Jamilka pomaga w znajdującej się przy biurze imigracyjnym kuchni. Tych pieniędzy jednak jest niewiele, tyle, żeby iść do sklepu i kupić coś do zjedzenia. Wszystko za dolara. Podładować telefon u mieszkańców wioski – dolar, kupić kilo bananów, środki czystości, mąkę, czy fasolę – dolar; zrobić pranie, czy skorzystać z internetu – wszystko za dolara.

Można zapytać, skąd biorą więcej pieniędzy? Realizują czeki podróżne. Jeśli nie mają już swoich oszczędności, najczęściej pomaga czekająca na nich rodzina w Stanach, bądź znajomi, kórzy zdążyli się już na miejscu urządzić.

Ludzi, takich jak Selvio, Jamilka i Lorenzo, jest coraz więcej. Kryzys uchodźczy w Europie i Polsce, w skali świata nie jest niczym wyjątkowym. Na świecie staje się coraz bardziej normą.

Już kilkanaście lat temu to zjawisko opisywał Kapuściński: „We współczesnym świecie pojawiła się nowa warstwa społeczna – uchodźcy (…) Kiedyś po świecie wędrowali niemal wyłącznie Europejczycy. Bogatsi, nowocześniejsi, silniejsi, z poczuciem misji i żądzą ekspansji. Teraz widzimy odwrotny proces. Europejczycy wycofują się do Europy, do której coraz liczniej ściągają przybysze z Azji i Afryki. […] Trzeci świat będzie podbijał Europę. Nie mógł jej zdobyć frontalnie w okresie dekolonizacji – wszystkie tak zwane ruchy państw niezaangażowanych rozpadły się. Wobec tego metodą ekspansji staje się inwazja demograficzna. […] Europa traci swoją klasyczna tożsamość: w coraz mniejszym stopniu jest kontynentem białych chrześcijan, w coraz większym – regionem wielokulturowym i wieloreligijnym. We Francji, Niemczech, Holandii, Anglii islam jest już drugą religią i proces ten będzie się pogłębiał, bo do Europy emigrują głównie muzułmanie z północnej Afryki i Bliskiego Wschodu. Będziemy coraz bardziej chrześcijańsko-islamscy i dlatego trzeba szukać porozumienia z muzułmanami. (…) Na Zachodzie jest bardzo silne poczucie kryzysu. Na pytania: jaki jest nasz program wobec świata? Co mamy dalej robić? Zachód nie znajduje odpowiedzi. Jedyne, co tam naprawdę interesuje ludzi, to kontynuacja wysokiej konsumpcji. Zaczyna się odradzać sytuacja, w jakiej znalazło się Imperium Rzymskie, które w miarę postępujących trudności odgradzało się granicami od świata barbarzyńskiego. Z zewnątrz mogło nadejść tylko zło”. R. Kapuściński „Rwący Nurt Historii”

W zasadzie, po co ja o tym wszystkim piszę? Może dlatego, bo sam szukam swojego miejsca w świecie, choć oczywiście, nie porównuję się tutaj do tych, przed którymi zamyka się granice. Dla mnie, obywatela Polski, większość granic na świecie jest otwarta. I rozmawiając z Kubańczykami najzwyczajniej w świecie czułem wstyd. Jakieś niedopasowanie. Że ja mogę sobie tak jeździć, a oni muszą o to walczyć. Że ja mogę przejść na piechotę z La Miel do znajdującego się nieopodal prześlicznego kolumbijskiego miasteczka Sapzurro, a oni nie. Tylko dlatego, bo urodzili się gdzie indziej.

To może jeszcze raz Kapuściński: „Najlepsza droga do poznania świata prowadzi poprzez zaprzyjaźnienie się ze światem. Istnieje związek między naszym osobistym losem, a obecnością tysięcy ludzi i rzeczy, o których istnieniu nic nie wiedzieliśmy czy nie wiemy, a które w najbardziej zaskakujący sposób mogą wpłynąć lub wpływają na naszą egzystencję, na bieg naszego życia, że więc choćby we własnym interesie powinniśmy się starać poznać nie tylko to, co jest tu, ale i to, co jest tam, daleko, gdzieś na naszym globie”

wiersz

Nowy Rok za pasem. Jakieś życzenia by się przydały. Ale jak je ładnie w słowa ubrać? Może niech będzie na przekór temu, co u Barańczaka?

Dla tych wszystkich, co szukają. Dla tych wszystkich, co nie mają. Dla tych wszystkich, co zmieniają, co nie są tam, gdzie chcą.

Żeby kiedyś w świecie, gdziekolwiek zechcą, poczuli się jak u siebie w domu.

Darien

Carti (4)

Naturalnie nie tęsknił wcale do tego bezpiecznego, werandowego życia. Były to tylko myśli, które mu migały, ale które trochę go przybijały. Coś bardzo małego, co się już nie liczyło. Zresztą Tatuś zaczął myśleć w zupełnie nowy sposób. Coraz rzadziej i rzadziej rozmyślał o tym, co przeżył w swym przyjemnym, barwnym życiu, i równie rzadko marzył o tym, co przyniosą mu przyszłe dni. Myśli jego płynęły jak łódź, bez wspomnień i marzeń, były jak szare fale, które nawet nie miały chęci dopłynąć do horyzontu. Tove Jansson Opowiadania z doliny Muminków

 

Wiszę w hamaku, pół metra nad podłogą w hostelu w Capurgana – niewielkiej kolumbijskiej miejscowości, leżącej blisko granicy z Panamą. Kilka metrów od ściany budynku, na kamienistym chodniku rozbryzgują się fale silnie dziś wzburzonego morza. Poza pogłosem burzącej ciszę, niespokojnie napierającej wody, nie dochodzą mnie tutaj żadne równie intensywne dźwięki. W ciągu dnia zdarza się, że pohałasują jacyś zabłąkani spacerowicze, ale przed północą nic oprócz fal nie mąci przemijania.

Nie licząc ścieżek i błotnistych szlaków przez góry, do miasteczka nie prowadzi nawet jedna droga, przez co można się w nim poczuć dosłownie jak na niewielkiej wyspie. Większość jego mieszkańców przemieszcza się pieszo. Sporadycznie na brukowanych uliczkach pojawia się rower lub motocykl. Na pojazdach tych zresztą rzadko się jeździ. Po co bowiem gdziekolwiek pedałować, skoro do najdalszego sklepu jest nie więcej jak sto metrów, do piekarni może z pięćdziesiąt, a do sąsiadki można się odezwać stojąc na własnym podwórku.

Tak więc na rowerach ludzie tu prawie nie jeżdżą. W Capurgana pojazdy te mają, że się tak wyrażę, zmienne i jednocześnie rozszerzone pole stosowania, bowiem często się na nich coś wozi. Służą one, podobnie jak drewniane wozy zaprzężone w konie lub osły, do transportu przypływających na statkach i motorówkach towarów i zapewne są wydajniejsze, niż ramiona, barki i nogi choćby najsilniejszego z rozładowujących ładunki czarnoskórych mężczyzn. Przy kilku workach cementu ułożonych na bagażniku, przykrytych czterema pudłami wypełnionymi środkami czystości i jeszcze paroma kartonami napojów gazowanych zamontowanymi na metalowej konstrukcji przed kierownicą – moje cztery sakwy przytroczone do roweru wywołać mogą tylko kpiący uśmiech.

Po dwóch tygodniach pobytu w Capurgana jutro ruszam do Turbo, a potem do Medellin, gdzie pewnie spędzę Nowy Rok, chociaż to wcale nie jest takie pewne. Prawdę powiedziawszy, już dziewięć tygodni nie ma mnie w Polsce, a na dobrą sprawę, jeszcze wcale nie zacząłem porządnie pedałować. A może tym razem w ogóle nie zacznę? Zamieszkam w kolumbijskim, prawie odciętym od świata miasteczku i założę w nim firmę przewozową, dzięki czemu mój rower wreszcie do czegoś się przyda? Ma mocną ramę, dospawam boczne rusztowanie, zarzucę w porcie dziesięć worków cementu, albo i więcej i po prostu zdeklasuję konkurencję. Nie opędzę się od zamówień. Un Polaco Transportero.

Tak się bowiem składa, że do tej pory przemieszczam się głównie motorówkami, nie licząc odcinka Panama – Carti, który to fragment drogi dał mi nieźle w kość, szczególnie ostatnie czterdzieści kilometrów do wybrzeża. I nie tłumaczy mnie w żadnym razie to, że do Puerto Obaldia rower dotarł nieco uszkodzony (pogięty przedni bagażnik, lekko pęknięta obręcz, przetarta opona i wyłamane szprychy).

grr

Te wspomniane czterdzieści dwa kilometry tak zwanej Carretery San Blas uważam za jedne z najtrudniejszych, jakie w życiu przyszło mi pokonać. Dość powiedzieć, że jechałem prawie dwa dni. Gdybym wiedział, że przez połowę tej trasy trzeba będzie wpychać rower pod zbyt strome podjazdy, wolałbym już zapłacić te trzydzieści dolarów i nie zarzynać się w imię udowadniania sobie, że człowiek niby coraz starszy, a może. Gdyby ktoś się z Państwa wybierał ze stolicy Panamy do Carti rowerem, naprawdę, warto przemyśleć wydanie trzydziestu dolarów (plus nie wiem ile za dodatkowy bagaż) na podwózkę.

Teoretycznie, da się pokonać ten odcinek w jeden dzień, ale należałoby zacząć od zakrętu z głównej drogi prowadzącej do Yavizy.

carti (1)

Po drodze minąłem jeden punkt kontrolny, gdzie sprawdzono mój paszport, spojrzano na mnie z niejakim politowaniem i pomachano na pożegnanie. Samo Carti znajduje się na wyspie, a mówiąc dokładniej kilku wyspach, a na wybrzeżu stoi po prostu kilka bud, parę zużytych opon, dwa plastykowe krzesła i palmy.

carti (4)

Dla uściślenia, budy są dwie i stoją w dwóch różnych „portach”. Jeden z nich nazywa się Tupile (i z niego odpływa większość łodzi do Panamy), a drugi Niga Kantule. Oba oddzielone są niewysoką siatką i furtką. Z jednego do drugiego można przejść na piechotę, gdyby trafiło się nie do tego, co trzeba. Rower również da się bez żadnych problemów przeciągnąć, idąc niecałe dwieście metrów wzdłuż wybrzeża.

carti (3)

Łatwiej trafić do tego drugiego z wymienionych – Niga Kantule, jak zresztą widać na załączonym obrazku.

carti (8)

Kilometr dalej dojedziemy już do głównego terminalu, gdzie skasują od nas dwa dolary za „wjazd do portu”.

carti (2)

Jeśli okaże się, że tego dnia odpływamy z sąsiedniego portu, nie ma problemu – dwieście metrów wzdłuż wybrzeża i znajdziemy się w sąsiednim, który, jak wspomniałem, również składa się z budy (gdzie ponownie zainkasują dwa dolary za „wjazd”) oraz czynnej jedynie z rana restauracji.

carti (5)

W porcie Tupile spędziłem noc, a rankiem zapakowałem się do łodzi, którą dopłynąłem do Puerto Obaldia. Cena sto dolarów, plus dwadzieścia za rower. Osiem godzin skakania po wysokich falach. Doznania euforyczne, ale nikomu takich rozkoszy nie życzę. W sumie to dziwne, że leżące na rowerze pudła połamały jedynie szprychy, wykrzywiły bagażnik, a nie zniszczyły doszczętnie wszystkiego. Krzysztofowi, który towarzyszy Adeli Tarkowskiej w ich trwającej już ponad pięć lat podróży, pękła podczas podobnej przeprawy rama.

Zanim popłynąłem do Kolumbii, do miasteczka Capurgana, porozmawiałem jeszcze trochę z Kubańczykami, ale o ich sytuacji i w ogóle o tym, co oni właściwie w Puerto Obaldia robili, popiszę następnym razem.

A w prezencie gwiazdkowym wesoła piosenka. Taka kolęda inaczej.