Jagódki

droga

„Chciałbym przemykać z cienia w cień twoim śladem, dotrzeć tak daleko jak ty i nie dać się złapać” J.M. Coetzee

 

Zostawiłem namiot. Na chodniku, obok smukłej, wysokiej latarni i równie smukłego, szklanego wieżowca, otoczonego kolorowymi, szeleszczącymi na wietrze, płóciennymi domkami. Nie, nie zgubiłem, celowo zostawiłem. Prawdę mówiąc, to żegnałem się z nim od co najmniej trzech lat, jeżdżąc z dwoma namiotami, czekając aż dziesięciolatek wreszcie zdechnie, ale on, chociaż stary i zniszczony, z nadłamanymi, posklejanymi tejpem masztami, pełen połatanych dziur i najprzeróżniejszych plam, za nic nie chciał się rozpaść; nadal chronił mnie przed deszczem, kamuflował się w trawie, barykadował przed mrówkami i owadami, spał ze mną, jadł, śnił a może i oddychał, i w tym wspólnym trwaniu wszystko ufnie przyjmował – wiatr, ciszę, krzyk, śmiech i łzy, zapierając się całym sobą, żeby tylko nie odejść, żeby zostać.

Nie wiem kto go znalazł, kto go podniósł, kto rozłożył, nowe meble umieścił, kto w nim zasnął zasłuchany w szeleszczące ściany, kto suwak rankiem rozsunął, na świat głowę wystawił, rozbudzone sny wypuścił. Może nikt. Może chociaż wiatr. I kilka kropel deszczu.

Dzień się kurczy powoli, słońca ubywa, jego jaskrawości, blasku i mocy. Tylko przestrzeń niezmiennie zawłaszczająco wielka, zagarniająca. Te ogromne domy, w których się niemal gubię, te kilkunastopasmowe drogi, po których jadę, dopóki mnie policja nie zawróci, te wypełnione po brzegi sklepy, te monstrualnie rozłożyste ludzkie kształty – wszystkiego tu w zbytku, w nadmiarze. A jednak dobrze się w tym czuję, bezpiecznie, swodobnie oddycham, prawie obojętnieję na to, co dzieje się dokoła. Chwilami przystaję i wracam do tego, co było, zadziwiony, urzeczony. I pytam sam siebie, czy rzeczywiście to wszystko się wydarzyło?

Naprawdę spotkałem Nicole i Marka, który za darmo wyremontował mój rower? Spałem u Roba, z którym na kosmicznie wyglądającej terenówce skakałem po muldach na wyścigowym torze, by wieczorem sunąć po miasteczku w zabytkowej limuzynie? Jadłem obiad z Andrzejem w kasynie, gdzie za kilka dolarów serwowano dania z kilkunastu kuchni świata? I czy ja naprawdę skąpałem się z Tobą w deszczu? Takim lichym, trochę nieśmiałym, bylejakim. Świat rozmył się na chwilę, zatrzymany w uścisku ciepłej dłoni, niby w drewnianej szkatułce, przechowującej zapomniane sny.

Otwieram wieko, a w środku dojrzałe jagody. Jak przed laty, jak wtedy, jak kiedyś. Wysypuję je na dłoń, wkładam je w Ciebie, zgniatam na wargach językiem. Smakują lasem, mchem, słońcem i rześkim powietrzem. Są miękkie i ciepłe. Jak Twoja dłoń, jak Twoje usta. Zamykam oczy i wsłuchuję się w ciszę. Usta pląsają w jagodowym tańcu, lekkie krople bezgłośnie spływają po policzkach, łaskoczą.

„Wiatr na chwilę zlepił się z deszczem w jedną miękką toń, zmieściłem się w niej, rozpłynąłem”. M. Płaza „Skoruń”

 M. Płaza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *