Petite Mort

a (4)

Płaszcz czarnoksięski gdybym miał u ramion, władny mnie zanieść w obcych krajów świat, wierz mi, za przepych najbogatszych szat, za płaszcz królewski nie oddam go w zamian  Goethe Faust

Ciągle szukam, a zarazem bronię się przed odkryciem, na dobrej jawie przedłużam sen, na złej obijam się wśród powidoków wspomnień, odpędzam złowrogie, złowieszcze Zmory, gdzie dobra jawa to przedłużenie snu, ziszczenie marzenia i tęsknoty, zła jawa to bezsenna trwoga i gdyby tylko ona i nic więcej, to nie warto by żyć… Szukam własnego rytmu, równowagi, względnego spokoju, istotnych treści, jakbym, nie ruszając się z miejsca, pragnął zawędrować chore urojenia, zawędrować swoją melancholię, jakbym chciał się wreszcie wymknąć, wyrwać wydłużającym się niepostrzeżenie cieniom, zobaczyć coś poza odosobnionymi światełkami w otchłani własnej niewiedzy, zamienić się w oddech ciszy, wyłuskać możliwość, a z niej kolejne możliwości.

Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale nie potrafię zatrzymać własnego przeznaczenia, w którym każdy wybór jest początkiem i końcem, choć ten koniec nie przychodzi tak od razu. Do końca życia nieraz się ciągnie. Jak zatęchła, niepotrzebna myśl.

Bardzo rzadko nie myślę o niczym. Bardzo rzadko mam takie chwile, że idę sobie i nic mnie nie obchodzi, nie myślę o niczym, tylko idę lekko. Przeważnie mam w głowie wielki szum E. Stachura

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wieczorami więcej widzę. A najwięcej, jak zamknę powieki. Wtedy to dopiero widzę! Choć tego, co widzę, jak pisał Myśliwski w Widnokręgu, nikt inny nigdy nie zobaczy, choćby dużo więcej wiedział. Zgubionego buta już nie szukam, ale czasem słyszę, jakby to do mnie mama mówiła, że samymi oczami nie znajdziesz, bo widzi się to, co się czuje. Nie samymi oczami się tylko widzi.

IMG_1399

Sparafrazuję Karpowicza i napiszę, że podobnie jak ludzie, niektóre miejsca są na zawsze, niektóre tylko sporadycznie, i że nie mam żadnego wpływu na to, które będzie na zawsze, a które od czasu do czasu.

Słów mało w głowie, z tych, które zostały, nie dałoby się nawet zdania ułożyć, zdecydowanie więcej powidokówChoć wydaje mi się, że to dobrze. Może więcej słów przyjdzie po latach, a może właśnie mniej. Niewiele przecież trzeba słów, żeby zamknąć w nich nasze przeznaczenie. I, być może, ze wszystkich słów tylko te niedokończone są jak ziarna, kiełkują, rosną.

Na dobrej jawie le petite mort się wznosi, na czarnoksięskim płaszczu w inny świat unosi.

Siła naszych marzeń

plomienPłomień świecy i odbicie płomienia schwytane w zwierciadle zadrgały i uspokoiły się, kiedy wszedł do holu, a potem znowu zadrgały i uspokoiły się, kiedy zamknął drzwi. McCarthy

Od dziecka lubiłem wpatrywać się w ogień. Wszystko jedno, czy na żarzące się, przydźwigane z pobliskiego sosnowego lasu polana, czy na iskrzące się węgielki, naprędce rozpalone w swawolnie rozhuśtanym w przyciasnej zakrystii trybularzu. Atawistyczne odruchy, nie do końca uświadamiane celowości codziennych działań, silących się na naturalność nierzadko śmiesznych zachowań, urabianych naprędce, mniej lub bardziej stosownych, wyuczonych gestów. Może to dziwne, ale widzę związek pomiędzy moim intencjonalnie nawiązanym przymierzem z ogniem, a początkowo nieuświadomioną potrzebą przemieszczania się w przestrzeni. Początków obranej ścieżki włóczenia się po świecie upatruję w pierwszym samodzielnie rozpalonym ognisku, w poranionych krzakami akacji dłoniach, w porwanej przez ostre kolce koszulce, w zapachu ciemnej ziemi, skoszonej trawy, krowiego łajna na butach i wreszcie – widoku niebieskiego nieba, rozświetlonego przez największe ognisko świata – słońce. Ognisko, które zgaśnie za parę miliardów lat, kiedy istoty zamieszkujące ziemię będą tak się różnić od ludzi, jak ludzie różnią się od jamochłonów. Jeśli w ogóle jeszcze cokolwiek żywego tutaj zostanie…

lotA pytań coraz więcej i coraz częściej, ot, choćby na spotkaniu zatytułowanym Wachlarze, organizowanym przez podróżnickich w Cafe Kulturalna (www.podrozniccy.com.pl), gdzie poza mną, byli też zaproszeni chłopcy z Busa przez Świat, autostopowicz Przemek i Paragon z Podróży. Było bardzo miło, choć może trochę za medialnie, za jasno, za dużo ludzi, trochę nie do końca tak, jak w życiu, ale może to i dobrze, bo było dużo uśmiechu, chciałbym wierzyć, że chociaż trochę inspiracji i namiastka wyświechtanej recepty na wydeptywanie własnej ścieżki. Bo przecież nikt za nikogo własnej drogi nie wybierze. I być może po to przyszła większość osób – żeby dostać jakąś receptę, wskazówkę, namiary jakieś, wirtualny drogowskaz, jak wyjechać, gdzie, za co, z czym, z kim, jak się przygotować, kto może pojechać, czy to tak każdy może sobie pojechać, ot tak, wsiąść, wszystko zostawić i tak sobie jechać?

Pytanie o to, kto może pojechać, na nieszczęście przypadło mnie, a żeby sprawę jeszcze pogorszyć, to spróbowałem na nie odpowiedzieć. I odpowiedziałem. Że każdy. Choć właściwie powinienem był powiedzieć, że nie mam pocięcia kto i za nikogo nie mogę przecież podejmować życiowych decyzji. No bo kto właściwie dał mi prawo decydowania o tym, kto może, a kto nie i jakimi kryteriami miałbym się kierować przy tego typu kategoryzacji i wartościowaniu? I może w sumie nie zwróciłbym na to pytanie uwagi i nie zawracał sobie potem tym głowy, gdyby po spotkaniu nie przyszła do mnie jakaś pani i nie wytknęła z wielką urazą, że wszystkich zachęcam do ruszenia tyłka i, co więcej, uważam, że można tak sobie kupić byle jaki rower i bez większego przygotowania i bez wysiłku pojechać sobie, ot tak, rowerem, dokądkolwiek na świecie, choćby przez pustynię Atacama, albo gdziekolwiek indziej. I że to, co robię, jest nieodpowiedzialne, no bo jak ktoś uwierzy w moje słowa, to przecież pojedzie, a potem skończy mu się woda, albo wszystkie dętki i łatki i co wtedy? Czy nie będę czuł się odpowiedzialny, że przez moją lekkomyślność i chore rady ktoś zginie samotnie na pustyni, albo gdzieś go śnieg przysypie?

chileMuszę przyznać, że wszystko to, co powiedziała pani, która nawiasem mówiąc była tu i tam, dało mi wiele do myślenia. Bo jeśli ktoś, po moich pokazach slajdów, albo przeczytawszy którąś z książek, doszedł do wniosku, że można sobie bez wysiłku, ot tak, przyjemnie spędzając czas, jakby się opalało na plaży w Łebie i pomiędzy łykami zimnego piwa oglądało przechodzące laski, że można sobie, ot tak, przejechać Atacamę albo Tybet, to znaczy, że muszę diametralnie zmienić formułę pokazów. Nie powinienem pokazywać uśmiechu, swojego, czy też napotkanego, nie powinienem pokazywać wesołych poranków, ani opowiadać o przyjemności noclegu pod gołym niebem, ciepłych dłoniach, suchym śpiworze, nie, nic z tych rzeczy. Powinienem opowiadać, jak bardzo to, co robię, jest wyjątkowe, niepowtarzalne, ekstremalnie trudne, nadać swoim wyjazdom nazwy Extreme, Super, Mega albo Challenge Expedition, oczywiście, dodając, że nikt wcześniej tego przede mną nie zrobił, koniecznie z dopiskiem „bez wsparcia”, akcentując wysiłek, dodając, jakie to unikalne, szczególne i tak dalej. Ale ja nie chcę. Bo, pomijając oczywiście to, że moje wyjazdy są ciężkie zarówno fizycznie, jak i psychicznie (o czym, mam nadzieję, udało mi się wymownie napisać w Makaronie w sakwach), to pomijając cały ten oczywisty przecież wysiłek, te wyjazdy absolutnie nie są niczym szczególnym i każdy, przeciętnie zdrowy człowiek, jest w stanie zrobić to samo.

Dlaczego więc większość tego nie robi? Bo najtrudniejszy jest pierwszy krok. Bo najwięcej przeszkód siedzi w głowie i to te urojone przeszkody mają największy wpływ na to, jak i gdzie i z kim wydeptywać będziemy swoją własną tropę. Oczywiście, że kasa jest ważna, że praca jest ważna, rodzina, przyjaciele, dom. To wszystko jest ważne, ale wszystko jest kwestią priorytetów i na tym zasadza się nasza decyzja o tym, czy i jak i kto i gdzie.

Bo najciężej jest ruszyć. Nie dojść, ale ruszyć. Dać ten pierwszy krok. Bo ten pierwszy krok nie jest krokiem nóg, lecz serca. To serce najpierw rusza, a dopiero nogi za nim zaczynają iść. A na to nie tylko trzeba siły, ale i przeznaczenia, żeby przemóc serce i powiedzieć, to ruszam. W. Myśliwski

Tyle, że po tym pierwszym kroku, wcale nie jest łatwiej. Świadome podróżowanie nie ma nic wspólnego z przyjemnością. Travelling is not about having a good time, mówi Paul Theroux. Podróż, by była czymś więcej, niż przemieszczaniem się w przestrzeni, musi być doświadczeniem. Moim doświadczeniem, pisze Dariusz Czaja. Prawdziwie odkrywcza podróż nie polega na poszukiwaniu nowych pejzaży, lecz na otwieraniu oczu na nowo, pisze Proust. I jeszcze Kapuściński: Poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Ten ostatni cytat warto jeszcze rozwinąć:  Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot, żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie go to kosztowało mniej wysiłku – tym lepiej. (…) Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia.

No właśnie, trzeba się dziwić, bo co my wiemy o świecie? Nawet widzieć dobrze nie potrafimy. Nie jesteśmy w stanie zobaczyć struktury molekularnej, w wielkim zderzaczu Hadronów nie ujrzymy cząstki Higgsa. A co z zobaczeniem siebie? Co ja tu robię? Kim jestem? Jeśli ktoś wierzy w boga, ma łatwiej, a jeśli ktoś nie wierzy, to co wtedy, gdzie szukać sensu, jak widzieć siebie? Peter Mettler w swoim ostatnim dokumencie Koniec czasu, mówi, że jesteśmy wszechświatem przyglądającym się sobie. Antropocentryczne do szpiku, ale miło pomyśleć, że jednak jest się kimś lub czymś i warto dalej żyć. Choćby dla samego odczuwania piękna. Czy to poprzez obraz, czy słowo, czy smak, czy poprzez dźwięk.

Judith le MonnierMoże niekoniecznie trzeba szukać na siłę gdzie indziej, może Borges ma rację, pisząc, że zazwyczaj to, czego szukamy, jest bardzo blisko. Może nie trzeba nigdzie jeździć, a zamiast tego, odbywać wędrówki, nie ruszając się z miejsca, jak Mariusz Wilk w Dzienniku Północnym.

Ludziom nowoczesnym wydaje się, że autentyczność i realność leżą gdzieś indziej: w innych epokach historycznych czy innych kulturach, w życiu prostszym i czystszym, niż ich własne. Innymi słowy, uwaga, jaką człowiek nowoczesny poświęca „naturalności”, jego tęsknota za autentycznością i jej uparte poszukiwanie, nie są zwykłym przypadkiem ani przejawem dekadencji. Człowiek nowoczesny traci związki z warsztatem pracy, z okolicą, miastem, rodziną, które niegdyś określał jako „swoje własne”, jednocześnie coraz bardziej zaczyna interesować się „prawdziwym życiem” innych. D. MacCannell

Osobiście, na razie pochłania mnie moje własne. W ramach wakacyjnej pomocy dla szukających rowerowych porad i tych niekoniecznie pragnących przejechać Atacamę, ale po prostu ruszyć się z miejsca, zamierzam od jutra przygotowywać zakładkę z praktycznymi poradami – o rowerze, sprzęcie, jedzeniu, niebezpieczeństwach, może się komuś do czegoś przyda. A na razie wracam do domu, tutaj ciepła dłoń na moją dłoń już czeka, noc niespokojne sny łagodnie otuli, Monteverdi utemperuje krzątaninę myśli, a z nim, w wyniosłe otchłanie, pomknie siła naszych marzeń.

Niedomknięte przestrzenie

niedomknięte przestrzenie (5)

Jestem śmiesznym człowiekiem. Oni mnie teraz nazywają wariatem. Byłby to może awans, gdybym nie pozostał dla nich tak samo śmieszny, jak przedtem. Przedtem bardzo rozpaczałem z tego powodu, że wydawałem się śmieszny. Nie wydawałem się, lecz byłem. Zawsze byłem śmieszny, wiem o tym, być może od pierwszej chwili życia. Może już miałem siedem lat wiedziałem, że jestem śmieszny. Potem chodziłem do szkoły, potem na uniwersytet, i cóż – im więcej się uczyłem, tym lepiej pojmowałem, że jestem śmieszny. Fiodor Dostojewski.

Szatan tedy, skazany na rolę włóczęgi, bezdomnego wędrowca, choć z racji swej anielskiej natury posiada coś na kształt królestwa w wodnych pustkowiach lub w powietrzu, to jednak z pewnością częścią jego kary jest to, że nie ma nic stałego, żadnego miejsca, gdzie mógłby oprzeć stopę. Daniel Defoe.

Mniej rzeczywistości. Z wyboru. Słowo. Obraz. Dźwięk. To już było, wiem, ale raz jeszcze powtórzę: słowo, obraz, dźwięk. Słowa skąpe, wyraźnie nie moje, wybrane, przesiane, dźwięk też rzadki, jak u Arvo Part, albo u Sciarrina. Salvatore Sciarrino wie, że anonimowość naszego życia w tłumie wzmaga samotność i tęsknotę za intymną bliskością, dlatego jego muzyka rozgrywa się w wolnych tempach, w dynamice piano pianissimo, tuż przy uchu, blisko, szeptem. Światło gaśnie, do chorego świata wspomnień na jawie podkradają się stare, schorowane, spróchniałe sobą sny. Kiedy robię nocny oblot, często ulatuję ku północy, gdzie długie noce leśnych krain otulają mnie, gdzie tylko odbicie śniegu oświetla ziemię, gdzie zamykam się w sobie i jestem już tylko się.

Chciałoby się o nich napisać, o snach i o bajkach i o tych wszystkich stworach, może da się je wreszcie oswoić, ale kogo to obchodzi? Ciemne, pastelowe barwy u Zwiagincewa w Powrocie i w Wygnaniu, długie pociągnięcia przez zbutwiałe, porowate powierzchnie ludzkich uczuć, odsłaniane niewidocznym, bezlitosnym pędzlem wyobraźni; nie ma nadziei, zostają pytania: czy można było inaczej, a jeśli tak, to jak? U Jakimowskiego w Imagine w ogóle niby bezbarwnie, przecież nic nie widać, jeno słychać, choć właściwie, skąd ja mogę wi(e)dzieć, co widać, kiedy nic nie widać? Istnieje tylko tyle, ile sami jesteśmy w stanie zobaczyć. Kląsknij, klaśnij, co widzisz? Wielki statek przepływa leniwie gdzieś ponad głośno gadającymi głowami grających. To w końcu ile jest, co jest, a tak najbardziej spoza – po co? Zamknij oczy, otwórz drzwi, co widzisz?

niedomknięte przestrzenie (1) (1024x608)

Te same słowa w dłoni, obrazy w głowie, dźwięki ponad słowami. Książek nie czyta się po to, aby je pamiętać. Książki czyta się po to, aby je zapominać, zapomina się zaś po to, aby móc znów je czytać.

To jeszcze Kapuściński: Po latach jeżdżenia po świecie moim ideałem stała się cela klasztorna. Puste ściany, drzwi, okno, łóżko, stół, kilka książek, papier, ołówek. Okno wychodzi na wirydarz. Wirydarz jest pusty. Rośnie tu jedno drzewo. Rośnie trawa. Rosną krzaki berberysu. Nie widać nic więcej. Nie dochodzą żadne odgłosy z zewnątrz. Czasem zabłądzi tu ptak. Czasem spadnie deszcz. Zimą robi się biało.

Na razie przyszła wiosna. Wreszcie przyszła wiosna. Rośnie trawa. Po niej nadejdzie lato. Czasem zabłądzi ptak. Potem jesień. Czasem spadnie deszcz. Potem zima. A zimą zrobi się biało.

niedomknięte przestrzenie (2) (1024x683)

Nangadream crescendo

indie

„Mieszkam w obcych miastach i niekiedy rozmawiam, z obcymi ludźmi o rzeczach, które są mi obce” Zagajewski Autoportret.

Osiem lat temu po raz pierwszy byłem w Indiach. Od tamtego czasu odwiedziłem ten kraj trzykrotnie. Za każdym razem, wracając do Polski, powtarzałem sobie, że nigdy więcej do Indii nie pojadę. Teraz znów mnie tam ciągnie. Głównie za sprawą książki Pauliny Wilk Lalki w ogniu. Nie chcę przytaczać fragmentów, nie chcę nawet próbować opisać intensywności wrażeń, jakie we mnie ta książka wywołała, bo nie potrafię. Chciałbym tylko autorce podziękować. A książkę szczerze polecić.

lalki-w-ogniu-opowiesci-z-indii-b-iext3907518Właściwie niewiele jest do dodania. Trochę gorszy czas, jak u Kierca, popsuło się chodzenie i sypiamy pod kamieniami walących się snów o podróżach, niektórzy wyjeżdżają, inni wracają, znów myśli o odchodzeniu, upływaniu czasu, w „Kwartalniku Artystycznym” kilka stron o Różewiczu – Jak szybko zmienia się człowiek. Parę zdjęć, chłopiec idący do komunii, ten sam człowiek po 80 latach i tyle. Cisza, spokój, nawet wzrok spuszczony, piano pianissimo, bliskość wzmaga ciszę, a jednak zdjęcie aż odurza siłą, wyrazem, dźwiękiem. Patrzę na portret, słucham Sciarrina, na granicy percepcji, wyłania się cisza, szukam śladów pozostawionych przez tych, którzy stąpali tu przede mną, obrysowuję dłonie poety, jego pomarszczoną twarz, rozmawiam z cieniem.

Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem, że gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się. Mimo świata który, kocha i rani nas dzień w dzień, gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się. Czapa z Klonem bezpiecznie wrócili do domu. Tym, co ich nie znają, podrzucam link do zajawki filmu. Jest w nim więcej marzeń i prostej wiary w człowieka, niż w niejednym kościele i oklepanych, wyświechtanych słowach. Dla pewnego polskiego himalajskiego „guru” byli to tylko jajcarze, dla mnie – cienie, które widać nawet po tamtej, ciemniejszej stronie. Chociaż oni, podobnie jak i ja – ciągle tutaj…

Drodzy jajcarze – dziękuję i do zobaczenia na górze!

Nanga Parbat 2012/13 Winter from mrufkaz on Vimeo.

Canon 6D

Powyższe zdjęcia zostały wykonane aparatem Canon 6D, z obiektywami 24-105mm 4L i 70-200mm 4L. Sprzęt, w celu przetestowania, dostałem od firmy Canon, za co bardzo serdecznie dziękuję. W kilku poniższych zdaniach chciałbym podzielić się wrażeniami z korzystania z udostępnionego sprzętu.

Nie wchodząc w szczegółowe specyfikacje i opis poszczególnych funkcji aparatu (które można znaleźć na odpowiednich stronach w sieci), chciałbym podkreślić, że fotografowanie tym modelem to czysta przyjemność. Jest to najlżejszy na rynku aparat pełno-klatkowy, świetnie leży w ręce, jego obsługa jest prosta i intuicyjna. Tak się składa, że przez lata używałem aparatów firmy Canon (poprzedni Canon 5D MarkII niestety musiałem sprzedać w 2011 roku), nie potrzebowałem więc uczyć się od nowa obsługi aparatu. Podobnie jak w innych modelach firmy Canon, układ menu, rozmieszczenie przycisków, czy przełączanie pomiędzy trybami fotografowania jest proste i funkcjonalne. W nowym modelu spodobała mi się blokada pokrętła wyboru trybów, niby drobiazg, a cieszy.

Autofocus działa bez zarzutu. Dla moich amatorskich zastosowań w zupełności wystarcza jego jedenaście punktów ustawiania ostrości, obce są mi krytyczne uwagi, że Canon 6D powinien mieć ich przynajmniej tyle, co jego konkurent, Nikon 600, nie mówiąc o Canonie 5D MarkIII. Jeszcze niedawno, ostrość ustawiało się ręcznie pierścieniem obiektywu i nikt nie narzekał na brakujące punkty autofocusa. Zamiast martwić się niedostatkiem migających punktów na wyświetlaczu, proponuję wyjść w plener i zacząć robić zdjęcia.

Aparatem Canon 6D można również kręcić filmy, ale w niniejszym opisie pozostanę przy zdjęciach.

Nie należę do sprzętowców i nie kręcą mnie żadne bajery, w jakie wyposażony jest Canon 6D, typu: oglądanie zapisanych obrazów i obsługa aparatu za pomocą smartfona, przesyłanie zdjęć na fejsa, wifi, czy dołączony GPS, choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu potencjalnych użytkowników akurat ta ostatnia funkcja może być niezmiernie użyteczna. Do obrazów bowiem można dodać informacje o lokalizacji wykonania zdjęcia (szerokość, długość, wysokość i czas UTC). Miejsca wykonywania zdjęć, które zostały geoznakowane, można potem oglądać na specjalnej, wirtualnej mapie w komputerze, korzystając z dołączonego programu Map Utility, potrzebny jest jednak dostęp do internetu. Przy włączonej funkcji GPS, sygnały z satelitów są stale odbierane, nawet wtedy, gdy aparat jest wyłączony. Pociąga to za sobą zużywanie baterii akumulatora. Z czystej ciekawości pozostawiłem włączoną funkcję GPS, aby zobaczyć, jak długo wytrzyma akumulator. Kiedy byliśmy na zewnątrz, wytrzymał dwa dni, kiedy pół dnia spędziliśmy pod dachem, aparat, zapewne szukając nieuchwytnych satelitów (funkcja nie działa wewnątrz budynków), rozładował się po kilkunastu godzinach.

Szkoda, że aparat nie posiada dwóch gniazd karty SD (co posiada konkurencyjny Nikon600). Fotografując w formacie RAW i najlepszej z dostępnych rozdzielczości, jedno zdjęcie zajmuje średnio 25mega, stąd dobrze byłoby mieć dwa sloty SD, szczególnie przy filmowaniu, kiedy może się zdarzyć, że podczas zmieniania karty umknie nam ciekawe ujęcie.

Przyjęty przeze mnie sposób podróżowania (minimalizm), wybór środków transportu (rower i nogi), oraz miejsc, w jakie się udaję (tereny o znikomej gęstości zaludnienia), właściwie wyklucza używanie GPS-a w aparacie,  często bowiem jadę tam, gdzie przez tydzień, albo i dłużej nie mam możliwości podładowania akumulatorów. Oczywiście, mogę zabrać dwa, albo i pięć zapasowych, mogę dokupić kilka gripów i wozić do nich baterie, niemniej jednak, wolałbym posiadać taką rezerwę na wykonanie kolejnych zdjęć, bez konieczności martwienia się, że po tygodniu, zostanę bez baterii, bo miałem kaprys rejestrować aparatem przebytą trasę i nanosić na zdjęcia ich lokalizacje. Do tego celu można wziąć dodatkowe urządzenia GPS (osobiście podczas wyjazdów zadowalam się mapą), a aparat wykorzystać zgodnie z jego podstawowym przeznaczeniem, czyli do robienia zdjęć.

A te, jak już wspomniałem powyżej, wykonuje się z największą przyjemnością. Oczywiście, jak zawsze najważniejsze jest szkło. Jeśli kogoś stać na puszkę 6D (około 7000 zł), ale już nie na dobry obiektyw (kolejne kilka tysięcy), niech lepiej kupi lepszy obiektyw i gorszy aparat. Kitowe szkło do modelu 6D to Canon 24-105mm 4L. Stosunkowo niewielka waga całego zestawu, zakres bardzo uniwersalnych ogniskowych, jakość i wykonanie aparatu i obiektywu jest, moim zdaniem, świetną propozycją ze strony firmy Canon dla osób, które podróżują z plecakiem, czy rowerem i cenią sobie komfort użytkowania z jakością wykonanych zdjęć. Niestety, jakość kosztuje. Rozumiem argumenty osób twierdzących, że wydatek rzędu dziesięciu tysięcy złotych za sprzęt fotograficzny to pozbawiona sensu fanaberia dla bananów. Zdanie rozumiem, ale go nie podzielam. Gdybym miał te dziesięć tysięcy, z przyjemnością kupiłbym pożyczony na dwa tygodnie zestaw, bez konieczności inwestowania w o wiele droższy 5DMarkIII. Alternatywą (dla tych, którzy wybierają system Canona) jest poprzednia wersja Canona 5D, czyli MarkII.

Podsumowując: dobry aparat za, niestety, niedostępne dla większości pieniądze. Na koniec jeszcze jedna uwaga: dobry aparat – w dobrych rękach. Tak naprawdę, to tylko wyposażona w elektronikę skrzynka z dziurką i co z niej uzyskamy, zależy od całej gamy czynników; od naszego wyczucia, szczęścia, talentu, wiedzy i, może najbardziej, od wrażliwości, którą ciągle trzeba w sobie rozwijać. Tej wrażliwości życzę wszystkim, jak również i sobie, mając nadzieję, że aparat, jego możliwości, funkcje, dodatki i bajery, nigdy nie będą dla mnie ważniejsze niż to, co chcę z jego pomocą pokazać.

Rozhuśtywacz brzóz

Czytam „Czas utrwalony”, komentarz do filmów i zdarzeń spisany przez Tarkowskiego pod koniec życia. W tej książce trudno się zanurzyć na dłużej. Podobnie jak w przypadku jego filmów, potrzebny jest czas i umysł swobodny, gotowy wyruszyć w podróż, w której pozornie nic się nie dzieje. Tarkowski wędruje w głąb siebie, gdzie wiara sąsiaduje z szaleństwem, odwaga zmaga się ze śmiercią. (…) Marek Zagańczyk Cyprysy i topole

Beksinski_ArtOf

Mało słów, mało moich słów, obrazy też nie moje, łatwiej cudze myśli i słowa pisać, łatwiej czyimś się obrazem podzielić – nie trzeba brać za nie odpowiedzialności, a potem się tłumaczyć, a jeszcze potem się dziwić, że ludzie nie potrafią się ze sobą komunikować.

Suche, pomarszczone konary drzew, odwykłe od dotyku odpoczywających na nich ptaków, od muskających je szeleszczących liści, zmęczone zimą i stęsknione za wiosną, zaglądają wciąż przez okno. Pomalowałbym je, ale nie potrafię, nagiąłbym je, nagnę, więcej nawet – rozhuśtam, ale to dopiero wieczorem, jak wylecę na wieczorny obchód, na razie patrzę tylko, jak zakradają się przez okno – nagie, czarne, obumarłe macki leśnych stworów; nawet jeśli niebawem pokryją się, to co najwyżej lekkim, białym puchem, ale nie liśćmi. Na kolory przyjdzie jeszcze poczekać. Na słowa, które będą potrafiły je nazwać. Na dźwięki również, zamknięte coraz mocniej w mojej głowie, po raz enty, te same nuty, te same słowa, te same obrazy, w kółko i w kółko; dźwięk, słowo, obraz, terytoria, no i proszę, jak niewiele potrzeba, by pobudzić wyobraźnię… znów pusta, zakurzona droga z rozciągniętym przede mną falującym horyzontem, który wcale się nie przybliża. Nie musi, kiedyś i tak sam po mnie przyjdzie, nie zamierzam przyspieszać, na razie wylatuję na wieczorny obchód, zakładam skrzydła, uwalniam myśli, Miserere Mei The Sixteen, podrywam się lekko i zanurzam w chłodne objęcia leśnych stworów. Wiatr mrozi policzki, drażni źrenice, przymykam powieki i wchodzę między drzewa, zimna ciemność zaraz mnie uwięzi, wszystko, czym co dzień żyję, gdzieś się zaprzepaszcza, przytulam się do drzewa i chłód mnie przenika, siostra noc mnie przygarnia połą swego płaszcza, i świat się odnajduje – w miarę jak świat znika.

Otwieram usta, podnoszę głowę, w przeraźliwie puste, czarne niebo wykrzykuję przetrzymane przez cały dzień słowa. Potem zastygam, a o świcie, idę rozhuśtać brzozy. Taki wesoły poranek. Wesoły inaczej.

Chciałbym móc się odrywać na chwilę od ziemi,
A potem wracać na nią, by zacząć od nowa.
I oby los nie udał, że mnie źle zrozumiał:
Oby nie zaspokoił życzenia jedynie
W połowie, porywając mnie stąd bezpowrotnie.
Ziemia jest odpowiednim miejscem do kochania:
Nie wiem, gdzie by to mogło udawać się lepiej.
Co do mnie, chciałbym właśnie wspinać się na brzozę,
Wdrapywać się po białym pniu, czarnych konarach,
Ku niebu-póki drzewo, nie mogąc wytrzymać,
Nie schyli się i znów mnie nie zsadzi na ziemię.
Dobrze byłoby dążyć tak i dobrze wracać.
To nienajgorsza dola: ROZHUŚTYWACZ BRZÓZ.
R. Frost