Sonnerie de Sainte Geneviève

guatemala antigua (6)

„Jaka sztuka jest sztuką całkiem? Jaka sztuka jest pierwotna, przedjęzykowa? Jaka sztuka rozdziera się na powierzchni, krwawi i sama się przenika, przenika ciała poszczególne i sztuczne skóry zbiorowych upiorów niczym papierowe konwencje? To muzyka.” Pascal Quignard

Przychodzi codziennie, mniej więcej o tej samej porze, by przez kilka godzin stać pośrodku niewielkiego, zgęstniałego od nadmiaru życia placu. Pośród roznoszących się zewsząd zapachów, wśród wznoszonych w niemiłosiernie rozgrzanym powietrzu wrzasków i nawoływań, na tle przenikających się cieni tych, co biegają tu i tam, nie wiedząc gdzie i po co – stoi nieporadnie, w dziwacznym rozkroku, obwieszony kilkunastoma plecakami, z których jeden, największy, co chwilę zsuwa mu się z barków i opada na ziemię. Zarzuca go z powrotem, po czym przestępując z nogi na nogę ponownie zastyga na dwie, może trzy minuty i czeka.

Nic nie mówi, nie zaprasza, nie demonstruje, nikogo nie zagaduje – stoi i błądzi wzrokiem po przechodzących niemalże po nim sylwetkach. Nikt się nie zatrzymuje, nikt nie zwalnia, o nic nie zapyta, nikomu niepotrzebne te zbyt wielkie, zbyt jaskrawoczerwone, dosyć cudaczne, w zasadzie niemodne i niepraktyczne już plecaki, na które i tak większości przechodzących osób najzwyczajniej w świecie nie stać, a gdyby nawet, to za taki plecak można by przecież kupić stojącą nieopodal taczkę fasoli, albo plastykowe krzesło, albo worek ryżu, nie mówiąc już o całej masie innych przydatnych drobiazgów, roznoszoych na przepoconych ramieniach, plecach, brzuchach i barkach rozochoconych przedpołudniowym rozgardiaszem handlarzy, z całym ich nadmiarem wyćwiczonych i roztańczonych desperackim tańcem gestów.

Czasem do mężczyzny podchodzi mała dziewczynka. Biega na bosaka i bawi się wystającymi z plecaków paskami i sznurkami. Ugina się rozhuśtana pociągnięciami dziecka przygarbiona postać, przechyla niby smagana wiatrem, aż w końcu duży plecak zsuwa się na ziemię i słychać donośny, karcący głos mężczyzny. Dziewczynka nieruchomieje, zapina dłonie za plecami i wypinając lekko wydęty brzuszek, zadziera głowę i patrzy. Coś mówi, ale jej słowa giną w bazarowym zgiełku. Po chwili dziecko odchodzi, a mężczyzna na nowo przyjmuje swoją spowitą nieokreślonością i milczeniem pozę.

W tym jego niczym niezmąconym trwaniu jest coś nieodwracalnego, jakaś konieczność, która wymyka się racjonalności, nieubłagalność losu, kres. W jego postaci nie ma niczego co zdradzałoby zniecierpliwienie, zmęczenie, rezygnację, choćby odrobionę smutku, nic. Tkwi sam w oku ciszy pośrodku rozlewającego się zewsząd hałasu, jak niezgrabna pacynka, z której ktoś poucinał sznurki, fragment od dawna zakończonego przedstawienia, niemy krzyk tych, co inaczej nie potrafią, ale i tak próbują, tyle, że do tego tańca żadna muzyka nie przygrywa, nie słychać żałobnych pieśni, nie maszerują barwne orszaki, wszystko tonie w morzu obojętności.

Cisza i wrzask, światło i ciemność, inercja i ruch. W tych krajach nie ma półtonów. Jak jest brudno – to jak na wysypisku śmieci, jak czysto – to prawie sterylnie i nawet ja muszę założyć świeżą koszulkę, żeby dostąpić zaszczytu wejścia na teren centrum handlowego. Jak jest biednie, to aż ściska w środku, jak bogato – to prawdziwie po pańsku, z przepychem, wytwornie i z rozmachem.

A w tej całej intensywności doznań, w tej pozbawionej półtonów rozpiętości odczuć i wrażeń, w tym zmieniającym się barwnym kalejdoskopie postaci i krajobrazów – często wydaje mi się, że się nie poruszam, że stoję obładowany sam nie wiem czym, że próbuję coś sprzedać, albo coś ofiarować tym, co pewnie i tak niczego nie potrzebują, że stoję sam nieruchomo w oku ciszy albo, jak pisał Noteboom – w oku cyklonu.

gato (1)

I że tego wszystkiego, czego doświadczyłem nie było, a nawet jeśli kiedyś naprawdę się wydarzyło, to już i tak od dawna tego nie ma, podobnie jak nie ma rudej salwadorskiej kotki, co ją jechałem zobaczyć, ale nie zdążyłem, bo miesiąc temu rozjechał ją samochód. I nie ma ani kotki ani Oskara, z którego żartów znów chciałem się pośmiać do rozkupu, ale też nie zdążyłem. Przyjechałem dzień po pogrzebie. Nie wiedziałem, nie było znaków ostrzegawczych, nie było przejścia, żadnych półtonów – był piękny, słoneczny dzień, uśmiech na twarzy, ciepły wiatr pchał mnie na zachód, a wieczorem smutek i żal.

Rodzina mnie poznała, nawet Rafinerię pamiętali. Rozstawiłem namiot w tym samym miejscu co przed trzema laty. Dzieci podrosły, ktoś przygarnął nowego kotka, wdrapał mi się na kolana, zjadłem z nim trochę ryżu, nawet nie zauważyłem, kiedy zasnął. Wziąłem go do namiotu, zrobiłem wygodne posłanie. Kotek spał, pomrukiwał i ufnie wyciągał pazurki. Rankiem koguty piały jak nawiedzone.

Ruszyłem dalej, po południu lunął deszcz. Jechałem w palącym słońcu i nagle zaczęło lać; zachłannie, łapczywie i chwilę potem – równie nagle pojawiło się słońce, bez zapowiedzi, bez chociaż jednego, najłagodniejszego półtonu.

lluvia

Wielki Tydzień w Gwatemali. Z pompą, mocno, głośno, namacalnie, z wyszukanym gestem. Wielki Tydzień wcale nie taki smutny, daleki od refleksji, silnie roztańczony w dziwnym, święto-obrazoburczym tańcu, do którego przygrywa odnaleziona nagle orkiestra.

desfile

Pośród upstrzonych kwietnymi dywanami ulic rozbrzmiewają kyrieelejsony, na barkach curochos krążą figury świętych, a wśród nich przeciskają się handlarze. Największy popyt na okulary przeciwsłoneczne i kapelusze. Z ogromnymi różańcami i drewnianymi krzyżami wygrywa wszystko – dmuchane baloniki, wata cukrowa, statywy do selfi, lody, nawet zwykłe hamburgery.

W końcu jest lato i są wakacje, zresztą większość spacerowiczów nie wygląda, jakby przyjechała tutaj w poszukiwaniu duchowych uniesień. Procesja przechodzi, kwiaty zdeptane, a to, co jeszcze zostało na drodze za moment sprzątną zastępy sunących za procesją zamiataczy. Przeszli. Można strzelić kolejne slefi, wrócić do stolika i otworzyć następną puszkę piwa. Powracają śmiechy, które na dobrą sprawę, w ogóle nie umilkły, zastygły jedynie na moment, zasnute dymem z kadzideł, którego zapach wciąż unosi się nad brukowanymi ulicami.kadzidlo

Nadchodzi noc, biją dzwony. Robi się chłodniej, w przerzedzonej przestrzeni dźwięki nabierają intensywności. Ulicami ciągną korowody wiernych. Migoczą płomienie świec, pomarańczowieją twarze, cały świat wokół się porusza. Wypełniający ulicę pochód unosi się nad ziemią w fantasmagorycznym tańcu, pęcznieje i rozlewa się pełzającymi po ścianach smugami cieni. „W płomieniu przestrzeń się porusza, czas się szamocze. Wszystko drga, kiedy drga światło”. Pobłyskują postacie, potęgują półtony, cisza współgra z gromkim dżwiękiem. Huczą trąby, dudnią bębny, biją dzwony.

„Muzyka szybuje swobodnie w napowietrznym tańcu. Jak gdydy pozbawiona ziemskich ciężarów, eteryczna, podlegała tylko prawom przez siebie ustanowionym. Wyjmuje nas z czasu, oddając na dłuższą chwilę iluzji trwania. (…) Wyjątkowo  przejmująco potrafi ona wyrazić odczucie zanikania, ubywania (…) To muzyka opuszczenia i straty, niewysłowionego bólu i tęsknoty Ale i – finalnie – światła nadziei.” Kwintesencje. Pasaże barokowe” Dariusz Czaja

6 myśli nt. „Sonnerie de Sainte Geneviève

  1. W święto Wielkiej Nocy, przy dobrej kawie i muzyce, czytam Ciebie. Mistrzu.
    Piotrze w dzień Ten świąteczny na dni Twoje kolejne życzę Zdrowia, Wiary, Siły, Nadziei, Miłości i dobrej pogody.
    Pozdrawiam Serdecznie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *