Birma. Stany nieoczywistości.

 

„Nabrać dystansu do mediów i czarnej dziury mediów społecznościowych. Poznawać sąsiadów, tych z domu, ulicy, miasta, wioski i kraju obok. I tych dalszych. Wspierać się (…) Czytać, leniuchować, spacerować. Kultywować odpoczynek. Nie mieć jednej opowieści o świecie, bo taka nie istnieje. Znać drzewa i ptaki. Tęsknić za utopią. Dokładać do niej swoje kamyczki i gałązki. Patrzyć, dotykać, wąchać. Nie celować, nie strzelać, nie bić, nie obrzucać wyzwiskami. Śnić. Żyć. Być. Bez amen.” Roman Kurkiewicz 

Podobno podróż pozbawiona jest potoczności. Wyzbyta z monotonii i obca przeciętności mogłaby stanowić przeciwieństwo prozy życia, gdyż ta, dla odmiany, opiera się zazwyczaj na niedostrzegalnych, rzadko pamiętanych i niewzbudzających szczególnej uwagi drobiazgach. „Codzienność jest bowiem rzeczywistością podwójnie umykającą. Przetacza się ku nieistnieniu i przejawia w niezauważalności”, jak pisze Joanna Brach-Czajna w książce „Szczeliny istnienia”.

To prawda, że w drodze raczej nie ścielimy łóżek po przebudzeniu. Nie prasujemy koszul, nie sprzątamy ubikacji, nie myjemy naczyń, nie ścieramy kurzu z mebli, nie pierzemy firanek, nie odkurzamy dywanów, nie wychodzimy z psem, nie skrobiemy zamarzniętej szyby samochodu, nie kosimy trawnika, nie widzimy codziennie tych samych twarzy i miejsc, nie popadamy w rutynę powtarzalności, która sprawia, że dni umykają jeden za drugim, nie pozostawiając po sobie niemal żadnych śladów. 

A jednak podróż posiada swoją własną codzienność. Również i bycie w drodze wypełnia rutyna i powtarzalność, choć nieco „innego sortu”. Jak pisał Piotr Cieplak w książce „O niewiedzy w praktyce”: „Bo poza przyjemnościami i chandrami, chwiejnością pogody i filozofii, siłą i zmęczeniem, pozostaje jednak jeszcze robota do zrobienia, kilometry do przejechania. Swoją drogą to cudownie proste, jednak prostsze niż w życiu. Główna część dnia, główna treść trzydziestu jeden dni wyprawy do Lizbony, główne etapy, polegały zwyczajnie na przejechaniu możliwie najdłuższej drogi. Zwyczajne fizyczne zasuwanie. Zupełnie nic szczególnego. Brak danych. Czasem chałwa sięgnięta z tylnej kieszeni, u dołu koszulki. Bidon z wodą. Rozprostowanie pleców jako jedyna atrakcja na całą godzinę. Smarkanie, odsik. I tyle.”

Podróży, jak widać, również nie obce jest zmęczenie, frustracja, czy zniechęcenie. Tyle, że tę podróżną jednostajność bardzo często wypełniają zdarzenia niezwykłe, o wysokim stopniu nieprzewidywalności i sporej dawce bajkowości, które przez swoją wyjątkowość, a jednocześnie ulotność i krótkotrwałość przyciągają uwagę, na długo odciskają ślad w głowie i „nie przetaczają się w nieistnieniu”.

Podobnie jak codzienność zdaje się być zaledwie tłem dla niezwykłości, cały trud drogi jawi się niby niedopowiedzenie tego, co wydarzy się za kolejnym zakrętem. Wystarczy się zatrzymać. Rozejrzeć. A nawet nic nie robić, po prostu być. Czas sam z siebie resztę dopowie.

Nadchodził wieczór i rozglądaliśmy się już za miejscem do spania. Kilka godzin wcześniej opuściliśmy Bago, kierując się na wschód, w stronę granicy z Tajlandią. Godzinę wcześniej nieco utknęliśmy, gdyż podpatrywaliśmy kopiących piłkę chłopców. Niby nic szczególnego, a jednak. Grali w chinlone – liczący ponad tysiąc pięćset lat tradycyjny sport birmański, będący połączeniem tańca i sportów walki.

Poruszający się po okręgu zespół sześciu graczy (choć istnieje styl „tapandaing” wykonywany przez kobiety solistki) podaje do siebie piłkę głównie za pomocą kopnięć, ale również klatki piersiowej, ramion, bądź głowy, do momentu, aż znajdzie się na ziemi. Piłka staje się wtedy „martwa” i gra rozpoczyna się od nowa. W chinlone ma zwycięzców, ani przegranych, gdyż zespoły nie walczą przeciwko sobie, a współpracują, aby jak najdłużej utrzymać piłkę w powietrzu. Najważniejszy jest styl i technika.

Najchętniej przyłączylibyśmy się do gry i po zmroku rozbili namiot na sąsiadującym z boiskiem placu. Niestety. Wspominałem o tym w poprzednich wpisach, ale nadmienię raz jeszcze, że jeśli chodzi o zakwaterowanie, w Birmie strategia „na żywca” nie działa. Nie można po prostu zatrzymać się i zanocować w przydrożnym rowie, łące, czy pod drzewem, albo zapytać kogoś o pozwolenie rozbicia namiotu na podwórku. Prawo stanowi wyraźnie. Turysta ma obowiązek spędzić noc w hotelu i to nie w jakimkolwiek, ale takim, który posiada licencję na przyjmowanie zagranicznych turystów (choć kilka razy udało nam zatrzymać w noclegowniach dla tubylców, np. w miejscowościach Myothit i Taungoo). Co jednak zrobić, gdy najbliższy hotel znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej?

Jeśli przyjechaliśmy do Birmy z większą ilością gotówki i możemy sobie pozwolić na wydanie trzydziestu, czy czterdziestu dolarów za pokój, nie musimy się niczym przejmować. Wystarczy ostentacyjnie rozbić się na polu, placu, bądź w jakimkolwiek miejscu publicznym. W przeciągu kwadransa zjawi się policja i odstawi nas gdzie trzeba. Jeśli budżet mamy skromniejszy, pozostają klasztory.

Tym razem jednak żadnej świątyni w zasięgu wzroku nie było, krzaki nie wyglądały na tyle zachęcająco, aby próbować się w nich niezauważalnie schować, a zupełnie nie byliśmy w nastroju na podejmowanie nocą mundurowych gości. Dwa dni wcześniej, kiedy po dwudziestej pedałowaliśmy do Bago, zatrzymały się przy nas dwa policyjne radiowozy. Na pace jednego z nich, między kilkoma funkcjonariuszami upchnięto rowery, sakwy i dwóch wystraszonych Amerykanów. Odwożono ich do hotelu. Nie zdążyli nawet rozbić namiotu. Na szczęście policja nie upierała się, aby nas ściągać z drogi, odwożąc przy tym w odpowiednie miejsce, tak więc zakwaterowanie w mieście mogliśmy wybrać sobie sami.

Zrobiło się późno, a jednocześnie ciemno, głodno i coraz mniej przyjemnie. Koniec końców, pewnie próbowalibyśmy przespać się w krzakach, gdyby nie nagłe pojawienie się jadłodajni. I nauczyciela. Wtedy się zaczęło. Tąpnięcie. Zagęszczenie zdarzeń.     

Nawet nie pamiętam, czy mężczyzna podszedł, gdy już zamówiliśmy posiłek, czy najpierw nas zaczepił, a dopiero potem usiedliśmy do stołu. Tak czy inaczej, pół godziny później mieliśmy zapewniony nocleg w buddyjskim klasztorze, znajdującym się kilometr dalej w wiosce Nyaung Kha Shay.

– Policja nic o was nie wie, ale sołtys i mnich się zgodzili. Rok temu próbowałem pomóc australijskiemu rowerzyście, ale policja nie wyraziła zgody i odwiozła go aż do Bago, więc teraz się nie pytam, bo wstyd – dodał z lekkim uśmiechem.     

Główny mnich zdecydował, że nauczyciel ma spać razem z nami. Trudno powiedzieć, czy mężczyznę to ucieszyło, czy też wręcz przeciwnie, bowiem z jego twarzy niczego nie dało się wyczytać. Powiedział tylko, że musi „uprzedzić żonę, że dziś śpi w świątyni”. 

Rankiem poczęstowano nas birmańskim przysmakiem, czyli sałatką z liści herbaty w oleju sezamowym, zwaną laphet, podaną z warzywami, orzeszkami, suszonymi krewetkami i czosnkiem, po czym pojechaliśmy do jadłodajni na herbatę. Z niemałym trudem udało nam się wymigać od zjedzenia oferowanego przez nauczyciela śniadania, czyli zupy i ryżu z dodatkami, choć nie do końca byliśmy pewni, czy naszego gospodarza przekonał argument, że nie jadamy obiadu przed rozpoczęciem pedałowania. Poranek zwieńczyła wizyta w lokalnej szkole, gdzie wraz z Fidrygałką opowiedzieliśmy nieco o sobie, o naszej drodze i o Polsce.

Chwilę po pożegnaniu podróż na nowo wkroczyła w swoją codzienność i przyjęła kierunek w stronę kolejnego tąpnięcia i czekającego za kolejnym zakrętem zakrzywienia. Ale to akurat jest mniej istotne. Co ma być, to będzie. O wiele istotniejsze wydaje mi się to, co pozostało.

Jaki świat zostawiliśmy po sobie w głowach tych, z którymi zetknął nas los? Czy choćby po części odwdzięczyliśmy się za całe ciepło i gościnę, jaką otrzymaliśmy? Jak będą nas pamiętać? Bo przecież będą. Bardzo możliwe, że nawet dłużej niż my ich. I kto tutaj komu bardziej zakrzywił codzienność?  

Birma wysoko postawiła poprzeczkę. Trudno będzie teraz nie porównywać dopowiadanych do tej podróży historii z tymi, jakie były naszym udziałem zaledwie kilka tygodni wcześniej w Mjanmie. Wjechaliśmy do Laosu. W nowe stany nieoczywistości, kto wie, czy nie większe. Ale o nich następnym razem.

Birma. Szczeliny istnienia.

 

„To, co nas spotyka, jest tylko małym wycinkiem zdarzeń zachodzących w świecie, więc niczego nie należy odrzucać, bo i tak w ciasnym, zewsząd ograniczanym obszarze bytowania niewiele dane jest nam doświadczyć. Zatem wszystko, co się zdarza i co czynimy, pozostaje przyjmować z podziwem. (…) Przecież każdemu dany jest jedynie fragment świata ograniczony krótkim łańcuchem czasu, miejsca, okoliczności, własnych sił wreszcie. Każdemu dana jest chwila. Objawiona w szczelinie istnienia. J. Brach-Czajna „Szczeliny istnienia” 

Najpierw usłyszeliśmy muzykę, dopiero po chwili zobaczyliśmy, skąd dochodzi. Przejechaliśmy powoli wzdłuż szkolnego boiska, przechwytując zza niewysokiego płotu kilka zaciekawionych spojrzeń i gdyby nie skierowany w naszą stronę gest mężczyzny, który wyraźnie zapraszał nas do środka, zapewne nie zatrzymalibyśmy się wcale, nie przeszli przez bramę, tylko sunęli dalej w palącym słońcu, w stronę miejscowości Bago.

Zeszliśmy z rowerów i zbliżywszy się nieśmiało do machającej przyjaźnie postaci, wymieniliśmy birmańskie powitanie mingalaba – słowo pochodzące z języka palijskiego, które znaczy tyle co „pomyślności”. Pierwsze lody zostały przełamane i w męskiej, nieco chwiejnej asyście, weszliśmy na teren szkoły.

Przed ustawionymi w kilkunastu rzędach krzesłami, wypełnionymi po brzegi odświętnie ubranymi ludźmi, na niewielkim, zadaszonym podwyższeniu odbywała się jakaś uroczystość. Zostawiliśmy rzeczy pod bramą i podeszliśmy w stronę sceny. Niestety, jak się za moment okazało, zbyt blisko. Chociaż bardzo chcieliśmy tego uniknąć, nasze pojawienie się wzbudziło ogromne, niekłamane zainteresowanie. 

Choć podróżowaliśmy po Birmie od trzech tygodni, wciąż nie mogliśmy się przyzwyczaić do zamieszania, jakie niemal wszędzie sprawialiśmy swoją obecnością. Zamieszania o tyle krępującego, że obie strony nie do końca wiedzą, jak się zachować, co powiedzieć. Owszem, oni mówią i my mówimy, ale wspólne słownictwo kończy się na kilku zdaniach. Potrafimy po birmańsku się przywitać, zamówić herbatę, zapytać, czy jedzenie jest pikantne, pożegnać się i tyle. Reszta to domysły. Podchody.

Najchętniej pozostalibyśmy niewidzialni, bardzo możliwe, że oni również. Pojawia się człowiek i nagle tworzy się pewna intymna przestrzeń, która albo nas zbliży do siebie albo nie. Nigdy nie wiadomo, jak przebiegnie spotkanie, nigdy nie da się go dokładnie przewidzieć. Nawet, jeśli staramy się wyjść poza własne przyzwyczajenia, gdy próbujemy nie porównywać, nie wartościować, nie oceniać, nie zwracać uwagi na obrzydliwie wyglądające, ciemnoczerwone plamy śliny na ziemi (i proszę, nie mogłem się powstrzymać od negatywnie nacechowanego epitetu), to i tak nie wiadomo, czy zostaniemy zaakceptowani. Maseczka na twarzy, tanaka, niewiele tu pomoże. Choćbyśmy dali się wymalować tym białożółtym pudrem z drzewa tanaka, używanym do ochrony przez słońcem, to przecież i tak na kilometr widać, że nie jesteśmy stąd. To my jesteśmy inni.

W audycji radiowej programu II polskiego radia z 29.12.2018, profesor Leder mówi, że w „gościnności” najważniejsza jest właśnie inność:

„[Jest to punkt wyjścia] do pierwszej istotnej myśli Derridy, którą czerpie od Manuela Levinasa, gdzie słowo „gość” i „inność” są połączone i inność jest tu najważniejsza. Tzn. przybycie gościa jest zawsze spotkaniem z „innym”. Ta inność jest w filozofii Levinasa źródłem naszego człowieczeństwa. To znaczy to, na ile potrafimy wykroczyć poza siebie, poza swoją tożsamość, przyzwyczajenia, codzienność i spotkać się z innym, ale właśnie z tym, co jest w nim zaskakujące, co nie jest powtórzeniem naszej własnej tożsamości. Levinas nazywał to nieskończonością, czymś, co czyni nas ludźmi.”

Nie upłynęło dziesięć minut, kiedy zaciągnięto nas do pierwszego rzędu i przedstawiono dyrektorce. Przypadkiem trafiliśmy na zakończenie roku szkolnego. Pół godziny później zaproszono nas na półoficjalny poczęstunek, ale najciekawsza część widowiska dopiero miała się rozpocząć. Część artystyczną przewidziano na godzinę siedemnastą.

W międzyczasie trochę porozmawialiśmy, na tyle, na ile pozwalała znajomość języka. Ale bariera lingwistyczna nie jest główna przeszkodą w kontaktach z Birmańczykami. Tym, co najczęściej powoduje nieporozumienie jest z jednej strony szeroko rozumiana wstrzemięźliwość w kontaktach z obcokrajowcami (włączając oficjalny zakaz przyjmowania ich pod swój dach), jak i coś, czego odpowiednika trudno byłoby szukać w polskiej kulturze. Mam tutaj na myśli typowo birmańską osobliwość, która nazywa się… Ana. Jest to pewna właściwość, czy też wartość, bardzo silnie determinująca zachowanie, kształtująca relacje interpersonalne i przenikająca nie tylko codzienne interakcje społecznie, ale nawet świat polityki.

Ana wyraża się poprzez bardzo silne zahamowania (powściągliwość, unikanie, wahanie) w kontaktach z obcym z obawy, że można go urazić, sprawić, że straci twarz, albo poczuje się zakłopotany. Dla typowego Birmańczyka cudzy interes i dobre samopoczucie będą o wiele ważniejsze niż jego własne samozadowolenie. Co więcej, szczerość i bezpośredniość uważane są za zachowania agresywne i prowadzące do konfrontacji.

Do dziś więc nie wiemy i zapewne nie dowiemy się nigdy, czy nasza obecność tak naprawdę ucieszyła grono pedagogiczne, czy też wręcz przeciwnie. Być może stanowiliśmy nawet personae non gratae, ale nikt nam tego nie zakomunikował, nikt słowem niczego nie powiedział, nie dał po sobie poznać choćby dyskretnym gestem, bo wszystkim włączyła się ana

Dziecięce tańce rozpoczęły się dopiero po osiemnastej. W międzyczasie poczęstowano nas betelem.   

Jadąc jakąkolwiek drogą w Birmie, czy idąc chodnikiem, dość szybko zwrócą naszą uwagę zalegające niemal wszędzie ciemnoczerwone plamy. To pigment z wypluwanego betelu. W Birmie żują wszyscy: dzieci, młodzież, dorośli, starsi ludzie.

Czym jest betel? To używka z liści pieprzu żuwnego, zwanego też betelowym (Piper betle), w który zawinięte są nasiona palmy areki (rośliny pochodzącej z Filipin, ale uprawianej na obszarze całej tropikalnej Azji i wyspach Pacyfiku), sproszkowane mleko wapienne (zmniejszające kwasowość śliny, co pozwala na uwolnienie działających na układ nerwowy alkaloidów, powodujących uczucie oszołomienia) oraz dodatki, takie jak cynamon, kardamon, tytoń, a bywa, że do betelu dodaje się heroinę, bądź kokę.

Zawinięty liść wkłada się w usta i żuje. Po chwili puszcza czerwony sok, którego trzeba się pozbyć, stąd nagminne odchrząkiwanie i spluwanie gdzie popadnie. Zaczernione zęby widoczne w niejednym uśmiechu są skutkiem ubocznym nadmiernego spożywania używki. 

Jeśli chodzi o nazwę, polskie słowo betel pochodzi z łacińskiej nazwy jednego ze składników używki, czyli z liścia. Wiele języków posiada swoje własne nazwy, będące zazwyczaj wariacją paan, natomiast w Birmie betel nazywany jest kwun-ya, (wymawia się to [kóːn.jà], z przedłużonym „o” w środku słowa). 

Ponieważ orzechy areki i liście pieprzu betelowego zawierają wiele substancji wykazujących działanie pobudzające, psychotropowe (np. arekolinę), czy antybakteryjne (eugenol, cyneol), betel od wieków wykorzystywany był jako środek poprawiający humor, trawienie i zabijający pasożyty. Co więcej, w niektórych miejscach na świecie do dziś używany jest jako waluta, o czym można przeczytać choćby w książce „Seks, betel i czary” Aleksandry Gumowskiej: „Tradycyjnie za pierwszy seks dziewczynie trzeba zapłacić kiścią betelu”.

Pod szkołą, gdzie czekaliśmy na przedstawienie, betel stał się zaledwie neutralnym elementem interakcji, ale i tak skuł mnie porządnie. Być może to moje nienawykłe do jego podejrzanych składników receptory zareagowały odurzająco, podkręcone wydobywającą się z głośników psychodeliczną muzyką. Swoją drogą, zawiniątko tak mi smakowało, że zamiast je wypluć, to się zapomniałem i całość połknąłem. 

Bawiliśmy się doskonale i najchętniej zostalibyśmy na imprezie do końca. Niestety. Około dwudziestej zjawił się tak zwany Oficer Imigracyjny i za pośrednictwem jednego z nauczycieli przekazał, że musimy się z terenu szkoły zabierać i udać do hotelu, znajdującego się, nomen omen, czterdzieści pięć kilometrów dalej. 

W książce „Życie to chwila jawy”, we fragmencie dotyczącym Birmy, Janusz Poniewierski cytuje nieżyjącego już polskiego dziennikarza Tadeusza Jagodzińskiego:

„Profesor jest byłym wykładowcą, z pochodzenia Szanem (to spokrewniona z Tajami mniejszość etniczna, zamieszkująca pogórze na wschodzie kraju). Mówi płynną, choć nieco staroświecką angielszczyzną wyniesioną ze szkół prowadzonych przez misjonarzy. „Z poznawaniem Birmy jest jak ze ślepcami ze starej przypowieści buddyjskiej – wyjaśnia mi cierpliwie. – Trzech ślepców postawiono przed słoniem i kazano określić, co to takiego. Pierwszy dotknął nogi i był przekonany, że to kolumna wspaniałej budowli. Drugi, namacawszy ogon, stwierdził, że ma przed sobą węża. A trzeci próbował objąć brzuch, ale nie mógł, więc uznał, że to kula ziemska”.

Czy chce przez to powiedzieć, że musiałbym tu spędzić pół życia, żeby cokolwiek pojąć? „To też – odpowiada rozbawiony. – Ale przede wszystkim chodzi o to, żeby mieć oczy szeroko otwarte i ogarniać całość”.

Od trzech tygodni jesteśmy w Tajlandii, Birma pozostała ciepłym wspomnieniem. Czy byliśmy w niej odpowiednio uważni? Czy mieliśmy wystarczająco szeroko otwarte oczy? Choć od słońca trzeba je było często zmrużyć, to mam nadzieję, że tak, choć nie mnie to oceniać.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”, powiedział lis do Małego Księcia. Gdyby odnieść to stwierdzenie do podróżowania, można by napisać, że istota podróży zasadza się na tym, czego nie da się o niej opowiedzieć. A wszystko, czego doświadczyliśmy, jeśli się nie przyśniło, to zaledwie się zdawało. Dopowiedziałbym do tego, cytując Stany nieoczywistości Urszuli Kozioł: „Jeszcze mi nie bądź, Jeszcze mi się zdawaj”.

Niektóre piękne chwile chciałoby się przeżyć raz jeszcze. Bywają też takie, które się przeżywa, choć tak naprawdę, dopiero się wydarzą. 

Jeszcze mi nie bądź. Jeszcze mi się zdawaj.

   https://www.yamamotomasao.jp/

Birma. Rozbłyski

 

„Rozbłyski. Nieoczekiwane, pośród najbardziej zwykłej zwyczajności, w dzień taki jak wszystkie, kiedy nuda, lekki niepokój i umiarkowane zainteresowanie budzą się i łączą ze sobą, pojawia się raptowny przebłysk, jedna z tych chwil, kiedy coś –  obraz, zapach, myśl, spojrzenie, wspomnienie, miejsce, nawet jakaś osoba – rozkwita i wszystko na parę minut, na godzinę, zyskuje wspaniałość: rozbłyski. Gdybym mógł wygłaszać podobne kwestie, powiedziałbym, że chodzi o coś takiego: o szukanie, oczekiwanie, wymuszanie owych rozbłysków” M. Caparros „Księżyc. Od nowiu do nowiu”

Zaczęło się z spektakularnie. Birma powitała nas zawrotnym, albo inaczej – zawracającym falstartem, zupełnie nieoczekiwanie zastąpionym popisowym wylotem, przewracającym cały misterny plan naszej marszruty do góry nogami, a jednocześnie przywracającym nadzieję, że przejedziemy więcej niż piętnaście kilometrów i pobędziemy w Mjanmie nieco dłużej niż jeden dzień.   

Z wyrobioną w Tajlandii wizą przekroczyliśmy bezproblemowo granicę, po czym wjechawszy do miasteczka Tachileik udaliśmy się prosto do banku, aby wymienić pieniądze. Powitano nas ukłonami, jeszcze przed wejściem do budynku. Zaczął ochroniarz, po nim otwierająca drzwi pracownica, a następnie kilkoro umundurowanych mężczyzn, ubranych w długie spódnice, niebieskie koszule i rozczłapane klapki japonki. Poddaliśmy się teatralnej rozbiegówce i złożywszy dłonie, dzieliliśmy się głębokimi pochyleniami ciała, wymieniając dyplomatyczne uśmiechy, a jednocześnie próbując dopytać się, czy moglibyśmy nabyć birmańską walutę. Niestety, w banku numer jeden nie było pieniędzy i odesłano nas do drugiego, gdzie prolog wyglądał identycznie, ale wizyta tym razem została zwieńczona sukcesem, uzewnętrznionym wypchaną reklamówką banknotów o nominale dziesięciu tysięcy kyatów (w wymowie – „cziatów” ), wręczonych nam przez uniżenie kłaniającego się mężczyznę.

W znajdującej się nieopodal jadłodajni zjedliśmy posiłek i z pełnym brzuchem, a przy tym w doskonałym nastroju ruszyliśmy na północ. Wiedzieliśmy, że droga z Tachileik może być zamknięta dla turystów. Tak mówił Internet. Ale Internet mówi różne rzeczy, to raz, a dwa – lubię wszystko sprawdzić sam, nawet jeśli wiem, że mogę przy tym nieźle się sparzyć.

Zawrócili nas na piętnastym kilometrze, na drugim punkcie kontrolnym. Z przepraszająco wyglądającą miną, policjant w klapkach japonkach tłumaczył nam łamanym angielskim, że bardzo mu przykro, ale nie może nas przepuścić. Radził wrócić do Tajlandii i tam wyrobić pozwolenie na dalszą podróż, albo pojechać na birmańskie lotnisko w Tachileik i zmienić środek transportu na samolot.

Jechaliśmy tą samą drogą, oglądając ten sam krajobraz, patrząc na te same wymalowane twarze siedzących przy drodze i ciepło pozdrawiających nas osób, ale uśmiechy pogasły, entuzjazm przepadł, siły odeszły, a nogi z trudem naciskały na pedały. Przez kolejne kilkanaście kilometrów w mojej głowie przelewało się mnóstwo myśli, które zlewały się w jedno uczucie. Smutku. Nawet nie złości, żalu, czy zdenerwowania. Najzwyklejszego smutku. I może trochę niezrozumienia. Że dlaczego nie mogę jechać dalej? Kto zabronił? Z jakiego powodu? Kto postawił niewidoczne zasieki i zdecydował za mnie na co mogę patrzeć, a na co nie? Kogo spotkać mi nie wolno i czego nie wolno doświadczyć?

Przejeżdżaliśmy obok lotniska, kiedy usłyszałem głos Fidrygałki, sugerującej zajechać. Najpierw odmówiłem, ale za chwilę pomyślałem, że skoro jesteśmy tak blisko, to może nie zaszkodzi sprawdzić. Nie bardzo wiedziałem, co mielibyśmy sprawdzić, ale coś pchnęło nas w dobrą stronę.  

Lotnisko wyglądało jak zaniedbany dworzec autobusowy, bądź kolejowy. Podjechaliśmy bliżej i od tego momentu świat skondensował i zagęścił zdarzenia tak silnie, że kiedy myślę o pierwszej dobie spędzonej w Birmie wydaje mi się, że w ciągu dwudziestu czterech godzin upchnął się w niej co najmniej tydzień. Nie, nie wydaje mi się. Naprawdę w jedną dobę świat wcisnął tydzień zdarzeń.

Za niewielkie pieniądze kupiliśmy (a właściwie ja kupiłem, włączając wypisywanie danych osobowych do komputera, przelew i drukowanie) dwa bilety na lot do Mandalay linią Myanmar Airlines, choć na niemal pustej hali lotniska walczyła o nas jeszcze konkurencja – KBZ i Yangon Airlines. Panowie z obsługi nie tylko pomogli spakować rowery w przyniesione ze śmietnika kartony, ale nie policzyli nic za nadbagaż (a mieliśmy razem szesnaście pakunków), dodając na koniec, już po wykonaniu pamiątkowego zdjęcia, że „zapraszają ponownie i dziękują, że skorzystaliśmy z ich linii”. 

Czternastu pasażerów trwającego godzinę lotu obsługiwało pięć stewardess, co kwadrans donosząc jedzenie i picie. W Mandalay dwaj mężczyźni przynieśli na ramionach nasze rowery i kilka godzin później jechaliśmy nocą przez ruchliwe miasto szukając miejsca do spania. W Birmie z noclegami jest problem. Po pierwsze, nocowanie na dziko, bądź na czyimś podwórku jest nielegalne, po drugie – hotele mają kilkakrotnie wyższe ceny dla białych turystów. Wszechwiedzący internet nie podpowiedział jednak o istnieniu małej luki w systemie – buddyjskie świątynie.  

Birma zupełnie nas oszołomiła. Zapachami, obrazami, smakami. Pysznym, różnorodnym jedzeniem, przy którym tajska kuchnia wydaje się jedynie mdłą wariacją na temat kurczaka, doprawionej chemicznymi ulepszaczami zupy z mięsnymi kulkami, słodkim szaszłykiem i ostrej papryczki. Birmańczycy niemal nie używają cukru i pijają na śniadanie przepyszną, zmieszaną ze skondensowanym mlekiem herbatą, której smak znam z Indii (zwanej tutaj La Phat Yay), a jedzenie podają w miseczkach, z których można nałożyć sobie tyle, ile się chce, a jak coś smakuje, to zaraz dołożą. 

Oszałamiają jednak przede wszystkim ludzie. Ich ciekawość, ich uniżoność, ich gościnność, ich zażenowanie, że nie mogą nas przyjąć pod dach, nie mogą po prostu ugościć, zaoferować kawałka pustej przestrzeni, na której nocą moglibyśmy rozłożyć namiot i poczuć się bezpieczni. Ich uśmiechy, ich spojrzenia. Ich istnienie, ledwo naszkicowane, bo przecież na moment jedynie, na chwilę. Ile jeszcze tych osób w tej podróży? 

I znów nie rozumiemy języka. Jeszcze bardziej nawet niż w Tajlandii, bo tutaj otoczeni jesteśmy przez wykrętasy, których nie potrafimy odczytać i możemy się jedynie domyślać, co oznaczają. I ludzi w zasadzie też nie rozumiemy. Nie znamy języka, patrzymy po sobie, na siebie, za siebie, obok siebie, „oczami na siebie, rękami po niebie”, pytamy jak żyć, oni pytają, co tu robimy i po co. Bo na pewno pytają. 

Jedziemy dalej, na południe, w stronę granicy z Tajlandią. Stęsknione koty biegają między domami, ptaki unoszą się nad ziemią, niebo niebieskie z wędrującym po nim słońcem przygniata nas upałem. Może stąd ta tęsknica. Za czym? Za tym samym. Od zawsze. Za niewyrażalnym. Za tym, co po drugiej stronie. „Samotnego chętnie całuje. W usta”.

Do przeczytania.