Lecieli żurauli

mac

„Incydent jest po prostu tym, co opada łagodnie niczym liść na dywan życia. Lekka, umykająca fałda w tkaninie dnia, coś, co ledwie warte jest zapisania” R.Barthes

Jestem w Stanach. Tęskniłem za Stanami. Od dawna już czekałem. Trudno powiedzieć dlaczego. A jednak nie myliłem się. Ledwo przekroczyłem granicę, od razu poczułem się jak u siebie. Zaledwie kilkaset metrów różnicy. Ktoś szedł chodnikiem z dalmatyńczykiem. Podjechałem i zapytałem o drogę. Rzuciłem okiem na psa. Wyglądał jakby się uśmiechał. Zadowolone, dobrze odżywione czarno-białe ciapki na czystym, rozłożystym tle soczystego od zieleni parku. I ta cisza i pustka na ulicach tego samego miasta, przedzielonego niewidoczną linią oddzielającą jakby obce sobie światy, odmienne mentalności. A przecież niebo to samo i słońce jednakowe na nim.

Zdrowie wróciło razem z kotami. Jeszcze w Meksyku, całkiem daleko od granicy. Pewnej nocy rozbijałem się na pustyni i usłyszałem miauknięcie. Za chwilę podbiegł mały kotek, rudy, nie inaczej. Zjedliśmy makaron, parówki wcześniej zjadły psy. Najpierw jeden, potem drugi, potem trzeci. Było ich więcej, ale w pewnym momencie przestaje się je widzieć. Patrzy się na nie, ale się nie widzi. Bo jak się widzi, to wtedy boli, fizycznie boli. Nie wykarmię wszystkich psów na świecie, nie zabiorę ich ze sobą, nie przygarnę nawet jednego.

A potem więcej kotów. Najpierw rankiem u indianina Josego Cruz Partida, co zaprosił mnie do domu na kawę, potem w domu Mary, Emily, Nicolle. Te wszystkie śliczne domy, w których jestem zaledwie przygodnym cieniem, te kolorowe ściany wypełnione kotami i zapachami, od których kręci mi się w głowie. Ci ludzie, przecież obcy, a jednak tak niezmiernie gościnni, ciepli i serdeczni. Jak tu się nie uśmiechać, kiedy się człowiek pośród nich unosi i jak nie smucić, kiedy się od nich odchodzi.

I ciągle to pytanie, co ja po sobie pozostawiam? Jakie zamieszanie muszę wprowadzać w te ich uporządkowane zazwyczaj życia, kiedy mówię, że mam niewiele więcej, niż rower, sakwy i parę ciuchów, kiedy opowiadam o wolnym czasie, o wietrze i niebieskim niebie, kiedy podczas prezentacji stwierdzam, że mój czas w zasadzie się zatrzymał i wydaje mi się, że wcale nie byłem tutaj ponad trzy lata temu, tylko zaledwie przedwczoraj i że wszystko to, co wtedy było we mnie, pozostało niezmienione, jednakie, równie przestrzenne, jak te wypełnione przedmiotami kolorowe domy, do których za moment wszyscy powrócą, a w nich czeka już stęskniony pies, można go pogłaskać i przytulić, a potem wyjść na spacer, pobiegać wspólnie pod rozgwieżdżonym niebem, potarzać się w trawie, czy na piasku, pościgać, kto pierwszy wróci. Kto pierwszy do drzwi dobiegnie. Wejdzie zdyszany do domu. Choć dom to przecież po obu stronach drzwi może być.

skauci

Jest gorąco. Czterdzieści cztery stopnie w cieniu. Tydzień temu w Phoenix było pięćdziesiąt. Pięćdziesiąt stopni Celsjusza. Przez kilka dni temperatura w dzień nie spadała poniżej czterdziestu ośmiu stopni. W nocy ochładzało się do trzydziestu trzech. Pedałowanie w takiej temperaturze przypomina trochę jazdę na dużej wysokości. Nie można się rozpędzić, bo ciało momentalnie jakby się napina, puchnie, puls przyspiesza, serce wali jak szalone i trzeba zwolnić, bo inaczej odnosi się wrażenie, że cała cielesna powłoka za moment wybuchnie i rozpadnie się jak mydlana bańka.

ciepło

Ale jestem w Stanach. Klimatyzowane maki zastąpiły samotnie stojące, zielone plastykowe wygódki, w których mogłem przeczekać najgorętsze godziny na meksykańskiej pustyni. Nic się nie zmieniło. Siedzę przy tym samym stoliku co trzy lata temu, wypatrując przez okno tego samego mężczyzny, w którego czapce dojechałem do Patagonii. Może spotkam go dziś na pustyni?

Zaraz ruszam, nad drogą latają żurawie. Przyleciały za mną i czekają. Ktoś powie, że tutaj nie ma żurawi? Jak to nie ma, skoro są, przecież je widzę. Nawet nie muszę za bardzo w niebo się wpatrywać. Właściwie w ogóle nie muszę nigdzie patrzeć. Czuję je, jak unoszą się nad drogą, kołują nad moją głową. Lecimy na północ. Znów mam skrzydła, jest mi dobrze, może i Tobie również, przecież nie może być inaczej. Tyle ciepła wokół, tyle spojrzeń w sobie, tyle mnie gdzieś po drodze, i „tyle jeszcze minut do końca, tyle dnia przed nami, i tyle jeszcze światła przed zimą”.

3 myśli nt. „Lecieli żurauli

  1. Piotrze,
    od ok 3 lat podróżuję razem z Tobą (niby wirtualnie, ale kto wie czy w ciężkich godzinach to nie ja ciążyłem w sakwach 🙂 )
    Nie jestem w stanie opisać jak się cieszę że zajechaliśmy tak daleko, że spotkaliśmy tyle kotków, piesków i ludzi…
    Bardzo Ci dziękuję !!

  2. Wspaniały wpis, lubię czytać coś, co posiada drugi, głębszy sens 🙂 Fotografie jak zwykle zachwycające, jest na co popatrzeć. A temperatura.. cóż, dość wysoka, nie wiem czy wytrzymałbym w takim klimacie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *