Placek ze śliwkami

„Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich coś zupełnie innego, niż to, po co się pojechało” Nicolas Bouvier

Jestem w Las Vegas. Odpoczywam. Właściwie to już odpocząłem i teraz chętnie pojechałbym dalej. Do Meksyku, albo i jeszcze dalej. Ale nie jadę dalej. Wracam do domu.

Tak, niestety, przegrałem wszystkie pieniądze w kasynie i nie mam za co kontynuować podróży. Nie, Rafinerii nie zastawiłem. Niektórzy się ucieszą, dla niektórych będzie świąteczny antyprezent.

W związku z zakończeniem tułaczki, chciałbym bardzo, bardzo mocno podziękować wszystkim za trzymanie kciuków i wydmuchiwanie dobrych wiatrów i ciepłe wpisy i dobre słowa. Bardzo, bardzo dziękuję.

Mam nadzieję, że to nie ostatnia moja rowerowa podróż i że wkrótce będziemy kontynuować, bo inaczej się po prostu nie da. Sukcesywnie postaram się rozbudować stronę i dodać zdjęcia i opisy z poprzednich podróży.

Meksyk nie ucieknie, Meksyk teraz będzie w Polsce. Zaczynam nową podróż, mniej rowerową, nie mniej hardkorową, ale sam nie wiem, jak ją nazwać, może życiową?

Z czym wracam? Z niewielkim bagażem wspomnień, paroma zdjęciami, wielką tęsknotą. Przejechałem sześć i pół tysiąca kilometrów, w międzyczasie poznałem kilka wspaniałych osób, w sumie znów niczego specjalnego nie odkryłem, zjebałem się tylko, pewnie niepotrzebnie. Właściwie, po co to wszystko?

Jestem zdrowy, czuję się dobrze, wracam do bliskich, za chwilę wtulę się w ciepłe ramiona i cała reszta przestanie mieć już większe znaczenie. No, może poza plackiem ze śliwkami.

Nunu, dziękuję, że zaczekałaś.

Na koniec, zamiast poranka, zamieszczam parkowy wieczór.

Pozdrawiamy z Rafinerią i Bicykletą i Żabą i Woolfim i Delfinem i Muminkami i innymi bezimiennymi stworami, które spotkaliśmy po drodze. Do przeczytania.

Dolina Śmierci

Kiedy umieramy, wiatr w ten dzień przychodzi, żeby nas stąd wymieść, zatrzeć ślady naszych stóp. Wiatr wzbija kurzawę i nią zasypuje ślady, które były, gdzieżeśmy chodzili, bo inaczej byłoby tak, jak gdybyśmy dalej wciąż jeszcze żyli. (Śpiew Buszmenów o śmierci) Kapuściński, Lapidaria.

Nie zostawiać śladów, może rzeczywiście tak lepiej? Deleted. Niczego nie było, nic się nie zdarzyło, wszystko się tylko przyśniło, albo wyobraziło.

Zajechałem do Doliny Śmierci. Kilka kilometrów przed parkiem spotkałem Weterana, cały w drgawkach, a wcale a wcale zimno nie było.  Mówię, że jadę do doliny.

- Uważaj, Oni jedzą ludzi – mówi Weteran. – Nie lubią zwierząt, lubią ludzi – dodaje.

- Jacy oni? – pytam zdziwiony.

- Oni – powtarza, przeciągając głoski. – Uważaj na nich. Nie zobaczysz ich, ale poczujesz.

Twarz Weterana dygotała, ale mówił zupełnie przytomnie i naprawdę, wydawało się, że wierzy w to, co mówi. Jakoś tak zrobiło się nieprzyjemnie i nie miałem ochoty dłużej z nim rozmawiać. Wszedłem na moment do sklepu kupić puszkę fasoli, kiedy wyszedłem, po Weteranie nie było śladu. Nie jestem zbyt przesądny, ale pomyślałem, że tego dnia nie będę wjeżdżał nocą do parku. Rozbiłem się w ruinach miasteczka, pod uroczą ubikacją. Potem pod górkę z porywistym wiatrem. No i proszę, nie zawsze wieje w ryj. Tylko rankiem jest zabawa ze składaniem namiotu.

W dolinie pięknie, kolorowo, ciepło. W ogóle ziemia jest piękna i życie czasem też. Jadąc, myślałem dużo o odchodzeniu. Że mimo wszystko będzie smutno odchodzić. Kiedy? Nie wiem. Nikt nie wie. Niektórzy wiedzą mniej więcej, nie trzeba jechać na oddział Onkologii, wystarczy odwiedzić najbliższy szpital i zobaczyć, jak tam wygląda świat. Dolina dolinie nierówna.

Czy świat umrze trochę, kiedy ja umrę?, pyta Poświatowska. Gdybym miał odejść dziś, co zostawiłem po sobie? Coś dobrego? Ale w sumie po co cokolwiek zostawiać? Może lepiej nic, jak u Buszmenów, wiatr zatrze ślady, nigdy mnie nie było, komuś tylko się przyśniło, albo wyobraziło. „Ziemi oddać siebie tak bardzo, że już niczym nie zostać i nigdzie”

Nie, nie chcę chwilowo umierać, fajnie byłoby jeszcze trochę pożyć, choć tak naprawdę w skali wszechświata nie ma to absolutnie żadnego znaczenia. Jasne, że miło by było pomyśleć, że coś się tam znaczy, skoro już się tu pojawiło, ale chyba niestety nie znaczy się nic…

Rozbiłem namiot w wąwozie, było przeraźliwie cicho, słyszałem tylko bicie własnego serca. I nagle, kiedy już prawie zasypiałem, zaczęło wiać, ale tak dziwnie, jakby komiksowo, rysunkowo, takie podłużne, pociągłe podmuchy wiatru otulały mój namiot, ściskały, owijały, jakby zaglądały do środka, wyszedłem na zewnątrz, wiatr wiał tylko dokoła mojego namiotu, dziesięć metrów dalej było cicho, bezwietrznie, nie, nie brałem ciasteczka, niczego nie brałem, makaron z makaronem tylko i fasola, może w fasoli coś było, a może gadka Weterana wcale nie do końca idiotyczna, co my wiemy o świecie, niewiele, a co dopiero mówić o zaświatach, a jeśli istnieją, to właśnie hulały dokoła mojego namiotu.

Rankiem dziesięć stopni na plusie, w południe dwadzieścia trzy. Koniec zimy! Nareszcie ciepło! W tym roku zimy już nie będzie. Nunu, pamiętaj, odwołujemy zimę w tym roku, niech idzie w picioru, będzie ciepło i słońce i Ty i ja i żadnych chmur na horyzoncie!

Kończymy weselej, niż zaczęliśmy, zdjęciem z serii wesołe (jeszcze nie nagie) poranki. A teraz jedziemy do Las Vegas pograć w kasynie i zarobić na dalszą podróż.


Pokaż kangari – z Alaski do Meksyku na większej mapie

Feliz Navidad

Nie lubię świąt. Moja mam chyba też nie lubi. Wszechobecny duch świąt coś za mało nas przenika. Nie wiem, co na to moja mama, ale ja myślę, że to dobrze.

Tydzień przed moim przyjazdem do Reno, w centrum miasta odbył się bar crawling, podczas którego masa ludzi przebranych za santa,chodziła od baru do baru i śpiewała kolędy. Takie trick or treat, tylko w wersji dla dorosłych. Maja i Gaja, o dzieciach nie zapominamy, czyli Be a santa for a senior!, po co czekać na mikołaja, skoro samemu można zostać mikołajem i podzielić się prezentami ze starszymi. Wzniosłe, wzniosłe, ale jakoś mnie nie uwzniośla.

Mikołaje są wszędzie. Czasem trudno odróżnić, czy prawdziwy czy sztuczny. Przed każdym sklepem, punktem usługowym, bankiem, pocztą, coraz więcej santas. Jadę przez miasto i robię kasting, który najbardziej pojebany. Poniżej mój faworyt, nazwałem go roboczo Santa Satanas.

http://www.youtube.com/watch?v=u5vY6XGwPBs&context=C3d63f61ADOEgsToPDskJOMcwE956BmQyvjKR6-PXJ

Satanas śpiewał różne rzeczy, nie tylko kolędy, ale i tak spadł na drugie miejsce po tym, jak spotkałem Santa Hula Hop. Jadę sobie przez urocze miasteczko o nazwie Mina i rozglądam się, gdzie tu można zjeść późne drugie śniadanie, aż tu nagle widzę mikołaja, kręcącego Hula Hop. Ciasteczka nie jadłem, ale wyraźnie widzę, że macha do mnie przyjaźnie ręką, chyba żywy, myślę sobie i zatrzymuję się, żeby popatrzeć.

http://www.youtube.com/watch?v=5yyGqMDofp4&context=C3742059ADOEgsToPDskIG1G3ZVw8Vy_BANJOSXEy0

Podchodzę bliżej, chwila rozmowy, pewnie, że chcę u pani zanocować, Laura?, Piotr, mąż miał być gbur, a okazał się fantastycznym człowiekiem, zabrał mnie rano na śniadanie do miejscowego pubu i przedstawił kolegom i koleżankom jako żywy eksponat, trzy ogromne naleśniki ledwo zjadłem, a potem jeszcze zabrali mnie na obiad, kura w sosie jakimś tam, rzeczywiście smaczniejsze od makaronu z makaronem, Laura była na paradzie w Reno, jezioro wyschło, były karpie kiedyś, ale karpi nikt nie jadł, wy karpie na święta jecie?, kiedyś to zimy bywały, śniegu dwie i pół stopy, a teraz nawet cala nie ma, masz szczęście, słyszę po raz kolejny, kolej jest, ale nie dla pasażerów, jak drogi nie było, to pociągi jeździły aż do Vegas, teraz wszyscy mają samochody, ty nie masz?, Laura zaprasza na Burning Mana, w przyszłym roku fertility, to coś dla mnie, myślę sobie, może przyjedziemy z Nunu, może ziemia fertile będzie, a, miałem mamy nie denerwować, Maja i Gaja zostają na samochodzie, wymalowany przez dzieci, Laura przebrana za indiańską księżniczkę, podobno ciężko było dostać bilety w tym roku, wprowadzili loterię, ale Laura pomoże, wesołych świąt, już się przecież nie zobaczymy, kto wie, może i nigdy, ale Gerlach wcale nie tak daleko, wystarczy trochę w głowie przestawić.

Od kilku dni spotykam po drodze tego samego mężczyznę. Nie wiem, jak ma na imię, nie wiem, skąd jest, kim jest, dlaczego robi to, co robi. Właściwie to nie wiem też, co on robi, bo to, co widzę, co jestem w stanie zaobserwować, nie jest jakąś czynnością szczególnie wyróżniającą. Nazwałem go Weteranem. Na wojennego raczej nie wygląda, choć kto wie, ale z pewnością jest weteranem drogi. Ma kolorowy tobołek, w którym są grube koce i mały plecak. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w przydrożnym zajeździe. Wysiadł z dużego Dodge’a i od razu poszedł przetrzepać kosze, szybko i sprawnie, po czym usiadł obok mnie i wciągał upolowaną, niedojedzoną kanapkę. Dużo mówił do siebie, poza fuck, niewiele mogłem zrozumieć, siedziałem na odległość łokcia, uśmiechnąłem się, odwzajemnił uśmiech, nie wiem, czy ja jemu, ale on mnie zdecydowanie rozweselił ciężki dzień.

Następnego dnia spotkaliśmy się w Maku, dotarł przede mną, zobaczyłem go przy stole, jak siedział nad kubkiem kawy i gestykulował z niewidocznym słuchaczem. Sprawiał wrażenie kompletnie pojebanego. Podszedłem i zapytałem, gdzie będzie spał tego dnia. Zupełnie normalnie, powoli, sensownie oznajmił, że idzie do parku weteranów i radził, żebym też tam poszedł, jeśli nie mam gdzie spać.

Plac, nad którym powiewała ogromna flaga Stanów Zjednoczonych, był jednak zbyt oświetlony i jakoś nie miałem ochoty na zwijanie w nocy namiotu w razie jakiejś nieoczekiwanej wizyty… Spałem pod Makiem, dobrze ukryty za jakimiś materiałami budowlanymi, świetne miejsce, rano niedaleko do ubikacji, nie trzeba szukać krzaków i kopać rowów, można umyć ręce i spaloną, spuchniętą twarz, pani w czapce Mikołaja da gorącą wodę do herbaty i dzień od razu robi się znośniejszy.

Miasta, miasta, robię zakupy, ładuję baterie i uciekam, uciekam, jadę na pustynię, jest pięknie, ruch na szosie spory, ale łatwo ignorować, duże, szerokie pobocze, dokoła bunkry, podobno pod ziemią jest magazyn broni nuklearnej, uzbrajane są głowice jądrowe, dziwnie się jakoś jedzie, na wszelki wypadek mocniej naciskam na pedały.

Weterana spotkałem niedaleko za miastem, na drodze numer dziewięćdziesiąt pięć, upamiętniającej weteranów wszystkich wojen sprzed ostatnich stu lat, gdzieś między reklamą Jezusa a podniszczonym burdelem (clean girls, free showers). Szedł raźnym krokiem, rozmawiając z nieobecnym towarzyszem. Nieobecnym dla mnie, anyway. Zatrzymałem się na moment, może poczęstuję czymś do jedzenia? Picie, jedzenie, to może jeszcze i to? Duch świąt chyba omamił mnie, bo zostawiłem prawie wszystkie zapasy. To nic. W brzuchu jeszcze nie strawiony kurczak w sosie jakimś tam, wracam na drogę, jest ciepło, jest dużo dobrych myśli, Nunu piecze placek, spotykam dobrych ludzi, przenika mnie duch świąt, czego chcieć więcej? Feliz Navidad. I może trochę spuchnięty, ale feliz poranek.

 

Świr w siedemdziesięciu trzech procentach

„Błogosławione niech będzie szaleństwo, które w ustawicznej walce pozwala poznać prawdziwy smak życia” Centkiewiczowie.

Podróżowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że czas nie jest linearny, tylko cykliczny. Rzeczy wracają na swoje miejsce. Rankiem znów muszę odmrażać namiot, znów budzą mnie temperatury rzędu minus dziesięciu stopni, wraca grzechotka, a ludzie przestali zapraszać na kawę, a zamiast tego wysyłają na ulicę albo w las.

Zaczęło się za Redding. Tego wieczora miałem bardzo nieprzyjemny nocleg. Coś, albo ktoś, kręciło się dość długo w nocy, wokół rozbitego w lesie namiotu, przez co spałem bardzo średnio i następnego dnia marzyłem już tylko o jakimkolwiek bezpiecznym miejscu do spania.

Za Suzanville, w zapadających ciemnościach, kieruję się do leżących niedaleko zabudowań. Pukam, pytam, dla odmiany zamiast psami, postraszyli mnie strzelbami. Everywhere are guns, don’t try to come back. Osłupiały patrzyłem i słuchałem, jak mężczyna powtarza groźbę, że ze wszystkich stron celują we mnie nabite strzelby. Zmykam na ulicę bardziej zdziwiony, niż wystraszony, bo od czasów bjutyful British Columbia, nikt mnie tak nieprzyjemnie nie potraktował. No nic, miałem pecha, ktoś widocznie miał zły dzień, zdarza się. Jadę do drugich zabudowań. Otwiera bardzo przestraszony łysawy pan z dużym brzuchem. Nic z tego, on nie może pozwolić, bo to nie jego dom, on tylko wynajmuje, za ogrodzeniem też nie mogę, bo jak przyjedzie właściciel, to będzie miał pretensje, a jak mi się coś stanie, to on będzie odpowiadał. Pytam, czy nie mógłby zatem zatelefonować do właściciela i zapytać. Może z moim pytaniem było coś nie tak, albo mój angielski  się mocno uwstecznił, bo mężczyzna wzruszył ramionami, jakby nie zrozumiał. Ok, być może trochę bełkotałem, bo w dziesięciostopniowym mrozie zmarzły mi trochę wargi, ale chyba było aż nazbyt jasne, czego chcę.

Łysawemu panu z brzuszkiem życzę pięknego cellulitu z mózgu i jadę do następnych zabudowań. Światła się świecą, choinka ubrana, przed domem mikołaj, zabawki, są dzieci w domu, jest dobrze. Pukam. Nic. Pukam. Telewizor się zepsuł, bo przestał grać. A może nastąpiła awaria prądu, bo zgasły światła w pokoju. Pewnie mnie obserwują. Prostuję się, coby lepiej wyglądać i pukam raz jeszcze. Cisza. Pukam. Nic. No to się rozbiłem, myślę sobie i, już wiadomo, cellulit tam gdzie trzeba a może i jeszcze gdzie indziej.

Nie myślę, jest za zimno na myślenie, w dziesięciostopniowym mrozie można się zatrzymać tylko po to, aby się od razu przebrać i wskoczyć do śpiwora, inaczej się szybko zamarza. Robię parę podskoków, rozcieram ręce i kolana, wskakuję na rower i jadę dalej. Instynkt przetrwania prowadzi mnie do następnych zabudowań. Tym razem otwiera kobieta, staram się jak najszybciej wytłumaczyć o co chodzi, kiwa głową, zgadza się, ale jeszcze musi zadzwonić do męża i zapytać, mąż się nie zgadza, z mózgu cellulit, kobieta nie pozwala mi jednak zamarznąć, mówi, żebym schował się za garażem i tam rozbił, mąż wróci w nocy i nie zauważy, a ona mu powie, że mnie spławiła, dziękuję, dziękuję, już nawet o makaronie nie myślę, tylko do śpiwora i spać.

Oczywiście, mogłoby być gorzej. Odkąd wyjechałem ze SPA w Portland, czyli od piętnastu dni, nie spadła na mnie ani jedna kropla deszczu. Ludzie straszyli, żebym uciekał przed nadchodzącymi opadami śniegu, przez ostatnie dni pedałowałem więc tyle, ile byłem w stanie. Travelling is not about having a good time, mówi Paul Theroux, ale żeby się aż tak zarzynać… Po co?

Jestem w Reno, w Nevadzie, u poznanych przez internet Mickyego i Joy. Okazuje się, że nie jestem cyborgiem (Nunu twierdzi, że to dobrze, i ja też tak myślę), męczę się, choć uświadomienie sobie tego faktu zajmuje mi trochę więcej czasu, niż powinno, dlatego zatrzymuję się dopiero wtedy, jak nadaję się już tylko pod kroplówkę.

Muszę chwilę odpocząć, zwyczajnie mówiąc, nie mam już siły. W głowie też nie najlepiej. Być może to przez zmęczenie, odległość, bardzo mętne myśli, niespokojne, a więc gdzie zaczyna się obłęd, kto jest świrem? Co to jest obłęd? Podobno jestem przykładem niebinarnego systemu logicznego, w którym jest prawda, fałsz i jeszcze może być część prawdy, czyli jestem jebnięty w siedemdziesięciu trzech procentach.

Pomimo tego, a może dzięki temu, że jestem jebnięty we wszystko jedno ilu procentach, jestem z siebie zadowolony, lubię siebie, z roku na rok, chyba bardziej. Polubić siebie nie takie proste, ale istotne. W końcu, to jedyna osoba, z jaką jesteśmy przez całe życie. Siebie, czyli kogo? Ja-teraz nietożsame z ja sprzed dwóch lat, a co dopiero mówić o dwudziestu… Podważenie podmiotowości człowieka, tożsamość człowieka nietrwała, Ostatnia Taśma Krappa Becketta, dziś to, jutro tamto, to naprawdę byłem ja? A teraz? Co ja tu właściwie robię? Zarzynam się tu w imię czego? Po co? Gdzie mój placek? Czuję zapach, ale jeszcze nie mogę go dotknąć. Co w zamian, co zamiast tego? Coś zrozumiałem? Osiągnąłem?

Cóż to jest osiągnięcie? Tożsamość podmiotu z przedmiotem pożądania. Podmiot umiera po drodze jednak, nie raz przecież, we śnie raczej nie widzę głów, kiedyś widziałem, może to jakis znak, a przecież miało być cyklicznie, ej, co się dzieje, jesteśmy w Stanach, idą Święta, tutaj choinki, stroiki i przebrani Mikołaje już po Święcie Dziękczynienia, dobre sobie, dziękczynienia święto, za co?, za unicestwienie Indian i zabranie im ziemi?, Yes, we are blessed, mówi Levi, pan żul z Maka, kiedy mówię, że wy tu macie wszystko w tych stanach, nie musicie wcale podróżować za granicę, yes, we are blessed, God bless America, Levi służył z Afganistanie, ja pierdolę, kolejny weteran, co się stało, dlaczego tak wygląda, nie wiem, o co zapytać, I can’t live normal life mówi Levi, myślę sobie, to tak jak ja, asceta życiowy, może nawet intelektualny, żona odeszła, miał wyrok, wkrótce po tym, jak wrócił, kogoś pobił, narkotyki, pozwalały nie myśleć, po odsiadce ciężko pracę znaleźć, ale daje radę, w Kalifornii ciepło, mieszka w LA, tutaj kolegę odwiedził, jutro wraca do domu, a Ciebie co tak nosi po świecie? W wojsku byłeś? Niebo, przestrzeń, co mam powiedzieć? Masz kobietę? Mam, odpowiadam, i pokazuję obrączkę z druta. To co ty tu kurwa robisz? Z nią powinieneś siedzieć. Dzieci masz? To wracaj, dzieci robić, póki możesz. Na wojnie jesteś? Placek ze śliwkami już się piecze, mówię mu. Jaki placek? Fuck! Wracaj do domu, dude, póki jest gdzie, wracaj do domu i kochaj swoją kobietę, the voice of experience is talking to you. Cisza zapada, żołnierz zasępił się, odpłynął, znów zacierają mi się głowy, głosy, granice, a jednak fajnie byłoby w coś bezgranicznie wierzyć, Nunu absconditus, jak milczy, to trudniej uwierzyć, ale jest, czuję, jak mi się w głowie wierci, placek piecze, szepce na ucho pokrzepiające słowa, dmucha w plecy, żeby się lepiej jechało i choć alfabet ludzkich myśli nie poznany, jeszcze moment,  a zaraz zrobi się cieplej, słońce przywiozę, przystanę pod tym drzewem, przebiorę się, zjem drugie śniadanie, ale co jest? Drzewo całe pokryte butami, dobrymi butami, przypominam sobie Afrykę, gdzie kobiety zakładały buty przed wejściem do kościoła, a potem ściągały, wychodząc, wracające ze szkoły dzieci biegły za rowerem, trzymając buty pod pachą, żeby nie zniszczyć, drzewo z butami, zrobię zdjęcie, prawie jak drzewo z raju, tyle dobrych par, u Myśliwskiego, chyba w Widnokręgu, matka pół dnia idzie przez pole z synem, szukając zgubionego buta, swoich nie zostawiam, jadę dalej, jeszcze mi but na głowę spadnie, odpocznę pod sklepem, reklama kowboja, ujeżdża konie, uczy jeździć, czy koń jest zadowolony, że ktoś go ujeżdża? Nie wiem, wiem tylko, że z miny konia wiele wyczytać nie mogę, próbowałem kiedyś jeździć konno, ale odczuwałem wyraźny dyskomfort, o wiele pewniej czuję się w towarzystwie psów, a nawet kotów, do których przekonałem się po latach wzajemnej nieufności, wracam na drogę, nowe artefakty, pas do nabojów, zawieszam na słupku, a niedaleko delfin, może to czyjaś Rafineria, też zawieszam, razem z pasem.

W siedemdziesięciu trzech procentach?:) Grześ, niedługo pobiegniemy, Nunu, niedługo zastygniemy, absconditus oboje, niech się wali cały świat, nie odnajdą nigdy nas, tralala, melodię można sobie zguglować, a z Meksyku do Nevady, tam, gdzie żyją koniokrady. Oby tylko nie przerzucili się na rowery… Save a horse, ride a cowboy!

Kończymy tradycyjnie wesołym porankiem i pozdrawiamy z ziiiimnego, ale słonecznego Reno!

Sens życia według włóczykija

Tsunami już mi nie groźne. Wybrzeże zostawiłem na dobre i chyba nieprędko Pacyfik znowu zobaczę, zresztą nie muszę, tęsknił nie będę, wolę góry. Z Arcaty odbiłem na wschód w stronę Reno, myśląc, że będzie trochę spokojniej na drodze, ale jest jeszcze większy ruch, niż na malowniczej stojedynce. Skąd tutaj tyle samochodów? Przecież miejscowości po drodze, jak na lekarstwo. Ciągną sznurem jeden za drugim, osobowe, pikapy, no i wielkie ciężarówki, dla których jestem mięsem na kółkach… Jak jest w miarę płasko, to jeszcze można je znieść, ignorować ich trąbienie, nieprzepisowe wyprzedzanie, nadmierną  prędkość…, najgorzej, jak zacznie się podjazd, a że wjechałem w góry, to podjazdy są konkretne i długie. Pomijając fakt, że jadąc wolno, można znaleźć wiele ciekawych rowerowych akcesoriów, (np. nieprzemakalne buty, albo rękawiczki), to nie wiem czemu, ale jest coś wysoce poniżającego w podjeżdżaniu w tak licznym towarzystwie wyprzedzających i wymijających mnie osób. Naprawdę, dysząc przed kolejnym zakrętem, czuję się, jakbym kopał rów, a nade mną stali obcy ludzie i patrzyli, czy dobrze szpadel wbijam.

Kiedy zlany potem, wpedałowując pakuny i siebie pod górę, łapię czasem baznamiętne spojrzenie kierowców, myślę sobie, co oni sobie myślą. Bo chyba coś myślą. A może nic nie myślą? Nie, fajnie jednak pomyśleć, że coś myślą, że zostawiam jakiś ślad w ich głowie, może na parę godzin, może na cały dzień. Nie, daleki jestem od tego, aby pomyśleć, że mój wysiłek skłoni ich do jakichś refleksji. Kto ma dziś czas na refleksje? Na refleksje nie ma czasu. Życie to nie filozofia. Dom, praca, żona, dzieci, zakupy, gazeta, może piwo z kolesiami, którzy z roku na rok stają się coraz nudniejsi, ale i tak nie przeszkadza to odreagować z nimi jakieś zasiedziałe domowe scysje. No więc żadne refleksje, po prostu myśl. Zamiast na drodze, zostawiam taki śladzik w czyjejś głowie.

I może to jest sensem tego całego jechania? Tylko czy to ma sens? I czy zresztą wszystko musi mieć sens? Patrząc z boku, jak zamiast siedzieć w ciepłym aucie, masakruję się pod kolejną górę na rowerze, można tylko puknąć się w czoło. Przecież to nie ma sensu. Albo ma taki sam sens, jak rozjechany kot, którego pogrzebałem dziś przy drodze. Rudy taki, malutki, główka zmiażdżona, świeżo rozjechany, może nawet ktoś nie zauważył, że rozjechał kotka. Wygrzebałem mu dziurę w ziemi i zakopałem, i kiedy tak stałem nad tą dziurą, to pomyślałem sobie, kurwa mać, tak sobie pomyślałem, i co z tego, że przejechałem dziś ponad sto kilometrów i tak się z tego cieszyłem i że jest ładna pogoda i świeci słońce, bo wszystko, zupełnie wszystko wydało mi się nagle kompletnie bez sensu.

Jest koniec dnia. Siedzę w namiocie, zmasakrowany okrutnie po ciężkim dniu i zastanawiam się, jaki był sens tego dnia. W czasie powolnego trawienia makaronu z makaronem dochodzę do pogrzebowej konkluzji znad kociego grobu, że ten dzień był kompletnie bez sensu. Jechałem jak pojeb, z wytrzeszczonymi ze zmęczenia oczami, wjechałem na dwie przełęcze, zjadłem dwa hamburgery i dobre ciastko z jabłkiem, zakopałem kotka, wysłałem parę maili, zrobiłem sobie nocną jazdę po autostradzie (mam nadzieję, że każdemu z trąbiących i wyzywających mnie kierowców, zrobi się piękny cellulit z mózgu), ale poza tym nic, wielkie nic.

A miałem ogromną ochotę na sens. Na placek ze śliwkami, który już się powoli piecze. Miałem ochotę przytulić, dotknąć, potrzymać za rękę. To ma sens. Drugi człowiek, bliskość, dobre słowo, ciepły oddech, szczery uśmiech, śliczne zmarszczki, kurze łapki i nawet nie trzeba nic mówić ani robić, być blisko, niekoniecznie fizycznie, to ma sens.

Po co ci te wyjazdy, daj se spokój z tymi wyjazdami, mówi babcia Czapy. Może babcia Czapy ma rację? Po co się tak miotać, męczyć, jeździć, szukać czegoś, co jest z reguły bardzo blisko? A jednak fajnie byłoby uwierzyć, że te wyjazdy też mają jakiś sens. Jeszcze nie wiem jaki, może nigdy się nie dowiem. Nie wszystko musi mieć sens, szczególnie w Stanach. Oto kupuję piwo w sklepie i po raz kolejny sprawdzają mi dowód. Mówię, że jestem stary, ale podaję paszport. Dlaczego jednak muszę wziąć reklamówkę? Oddaję torbę, mówiąc, że piwo włożę do sakwy. Nie, nie możesz wyjść ze sklepu z piwem bez opakowania, mówi ryżawy chłopak, taki jest przepis, dodaje. A jak włożę do kieszeni?, pytam. Jak włożysz do kieszeni, to możesz reklamówkę zostawić i wyjść, odpowiada.

Myślę sobie, że i ten przepis na pewno ma jakiś głębszy sens, ale muszę pewnie jeszcze do tego dojrzeć. A na razie jadę dalej grzebać koty i zostawiać ślady w czyichś głowach.

Tradycyjnie pozdrawiamy zdjęciem wesołe poranki!

 

Pokaż kangari – z Alaski do Meksyku na większej mapie

Ciasteczko od hipisa

”Wie pan, co mnie trzyma przy życiu (a ma już ponad osiemdziesiąt lat)? Że umiem ze wszystkiego się cieszyć. Ot, choćby pójdę na skwerek, usiądę na ławce. W jakim jestem cudownym miejscu – mówię do siebie. I cieszę się, wie pan, to daje mi tyle radości!” (Kapuściński, Lapidaria).

Ostatnio nocowałem pod domem dla osób w podeszłym wieku, które albo nie mają już nikogo, kto by się nimi zajął, albo rodzina ma ważniejsze rzeczy na głowie, niż opieka nad zdziecinniałym, czy niedołężnym staruszkiem. Widok przykutych do łóżka osób przypomniał mi czas, kiedy jako wolontariusz pracowałem z niepełnosprawnymi i chorymi na stwardnienie rozsiane. Czas, kiedy chyba po raz pierwszy z taką mocą uświadomiłem sobie, jak wiele posiadam, bądąc zdrowym. Mając sprawne dwie ręce, dwie nogi, kiedy nie muszę czekać na pomoc, aby się załatwić, albo zjeść, albo cokolwiek, kiedy mogę tak po prostu iść na spacer, przejechać się na rowerze, podskoczyć, podnieść łyżkę do ust, klasnąć, przytulić kogoś z całych sił. Nagle zdałem sobie sprawę z tego, że właściwie mam wszystko i mogę wszystko. Świadomoć tego faktu nie opuszcza mnie do dziś i czasem wraca z ogromną siłą, a wtedy chciałbym wrzasnąć z radości, z wdzięczności, nawet podziękować komuś, tylko komu?

Całe życie cieszyłem się z głupot i jest to chyba moje największe życiowe osiągnięcie, że jeszcze nie przestałem tworzyć idiotyzmów i cieszyć się z trywialnych rzeczy, stąd może ta naiwność, niedojrzałość, brak powagi, może to jakiś niedorozwój? Może ja naprawdę jestem pojebany? Świr? Ale chyba nieszkodliwy i raczej mało zaraźliwy…

Więc cieszę się, cieszę się jak wariat, prawie jak psychopata, tata psychopata, bo jest z czego. Od tygodnia mam po prostu zajebistą pogodę. Nie pada mi na głowę, wiatr wieje w plecy, słońce pali, temperatura skoczyła do czternastu stopni na plusie, już choćby tyle wystarczyłoby, żeby poszerzyć niejeden uśmiech. Ale to nie wszystko! Ludzie zapraszają do domu! Nie tylko pozwalają mi się rozbić na podwórku, ale jeszcze przynoszą rano śniadanie i proponują prysznic! Śniadanie mniam mniam, chętnie skorzystam, za prysznic dziekuję, za parę godzin i tak będę spocony i brudny, zresztą myłem się jakiś tydzień temu, bez przesady, jeszcze nie jestem taki brudny, tłumaczę. Chyba nie do końca rozumie, a jak Pani na imię, bo wczoraj chyba nie zdążyliśmy się sobie przedstawić. Cinti. Piotr. Peter po waszemu, dodaję, kiedy jednooki gołąb sfruwa na ramię kruczowłosej kobiety.

- Nazywa się Cyklop, stracił oko w walce – tłumaczy Cinti. – Cierpi na zaburzenia osobowości. Właściwie to on nie wie, że jest gołębiem. Znalazłam go kiedyś pod gniazdem, miał złamane skrzydło. Jest zupełnie oswojony, możesz go pogłaskać. Widzisz, teraz myśli, że jest kotem. Czasem jest psem, bo jada z psiej miski i wydaje dziwne dźwięki, jakby szczekał, a oko stracił w walce, myślał, że jest kogutem, niestety, prawdziwy kogut wygrał i wydziobał mu oko.

Kręcę głową z politowaniem i patrzę w pozostałe oko Cyklopa, i zastanawiam się, kim teraz myśli sobie, że jest. Może wojownikiem Ninja? Czarne cienie nie bez kozery, sam widziałem wczoraj jednego, ogromny, nie byłem na tyle odważny, żeby z nim walczyć, więc schowałem się do namiotu, ale tam czekała mnie inna walka, z samym sobą. Serio, serio, Szreka nie widziałem, ale Ninja był jak prawdziwy, a Pan Hipis mówił, żeby całego ciastka nie jeść, tylko odrobinkę, Hipisi nie wyginęli, Pankowcy byli w bjutiful British Columbia, a Hipisi mają się świetnie w Kalifornii.

Zaczęło się standardowo. Pan Hipis zaczepia mnie na ulicy i zadaje typowe pytanie, na które udzielam typowej odpowiedzi, ale rozmawiam elegancko, jakbym wcale nie udzielał już dziesiąty raz tych samych odpowiedzi tego samego dnia. Pan Hipis maca rower i pyta, czy nie mógłby się przejechać. Zboczeniec jakiś, czy co?, myślę sobie, ale w końcu odpinam sakwy i daję pojeździć. Pan Hipis wraca bardzo kontent i pyta, czy nie chcę ciastka na drogę. Good cake, good dreams, good ride. Dobrej jazdy nigdy dość, myślę sobie, jak ciastko ma pomóc pedałować, to chętnie skosztuję, tym bardziej, że tego dnia jechało się dość ciężko. Tylko nie zjedz od razu całego, bo zatrzymasz się na księżycu. No ładnie, myślę, to niezłe ma pierdolnięcie, chyba jednak na razie pojadę bez turbociastka, a skosztuję wieczorem do kolacji, może makaron będzie smaczniejszy?

Makaron smakował jak makaron, ale reszta… Żeby nie denerwować mojej mamy, to dodam tylko, że poza walką z wojownikiem Ninja, musiałem jeszcze w namiocie odpierać ataki ogromnych, fioletowych ośmiornic. Ciastko ciastku nierówne. Mniam mniam, całe szczęście, że zjadłem tylko połowę. Może resztą poczęstuję kogoś po drodze? Dałbym jakiemuś żulowi, jak żebrze o szluga, naprawdę chyba zacznę wozić ze sobą fajki, wczoraj dosłownie w środku wielkiej dupy (czyli co najmniej 30 mil do najbliższego sklepu) idzie sobie drogą długobrody koleżka i macha. Zatrzymuję się, żeby zagadać, a on błagalnym głosem pyta mnie, czy nie mam papierosów i wyciąga dziesięciodolarowy banknot, mówiąc, „dam ci dziesięc baksów za jednego szluga!” (albo ćmika – pozdrawiam Poznań). Naprawdę, prawie miał łzy w oczach. Chciałem mu dać banana, ale nie chciał, wziął masło orzechowe i chleb, ciastka mu jednak nie zapropnowałem, wyglądał, jakby już niejedną walkę z Ninja przeżył, po co więc miałem mu dostarczać nowych, niekoniecznie przyjemnych wrażeń?

A w ogóle to jestem już w Kalifornii, na drodze 299 i jadę w stronę Nevady. Od Meksyku do Nevady, tam gdzie żyją koniokrady, płynie piosenka wśród stepowych wzgórz, melodię można sobie zguglować.

Rozpoczynając tę relację, miałem zamiar popisać o sekwojach wiecznozielonych, o drodze 101, o tsunami, co nawiedza wybrzeże, o tym, że ciągle mi sprawdzają dowód, jak kupuję piwo, o weteranach wojennych, co żebrzą na ulicy, a i tak wyszło, jak zwykle, ale i tak się cieszę! Bo niedlugo wracam do NUNU, aaaaa!!, to jest ważne, a nie jakieś tam pierdu pierdu, ale wszystkim strasznie dziękuję za ciepłe wpisy i za dobre słowa w mailach, które dostaję, Nunu, że robi wiatr w plecy, placek ze śliwkami niedługo upieczemy samiJ

Tradycyjnie żegnamy zdjęciem wesołe poranki i pozdrawiamy!