Laos. Niewi(a)domo

‚czekam

na siłę

nadchodzi

nie zabiera

a wsiada we mnie

i wyrywa

od środka

w straszną odwrotność’ 

Miron Białoszewski ‚Podstarzałość’

Pisałem całkiem niedawno, że dyskurs podróżny jest albo dyskursem erotycznym, albo nie ma go wcale. Ale co zrobić, jeśli droga nie zachwyca? Nic nie mówić? Przemilczeć? Nic nie pisać? Ale w zasadzie, dlaczego z góry zakładać, że ma „zachwycać”? I co to w ogóle znaczy? Że ma za serce i duszę “chwytać”?

Od ponad miesiąca włóczymy się z Fidrygałką po Laosie. Niby niewiele to czasu, choć z drugiej strony całkiem sporo, aby wyrobić sobie własne zdanie o odwiedzanym miejscu. O kraju. Oczywiście zdanie bardzo subiektywne i pewnie mocno powierzchowne, ale niemniej jednak własne, a do tego odnoszące się do tej sfery doświadczeń, która pozostaje najbliższa naszej formie podróżowania, czyli kontaktach z drugim człowiekiem. Proszę Państwa, wzdragam się przed napisaniem tego od kilku tygodni, z trudem przekonując samego siebie, że kogoś nasze zdanie w ogóle obchodzi, ale wszystkim potencjalnym zainteresowanym donoszę, że Laos niestety nas nie zachwyca. 

„Obfitość waszych ras i języków jest bogactwem danym wam przez Boga, znakiem dla tych, którzy myślą” – mówi Koran. Znów przebywamy w kraju, w którym poruszamy się po omacku, prawie jak niewidomi, nie znając języka, niewiele wiedząc o samych Laotańczykach. A zatem skoro się tutaj z jakichś względów znaleźliśmy, skoro wybraliśmy ten właśnie, a nie inny kraj za cel kolejnego etapu wędrówki, chętnie dowiedzielibyśmy się czegoś, nauczyli, próbowali podpatrzyć, jak żyć, jak być. Ale w Laosie, z nielicznymi wyjątkami, niemal nikt nie chce z nami rozmawiać. Podchodzimy, pozdrawiamy po laotańsku, zbliżamy na ile potrafimy do człowieka, pytamy, ale niezmiernie rzadko ktoś na nas spojrzy, rzadko odpowie.

Raz przypadkiem trafiliśmy na wesele, ale długo na nim nie zabawiliśmy, raz zaproszono nas do szkoły, gdzie odgrywaliśmy role nauczycieli, dwa razy podeszły do nas dzieci. I w zasadzie tyle ze spotkań. Nic więcej.

Wrażenie pewnej pustki, bądź jałowości, nie tylko w sferze socjalnej, ale również kulinarnej, a nawet krajobrazowej odczuliśmy zaraz po przekroczeniu granicy, ale ciągle powtarzaliśmy sobie, że najwidoczniej niepotrzebnie porównujemy, może zbyt wiele oczekujemy, zamiast cieszyć się tym, co jest. Ale radości nie ma. Czegoś ciągle brak. Jak u Białoszewskiego, w wierszu ‘Roztopienie się we mnie cytatu’:

powiedziałem swojemu weselu CIESZ SIĘ

                                                i zawsze jest sto kilometrów

                                                ode mnie do siebie

                                                                drugie 100 do

                                                rozkazu sobie

                                                                trzecie do

                                                stosowania się wedle rozkazu

                                                                                                tak

                                                                                                że i tak 

                                                                                                cud

                                                                                 że się słyszy

Pozdrowienia słyszymy, nie przeczę. Dzieci wesoło machają, krzyczą falang, falang, biały, biały, podobnie jak polskie dzieci krzyczałyby murzyn, murzyn, gdyby zobaczyły na rowerach parę Afrykańczyków przejeżdżających koło ich domu. Wystarczy się jednak zatrzymać, aby pierzchły, gdzie pieprz rośnie. Dorośli natomiast w ogóle do nas nie podchodzą. A jeśli już się zdarzy, że kogoś nasza obecność zainteresuje, to tylko zerknie ukradkiem, słowa nie powie i zaraz odejdzie. Zbliżamy się więc sami, ale dystansu to nie zmienia. Mur pozostaje. Zdarza się, że rude koty go przeskoczą i rozkładając się ufnie na kolanach, w oczy spojrzą.

Ta obojętność Laotańczyków ma swoje dobre strony, nie przeczę. Rozbijając się wieczorem nad rzeką, czy obok szkoły możemy być niemal pewni, że nikt nie nadejdzie cichcem nocą i nie będzie nas budził, ani w jakikolwiek inny sposób przeszkadzał. Ale przecież, pomijając jazdę rowerem, poznawanie miejsc, czy podziwianie krajobrazu, jesteśmy tu przede wszystkim po to, aby pobyć bliżej człowieka. Chciałoby się od czasu do czasu porozmawiać, nawet jeśli wspólny zasób słownictwa skończy się na kilku słowach. Zrobić coś razem. Albo i nic nie robić, po prostu najzwyczajniej w świecie przysiąść na murku, na ławce, spojrzeć na siebie, pouśmiechać. Niestety. Smutno mi to pisać, ale jak do tej pory, nasze kontakty z Laotańczykami opierają się głównie na nieobecności.

A jednak i w Laosie zdarzają się zakrzywienia. Zachwyty, które w nieco wyjałowionej z bliskości rzeczywistości tym silniej oczarują i jaśniej rozbłysną. Wybuchną, jak okrzyk po zdobyciu zwycięskiej bramki.

Zaproponowali wspólną grę jednym słowem. Football. A właściwie trzema, football i fat boy, choć te dwa ostatnie nie odnosiły się do mnie, ale do jedynego z całej wioskowej gromady otyłego chłopca, który, jak się niebawem okazało, został obstawiony na znienawidzonej przez wszystkich odtrącanych chłopców świata pozycji podawacza wyrzucanych poza boisko piłek.

Nie kojarzyli Polski, nie znali Lawandowskiego, ale brakowało jednego do zespołu, bo fat boy przecież grał nie będzie, a dziewczynie głupio proponować. Fidrygałka wzięła więc aparat i filmowała, kiedy ja biegałem po zadaszonym, betonowym placu i próbowałem trafić do bramki. Najpierw wcelowałem nie do tej, co trzeba. Moi współgracze z drużyny prawie się popłakali i bynajmniej, wcale nie było im do śmiechu. Upewniwszy się, gdzie mam strzelać, zrehabilitowałem się w trójnasób.

Nigdy nie przepadałem za piłką. Ani jako gracz, ani tym bardziej kibic. A tu wkręciło mnie na całego. Może dlatego, bo całkiem dobrze mi szło. A człowiek przecież lubi, jak mu dobrze w czymś idzie. I proszę, nigdy bym nie przypuszczał, że piłka nożna tak łączy ludzi, a jednocześnie, jest w stanie tak silnie człowieka dowartościować. Pozytywnie do życia nastawić. Myśli tęczowo ubarwić.

W kiwaniu mnie ogrywali, ale nadrabiałem wzrostem i szybkością. Gdy wynik poszybował do 5:1, zawodnicy przeciwnej drużyny zaczęli rozkładać się na betonie i jęcząc z niby bólu, udawali poturbowanych. Jeden z tamtych podszedł do mnie i wręczył czerwoną kartkę. Moi protestowali, ale na niewiele się to zdało. Zszedłem z boiska i wtedy dostałem kolejną kartkę. Zieloną. Co ona miała znaczyć, nie mam pojęcia.

Siedzieliśmy potem wspólnie na trawie. Kilku chłopców i kilka dziewczynek. Rozmawialiśmy ze sobą we własnych językach. Słowa się unosiły, ciała huśtały od uśmiechów, spojrzenia się wymieniały, w powietrzu ze sobą zderzały, trudno było wzrokiem za wszystkim nadążyć, a co dopiero myślami.

Ciągnęli nas nad rzekę, ale odmówiliśmy i ruszyliśmy wieczorem do miasta. Jakoś smutno było odjeżdżać.

Nie wiem, co pozostawiliśmy po sobie. Może nic, a może coś. Chciałoby się wiedzieć, że jednak coś. Że w tym podróżowaniu, które mawiam często, że jest po nic, to chociaż ten mecz na laotańskim, betonowym boisku niósł jakieś znaczenie. Że był po coś.

Nawet jeśli zupełnie niewi(a)domo po co.

 

Laos. Ogród zielony w zimie.

„Są rzeczy, które dzieją się same, są podróże, które zaczynają się i kończą we śnie, i są podróżnicy, którzy odpowiadają na bełkotliwe wezwanie własnego niepokoju.” Olga Tokarczuk „Bieguni”

Czy można pisać i opowiadać o podróży w sposób obiektywny? Gdyby przyjąć, pomijając stopień zaangażowania świadomości, że bycie w drodze sprowadza się do mniej bądź bardziej mimowolnego kolekcjonowania wrażeń i gromadzenia doświadczeń, to jakikolwiek ton dyskursu dotyczącego podróży musi sprowadzać się do opisu wysoce subiektywnych przeżyć i emocji, obojętnie – porywająco-ekstatycznych, nieciekawych, nijakich, czy choćby i mniej łaskawych, nieprzychylnych, złych. Choć tych ostatnich to raczej nikt nie zechce wysłuchać. A o nie przecież najłatwiej, jak ponad sześćdziesiąt lat temu pisał Leopold Tyrmand w „Dzienniku 1954”:

„Nie sztuka jest być pesymistą, uniwersalność gówna jest rzeczą najłatwiejszą do zauważenia, prawdziwym honorem jest umieć zaprzeczyć wszechpotężnemu doświadczeniu. Lecz w tej obłędnej panoramie, jakby zaprojektowanej przez imbecyla, któremu wytłumaczono indeterminizm, ciągle natknąć się można na ciepłe letnie przedpołudnia w pachnącej trawie, na długie pływanie z głową w zielonej wodzie, nawet na koleżeństwo, nawet na precyzje wniosku, nawet na rozrzewniającą ironię, nawet na lojalność uczuć, nawet na olśniewającą wątpliwość. Czyli na urodę życia.”

Od dwóch tygodni jesteśmy z Fidrygałką w Laosie. I w zasadzie tyle, nic więcej. Niczego tu nie szukamy, nie oczekujemy, nawet mapy ze sobą nie mamy. To po co właściwie tam pojechaliście, ktoś zapyta. Bardzo słuszne pytanie, na które niestety, nie udzielę satysfakcjonującej odpowiedzi. Najchętniej odpowiedziałbym „po nic”, ale zakładam, że taka replika mało kogo zadowoli. To może powrócę do Tyrmanda i powiem, że przyjechaliśmy obserwować „urodę życia”, cokolwiek autor miał na myśli. Tyle, że aby ją tutaj dostrzec, trzeba się nieźle nagimnastykować. A zatem wysilę się nieco bardziej i dodam – przyjechaliśmy do Laosu, aby pojeździć rowerem. Jak u Piotra Cieplaka w książce „O niewiedzy w praktyce”: „Jechać rowerem. To cud. To prostsze niż życie. Wystarczy równo oddychać. A jeszcze łatwiej, jak się o oddechu zapomni.”

Naprawdę chciałbym Państwu coś więcej o tym Laosie opowiedzieć, ale ja nic nie wiem, poza tym, że jadę rowerem. Pedałuję, obserwuję, podśpiewuję pod nosem, spoglądam w niebo, jem banany, czasem splunę, odpocznę, ludziom w oczy spojrzę, jeśli tylko sczepią się na moment nasze spojrzenia.

„Mój świat jest moim światem

nie mogę go przed wami otworzyć

A gdybym nawet opisał

te posągi dwunastu miesięcy

schowane w gęstej zieleni

to każdy z was zobaczy

inną zieleń

posąg inny

i nie taką zieleń”

J. Iwaszkiewicz Ogród zielony w zimie. 

Czyli może lepiej zamilknąć? Skoro i tak nie mam nic sensownego do przekazania, nawet jeśli czasem wydaje mi się, że jest inaczej. Może wybrać milczenie i odmawiać tym, co się historii domagają. Może rację ma Włóczykij, złoszcząc się na tych, co się dopytują: „Dlaczego nie pozwolą mi nigdy zachować moich wspomnień o wędrówkach tylko dla siebie? Czy nie mogą zrozumieć, że gadaniem niszczą wszystko? Jeśli im opowiadam, to potem nic nie zostaje. Pamiętam tylko swoje własne opowiadanie, kiedy staram się przypomnieć sobie, jak było”. 

A jednak nie mogę przestać. Może trochę za mało mam w sobie z Włóczykija. Piszę. Piszę o niczym, ale nie mogę się pohamować. Coś mnie napędza. Z rzadka, bo z rzadka, ale pcha. Kolejna książka niemal gotowa. Krótka, ale prawie jest. Najchętniej bym ją jeszcze dopieścił, popoprawiał, coś dopisał. Ale w końcu trzeba postawić ostatnią kropkę. Inaczej będę poprawiał w nieskończoność. Bez pełnej satysfakcji z osiągniętego efektu. Trzeba skończyć. Choćby dla własnego zdrowia psychicznego. Ale bardziej dla innych. Dla siebie się przecież nie pisze. 

Być może to pewien rodzaj zadurzenia. Nawet nie uzależnienia, ale zadurzenia. W podróżowaniu i w opowiadaniu. Kiedyś głównie mówiłem, nadal dużo mówię, ale od kilku lat pojawiła się we mnie potrzeba pisania. Pokraczna to zachcianka, ekshibicjonistycznie wygląda, zresztą jak większość rzeczy w moim w życiu, ale inaczej nie potrafię. A jak zadurzenie, to przecież musi być otwarcie, przejrzyście. Inaczej o miłości pisać i mówić się nie da.  

Parafrazując fragment książki Dariusza Czai „Pasaże Barokowe”, w którym cytuje on Rolanda Barthesa, napisałbym, że podróż „nie podpada pod żaden metajęzyk, lecz tylko pod dyskurs wartościujący, pochwalny: pod dyskurs miłosny.” Niech autor książki wybaczy mi zastąpienie słowa „muzyka”, słowem „podróż”, ale czytając poniższy akapit, naprawdę nie mogłem pozbyć się uczucia komplementarności: „W praktyce oznacza to, że poważne mówienie o [podróży], na pewnym poziomie wyklucza obiektywizm. Nie da się nazwać jej esencji w najbardziej nawet precyzyjnym i wyrafinowanym języku formalnym. Inaczej mówiąc: dyskurs [podróżny] albo jest dyskursem erotycznym, albo nie ma go wcale.”

I dalej: „Różnice kulturowe i język nie stanowią żadnych barier w rozumieniu czegoś, co jest nam wszystkim tak fundamentalnie wspólne. To jest tak, jak gdyby linie polifonicznego dzieła snuły się jak przenikające się wzajemnie opowieści, które podążają za podobnymi ścieżkami, raz łącząc się, innym razem rozchodząc, jak gdyby świat był nie tylko sceną, ale złożonym utworem opartym na kontrapunkcie.”

Podróż jako złożony utwór oparty na kontrapunkcie. Mniej bądź bardziej świadome wzajemne zaistnienia. Kogoś dla mnie i mnie dla kogoś. W jednej, wyjątkowej przestrzeni, miejscu i czasie.

To jeszcze z tej samej książki Jordi Savall: „Wydaje się, że w sztuce właściwą drogę można odnaleźć szukając jedynie głosu intuicji. Dopiero kiedy w pełni zapanujemy nad techniką, usiłując jednocześnie zapanować nad naszymi wadami, napięciem i dążeniem do przedstawiania samych siebie w jak najkorzystniejszym świetle, do zrobienia kariery, zaakceptujemy siebie i nie będziemy musieli wygłaszać codziennych peanów na cześć własnej gry. Wtedy po prostu gramy muzykę”.

Może tak powinno się podróżować. Ufając wewnętrznym głosom intuicji. Zapominając o tym, co przyniesie droga. Nie myśląc, co będziemy mieć z niej do opowiedzenia, przedstawienia, pokazania, zyskania. Bez wygłaszania peanów na cześć własnego przeżywania, zdobywania, zaliczania, bez podkreślania czegokolwiek, bez eksponowania osiągniętego celu. Nawet, jeśli podróż miałaby się stać zaledwie „wieczną tułaczką po złudzeniach, ciągłą dezercją z własnej teraźniejszości”, jak pięknie pisał Marek Bieńczyk o Nervalu w książce „Jabłko Olgi, stopy Dawida”.

Podróżujmy, obserwujmy, rozmawiajmy z ludźmi, uśmiechajmy się do siebie. Rowerem, kajakiem, na piechotę, czymkolwiek wreszcie. Nie zawłaszczajmy jednej, wytyczonej dla siebie ścieżki, nie posiadajmy jednej, tej właściwej wersji podróżowania. A tym, co zechcą słuchać, opowiadajmy, opowiadajmy o swoich podróżach. Tych z celem, czy bez celu, krótkich, długich, dalekich, czy bliskich, ze wsparciem, czy bez, powtarzając do znudzenia frazę, że podróżowanie jest szukaniem baśni, a w niej – zbliżaniem do drugiego człowieka i jednocześnie powracaniem do samego siebie.

Świata i tak nie zmienimy. Trapią go ważniejsze problemy. Świat co innego ma na głowie, niż nasze mniej bądź bardziej udane opowieści o „posągach dwunastu miesięcy schowanych w gęstej zieleni”. Ale kto wie, może się zdarzyć, że dzięki naszym słowom, zdjęciom i rozbudzonym dzięki nim emocjom – choć na moment kogoś uśmiechniemy i pokolorujemy sny.

„[…] W rytualnym powtarzaniu, trwałym powtarzaniu, w kolejnych próbach powtarzania jest głęboki sens. Bo w istocie to nigdy nie jest powtórzenie, zawsze jest na nowo, zawsze jadę rowerem na nowo i zawsze jakieś inne ziarenko piasku chrzęści w trybach. Jak chrzęści, to znaczy, że Ziemia jeszcze istnieje, a jak chrzęst słyszę, to i ja istnieję.”