Purnamadah

salvino i piotr

„Bo ja mogę pozwolić sobie na ten luksus, żeby być opuszczony, choć ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą nieskończoności i wieczności, a Nieskończoność i Wieczność chyba gustują w takich ludziach jak ja.” B. Hrabal

Od dawna myślałem, aby tam pojechać. Czułem wewnętrzną potrzebę pojechania w tamto miejsce, gdzie cztery lata temu upadłem i gdzie z powodu złamanego kolana musiałem przerwać podróż. Podświadomie chyba chciałem odnaleźć jakiś pozostawiony ślad, dostrzec coś, czego wcześniej nie zauważyłem, co przeoczyłem, a kto wie, czy nawet nie myślałem, aby przeżyć wszystko od nowa, doświadczyć raz jeszcze, łącznie z bólem, powrotem i z całym, zdecydownie zbyt ciężkim bagażem kolejnych dni, które dopiero miały nastąpić, a co do których czułem jedynie niechęć, złość, smutek, a może nawet i wstręt, jakby wcale nie należały do mnie, ale zaplątały się gdzieś wśród obcych, niezrozumiałych przeznaczeń, jakbym niechcący przechwycił czyjeś, zupełnie nieprzystające do mojego życie, pełne nie do końca uświadamianych, niechcianych drogowskazów, wśród których z początku zupełnie nie mogłem się odnaleźć.

Ale dni nadeszły, świat nawet nie drgnął, a ja nie przestałem kręcić się w kółko, pozostając w niemalże tej samej scenografii, z tym samym scenariuszem w rękach, w którym podobne chwile się zdarzają, ludzie zamieniają i którego jedynie koniec jest nad wyraz oczywisty, choć trudno jeszcze powiedzieć, w jakich okolicznościach nastąpi, podobnie jak gdzie i kiedy opadnie kurtyna.

Biblioteka była zamknięta, a na placyku, w miejscu gdzie kilka lat wcześniej zapatrzyłem się na wymachującego kijem mężczyznę i upadłem, stał rowerzysta. Patrzył na mnie dziwnie znajomym wzrokiem i choć wydaje się to niedorzeczne, przyszło mi do głowy, że to ta sama postać. Nie podszedłem, nie przywitałem się, nie sprawdziłem. Ale im więcej o nim myślę tym pewniejszy jestem, że to był on, ten sam. Czekał na mnie. Nie musiałem podchodzić, nie musiałem nic mówić, nie musiałem niczego udowadniać. Nikomu, a już najmniej samemu sobie. Przyjechałem, a on tam był. Zamknąłem oczy i zabrałem go ze sobą.  

A potem pojechałem do Carnation. Stanąłem pod monopolowym, pod tym samym, z którego wyszli Kapitan Kurczak i Nick Salvino – dwaj mężczyźni, którzy cztery lata wcześniej próbowali mnie przekonać, abym nie jechał do Fall City. Sklep był zamknięty. Zrobiem zdjęcie, usiadłem na ziemi, oparłem się o ścianę i czekałem. Było gorąco i wietrznie, zupełnie inaczej, niż owej jesieni, kiedy w gęstej mgle owijałem się w parkowe pajęczyny. Zasnąłem. Obudził mnie jakiś menel. Tak myślałem, że się znają. Wskazał mi kierunek i dodał, że to jakieś trzy mile za miastem. Na ulotce sprzed lat był adres, ale celowo go nie spisałem. Wiedziałem, że jak mam trafić, to i tak trafię.

Błądziłem godzinę, a może dwie, na tyle długo, aby w końcu dać sobie spokój, a jednak ciągle szukałem. A jednocześnie, im bliżej byłem tego spotkania, a byłem przecież już bardzo blisko, tym częściej zadawałem sobie pytanie „po co”? Spotkam go i co? Co mu powiem? Coś w rodzaju: „A wie pan, że cztery lata temu po naszym spotkaniu złamałem kolanową rzepkę w Fall City? Pamięta Pan, jak razem z przyjacielem próbowaliście mnie przekonać, abym tam nie jechał? A wie Pan, że często myślałem, co by się stało gdybym rzeczywiście poszedł za Waszą radą i pojechał inną drogą? Że często patrzyłem na nasze zdjęcie, na którym jestem ja, Nick i Pan i że próbowałem wejść w Pańskie oczy? Dosłownie. A wie Pan, tak naprawdę, właściwie po to tutaj przyjechałem. Chciałem wejść w Pańskie oczy. Nie da się? Jak to nie, przecież właśnie to robię.

Błądziłem i błądziłem i nie mogłem trafić. Raz ktoś powiedział, że to dwa domy dalej, raz, że bliżej, raz, że zielony, potem, że niebieski, że kawałek od drogi i nie widać go z ulicy. I właściwie już zrezygnowałem i jechałem z powrotem do miasteczka, ale nagle zobaczyłem wąską drogę idącą w las, a przed nią dwie skrzynki pocztowe i nie wiedzieć dlaczego, byłem pewien, że to tam. A kiedy po kilkudziesięciu metrach z lasu wyłonił się drewniany człowiek w kapeluszu i buda dla psa z lalką w środku, to już nie miałem wątpliwości.

kapelusz

Nick Salvino poznał mnie od razu, ale wydawał się jakiś spłoszony. Kapitan Kurczak wyszedł z domu chwilę po nim. Spojrzał na mnie raz, potem drugi, dłużej, bardziej przeciągle i coś zamruczał pod nosem. Na moment spuścił wzrok, a potem spojrzał raz jeszcze. Zaszumiały liście. Coś poruszyło się w budzie. Zamknąłem oczy i wskoczyłem. Prosto w rozszerzone źrenice siwobrodego Kapitana Kurczaka. A jak otworzyłem, to już go nie było. Został w środku. We mnie.

– Zmęczony jest – powiedział nagle Nick Salvino. – Daj mu spokój, niech sobie odpocznie, a my chodźmy pograć w podkowy.  

Za moment poznałem kolegów i dostałem żelazo do ręki. Przeciągnąłem wizytę, pobyłem trochę, wygrałem dwa browary i garść trawy. Kurczak nie wrócił, już nie wróci, można spać spokojnie. Nocą rozbiłem się w pustym obozowisku bezdomnych. Rankiem poznałem papugę. Wetknąłem w nią dwa pióra, co upadły na ziemię. A potem pojechałem na spotkanie z Mary i Martinem, obchodzić swoje czterdzieste czwarte urodziny.

Rodzina, którą poznałem w Nogales, zaprosiła mnie na obiad. Dużo uśmiechu, mnóstwo ciepła, morze za oknem, ocean wspomnień, gdzie ja to wszystko upchnę, kiedy pozamieniam w słowa, czy kiedykolwiek się odwdzięczę? Jakaś lawina dobrych spotkań z ludźmi na koniec mojego pobytu w Stanach. Brian, Melani z mężem, Beth i Ray… Jeszcze tego samego dnia zaproszenie na kolację od obcego człowieka, przypadkiem spotkanego na ulicy i urodzinowa świeczka do zdmuchnięcia.

Jedno życzenie – żebym stał się lepszy dla innych, żebym stał się lepszym człowiekiem. Wtedy i świat będzie lepszy i wszystko wokół też. I żeby zacząć dawać, więcej dawać, mniej brać, a najlepiej niczego już nie brać, odmawiać. Albo wziąć i samemu rozdać, przecież mam wszystko, wystarczy. Rower, słońce, niebo nad głową, jedzenie, sprawne nogi. Nawet miłość ze mną jedzie. A jak miłość jest, to wszystko jest. Takie słowo, ważne, może nawet najważniejsze, a na pewno wielkie. A jednak. Jedzie, unosi się, otula mnie, do snu kołysze, dotyka, szepce, pieści. Nieskończoność.   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *