Caje Sukarije

rozbitek

„Po co otwarłem oczy, zalewa mnie świat kształtów i barw, fala za falą, kształt za kształtem, barwa za barwą, wydany na łup, jadowitych zieleni, zimnych błękitów, intensywnych żółtych słońc, jaskrawych czerwonych homarów, jestem nienasycony.” Tadeusz Różewicz

Jechałem przez park a w powietrzu, gdzieś na granicy milczenia i niewyraźnego, delikatnego szeptu unosił się poszum cicho szeleszczących liści, szmer subtelnych dźwięków, słyszalnych wyraźniej gdzieś tam w środku, we mnie. Dokoła rozrastały się drzewa, spoglądały na mnie, łypiąc niewidocznymi oczyma pochowanymi wśród poskręcanych, pomarszczonych korą konarów. Patrzyłem na nie ze wzrokiem utkwionym przed sobą i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę wcale się nie poruszam, ale że to same drzewa przesuwają się za mnie, a ja stoję nieruchomo, stoję w tym samym miejscu co przed laty, a tylko dookolny krajobraz i niebo przemieszczają się gdzieś na boki, umykają za moją postać tam, skąd pochodzę, skąd przyszedłem i jedyne co mogę zrobić, to stać nieruchomo, patrzeć i czekać, aż wszystko przepłynie i nie zostanie nic więcej nade mną poza pustym, czystym, jasnym niebem, w którym rozpłynę się kiedyś, roztopię i stając się na powrót jego częścią, zgasnę, zapomnę, zamrę.

Zasnąłem wśród sekwoi, w ciszy lasu, w ciemności nocy i spokoju myśli, które na chwilę mogą zastąpić rozciągniętą przez czas jakiś czyjąś nieobecność. Rankiem przyszedł strażnik, młody, wyrozumiały, trochę niepewny co ma ze mną zrobić, bo myślał, że to żul, że bezdomny jakiś się zaplątał, w sekwoje obrósł i zagubił gdzieś w trawie, a okazało się, że nie do końca, że niekoniecznie, choć w zasadzie niewielka przecież różnica pomiędzy mną a tymi wszystkimi rozbitkami, co tylu ich spotykam po drodze.

Bo proszę Państwa, spieszę nadmienić, że (z nielicznymi wyjątkami, kiedy zajeżdżam w gościnę do polsko-amerykańskich rodzin, które poznałem trzy lata temu, jak choćby rodzina Marty) biorą mnie tutaj za bezdomnego, takiego zawodowego, nie podrobionego, jakim sam sobie się jawię, co to ani domu nie ma, ani pracy, ani perspektyw życiowych na zmianę, na inny świat, na lepsze miejsce pod niebem. W zasadzie nie miałbym z tym większego problemu, niech sobie ludzie myślą, co chcą, tyle, że ten wizerunek bezdomnego, ta mniej lub bardziej świadomie wymalowana na czole rozbitkowa wlepka ma swoje reperkusje w praktyce.

Kiedy wieczorami szukam miejsca na nocleg, najczęściej przeganiają mnie zwrotem przypominającym polskie „spieprzaj dziadu” (choć zdarza się usłyszeć bardziej rozbudowane i wysublimowane wypowiedzi typu: „Nie denerwuj mojego pieska, bo go nie utrzymam i będzie jatka”). Przyznam uczciwie, że początkowo trochę mi to przeszkadzało, bo po roku spędzonym w krajach, gdzie rozbijanie się na dziko nie stanowi większego probemu, gdzie nie tylko nie jest się przeganianym, ale najczęściej jest się zapraszanym pod dach na wspólne spędzanie czasu, to zdążyłem się już odzwyczaić, że może być inaczej i niekoniecznie wszyscy są tak otwarci, bezpośredni i najzwyczajniej w świecie mili i gościnni jak większość spotykanych osób w krajach latynoskich.

Lepiej więc nie pytać, nie zbliżać się, nie podchodzić, po prostu sprawę olać, dać sobie spokój z pytaniami i znaleźć w miarę dobre, osłonięte miejsce, a jak jest więcej namiotów, to gdzieś w pobliżu rozłożyć swoje graty i spać. W nocy nikt nie przyjdzie, nikogo nie obchodzi kolejny rozbitek, najczęściej nieszkodliwy wariat, po którym jednak nie wiadomo czego można się spodziewać, jak się zachować, gdy znienacka zapyta, czy nie widzieliśmy gdzieś jego tygryska (jak to miało miejsce pewnego wieczora, kiedy o północy do mojego namiotu zajrzał poszukujący swojego pluszaka Johny).

W zasadzie to jest mi to na rękę, że bezdomnych traktuje się tutaj jak powietrze, jakby stanowili część krajobrazu, który co prawda nieco szpeci, ale nie rozplenia się zbytnio, nie rozrasta jak niechciane chwasty, nie przeszkadza, nie drażni. Ot, nie udało się, za mało ktoś się starał, a nawet jeśli się natrudził, to nic z tego nie wyszło, zabrakło farta, a może i czegoś jeszcze. Nie ma co się nad rozbitkiem użalać, biadolić, zastanawiać. Ważne, że mnie się udało, że ja mam dobrze, że jest samochód, dom i kilka kredytowych kart w portfelu. Trzeba biec, póki można, dopóki zdrowie, siły i okoliczności sprzyjają, na boki nie oglądać, nie spoglądać za siebie, bo widać przecież, co się może przytrafić kiedy się biec przestanie. Rowerem się będzie jeździć, w namiocie spać, w najlepszym razie pies się przypałęta, to się go nakarmi i przygarnie. Z psem zawsze łatwiej, jakoś raźniej, co by nie mówić i nie pomyśleć, to zawsze jakiś związek jest, jakaś intymna więź, czasem głębsza niż z niejednym człowiekiem.

Nie, nie mam pretensji o nic do nikogo. Nawet trochę tych, co mnie przeganiają ze swoich podwórek rozumiem. Bo na pierwszy rzut oka rzeczywiście wyglądam jak ci wszyscy rozbitkowie. Mam rower, śpię w namiocie, jeżdżę bez kasku i nie posiadam profesjonalnych, oczojebnych kolarskich koszulek, nie mam kultowego siodełka Brooksa, ani jeszcze bardziej kultowego roweru Surly. Ciągnę ze sobą siaty, torby i plastykowe butelki, zbieram z drogi monety, w Mcdonaldzie kupuję jedynie kawę, by następnie do pustego kubka nalać coś musującego, myję się w darmowych toaletach, w bibliotece nie wypożyczam książek tylko ładuję elektronikę i korzystam z darmowego wifi, często mówię do siebie i dużo się uśmiecham. A potem jadę na jeżyny.

Wielkie, słodkie, zawieszone nisko nad ziemią, bujnie obrodzone na ciągnących się kilometrami kolczastych chwastach. Zajadam się nimi od miesiąca, wkładając je prosto w usta, na język, na podniebienie i rozlewa się we mnie ciemnokrwiste słońce i niebieskie niebo, pod którymi rosły i tak obrodziły, że wybieram tylko największe, najsłodsze, najsoczystsze, jedząc łapczywie, zachłannie, zaborczo nawet.

Czy wiedzą Państwo, że istnieje oddzielna nauka o jeżynach, zwana batologią? Jak mówi wikipedia, służy ona „zrozumieniu bardzo złożonego zróżnicowania jeżyn na poziomie genetycznym i morfologicznym”. Proszę Państwa, jeśli wśród czytających trafił się jakiś batolog, to spieszę donieść, że nie mam pojęcia na ile te kalifornijskie i oregońskie jeżyny są zróżnicowane genetycznie i morfologicznie (swoją drogą, czy to nie piękne poświęcić swoje życie zawodowe, a może i prywatne i piąć się po szczeblach batologicznej kariery, niczym sunąca w słońcu gąsienica po kolczastych, jeżynowych pnączach?), ale są one najsmaczniejszymi, najsłodszymi i najsoczystszymi jakie w życiu jadłem. Ech, gdybym tak mógł podzielić się teraz z każdym. Ale nie da się. Nie da się podzielić jeżynami. I znów ta myśl – czy w ogóle czymkolwiek można się podzielić?

Jadę na północ, obrazy przelewają się we mnie, oddalają, a może rzeczywiście wcale nie jadę, nigdzie się nie unoszę, ani z wiatrem, ani z samym sobą, tylko stoję w miejscu, a świat ucieka na południe przed nadciągającą gdzieś tam hen z północy zimą? Ale do zimy jeszcze daleko, w głowie pstrokate myśli, wzdłuż drogi jeżyny, po niebie kołują ptaki. Unoszą się nade mną, wirują w rytm wygrywanych na trąbce dźwięków. Stoję pośrodku i patrzę jak w moją stronę przybliżają się drzewa, jak podchodzą i szepcą, zapraszają do tańca. Oddaję im się i czuję, jak mnie dotykają, głaszczą, jak mną obracają, przyciągają i nęcą, aż w końcu zawłaszczają i biorą, wciągają mnie do tańca, coraz szybciej kręcą. Tańczę.

3 myśli nt. „Caje Sukarije

  1. Też często miewam to uczucie, że to nie ja się przemieszczam, lecz świat w przeciwnym kierunku. Że to drzewa uciekają w tył. Że droga przesuwa się pod kołami. Że krajobrazy mnie mijają. A ja po prostu jestem. Tu i teraz.

    Wszystkim można się podzielić. Jeżeli się tego chce. Przecież dzielisz się cały czas chwilami wyjętymi z podróży, z życia w drodze. Dzielisz się myślami, wrażeniami, uczuciami i w ten sposób dzielisz się sobą. Czekam na każdy kolejny wpis i do każdego podchodzę, jak do dobrej książki. Nie czytam w przelocie, w pośpiechu. Wyczekuję spokojnej chwili, zasiadam z kawą i z ogromną przyjemnością zanurzam się w tekście i obrazie.

    I za te chwile spędzone w Twojej Drodze bardzo Ci dziękuję.

  2. Tak, z psem raźniej. I pies nie pozwala „odlecieć”. Trzyma na ziemi rytmem oddechu dyktując tempo. A nocą łaskocze kosmatymi uszami…
    Pozdro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *