Loy Krathong. Chiang Mai.

 

„Mieć co jeść i pić, mieć gdzie mieszkać, mieć trochę wolnego czasu na marzenia, na pisanie i na sen – czego więcej mógłbym chcieć od Bogów i oczekiwać od Losu?” Fernando Pessoa „Księga Niepokoju”

Niech będzie nieco o pisaniu. W końcu po to tutaj jestem. Żeby pisać, czy też – dopisać. Padło na Tajlandię, trudno powiedzieć dlaczego. Może dlatego, bo wcześniej w tym kraju nie byłem. Ktoś powie, że powód niewystarczający. Nie byłem przecież w wielu innych miejscach, do których mnie ciągnie. To jeszcze słońce i niebieskie niebo. I dostępność owoców. I niskie ceny. Względny spokój. Pomiaukujące koty na rogach domów, na dachach i w altankach. I trochę dalej od domu. Bo dystans jest potrzebny. Ten fizyczny. Żeby poskładać myśli na nowo. Przebyć drogę na nowo. Ponownie się umordować. Trochę w inny sposób, ale umęczyć się całkiem zdrowo.

Jak mówił Łukasz Orbitowski w jednym z wywiadów: „Pisanie to jest ten rodzaj wysiłku, który towarzyszy alpinistom w wędrówce na jakiś ośmiotysięcznik. (…) Jest to żmudne, nudne, bolesne, przykre, ale jednak woła, po prostu. (…) Pisanie oferuje ten rodzaj satysfakcji, który bierze się z głębokiego, nieprzyjemnego wysiłku”.

Podobnie wypowiadał się Stanisław Barańczak: „Nie przypominam sobie, aby pisanie któregokolwiek [z wierszy] sprawiało mi przyjemność. Proces twórczy to tortura, zwłaszcza w początkowej fazie szukania konceptu w mroku, w którym można się tylko obijać po omacku o kanciaste meble stereotypów. I prawdą jest, że łatwiej grafomanowi, który nie musi błądzić w ciemnościach: literackie konwencje same go niosą prosto w słońce oczywistości. A jednak wszystkie inne udręki okupuje ten jeden moment, gdy składniki wiersza z dźwięcznym pstryknięciem wskakują we właściwe karby i łożyska, gdy staje się nareszcie jasne, że coś powstało i że to jest dobre. Późniejsze rozczarowanie nie jest wykluczone, ale mimo wszystko ów wzlot to doznanie, którego nie da się porównać z żadnym innym. No, może z jednym.”

Jestem w Tajlandii i jednocześnie jakby mnie tu nie było, bo całe dnie spędzam przed komputerem, z nielicznymi wyjątkami, gdy kilka razy zdarzyło nam się z Fidrygałką pojechać do centrum, bo podobno coś miało się dziać. W rzeczy samej, zadziało się całkiem widowiskowo podczas święta Loy Krathong, gdy powietrze wypełniły papierowe balony, unosząc się w górę i zabierając ze sobą wszystkie ludzkie smutki i nieszczęścia. Jakkolwiek spektakularne były same wzloty (i późniejsze upadki) wieczora, ludzie, kiedy już wysłali swoje żale w przestrzeń, raczej mało spoglądali w niebo, a więcej w ekrany swoich gadżetów, fotografując się na tle wszystkiego/niczego (niepotrzebne skreślić).

Tak więc, jestem ciągle w Chiang Mai, siedzę przy drewnianym stole, albo wyleguję się na całkiem wygodnym łóżku i próbuję dokończyć książkę. Nie wiem dobrą, czy złą, czy w ogóle jakąś. Wartościową. Wierzę, że tak, inaczej nie pisałbym wcale. Ale nie wiem. Piszę na miarę własnych możliwości, najlepiej jak potrafię. A w tym pisaniu, najwięcej jest niepisania. Mam tutaj bardzo dobre warunki, mam czas, mnóstwo czasu, mam możliwości i siły. Wszystko niby jest na swoim miejscu, a jednak bywa, że człowiek patrzy tępo w monitor przez cały dzień i nic. Kompletnie nic.

Jak mówił Marek Bieńczyk: „Pisanie to bardzo nerwowe i lękotwórcze zajęcie”. W podobnym tonie wypowiada się Houellebecq: „Człowiek nigdy sam nie decyduje o pisaniu książki. Książka jest jak blok cementu, który zaczyna tężeć, a możliwości autora ograniczają się do bycia na miejscu i czekania w rozpaczliwej bezczynności, aż proces sam z siebie się rozpocznie.” I jeszcze Sandor Marai w książce „Niebo i ziemia”: „Na próżno wiesz, co chcesz powiedzieć: literacki początek jest jakąś praczynnością, prawie niezależną od naszego rozumu i zamiaru. Człowiek słyszy jakiś głos, widzi jakieś światło i naraz zaczyna dźwięczeć fraza. Uspokajasz się i czujesz, że „coś się stało, tak, teraz już jest dobrze.” Ale niekiedy nie słyszysz tego głosu, nie widzisz żadnego światła, rozpaczliwie dopasowujesz słowa, szukasz tego tajemniczego rytmu, który wprawia w ruch całość, doprowadza prąd do zdania. Wysilasz się, kreślisz esy-floresy, a zdanie pozostaje głuche.  Pisania nie można zacząć na siłę. Coś tu jest niezbędne, jak w każdym akcie stwarzania. Co?… Prawdopodobnie Duch Święty.”

Trudno powiedzieć, który wysiłek cięższy. Z pisania, czy z jechania. I która satysfakcja większa. Z ukończenia. Takiego trochę iluzorycznego, bo po dojechaniu, albo niedojechaniu chce się ruszyć dalej, ma się ochotę na więcej. Z pisaniem jest bardzo podobnie, z jedną, niewielką różnicą – książkę trzeba dokończyć. A jednocześnie nie dokończyć, bo następnie tworzy się kolejną, która jest o tym samym. Cóż innego bowiem można ubrać w słowa, oprócz tego, co ma się w sobie? A ja przecież nie zmieniam się. Nie za wiele, w każdym razie.

W zasadzie książka jest napisana. Ale wciąż coś zmieniam, dokładam, ucinam, znów dodaję, porównuję, podmieniam i nie mogę przestać. Taka „mgławicowa” metoda pracy, jak u Nervala, albo „technika montażu”, jak określał swoje pisarstwo Tomasz Mann. Też zapożyczam, parafrazuję, karmię się innymi tekstami. Bez przeczytanych książek nie byłoby moich własnych.

Budzę się więc i zaraz po śniadaniu siadam do komputera, na kilka godzin stając się „dyrektorem fantomowego teatru niewidzialnego dla innych, reżyserując dramatyczne przedstawienie, pozostając jego jedynym widzem. Z tego spektaklu nie będzie żadnej recenzji w porannej gazecie, nie ma żadnej informacji zwrotnej, nikt w trakcie jego trwania nie klaszcze i nikt nie buczy.” To z Tokarczuk. Trochę pewnie ze zbyt grubej rury te wszystkie powyższe cytaty, nawiązania, odniesienia, ale trzeba mierzyć wysoko. Najwyżej się mocniej potłukę, jak spadnę. Bardziej zaboli.

Po co piszę? Nie wiem, naprawdę nie wiem, przecież nie dla pieniędzy. Od kilku lat jednak noszę w sobie wewnętrzny impuls przelewania myśli na słowa. Wychodzi różnie, ale może z czasem będzie lepiej. Staram się pisać „obiema rękami, rozrzutnie, bez zastrzeżeń.” Co z tego będę miał? Być może nic. Ale, jak napisał kiedyś Sandor Marai: „Tak będzie dobrze, bo takie było twoje zadanie.”

Może miał rację Agamben pisząc, że gwarancją prawdziwości tego kim się jest naprawdę, jest to, kim być nie można, albo też to, czego nie da się ze swoim życiem zrobić. Może rzeczywiście bardziej niż to, co teraz robię, określa mnie to, czego nie potrafię, do czego prawdopodobnie nigdy nie doskoczę. Wyobraziłem sobie jednak coś i brnę dalej, jeszcze trochę. Kolejna książka powstanie, nieco później, niż początkowo zakładałem, ale powstanie.

Tak czy inaczej, potrzebuję od pisania odpocząć, bo złogi na mózgu się robią. Dla przewietrzenia umysłu, za kilka dni ruszamy z Fidrygałką do Mjanmy (Birmy). W połowie stycznia powinniśmy być z powrotem w Tajlandii. A że tu klimat dobry, słońca dużo, owoce pyszne i koty po dachach hasają, to zatrzymam się jeszcze na chwilę i może jakiś duch z nieba zstąpi, pomoże, może usłyszy, jak o słowa proszę:

„przyjdź

            pismo

                        nosem

                        seksem

                        trafem

cudem, musem, ciurkiem, zezem, siupem, boczkiem, truchtem

byleś

pis-ło” Miron Białoszewski „Niedopisanie” 

7 myśli nt. „Loy Krathong. Chiang Mai.

  1. Jakze mi to bliskie Piotr! Tez wybyłam przed świetami z czeluści burego polnocnoeuropejskiego nieba by pisać. O życiu na rowerze, a jakże. Miała byc Tajlandia, bardzo kusiłą tym co piszesz (a nie dodasz nic ilosci bezpanskich i w sumie czesto dość agresywnych psow na ulicach?). Tu gdzie jestem jest slonecznie, choc nie za gorąco. Ciekawam, co z tego naszego pisania wyjdzie 🙂
    Pozdrower!

    • Tak, są psy na ulicach, mnóstwo, i zdarza się, że zaszczekają, ale ich agresja jest udawana, ułomna, a najczęściej nie ma jej wcale. Bezpańskie psy nie atakują. Bezpańskie psy się boją, podkulają ogon, uciekają, gdy tylko na nie spojrzysz i zdychają rozjechane przez samochody. Atakują te „pańskie”, które mają dom i właściciela, zazwyczaj siedzącego na podwórku i z zainteresowaniem obserwującego, jak jego czworonogi próbują dopaść rowerzystę.

      • Coś w tym jest z tymi „pańskimi” psami :), ale akurat pomimo mojej miłości, w tym rowerowej do Tajlandii bez tęsknoty wspominam tamtejsze psy. Pańskie i bezpańskie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *