Birma. Stany nieoczywistości.

 

„Nabrać dystansu do mediów i czarnej dziury mediów społecznościowych. Poznawać sąsiadów, tych z domu, ulicy, miasta, wioski i kraju obok. I tych dalszych. Wspierać się (…) Czytać, leniuchować, spacerować. Kultywować odpoczynek. Nie mieć jednej opowieści o świecie, bo taka nie istnieje. Znać drzewa i ptaki. Tęsknić za utopią. Dokładać do niej swoje kamyczki i gałązki. Patrzyć, dotykać, wąchać. Nie celować, nie strzelać, nie bić, nie obrzucać wyzwiskami. Śnić. Żyć. Być. Bez amen.” Roman Kurkiewicz 

Podobno podróż pozbawiona jest potoczności. Wyzbyta z monotonii i obca przeciętności mogłaby stanowić przeciwieństwo prozy życia, gdyż ta, dla odmiany, opiera się zazwyczaj na niedostrzegalnych, rzadko pamiętanych i niewzbudzających szczególnej uwagi drobiazgach. „Codzienność jest bowiem rzeczywistością podwójnie umykającą. Przetacza się ku nieistnieniu i przejawia w niezauważalności”, jak pisze Joanna Brach-Czajna w książce „Szczeliny istnienia”.

To prawda, że w drodze raczej nie ścielimy łóżek po przebudzeniu. Nie prasujemy koszul, nie sprzątamy ubikacji, nie myjemy naczyń, nie ścieramy kurzu z mebli, nie pierzemy firanek, nie odkurzamy dywanów, nie wychodzimy z psem, nie skrobiemy zamarzniętej szyby samochodu, nie kosimy trawnika, nie widzimy codziennie tych samych twarzy i miejsc, nie popadamy w rutynę powtarzalności, która sprawia, że dni umykają jeden za drugim, nie pozostawiając po sobie niemal żadnych śladów. 

A jednak podróż posiada swoją własną codzienność. Również i bycie w drodze wypełnia rutyna i powtarzalność, choć nieco „innego sortu”. Jak pisał Piotr Cieplak w książce „O niewiedzy w praktyce”: „Bo poza przyjemnościami i chandrami, chwiejnością pogody i filozofii, siłą i zmęczeniem, pozostaje jednak jeszcze robota do zrobienia, kilometry do przejechania. Swoją drogą to cudownie proste, jednak prostsze niż w życiu. Główna część dnia, główna treść trzydziestu jeden dni wyprawy do Lizbony, główne etapy, polegały zwyczajnie na przejechaniu możliwie najdłuższej drogi. Zwyczajne fizyczne zasuwanie. Zupełnie nic szczególnego. Brak danych. Czasem chałwa sięgnięta z tylnej kieszeni, u dołu koszulki. Bidon z wodą. Rozprostowanie pleców jako jedyna atrakcja na całą godzinę. Smarkanie, odsik. I tyle.”

Podróży, jak widać, również nie obce jest zmęczenie, frustracja, czy zniechęcenie. Tyle, że tę podróżną jednostajność bardzo często wypełniają zdarzenia niezwykłe, o wysokim stopniu nieprzewidywalności i sporej dawce bajkowości, które przez swoją wyjątkowość, a jednocześnie ulotność i krótkotrwałość przyciągają uwagę, na długo odciskają ślad w głowie i „nie przetaczają się w nieistnieniu”.

Podobnie jak codzienność zdaje się być zaledwie tłem dla niezwykłości, cały trud drogi jawi się niby niedopowiedzenie tego, co wydarzy się za kolejnym zakrętem. Wystarczy się zatrzymać. Rozejrzeć. A nawet nic nie robić, po prostu być. Czas sam z siebie resztę dopowie.

Nadchodził wieczór i rozglądaliśmy się już za miejscem do spania. Kilka godzin wcześniej opuściliśmy Bago, kierując się na wschód, w stronę granicy z Tajlandią. Godzinę wcześniej nieco utknęliśmy, gdyż podpatrywaliśmy kopiących piłkę chłopców. Niby nic szczególnego, a jednak. Grali w chinlone – liczący ponad tysiąc pięćset lat tradycyjny sport birmański, będący połączeniem tańca i sportów walki.

Poruszający się po okręgu zespół sześciu graczy (choć istnieje styl „tapandaing” wykonywany przez kobiety solistki) podaje do siebie piłkę głównie za pomocą kopnięć, ale również klatki piersiowej, ramion, bądź głowy, do momentu, aż znajdzie się na ziemi. Piłka staje się wtedy „martwa” i gra rozpoczyna się od nowa. W chinlone ma zwycięzców, ani przegranych, gdyż zespoły nie walczą przeciwko sobie, a współpracują, aby jak najdłużej utrzymać piłkę w powietrzu. Najważniejszy jest styl i technika.

Najchętniej przyłączylibyśmy się do gry i po zmroku rozbili namiot na sąsiadującym z boiskiem placu. Niestety. Wspominałem o tym w poprzednich wpisach, ale nadmienię raz jeszcze, że jeśli chodzi o zakwaterowanie, w Birmie strategia „na żywca” nie działa. Nie można po prostu zatrzymać się i zanocować w przydrożnym rowie, łące, czy pod drzewem, albo zapytać kogoś o pozwolenie rozbicia namiotu na podwórku. Prawo stanowi wyraźnie. Turysta ma obowiązek spędzić noc w hotelu i to nie w jakimkolwiek, ale takim, który posiada licencję na przyjmowanie zagranicznych turystów (choć kilka razy udało nam zatrzymać w noclegowniach dla tubylców, np. w miejscowościach Myothit i Taungoo). Co jednak zrobić, gdy najbliższy hotel znajduje się kilkadziesiąt kilometrów dalej?

Jeśli przyjechaliśmy do Birmy z większą ilością gotówki i możemy sobie pozwolić na wydanie trzydziestu, czy czterdziestu dolarów za pokój, nie musimy się niczym przejmować. Wystarczy ostentacyjnie rozbić się na polu, placu, bądź w jakimkolwiek miejscu publicznym. W przeciągu kwadransa zjawi się policja i odstawi nas gdzie trzeba. Jeśli budżet mamy skromniejszy, pozostają klasztory.

Tym razem jednak żadnej świątyni w zasięgu wzroku nie było, krzaki nie wyglądały na tyle zachęcająco, aby próbować się w nich niezauważalnie schować, a zupełnie nie byliśmy w nastroju na podejmowanie nocą mundurowych gości. Dwa dni wcześniej, kiedy po dwudziestej pedałowaliśmy do Bago, zatrzymały się przy nas dwa policyjne radiowozy. Na pace jednego z nich, między kilkoma funkcjonariuszami upchnięto rowery, sakwy i dwóch wystraszonych Amerykanów. Odwożono ich do hotelu. Nie zdążyli nawet rozbić namiotu. Na szczęście policja nie upierała się, aby nas ściągać z drogi, odwożąc przy tym w odpowiednie miejsce, tak więc zakwaterowanie w mieście mogliśmy wybrać sobie sami.

Zrobiło się późno, a jednocześnie ciemno, głodno i coraz mniej przyjemnie. Koniec końców, pewnie próbowalibyśmy przespać się w krzakach, gdyby nie nagłe pojawienie się jadłodajni. I nauczyciela. Wtedy się zaczęło. Tąpnięcie. Zagęszczenie zdarzeń.     

Nawet nie pamiętam, czy mężczyzna podszedł, gdy już zamówiliśmy posiłek, czy najpierw nas zaczepił, a dopiero potem usiedliśmy do stołu. Tak czy inaczej, pół godziny później mieliśmy zapewniony nocleg w buddyjskim klasztorze, znajdującym się kilometr dalej w wiosce Nyaung Kha Shay.

– Policja nic o was nie wie, ale sołtys i mnich się zgodzili. Rok temu próbowałem pomóc australijskiemu rowerzyście, ale policja nie wyraziła zgody i odwiozła go aż do Bago, więc teraz się nie pytam, bo wstyd – dodał z lekkim uśmiechem.     

Główny mnich zdecydował, że nauczyciel ma spać razem z nami. Trudno powiedzieć, czy mężczyznę to ucieszyło, czy też wręcz przeciwnie, bowiem z jego twarzy niczego nie dało się wyczytać. Powiedział tylko, że musi „uprzedzić żonę, że dziś śpi w świątyni”. 

Rankiem poczęstowano nas birmańskim przysmakiem, czyli sałatką z liści herbaty w oleju sezamowym, zwaną laphet, podaną z warzywami, orzeszkami, suszonymi krewetkami i czosnkiem, po czym pojechaliśmy do jadłodajni na herbatę. Z niemałym trudem udało nam się wymigać od zjedzenia oferowanego przez nauczyciela śniadania, czyli zupy i ryżu z dodatkami, choć nie do końca byliśmy pewni, czy naszego gospodarza przekonał argument, że nie jadamy obiadu przed rozpoczęciem pedałowania. Poranek zwieńczyła wizyta w lokalnej szkole, gdzie wraz z Fidrygałką opowiedzieliśmy nieco o sobie, o naszej drodze i o Polsce.

Chwilę po pożegnaniu podróż na nowo wkroczyła w swoją codzienność i przyjęła kierunek w stronę kolejnego tąpnięcia i czekającego za kolejnym zakrętem zakrzywienia. Ale to akurat jest mniej istotne. Co ma być, to będzie. O wiele istotniejsze wydaje mi się to, co pozostało.

Jaki świat zostawiliśmy po sobie w głowach tych, z którymi zetknął nas los? Czy choćby po części odwdzięczyliśmy się za całe ciepło i gościnę, jaką otrzymaliśmy? Jak będą nas pamiętać? Bo przecież będą. Bardzo możliwe, że nawet dłużej niż my ich. I kto tutaj komu bardziej zakrzywił codzienność?  

Birma wysoko postawiła poprzeczkę. Trudno będzie teraz nie porównywać dopowiadanych do tej podróży historii z tymi, jakie były naszym udziałem zaledwie kilka tygodni wcześniej w Mjanmie. Wjechaliśmy do Laosu. W nowe stany nieoczywistości, kto wie, czy nie większe. Ale o nich następnym razem.

Jedna myśl nt. „Birma. Stany nieoczywistości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *