Laos. Infra

„6tk, szósta teza kota, mówi więc, że Księga nie jest po to,by stworzyć Całość, lecz po to, by rozmieniać ją na drobne, nawet na drobniutkie, by zbierać w nieskończoność okruchy, które z niej pochodzą, choć nie są podobne do całości, tak jak okruchy meteorytu nie odzwierciedlają wprost całego jego bloku” M.Bieńczyk „Kontener”

Niemal za każdym razem, gdy opuszczam jakiś kraj i zbliżam się do jego granicy, budzi się we mnie niepokój, tym większy, jeśli wjechanie do kolejnego wiąże się z zaistnieniem w nim po raz pierwszy. Często pojawia się również żal za poprzednim, trochę już poznanym, nieco przyswojonym, w którym człowiek zaczął się w miarę odnajdywać i dość swobodnie poruszać. Nostalgia, że trzeba go będzie za moment zostawić, a przecież nigdy nie wiadomo, czy nie na zawsze.

Nie mogę więc zaprzeczyć, że również i tym razem, gdy zbliżam się do granicy laotańsko-kambodżańskiej, jest we mnie niepewność, pewne rozdrażnienie, rozchwianie myśli, związane ze znalezieniem się w nowym, nieznanym sobie miejscu, z tą jednak różnicą, że żadnego przygnębienia w tym nie ma, melancholia nie zatruwa myśli, a jeśli pojawia się cień tęsknoty, to nie jako gorycz i rzewne smętki za minionym, ale potęgujące się z każdym dniem, wyczekiwane coraz silniej definitywne pożegnanie z Laosem.

Tydzień temu wyjechałem ze stolicy, Wientian. Fidrygałka uleciała w chmury i zostawiła mnie samego z Rafinerią (która, nawiasem mówiąc, w tym roku kończy osiemnaście lat). Przejechałem kolejne setki kilometrów, ciągle licząc, że napiszę o Laosie coś więcej, coś pozytywnego, ale niestety, niewiele mam do dodania.

Spędziłem w tym kraju dwa miesiące z poczuciem przemożnego wyobcowania, niedopasowania, nieciągłości, albo inaczej – „nieistotności”, podkradając termin od Marka Bieńczyka z jego tekstu, opublikowanego w magazynie „Książki”, a odnoszącego się do twórczości Milana Kundery. Człowiek czuje się tutaj „nieistotny”. Posuwam się do stwierdzenia, że „nieistotność” jest podstawą tożsamości większości osób podróżujących po Laosie, wykluczając być może tych, którzy swój kontakt z tym krajem ograniczyli do kilku głównych miast i turystycznych atrakcji, dzięki czemu nie musieli zaprzątać sobie głowy żadnymi „nieistotnościami”.

O zdystansowaniu Laotańczyków w kontaktach z obcym już pisałem. Przez kolejne tygodnie nic się w tej materii nie zmieniło. Pomijając sporadyczne spotkania z dziećmi i kilkoma starszymi osobami, z nikim w drodze nie rozmawiałem, a jeśli już, to nie były to żadne konwersacje, a zwykłe próby znalezienia noclegu albo zakupienia jedzenia.

Nawiązując do tego ostatniego – podstawę mojej diety w Laosie stanowiły banany (dziennie pochłaniałem całą kiść), jabłka, pomidory, gotowane jajka (do laotańskiego jaja balut, z uformowanym zarodkiem kurczaka w środku jednak nie mogłem się przekonać), ryż ze spalonym szaszłykiem, kurza kość obciągnięta ścięgnami i skórą, noodle soup, czyli woda z makaronem, kawałeczkami mięsa i odrobiną zieleniny (która bez dodania obowiązkowo stojących na stołach schemizowanych ulepszaczy smaku, pozostanie ryżowym makaronem w wodzie) i kupowane w sklepach tajskie, rybne konserwy. W przydrożnych wioskowych sklepach można też kupić sproszkowane „chińskie” zupki, ale na szczęście, niemal zawsze alternatywą dla nich pozostaje podawany z plecionych koszyczków lepiący ryż, nawiasem mówiąc – bardzo smaczny. 

Miejsce i wioskowe bazary w Laosie oferują jednak coś wyjątkowego, czego na próżno szukać w krajach ościennych – można tu nabyć odpowiednik latynoamerykańskiej paneli, czyli nieratyfikowany cukier trzcinowy, sprzedawany w kostkach pod nazwą Nam Oy. Dodawałem go do wody wraz z limonką i szczyptą soli i mogłem się delektować wysoce odżywczym i zdrowym, a przy tym naturalnym napojem energetycznym.   

W drodze często nie dosypiałem, co na pewno wpływało na rozdrażnienie, ale proszę mi uwierzyć – trudno spać w rozdzierających bębenki dźwiękach wydobywanych z wyćwiczonych gardeł współzawodniczących ze sobą w całonocnym pianiu armii kogutów, przy których środkowoamerykańskie kukuryki to zaledwie leniwe, senne kołysanki.

Odkąd jechałem bez towarzystwa Fidrygałki niemal codziennie hamowałem zapędy podjudzonych moim skąpym, rowerowym strojem transwestytów, podchodzących z butelką piwa Laobeer, które z jednej strony usprawniało ich zdolności językowe, (artykułowane wyznaniem miłości i powtarzanym kilkakrotnie zwrotem sleep, sleep, ok?), a z drugiej niwelowało dystans i jednocześnie, co usłyszałem od sprzedającego szaszłyki lady boya, nadbudowywało poczucie szczęścia.

– Laotańczycy często chodzą smutni, bo trosk im nie brakuje. Ale jak się zapytasz, to ci powiedzą, że są bardzo szczęśliwi. Muszą zatem pić dużo piwa, żeby naprawdę tak się poczuć.    

Może nie ma się czemu dziwić. Niewiele mają do zaoferowania jako naród, a historycznie i kulturowo nie wyróżniają się zbytnio, szczególnie jeśli zestawić ich kraj z sąsiadami. Nie ma tu ani takich turystycznych atrakcji, jak w Kambodży (Angkor), ani Wietnamie (kosmopolityczny Sajgon, królewska stolica Hue) czy choćby Tajlandii i Birmie, które w ogóle przecież stanowią odrębne jednostki kulturowe, o Chinach już nie wspominając. 

To może dałoby się oprzeć własną tożsamość na poczuciu szczęścia? Może to główny, jeśli nie jedyny narodowy towar eksportowy? Podobno Laotańczycy to jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie. Jeśli istnieją państwa, w których epatuje się martyrologią i cierpieniem, to znajdzie się miejsce i na takie, gdzie wspólnotę ukształtuje otwarcie, a może i szczerze wyznawane poczucie szczęścia.

Czy Laotańczycy są szczęśliwi? Nie mnie oceniać. Trzeba by tu dłużej pobyć, pomieszkać, nauczyć się języka, zapuścić korzenie. Mówiąc bardzo eufemistycznie, nie czułem się dobrze w tym kraju. Może dlatego, bo nie jestem Laotańczykiem? Może powinienem inaczej na wszystko spojrzeć? Czyżby to było aż takie proste? Źle patrzyłem? To może i oni patrzą inaczej? Tam gdzie ja niczego nie dostrzegałem, ukrywała się magia i tajemnica? Jak na zdjęciach w podczerwieni. Przecież na co dzień widzimy tylko niewielki, dość wąski zakres całego widma. Było za gorąco, za jasno, za ciężko, za pstrokato, nieco za fioletowo i zbyt różowo, a rozpalone słońce przesłaniało rozsądek, zalewało światłem nawet to, co ludzkie oko powinno było w stanie dojrzeć. 

Nie przeczę, niektórzy byli blisko. Ci chłopcy, od których zieloną kratkę dostałem, te starsze panie tkające na krosnach, wesele, na którym nas z Fidrygałką spili, a kilka dni temu zaproszenie do gry w kator, będącej laotańskim odpowiednikiem birmańskiego chinlone. Nadeszło nagle, ni stąd, ni zowąd, niespodziewanie, a przecież gorąco było, ciężko, wyraźnie jak zawsze. Ale choć językowo byliśmy nawzajem totalnie spętani, wszystko zadziało się zadziwiająco łatwo, z uśmiechem, otwarcie.

Podjechałem, aby zrobić zdjęcie. Zaprosili mnie gestem. Trzech młodych chłopców. Graliśmy krótko, może z godzinę. Nadciągała burza, pokazali, że mogę nocować pod szkołą. Następnego dnia była sobota, nie musiałem się więc przejmować zbyt wczesną pobudką, mogłem spać do woli, a rankiem pozwiedzać sąsiednie budynki, pospacerować spokojnie po salach, popatrzeć, usiąść w ławce, potem za biurkiem, zacząć mówić, choćby i do siebie, bo dziwnie tak samemu być w pustej klasie, trochę jak w pustym kościele. Nikogo nie widać, a coś się unosi, coś się czuje. 

Gdy rozłożyłem namiot, pytali, czy jadłem, czy piłem, czy czegoś nie potrzebuję. Przynieśli butelkę wody i ryż. Słońce zaszło za horyzont, zrobiło się ciemno. Nie zapalałem latarki, wioska wyciszyła się, jakby ktoś stłumił wszystkie dźwięki. Wyciągnąłem karimatę, usiedliśmy obok siebie i jedliśmy lepki ryż. Zakres widma zniwelował się niemal do zera. A wzrok błądził, wirował, aż się w głowie kręciło, tyle się widziało.  

Przecież wcale nie potrzeba magicznych dodatków. Nie potrzeba żadnego światła, nawet tego widzialnego, by w każdym obcym, każdym innym dostrzec drugiego człowieka.

 

Jedna myśl nt. „Laos. Infra

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *