Sleep inside

vida eterna

„Cieszę się, że nie będę żył za sto lat. Zaręczam Ci, że to zupełnie nie będzie dla nas. My jesteśmy jeszcze bardzo dziewiętnastowieczni. To się kończy. Jeszcze trochę, a pokolenie zapomni o możliwości takiej mentalności jak nasza. Takiego istnienia. Ale może tam zostawimy jakiś ślad, obojętne kto, Ty czy kto inny. Może zostanie żywego coś, czego dziś nie znamy. Może właśnie jakieś westchnienie, które obudzi w innym niż nasz tłumie życie inne niż to, które zapanuje. I odezwie się coś, czego myśmy nie potrafili sprowadzić na ziemię. Sny.” Zygmunt Mycielski

Jestem już w Meksyku, trzynastym kraju na trasie obecnej wędrówki, ale cofnijmy się nieco w czasie i przestrzeni i powróćmy do Panamy – „kraju naszych marzeń,  gdzie wszystko jest inne i o wiele większe”, jak określił ten fragment ziemi Miś, jeden z bohaterów historyjki Janosza pt. „Ach, jak cudowna jest Panama”. Mnie, pewnie już do końca życia kraj ten będzie się kojarzyć z archipelagiem wysp Bocas del Toro i osobą polskiego księdza Józka (http://www.misjapanama.pl), gdzie kilkanaście miesięcy wcześniej pisałem kolejne rozdziały książki „Sen Powrotu”.

jozek biskup i piotr

Tym razem na Bocas spędziłem zaledwie parę dni. Kilka dni odpoczynku w bezpiecznym i życzliwym środowisku, pełnym dobrego jedzenia, ciepłych słów i do tego na rajskiej wyspie, otoczonej spokojnym morzem – czegóż więcej można oczekiwać do pełni szczęścia? Niemniej jednak, podobnie jak poprzednim razem, tak i teraz nie mogłem pozbyć się wrażenia pewnej niekomplementarności. Nie piszę tutaj oczywiście o samej rezydencji biskupa, w którego domu mieszkałem wraz z księdzem Józkiem, ale o samej wyspie i miasteczku. Nie mogłem przestać odczuwać nieokreślonego niedopasowania, braku harmonii pomiędzy tym, co było we mnie a pomiędzy całą dookolną, dostrzegalą i jednocześnie, chcąc nie chcąc, zbyt intensywnie doznawaną mnogością różnorakich, fizycznych bodźców. Na tę wyspę nie powinno się przyjeżdżać z własną samotnością. Nawet, jeśli z zakamarków ciągle wynurzają się rude koty, aby ją złagodzić.

la gata

A potem kolejne kraje. Pomimo nieprawdopodobnie rozwiniętych możliwości komunikacyjnych (niemalże wszyscy spotykani przeze mnie ludzie, nawet w najbardziej „zapadłych” wioskach używają smartfonów, nie mówiąc już o wystających z najróżniejszych, rachitycznych konstrukcji antenach satelitarnych) to na poziomie poznawczym nic się nie zmieniło a może nawet jest jeszcze gorzej, niż przed rozpowszechnieniem telewizji i internetu.

W każdym kraju ostrzegają mnie przed następnym. W Peru radzili nie wjeżdżać do Kolumbii, w Kolumbii ostrzegali przed Panamą, w Panamie przed Kostaryką, że przemytnicy, że policja skorumpowana, że gangi grasują, że młodzież napada, w Kostaryce napędzali strachu, opowiadając o „niezmiernie niebezpiecznej” Nikaragui, w Nikaragui łapali się za głowę, jak mówiłem, że jadę do Hondurasu i Salwadoru, w Salwadorze straszyli Gwatemalą, a Gwatemalczycy żegnali mnie znakiem krzyża, kiedy dowiadywali się, że jadę do Meksyku.

Jadę i jadę, w otoczeniu duchów i Jezusów, zatrzymując się czasem zdziwiony przed takimi kuriozami jak: sprzedaż opon „Święty Jan Paweł II”, sklep mięsny „Jezus Maria”, obuwniczy „Któż jak Bóg”, kawiarnia „Święte Serce Jezusa”, jadę wśród tych ostentacyjnych emblematów domniemanej, choć mocno wątpliwej religijności, jadę ciągle upominany, ostrzegany a spotykani ludzie niezmiennie są dobrzy. Czy mnie to dziwi? Nie, w ogóle mnie to nie dziwi.

Może to tylko odwzajemnianie uśmiechów jakimi wszystkich witam, może to tylko chwilowe przysłonięcie ich prawdziwego, straszliwego i podłego charakteru, którego jednakże ani nie widzę, ani nie odczuwam. Jadę w lejącym się z nieba żarze, w ogłuszającym hałasie, brudzie, silnym wietrze, pedałuję po często pozbawionych pobocza drogach, pełnych niespodzianek w postaci nie zawsze wyraźnie oznaczonych „hopków” (reduktorów) albo dziur, w których schowałaby się połowa mojego roweru, śpię w rowach, rozbijam namiot gdzie popadnie, jadę przez podobno jedne z najbardziej niebezpiecznych krajów świata, ale ze strony ludzi nic złego mi się nie przytrafia.

Odkąd wyjechałem z Panamy nie doświadczyłem ani agresji, czy choćby namiastki niechęci, nie usłyszałem ani jednego złego słowa. Wręcz przeciwnie. Ciągle jestem czymś obdarowywany. Najczęściej jedzeniem: owocem („Co? Chcesz tylko jednego arbuza? A to masz tutaj dwa, smacznego”), jakimś lokalnym specjałem do spróbowania (wciąż pamiętam smak przepysznych salwadorskich pupus, podawanych z całym słoikiem surówki z kapusty), czy kostką paneli (bryłą nieoczyszczonego cukru trzcinowego, o której nie raz już pisywałem).

Okazało się, że panela to nie tylko nieodłączny składnik kuchni kolumbijskiej, ale można ją kupić w zasadzie w całej Ameryce Łacińskiej, łącznie z Meksykiem, gdzie znana jest pod nazwą piloncillo, albo panocha. Sam proces jej przygotowania, przynajmniej w teorii, wydaje się bardzo prosty. Wyciśnięty sok z trzciny gotuje się przez kilka godzin do momentu, kiedy uzyska on konsystencję miodu, po czym gęsty płyn wylewa się do odpowiednich form i czeka aż cukier zastygnie i zamieni się w twardą bryłę. Choć dzisiaj produkcja paneli staje się w coraz większym stopniu procesem przemysłowym i można ją zakupić w każdym supermarkecie, to nadal wiele osób zajmuje się jej wytwarzaniem w warunkach domowych.

 

A Meksyk? Jest. Pełen kotów, jakżeby inaczej. Nawet jeśli z pozoru nie tych samych, to wystarczy spojrzeć im głębiej w oczy, aby przez odsłonięte na moment szczeliny dostrzec to, co na co dzień skrywa się przed nami pod cienką warstewką świadomości czasu i przestrzeni.

Do miasteczka, w którym mieszka Rigoberto dojechałem niemalże w samo południe. Bramę, przez którą chciała uciec mała ruda kotka rozpoznałem w zasadzie od razu. I podwórko, na którym stał mój namiot. I cały dom, w którym w zasadzie wszystko się zaczęło. W którym rozpoczął się sen. Sen powrotu. Choć ciągle niedokończony, niedośniony, kiedyś tam zamarzony, a potem przeżywany, przebywany, przekształcany, to jednocześnie zupełnie już przecież zaśniony, rozmyty, zapomniany.

Bo nie ma już rudej la gata. Nie było jej nawet wtedy, kiedy pisałem poprzednią książkę; ba, nie było jej już w tym śnie dwa tygodnie po mojej wizycie w domu Rigoberto. La gatę, małą rudą kotkę, „która rozkosznie pomrukiwała na ramieniu, prężąc przy tym chude ciałko i wpijając małe pazurki w moją i tak już lekko podrapną skórę” zagryzł pies. Może chciał się tylko pobawić, może wcale nie chciał jej skrzywdzić, a że miał wielką szczękę, jak to pit bull, to pacnął raz i już.

rigoberto

Rigoberto mnie poznał. Chciał, żebym został dłużej, ale jakoś nie byłem w nastroju. Posiedziałem z nim przy stole, posłuchałem opowieści o tym, jak prąd go kopnął w łazience, o nastoletnich ciążach bezobiawowych, o maści dobrej na wszystko, przytaknąłem, że szkoda, że on nie może pojechać ze mną w drogę, ale jak wygra w totolotka, to przyjedzie do Polski, zjadłem trochę owoców, popatrzyłem na te same meble, sprzęty, obrazy, które pamiętałem sprzed trzech niemalże lat aż w końcu przygnieciony całym nadmiarem wspomnień wstałem z krzesła, podziękowałem za wszystko i ruszyłem dalej, cicho, spokojnie, na północ, „w ciche dni improwizacji”, po nagiej drodze, na której pousychały wszelkie dawne namiętności. Zostało nagie życie.

„Ale jaki jest sens tej nagości? Olbrzymia niewiedza ogarnia Cię w tej ciszy, potężna i kołysząca. Ale jednak cisza i wypoczynek są tutaj. Są istotne. Jak przeczucia wiecznej ciszy, wiecznego wypoczynku i wiecznej nieświadomości.” Jarosław Iwaszkiewcz „Dzienniki 1956-1963”

4 myśli nt. „Sleep inside

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *