The room of imagination

„Błędem jest sądzić, że decydujące chwile życia, w których zmienia się na zawsze jego utarty bieg, muszą cechować się głośnym, jaskrawym dramatyzmem, podmywanym silnymi, wewnętrznymi wzburzeniami. To kiczowata bajka. W rzeczywistości dramatyzm determinującego życie doświadczenia jest często niewiarygodnie cichy. Ma tak niewiele wspólnego z wystrzałem, słupem ognia, czy wybuchem wulkanu, że doświadczenie to w chwili, kiedy nadchodzi, często nie jest nawet dostrzegane. Kiedy ujawnia swe rewolucyjne działanie i sprawia, że życie zanurza się w zupełnie innym świetle i otrzymuje całkowicie nową melodię, czyni to bezgłośnie i w tej cudownej bezgłośności leży jego wyjątkowa szlachetność.” Pascal Mercier „Nocny pociąg do Lizbony”

Niewiele mam do dodania w temacie, że świat w podróży jawi się niczym baśń. Nagromadzenie pierwiastków magicznych i fantastycznych w drodze jest tak intensywne i częste, że po kilku dniach przestaje się traktować je jako coś osobliwego, uznając ich istnienie za pełnoprawną rzeczywistość, niewymagającą potwierdzania żadną racjonalną wiedzą. I jak na prawdziwą baśń przystało, czas szybko i niezauważalnie zakrzywia w niej swoją trajektorię, z liniowego stając się cyklicznym, a z cyklicznego na nowo wpadając na równo rozrysowane zdarzeniowe osie. Człowiek jedzie w tej dziwnej scenerii wymalowywanej przez spotkania, spojrzenia, pozostawiane myśli i słowa, by po kilku dniach skonstatować, że nie wie, gdzie jest, co robi, ani tym bardziej po co.

Ludzie pojawiają się na tej drodze niczym zjawiające się zewsząd duchy, a niemal codzienne doświadczanie nadprzyrodzonych zjawisk konstytuuje tę baśniową, „oczywistą cudowność” wędrówki. Wystarczy się zatrzymać i rozejrzeć. Świat sam się otwiera, zaprasza. Nic, tylko oczy zamknąć, wziąć mały rozbieg, oderwać się od ziemi i skoczyć. Ze skrzydłami czy bez, pounosić się trochę.

Trochę żałujemy, że nie znamy tajskiego. Bez tego zasobu chociaż kilkudziesięciu słów jedzie się po omacku, czuje się uboższym o cały językowy świat, do którego nie ma się dostępu, nie znajduje klucza. Nie wszystko da się opowiedzieć rękoma, nie o wszystko można zapytać.

Nie pijamy wody z lodem, ale pokruszony lód w kubkach podstawiany jest od razu, jeszcze przed posiłkiem, więc trudno się go potem pozbyć. Nie lubimy wentylatorów, ale jak wytłumaczyć, żeby je wyłączono, kiedy ze wszystkich siedzących dokoła osób pot spływa strumieniami? Korzystamy z ubikacji, gdy się trafią (na przykład w hotelu Sweet Teen – Słodka Nastolatka), ale jak wytłumaczyć, że nie bardzo jest gdzie wyrzucić papier? Znaki na ścianach mówią, żeby do muszli niczego nie wrzucać, bo się odpływ zapcha. Problem w tym, że do pistolecików odbytniczych jakoś nie możemy się przekonać i w praktyce, po posiłkach stosujemy inne zasady higieny, niekoniecznie lepsze, ale nieco komplikujące sprawę, jeśli toaleta nie posiada pojemników na śmiecie  i nie bardzo wiadomo, co zrobić z wykorzystanym papierem.  

Zamawiamy ryż z kurczakiem, miało być bez papryczki, ale jedzenie jest tak ostre, że nie da się go przełknąć i trzeba kupić nowy obiad, albo ugotować coś samemu. Niestety, jest nieznośnie gorąco, upał obezwładnia nawet w cieniu, człowiek nie ma sił na montowanie przenośnej kuchni i przyrządzanie posiłku (no, chyba że zostało się zaproszonym w gościnę i ma do dyspozycji kuchnię – wtedy to co innego, gotować lubię sam, podobnie jak prać).

Szuka się więc nowej jadłodajni i nagle, zupełnym przypadkiem, odkrywa nieznane wcześniej fantastyczne danie, które nawet nie wiadomo jak się nazywa, a jak już się człowiek dowie, to i tak nie potrafi tej nazwy powtórzyć i wymówić – wszelkie próby naśladowania tajskiego kończą się śmiechem, kpiącym spojrzeniem, albo najzwyklejszym nieporozumieniem, co wizualnie przedstawię czytającym za kilka dni, jak znajdę chwilę czasu na zmontowanie filmu.

Na desygnaty tworzy się więc własne znaki i zwroty, na przykład: grillowany banan (kuey ping), albo banan w kleistym ryżu (hau tom mat) albo banan w wacie (hau mau), albo babeczki z fasolą (ha ko), choć moim i Fidrygałki niezaprzeczalnym faworytem pozostają smażone banany z kokosem w cieście (kluay khaek).

Jedzenie to grząski temat i nie będę go w tym tekście mocno rozwijał (choć zapewne jeszcze do niego powrócę), ale proszę wybaczyć, że pozwolę sobie na tę drobną uszczypliwość w stosunku do niezmiernie gościnnych Tajów i wspomnę o ich zwyczaju jedzenia obiadu na śniadanie, w czym przypominają mieszkańców środkowej części Ameryki Południowej, a szczególnie Peruwiańczyków, również gustujących w porannych kopulastych porcjach nieprzyprawionego ryżu z kurczakiem, lub mocno treściwych, rosołowo-mięsnych zupnych wariacjach.

Na szczęście dla nas wszędzie są owoce. Kokosy rosną na drzewach, banany (krótkie i grube – przepyszne!, może ktoś z czytających wie, gdzie można je kupić w Polsce?) dostajemy za darmo, arbuz pozostaje arbuzem i nawet jeśli tutaj nazywają go tengmo, to wygląda jak arbuz i smakuje jak arbuz, podobnie jak owoce, którymi przez ostatnie lata zapychałem się w Ameryce Południowej, czyli papaya, mango, albo pitaya (choć akurat jeśli chodzi o ten ostatni owoc, pojawiła się jego lokalna wariacja z różowym środkiem, smakującym trochę jak połączenie buraka z ananasem).

Jeśli te wspomniane powyżej niedomówienia, niedopowiedzenia i przejęzyczenia stanowią przeszkodę w zamawianiu potraw i ogólnie mówiąc – w głębszym dotarciu do człowieka, to w niczym nie przeszkadzają w wyrażeniu prośby, gdy pod wieczór szukamy noclegu. Wystarczy złożyć ręce i podłożyć je pod głowę, a w zasadzie po prostu przyjechać do wioski, podjechać pod klasztor i już kilkanaście osób dokoła głowi się, gdzie można zapewnić nam bezpieczne miejsce do spania. I wszystko w atmosferze szczerego, serdecznego zaangażowania. Tajowie wydają się być niezmiernie gościnni i uczynni. I ciągle się uśmiechają. Uśmiechają się jeszcze szerzej i częściej niż Kolumbijczycy, a myślałem, że tych ostatnich nikt nie przebije.

Polskę mało kojarzą, a w zasadzie wcale. Jedna osoba na sto wie, że gdzieś tam daleko w świecie jakaś Polska sobie leży. I że nawet jest oddzielnym krajem, jak Tajlandia, choć nieco biedniejszym, bo bez króla, ale z własnym językiem i historią. Tak na marginesie, to duma z tajskiego króla niekoniecznie odczuwana jest przez wszystkich mieszkańców (choć broń boże, nie wolno się do tego przyznawać i okazywać jakiejkolwiek dezaprobaty publicznie), skoro portrety nieżyjącego już władcy  widzieliśmy porzucone na śmietniku. Najwidoczniej, monarcha dla niektórych jest tutaj, podobnie jak w Wielkiej Brytanii, instytucją nieużyteczną, ale nikt poważnie nie myśli o jej zniesieniu. 

Jesteśmy biali, jesteśmy inni, jesteśmy obcy, a mimo tego, a może właśnie dzięki temu jesteśmy traktowani po partnersku; jesteśmy traktowani jak dziecko, któremu czasem trzeba pomóc zrozumieć otaczający, nie do końca jeszcze nazwany i rozpoznany świat. Nikt nie próbuje nas oszukać, wykorzystać, większość zapytanych chce nam pomóc, nawet jeśli wspólny zasób słownictwa sprowadza się do „dzień dobry”, „dziękuję” i jednego, szerokiego uśmiechu. Nic więcej nie trzeba. Jak łatwo jest być dobrym. Jak łatwo po prostu być odrobinę lepszym. Bardzo możliwe, że to tylko uwarunkowany kulturowo pozór. Być może to zaledwie na chwilę. Ale mimo wszystko, wolę dobro na moment i nieco na pozór niż chamstwo, agresję i brak tolerancji na serio.  

Nocujemy pod klasztorami, z wysoka spoglądają na nas wielkie oczy buddy. Z ciemnych zakamarków wychodzą pomiaukujące koty. Dżungla oddycha nocą, koguty pieją jak nawiedzone. Swoją drogą, dlaczego im, jak ludziom, nie poplątały się języki i na całym świecie pieją w ten sam sposób? Peruwiański kogut spokojnie dogada się z polskim, nie mówiąc już o tajskim, czy laotańskim. Na Laos przyjdzie czas, na razie zakorzeniliśmy się w Cieng Mai. Na pięć tygodni. Śpimy w hotelu, za który zapłaciliśmy równowartość około czterystu złotych za miesiąc za osobę. Mamy tutaj święty spokój, czas, który możemy wykorzystać tak, jak chcemy, klimatyzowany pokój, poranną porcję kilku kilogramów bananów, wodę do picia, własny ekspres do kawy i oddalony o dziesięć minut od hotelu bazar z masą dobrego, bardzo taniego jedzenia. Za posiłek płacimy nie więcej niż równowartość dwóch dolarów (tyle kosztuje na przykład wielki filet z ryby, frytki i talerz surówek, polanych pysznym sosem), ale spokojnie można też znaleźć coś za dolara (wielki talerz zupy z mięsem, albo makaron z kurczakiem i warzywami), a przegryzki w postaci grillowanych bananów, kandyzowanych czekoladowych ciastek, czy kokosowo-ryżowych słodkości kosztują jeszcze mniej. 

Tak na marginesie dodam, że przez całą drogę z Bangkoku wszędzie towarzyszyły nam kawiarnie, z których korzystaliśmy często i chętnie, bo choć jedziemy z własną kawiarką, to kawę w sklepach (poza dużymi supermarketami w większych miastach) można dostać niemal wyłącznie rozpuszczalną, a rozpuszczalna kawa to zaledwie kawo-podobny płyn, mało zdrowy, do tego podrażniający żołądek i wywołujący refluks.  

Zabarykadowaliśmy się zatem w Chieng Mail. Nazwę miasta piszę celowo niby niepoprawnie, bo akcent na „i”, no i druga samogłoska bardziej „e”, niż by to mapy na googlemaps sugerowały, że przecież według internetu, powinno być „Chiang Mai”. Nie, nic się nie zmieniło, z GPS-ów nie korzystamy, można spokojnie obyć się bez tych śmiesznych „udogodnień”. Telefonów też nie używamy, mój został w domu, a Fidrygałki służy jako budzik. Pewnie trzeba będzie znów po przyjeździe do Polski numer zmienić, choć to zależy kiedy wrócimy, może przez rok pozostanie ten sam. Wracając do orientacji w terenie: z Bangkoku jechaliśmy mniej więcej na północ i kierowaliśmy się słońcem, gwiazdami i drogowskazami, choć te nie zawsze były czytelne.

Może to nawet lepiej, że nie wszystko tu rozumiemy. Zostaje trochę miejsca dla wyobraźni. The room of imagination. Mały, niewielki. Choćby był i najmniejszy. Maleńki pokój (dla) wyobraźni. Z wielkim oknem szeroko otwartym. Na świat.  

 

Vôo do Beija Flor

bangkok (1)

„Chwila się napina,
– co będzie?
coś z boku
jest, a nawet było,
tylko takie nieokazałe
Wstrzymuje się dech
– co będzie?
czeka się, czeka,
chwile nie czekają,
kapią
potem się pchają,
zapominają.
Potem wynik jest,
ale komu pokazać?
temu sobie spod stosu siebie?” M. Białoszewski „Ciekawość i wyblakłość”

Ciekawość jeszcze jest, więc się wyjechało. Posiedziało się długo na miejscu, trochę zbyt długo, trochę w sam raz, nieco się poprzemieszczało wcześniej, ale więcej się siedziało. Pojedzie się teraz, już się jedzie, w zasadzie od zawsze się jedzie, ale teraz bardziej i zobaczy się, co nadejdzie. Jeśli coś ładnego, to się popisze, jeśli nie, to pewnie też się popisze, ale mniej. Żeby nie zapomnieć i żeby się podzielić. Tak czy inaczej, popisze się rzadko. Poszuka się miejsca do zatrzymania i popróbuje dokończyć książkę. Książka będzie o przemijaniu. Kiedy się poczuje, że jest ukończona, to się postawi kropkę i wyjdzie na słońce i na wiatr. Spojrzy się w niebo i wtedy może oczy otworzą się szerzej, otworzą inaczej, albo chociaż zwrócą się w inną stronę. Bo na razie, jak Niewidomy u Białoszewskiego „oczami na siebie, rękami po niebie”. To na jawie. A we śnie – niezmiennie, próbuję oderwać się od ziemi. Zbiegam ze stromego wzgórza z koniczynką zawieszoną na zbyt długim i zbyt prostym sznurku, skaczę, a potem fecho os olhos para ver aonde vou – zamykam oczy, aby zobaczyć, dokąd zmierzam. Do przeczytania.