W stronę ciszy

droga (6)

“Niewielu ludzi lubi przez długi czas podróże. To nieustanne łamanie wszystkich przyzwyczajeń, ten wstrząs zadawany ciągle wszystkim przesądom. Starałem się nie mieć żadnych przesądów i niewiele przyzwyczajeń. Ceniłem sobie rozkoszną głębokość łóżek, ale także i kontakt z gołą ziemią, jej zapach, nierówności każdej cząstki powierzchni świata. Służyły mi najróżnorodniejsze pokarmy – i brytyjska kasza i afrykański kawon. I to właśnie wtedy przekonałem się, jak korzystnie jest być człowiekiem nowym i człowiekiem samotnym, bardzo mało żonatym, bez dzieci, nieomalże bez przodków – Ulissesem mającym swoją Itakę tylko we własnym wnętrzu. Muszę tu wyznać coś, czego nie wyznałem nikomu. Nigdy się nie czułem przynależny w całości do żadnego miejsca.” Marguerite Yourcenar „Pamiętniki Hadriana”

Opowiem dziś Państwu o duchach. Najpierw Polacy. Przyjechali z Vancouver polować na jelenie. Pojawili się nagle. Podjechali pod ławkę, na której siedziałem i po chwili rozmowy wręczyli konserwy, dwa słoiki mielonego mięsa (o zupełnie zjawiskowym smaku), ogromny chleb i trzy dwudziestodolarowe banknoty. Będziesz miał na kawę – rzucili na odchodne. Na kawę wystarczyło, nawet na kilka, plus na śniadanie i na zupę. Talerz ciepłej wody z kawałkiem ziemniaka i marchewki za równowartość mniej więcej pięćdziesięciu polskich złotych i cynamonowe ciasteczko za dwadzieścia, smacznego. 

zupa za 50 zl

Kilka dni później zatrzymuje się przede mną samochód, z którego wysiada mężczyzna i pyta, czy nie chciałbym zanocować pod dachem, wziąć prysznic i dostać porządną kolację. W pierwszej chwili myślałem, że coś źle zrozumiałem, albo że ze zmęczenia mam majaki, bo proszę mi wierzyć, ale minutę wcześniej myślałem dokładnie o tym, jak cudownie byłoby wreszcie się porządnie umyć i chwilę odpocząć.

Miejsce, do którego mnie zaprosił, okazało się być przydrożnym motelem. W pokoju była łazienka, a w niej głęboka wanna. Ostatni raz kąpielą w wannie delektowałem się niemal piętnaście miesięcy temu w Polsce (żeby nie było – czasem kąpałem się w rzece, albo basenie, no i oczywiście, zdarza mi się wziąć prysznic). Na dwie godziny pogrążyłem się w kompletnym, bąbelkowym błogostanie, który przedłużałem dolewaniem gorącej wody.

Rankiem dostałem śniadanie. Trzy wielkie jak głowa naleśniki, sześć kawałków boczku, trzy sadzone jajka, góra smażonych ziemniaków, kilka tostów z dżemem i kawa wraz ze słoikiem syropu klonowego. Początkowo myślałem, że nie dam rady tego wszystkiego zjeść, ale zjadłem. Niewiarygodne są ilości jedzenia, jakie człowiek w sobie zmieści po kilkunastu miesiącach pedałowania. Talerze sprzątnięto, dostałem dolewkę kawy, nawet nie zauważyłem kiedy – zapatrzyłem się na mały obrazek wiszący nad stołem, na którym ktoś dopisał: Live very moment, laugh every day, love beyond words.

Chciałem podziękować temu człowiekowi, co mnie do motelu poprzedniego dnia zaprosił, ale nikt go nigdzie nie widział. Ciekawe, bo panie z kuchni w ogóle wydawały się nie wiedzieć, o kogo pytam, co było o tyle dziwne, że przecież ktoś im musiał powiedzieć, że z rana przyjdzie jakiś zarośnięty typ na śniadanie. Mężczyzna zniknął, rozpłynął się. Pozostawił w mojej głowie swoje uśmiechnięte, jasnoniebieskie spojrzenie. I głos jasny, spokojny, ciepły. Jak dłoń, którą podał na przywitanie.

Następnego dnia zaczęło bardzo silnie wiać z południowego zachodu. Chwilami podmuchy były tak silne, że prawie kładły mnie z rowerem na ziemię. Nie miałem siły jechać, zajechałem się, rozpłakałem się. Popłakałem się ze zmęczenia. Stałem i nie mogłem się ruszyć. I zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego wielki Indianin i wciągnął mnie do środka. Dosłownie. Podrzucił do miasta. Prawie sto kilometrów. Tam zanocowałem, a rankiem wiatr zmienił kierunek. Nie jechałem, leciałem. Chciałem dojechać do Steva, tego wielkiego Wodza, który sześć lat temu niemal potrącił mnie na drodze i który dwa lata później radził mi, abym przestał się kręcić w kółko i wreszcie się zatrzymał.

Steve został sam. Jego żona, Opal, zmarła niedawno. Tak mi powiedzieli w sklepie, gdzie pytałem o dokładny adres. Podjechałem pod dom, oparłem rower o ścianę i podszedłem pod drzwi. Spod zadaszonego okna zwisał mały kamyk. W ciszy. Było tak cicho, że aż zaszurałem na drewnianych schodach, bo się przestraszyłem, że świat się zatrzymał. Nie zapukałem. Nie wiem dlaczego. Napisałem na kartce kilka słów i wetknąłem je w zamknięte drzwi.

Tego samego dnia spotkałem rudego liska. Zobaczyłem go z oddali, przystanąłem. Patrzyłem na niego a on na mnie i nagle zaczął podchodzić. Wydawało mi się, że przyciągam go wzrokiem, że ciągnę go spojrzeniem w swoją stronę, niby na niewidzialnym sznurku wzajemnego zaciekawienia. Przytuptał pod rower i trącił mnie noskiem. Potem obwąchał sakwę, odszedł na bok, usiadł i patrzył. Aż w końcu niedaleko zatrzymał się samochód, wyszła z niego kobieta i wymachując wielkim aparatem przepłoszyła liska. Uciekł do lasu.

– To twoja maskotka, jeździsz z lisem? – zapytała znienacka, jak już wymieniliśmy standardowe skąd, dokąd, dlaczego, good for you, absolutely, have a good one.

– Nie, to był duch. – odpowiedziałem.

Robi się coraz zimniej. Robi się coraz ciszej. Jeszcze trochę, jeszcze ciut i już. Zostało mi niewiele ponad tysiąc kilometrów do przejechania. I nie wiem, co potem. Ciągle myślę, co zrobić z kamykiem, co go ciągnę od Ziemi Ognistej. Podarowałbym go liskowi, ale co mu z takiego kamienia. Może podaruję go światu? Ale na świecie mnóstwo kamieni. Po co światu jeszcze jeden kamień? Może podaruję go ciszy. W ciszę wrzucę, wetknę, upuszczę. Cisza wszystko przyjmie. Bez żadnych zbędnych słów, bez tłumaczeń.

Live very moment, laugh every day, love beyond words. Żyj każdą chwilą, uśmiechaj się co dzień, kochaj ponad słowa. W ciszy łatwiej. Podobnie jak we śnie. Może w podróży też? W końcu podróżowanie to trochę jak szukanie baśni, czyż nie? 

Jedna myśl nt. „W stronę ciszy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *