Oderwać się od ziemi

Christian Asuh

„Aż do nastania nocy towarzyszy mi uczucie, że żyję życiem podobnym do życia tych ulic. Za dnia są pełne wrzawy, która nic nie znaczy; nocą wypełnia je brak wrzawy, która nic nie znaczy. Ja zaś za dnia jestem niczym, nocą zaś jestem sobą.” F. Pessoa

Lubię noc, zawsze lubiłem, od dziecka. Może dlatego, bo mniej mnie było widać, a może dlatego, bo jednocześnie sam mniej widziałem z rzeczy, których nie chciałem oglądać. I ten spokój i stopniowe zanikanie przedmiotów, ubywanie kształtów, konturów, wyraźnych granic, z jednoczesnym zagęszczaniem materii, wyostrzaniem uśpionych w ciągu dnia zmysłów, skupianie uwagi na pojedynczym dźwięku, błysku światła, na jednej, zazwyczaj zupełnie nieistotnej myśli, ale rozrastającej się w ciemnościach do monstrualnie niepokojących rozmiarów i pędzącej na oślep wśród przytłaczających obrazów w szalonym toku mimowolnych skojarzeń.

Nie mogę ostatnio spać, zasypiam bardzo późno, nagle wyrywany z płytkiego snu przez stanowczo zbyt wcześnie i zbyt gwałtownie rozbudzone miasto. Za dużo myśli w tej ciszy, której nie zakłócają żadne kocie pomruki. Nawet koguty piać przestały. Ta cisza w nocy ma w sobie coś z oczekiwania. Może na deszcz, który chwilami wydaje mi się, że pada, choć z nieba nie kapnęła ani jedna kropla. „Duchowa noc to jednak nie tylko śmierć i rozkład. To także obietnica nowego poranka”.

Sypiam pod dachem, inaczej na razie nie bardzo mogę. Wróciło zapalenie zatok i ciągnie się od ponad miesiąca. Łyknąłem dwa antybiotyki, poleżałem trochę w Guadalajara, potem w Mazatlan. W końcu ruszyłem i jadę, a raczej toczę się jak żółw, bo wolna, nieskrępowana i co najważniejsze – uśmiechnięta jazda ciągle zdaje się czekać gdzieś za kolejnym zakrętem.

Mam szczęście do ludzi – goszczą mnie często i wylewnie, ale chcąc nie chcąc, muszę czasem zatrzymać się w jakimś hostelu. Jadę więc od czystego pokoju z oknem, do dusznej nory z wymrożonym od klimatyzacji wnętrzem i powoli sunę ku kolejnemu przeznaczeniu. Proszę Państwa, bardzo możliwe, że ta wycieczka zakończy się nieco wcześniej, niż przypuszczałem. Zapewne duchy (choć od dawna już wydają mi się nieobecne) mają w tym jakiś ukryty cel, ale ja go na razie dostrzec nie potrafię.

Tak, wiem, że powtarzam już to, co się przecież wydarzyło, że w pewnym sensie było to nawet moim zamierzeniem – Uroboros, przejechać to samo, przeżyć to samo, zobaczyć, doświadczyć, odczuć i wrócić do punktu, z którego zacząłem. Wędrówka przecież jest anamnezą. Zapętlić wszystko, oszukać przeznaczenie, a jeśli będzie trzeba – nawet zmienić nieco koniec, czy też powinienem napisać – początek.

Cała ta droga być może właśnie się kończy, może nawet należałoby ją zakończyć samemu, przecież kiedyś i tak będzie trzeba, więc nie lepiej zrobić to teraz? Przecież nikt nie powiedział, że cokolwiek muszę. Ja sam zresztą niczego nie mówiłem. Zamiast dojechać tam, mogę dojechać tu. Nawet Passacaglia rozwijająca się „niespiesznie z czterech dźwięków, zamyślona, zaświatowa, osobna, zrodzona z jakiegoś studziennego bezczasu” kiedyś się kończy. Na jednym dźwięku.

Nie da się zatrzymać życia. Nie można cofnąć czasu. Trzeba żyć. Nawet jak śnić, to tu i teraz być. A ja uparcie wbrew wszystkiemu usiłuję gdzieś odlecieć. A przecież i tak my wszyscy „u końca tej podróży, wraz z ostatnimi dźwiękami Passacaglii, zupełnie oderwiemy się od ziemi”.

A jednak korci mnie, aby sprawdzić i zobaczyć, czy nie uda oderwać się wcześniej. Odlecieć przed końcem drogi, aby silniej poczuć, aby lepiej widzieć, aby mocniej być. Oczywiście, że tam, przecież od dziecka mieszkam we śnie. Dobranoc.

8 myśli nt. „Oderwać się od ziemi

  1. Piotr, jak coś to wracaj do Polski. Pójdziemy na kawę, albo skoczymy np. poleżeć na kamieniach w np. Makarskiej. Banalnie. Jak zwyczajni, najzwyczajniejsi ludzie. Tak tez jest fajnie. Niczego i nikogo nie gonić, nie ścigać się z sobą i swoimi myślami, marzeniami, z czasem…. . Trzymaj się dobrze. Dorota

  2. Czasem w nostalgii i smutku jest ukojenie, wtedy nocne „światło” najwyraźniej pokazuje nasze cienie, ale też zanurza w ciemności sprawy, które wydawały się ważne, a w spokoju i ciszy tracą kształt. Trochę jakby w przestrzeni środka człowieka tliła się tęsknota nie wiadomo do końca za czym… Być może wolność to też pozwolenie sobie na nie szukanie odpowiedzi.

  3. Może za dużo od siebie wymagasz? Czasami człowiekowi potrzeba nieco więcej dystansu do siebie i do całego świata. Odpocznij od tego wszystkiego, znajdź odrobinę szczęścia i wróć ze zdwojoną siłą. 🙂

  4. Piotruś! Podróżuję, przemieszczam się z Tobą duchowo od paru lat poprzez Twoje wpisy tutaj, książki, choć nigdy nie miałam okazji Cię spotkać, zobaczyć, poznać osobiście. Istnienie takich osób jak Ty z bardzo wrażliwym wnętrzem pozwala mi czasem przetrwać i uspokoić, że nie jestem sama, odosobniona tutaj, na ziemi.

    Taką duchową łączność odczuwam w zasadzie tylko z niektórymi osobami poprzez ich twórczość: artystyczną, pisarską, niestety praktycznie nie mam takich osób w życiu rzeczywistym, ‚realnym’.

    Dzięki Tobie, mam możliwość dotrzeć do różnych twórców, którzy są Tobie bliscy, których myśli oraz muzykę często przywołujesz i które niejednokrotnie przynoszą ważne refleksje, otwierają coś w mojej głowie.
    Dziękuję!

  5. Piotr. Dawne już, ale skojarzyło mi się uporczywie z Twoim i muszę.
    M.

    Cisza
    Demon Południa siadł Ci na ramieniu,
    Szepce do ucha: to by było tyle,
    To już jest szczyt, wierzchołek, innego nie będzie.
    W przeważającej większości dookoła nic,
    A pod nogami szare, szare skały.

    Tobie też kiedyś pomagały zasnąć baśnie i legendy
    Pełne nadziei i światła, o tych, co przed nami,
    O horyzontach bez kresu i szaleństwie barw.
    I nikt nas nie uprzedził, że na górze czasem tylko mgła.

    A jeśli widać z wysoka kwitnące ogrody,
    To zawsze cudze i bardzo odległe.

    Podnosi skrzydła Demon i zasłania światło.
    Jest w tym geście współczucie próba pocieszenia,
    Odwrócenia uwagi, nie patrz, synku, nie patrz.
    Zamknij oczy, nie zerkaj w tamtą stronę,
    Gdzie tylko to, co jest,
    Jak jest.
    Twarde fakty gorsze niż psychodeliczne sny czarnych aniołów,
    Bo bez wątpienia są.

    Tu na górze
    Nie ma schronienia przed słońcem deszczem i przed sobą.
    Zielona trawa, co uparta odrasta nadzieją,
    Pozostała w dolinach i brodzą w niej dzieci.

    Uparte trwanie na szczycie także jest więzieniem

    Nieważne, co zrobimy, odejdziemy
    Ważne, że jesteśmy.
    Nasze istnienie w czasie,
    Nasze: „Oto jestem”
    Z gardła wydarte wbrew sobie, przytrzymane zębami
    I przeklinane przez nas tyle razy.

    Jasne i święte jest, dobre i prawdziwe

    Bez pojedynczych pszczół i mrówek niemożliwa jest przyszłość
    Roju, miasta, mrowiska.
    Tylko tyle. Aż tyle.

    Wystarczy.

    Nieważne, czy otworzysz oczy szeroko, by zrozumieć
    Miłości Twego życia: miejsca, czynności, osoby.
    Czy też prześlizgniesz się między nimi ślepo, po omacku,
    Wybierając na chybił trafił i nie myśląc nic.
    Nieważne, czy przebiegniesz życie, czy przesiedzisz
    Z głową w dłoniach, pod mostem, na fotelu prezesa,
    W kabinie motorniczego, w komórce pod schodami.
    Odejdziesz. To fakt. Niezaprzeczalny, równy, sprawiedliwy.

    Nienawiści i złości nie podsycisz na wieczność.
    Miłości i prawdy również nie ocalisz.

    Ale nie zatrzesz śladów po sobie tak zupełnie.
    Sił, które nieraz bezwiednie puszczasz w ruch
    Pomysłów, haseł, inspiracji, wpływu.
    Przekazana pałeczka w sztafecie
    Biegną dalej
    Poza zasięgiem już
    I nie odbierzesz

    Próbuję wytrwać przed lustrem które czasem razi,
    Podsuwa czarne myśli,
    Białe włosy,
    Sińce pod oczami.

    Tyle mamy kolorów, ile w końcu sami
    Pozwolimy nam w sobie zobaczyć nawzajem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *